Czy bóg ma dopomagać posłom i senatorom RP? :)

Szczególne zainteresowanie – i dość burzliwe reakcje – wzbudziło zaprzysiężenie posłów nowej kadencji polskiego parlamentu. Zaważyła na tym rzecz, wydawałoby się, relatywnie błaha – dodanie przez znaczną część posłów klauzuli „tak mi dopomóż Bóg” (dalej: TMDB) w składanej imiennie przysiędze. Reakcje nasiliły się zwłaszcza po materiale porównawczym oko.press. Garść poniższych przemyśleń będzie dotyczyła właśnie tego tematu, o ile bowiem rozumiem znużenie i frustrację polskich liberałów i lewicy ciągłą klerykalizacją życia publicznego, o ile sam staram się zwalczać narzucanie całości społeczeństwa sztywnego gorsetu ideowego i prawnego dyktowanego przez kościoły (w tym zwłaszcza katolicki), o ile mierzi mnie sojusz ołtarza i tronu pod przewodem obecnie rządzących, o tyle akurat ta akurat sprawa powinna być rozumiana inaczej niż wskazały powszechne komentarze.

Gdyby kiedyś w wariancie political fiction Czytelnicy tego tekstu wybrali mnie posłem, senatorem albo prezydentem, naturalnie nie skorzystałbym z opcji wypowiedzenia tej formuły na zakończenie roty przysięgi. Złożyłem formalnie apostazję prawie dekadę temu, świadomym ateistą jestem mniej więcej od 2001/2002 r. Kto kiedykolwiek słyszał mnie też podczas demonstracji albo czytał moje teksty, zna też mój krytyczny stosunek do episkopatu i zwłaszcza niektórych prominentnych przedstawicieli kleru.

W tej konkretnej materii to jednak nic nie zmienia. Twierdzę, że nie powinno się krytykować dodatku TMDB, ani ogłaszać posłów, którzy tak zakończyli przysięgę, ukrytymi poplecznikami episkopatu, ani szydzić z nich czy postponować. Tym bardziej nie warto załamywać rąk. Dlaczego? Rzecz prosta: inaczej niż krzyż w sali sejmowej, inaczej niż sejmowe modlitwy o deszcz, mizdrzenie się do biskupów i religia w szkole, inaczej niż ministrowie z pogodnym uśmiechem błogiej bezmyślności bujający się niczym hatifnaty do taktów „Barki” pod czujnym okiem ojca-dyrektora, niż biskupi blokujących związki partnerskie i małżeństwa jednopłciowe, niż liczne inne formy ureligijniania państwa polskiego – inaczej więc niż wszystkie wymienione zachowania, taka wersja takiej właśnie przysięgi nie jest elementem przeczącym świeckiemu państwu. Jest natomiast realizacją jednego z podstawowych praw człowieka: wolności sumienia i wyznania. I to w majestacie Konstytucji.

Nie zrozumiemy, czym jest TMDB, jeśli nie poszerzymy spojrzenia o co najmniej cztery perspektywy: 1. historię i teorię przysiąg, 2. ceremoniał państwowy, 3. stan prawno-konstytucyjny w RP, 4. kontekst ogólny w Euroameryce. Bez tych elementów i szerszej skali, zwyczajnie się nie da sprawy rozpatrzyć inaczej niż przez proste a zwodnicze emocje. Na wielu protestach ulicznych od 2015 r. mówiłem, że wbrew pisowcom i nacjonalistom nie grozi nam islamizacja jako zagrożenie największe, a zapomnienie własnej kultury, języka i historii, analfabetyzm kulturowy po prostu. I to jest mały kamyczek tej samej układanki. Wcale nie inny niż np. udawanie, że teksty literackie Olgi Tokarczuk czy Doroty Masłowskiej nie należą do kanonu polskiej kultury narodowej.

Trzeba by wyjść od tego, że TMDB nie ma czy też nie musi mieć nic – w kontekście poszczególnych posłów – do ich rzeczywistych późniejszych wyborów światopoglądowych. Wiara ma różne odcienie, od radykalnego do racjonalnego. Zwyczajnie – proporcja fideistów do ateistów w naszym społeczeństwie jest taka, jaka jest. Ateiści są w znacznej mniejszości w stosunku do ogółu (delikatnie nad tym ubolewam, choć ateizm ateizmowi nierówny i nie każdy ateista to mój duchowy krewniak – na szczęście nie mamy kościoła, ani przymusu jednolitości poglądów), więc byłoby to dziwne, gdyby nagle w parlamencie niewierzący w boga posiedli nadreprezentację.

Tyle że TMDB nie jest przysięgą lojalności wobec kościoła, w tym zwłaszcza katolickiego, ale nadal stanowi przysięgę wobec państwa i obywateli, tylko poszerzoną o – obcą mi już od dawna osobiście, ale zrozumiałą z mojego punktu widzenia – perspektywę transcendentną/duchową/metafizyczną, nazwijcie, jak chcecie. Ona odnosi się do boga, każdego boga (cf. doktryna prawa konstytucyjnego), a więc konsumuje większość znakomitą obecnych w Polsce religii i wyznań. Jest w pewien sposób deklaracją wiary, zgoda, ale nie przynależności do wyznania. Jak wspomniałem, katolicy / chrześcijanie / fideiści są bardzo różni. Spotkałem na swojej drodze wielu przyzwoitych i etycznych ludzi, przynależących do tego czy innego wyznania, uznających własne instytucje wyznaniowe, często krytycznie patrzących na te czy inne publiczne zachowania albo deklaracje własnego duchowieństwa – a mimo to nietracących ani posiadanej wiary, ani całościowo nienegujących instytucji. A czy nie przypominacie sobie licznych naszych krewnych, przyjaciół, znajomych, którzy twierdzą np. że nie należą już do żadnego kościoła albo z żadnym się nie identyfikują, a jednak wierzą w coś/kogoś, w jakąś istotę nadrzędną, to bądź owo bóstwo itp. itd.? No właśnie… Idę o zakład, że – o ile rozumieją, czym jest przysięga – a jednocześnie wierzą w jakiegoś swojego Jezusa, boga, absolut etc., ludzie ci dodaliby TMDB w ostatnich czterech słowach oficjalnego zaprzysiężenia.

I tu właśnie trzeba się cofnąć do historii i istoty przysięgi jako takiej. Jest z nami od starożytności; i w bliskowschodnim, i greckim świecie, i oczywiście w rzymskim, tak formacyjnym dla naszych ustrojów i rozumienia prawa. W Rzymie sacramentum, przysięga żołnierzy albo plebejuszy dla ochrony trybunów ludowych, warunkująca ich nietykalność absolutną (sacrosanctitas), miała kontekst sakralny, a każdego, kto ją złamał, skazywała także wobec bogów i kazała im go poświęcić. Nic to dziwnego, starożytność bardzo tylko sporadycznie rozdzielała sacrum i profanum. Średniowieczne chrześcijaństwo, które ukształtowało Europę i jej państwa, postępowało podobnie. Trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek monarszą przysięgę, jakiekolwiek rycerskie, poselskie, hetmańskie czy urzędnicze przyrzeczenie, które nie miałoby boskiego kontekstu. A czy przodkowie je łamali? Oczywiście w każdej epoce, jedni stale, inni czasem, jeszcze inni, o ile tylko mogli, nie ważyli się.

Wielowiekowe continuum zrobiło swoje i znajdowało odzwierciedlenie w okresie pierwszego konstytucjonalizmu, w XIX w., gdy liberałowie i konserwatyści toczyli ze sobą ostre boje, prowadzące w rezultacie do powstania konstytucjonalizmu i demokracji. Jedni i drudzy podlegali tej samej tradycji i nie zamierzali z niej rezygnować. Często znacznie szybciej zmieniano treść, a nie formę, i to nie tylko ze względów tradycjonalistycznych. Oddziaływanie wolnomyślicielstwa wyznaniowego miało wpływ o tyle, że stopniowo wykuwała się droga od przymusu do dobrowolności i nieobowiązkowości odwoływania się do religii. Jak zawsze, z aprobatą bądź polemicznie odnoszono się do rodzimych tradycji, z nimi dialogowano i w tym duchu zmieniano rzeczywistość zastaną. Uznanie tego częściowego (i absolutnie nie wyłącznego) chrześcijańskiego dziedzictwa historycznego ani nie przymusza nas do zaprzestania reform, ani uprzywilejowania konkretnych wyznań religijnych. Jest, swoją drogą, wdzięcznym argumentem wobec wszystkich tych bigotów i konserwatystów, którzy występują z argumentem „łatwo wam atakować Biblię, czemu nie postąpicie tak z Koranem, tchórzliwcy”. Odpowiedź jest właśnie bardzo prosta: nasza krajowa i kontynentalna kultura rozwija się od stuleci w dialogu, w rozwinięciu i – uwaga – w polemice lub negacji religii najbardziej i najpotężniej lokalnie zadomowionej. Skoro nas otacza – czego właśnie nie ma potrzeby negować – można także z nią polemizować, poprzez naukę, sztukę, literaturę itp.

Przemiany ostatnich stuleci odbijają się i w polskim prawie, w polskim ceremoniale państwowym. O ile jeszcze np. konstytucja marcowa z 1921 r. narzucała konieczność przysięgania na boga (i stąd m.in. endeckie, nienawistne przemowy wiecowe eksponujące w 1922 r. rzekomy ateizm prezydenta Narutowicza), o tyle nasza obecna konstytucja z 1997 r. rozwiązuje sprawę modelowo. Niczego nie narzuca, a ledwie daje możliwość prezydentowi (art. 130 ust. 2), rządowi (art. 151), oraz parlamentarzystom (art. 104 ust. 2, art. 108) uwzględnienia klauzuli TMDB. Podobnie zresztą pozbawiona bijącej po oczach invocatio Dei, a inkluzywna i obejmująca zarówno fideistów jak i ateistów jest piękna nasza konstytucyjna preambuła, pióra Stefana Wilkanowicza, którą tylekroć puszczaliśmy w eter jak kraj długi i szeroki podczas demonstracji opozycji ulicznej w ostatnim czteroleciu. Odnośny jej fragment m.in. działa osłaniająco na rzecz pluralizmu światopoglądowego i religijnego – jak mądrze pisał prof. Lech Garlicki, sformułowania preambuły „determinują pozycję państwa w kwestiach religii, bo zarówno wykluczają (zakazują) wprowadzenia systemu państwa wyznaniowego, jak i nadawanie ateizmowi charakteru religii państwowej”.

No dobrze, ale ceremoniał państwowy nawet w porównaniu z XIX w. bardzo się uprościł, w wielu miejscach horribile scriptu zanikł, po co więc nadal właściwie w ogóle przysięgać? Każdy powie po swojemu, ja sądzę, że nadal warto, ze wszech miar. Pomijam już to, że państwo potrzebuje ceremoniału, a zoon politikon rytuałów i rytów – to mój ulubiony argument jako postępowca niebędącego wrogiem tradycji jako takiej, stoi jednak nieco z boku tematu. Idzie o to, że przysięga nadal jest najuroczystszą i w najuroczystszych okolicznościach wypowiadaną formą przyrzeczenia wobec siebie samego i świadków. I nadal człowiek etyczny, nieważne: wierzący czy nie, dotrzymywać takich przyrzeczeń po prostu musi. W tej mierze nic się nie zmieniło, mimo innych sankcji i innych konsekwencji.

Gdy Ty bądź ja, Przyjacielu ateisto, składamy sporadycznie w życiu przysięgi, co kładziemy na szali? Otóż nasze sumienie, honor, dobre imię, naszą moralność/etykę. To i tak obezwładniająco wiele. Ale postawmy się w sytuacji osoby wierzącej w tego czy innego boga (tu dodajmy: TMDB nie odnosi się tylko do boga chrześcijan ani nawet monoteistów – jest to jasno wytłumaczone w polskiej doktrynie prawa konstytucyjnego). Otóż jeśli ktoś w boga wierzy, a zdecyduje na jego przywołanie w przysiędze przez TMDB oznacza to nie tyle „halo, uwaga, patrzcie, oto mówię ja – katolik”, ale raczej „rozumiem konsekwencje złamania przysięgi także wobec boga i bóg mi świadkiem, że jej nie złamię”. Rozumiem, że oba sensy mogą się niektórym posłom zacierać, są jednak dorośli i z drugiego z cudzysłowów muszą sobie zdawać sprawę. Część z nich może podejdzie do przysięgi niepoważnie, to rzecz inna i podobnie jak proceder (przykład z mojego akademickiego podwórka) fałszowania przez niektórych studentów wpisów do indeksów nie powinien posłużyć jako argument za rezygnacją z indeksów w ogóle. W obu przypadkach trudno bowiem układać rzeczywistość pod dyktando tych, którzy ją wypaczają, nie zaś tych, którzy ją przyzwoicie respektują.

W każdym razie: jeśli fideista wypowie TMDB, jego przysięga w jego rozumieniu jest wypowiedziana z przyzwaniem najwyższej możliwej świętości i z najwyższymi konsekwencjami dla jego przyszłego życia po drugiej stronie, o ile ją złamie. Taki był od zawsze sens wkładania boga do przyrzeczeń – a skoro ludzie nadal uporczywie w boga wierzą, czemu z tego rezygnować? Jako ateista mógłbym nawet powiedzieć, że to rozwiązanie bezpieczniejsze, jeśli poseł-katolik / posłanka-katoliczka ślubuje wobec nas, ale i klnąc się na boga, że będzie „rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej”. Rzecz raczej w obserwowaniu późniejszych czynów, a nie samych słów. Moją postawę wobec prezydenta Dudy część z Czytelników może znać – ona wynika właśnie z czynów następujących po złożonej przysiędze (a klął się i wobec nas wszystkich, i w sensie formalno – prawnym, i choć dla mnie to ma znaczenie drugorzędne, dla niego nie powinno – przed swoim bogiem).

Przemyślmy jeszcze przez moment trzeci element – nasz szerszy, dwu-kontynentalny kontekst kulturowy, często bowiem identyfikuje się jako coś endemicznie polskiego, powiązanego z polską formą katolicyzmu państwo przerastającego, rzecz w istocie tym bardziej neutralną, że widoczną w krajach Zachodu, i to tych najbardziej liberalnych/wolnościowych. Cztery przykłady:

– przysięgi prezydenckie na waszyngtońskim Kapitolu (w tym Barack Obama 18:01, 18:43, 19:59) https://www.youtube.com/watch?v=_vGQDBbO-fg&feature=youtu.be&fbclid=IwAR31lmJcw44DZtWUwWy7vPjoCrKhgsKg7lZmr441bgjRSnnK7294Iqdfh-0

– zaprzysiężenie Angeli Merkel w Bundestagu na jedną z kolejnych kadencji (tak, wiem, to chadeczka, ale przecież przynajmniej jedno posunięcie wiodące socjalliberalizmu społecznego ma na koncie – zob. 1:31) https://www.youtube.com/watch?v=iuFlCdDs218&feature=youtu.be&fbclid=IwAR1d3mjQGbB0TVXq95-IcyDFBjCvKzgKIUype28LFexBEsLNQndV4I9iTmg

– przysięga Justina Trudeau (tu nawet nie komentuję, bo wymowa przykładu jest jasna: fr. 1:27 i 2:49 ang. 2:25 i 3:12) https://www.youtube.com/watch?v=ykIFQsDaou8&feature=youtu.be&fbclid=IwAR3PbFM_DV4tId1kjEY6nDFUnRWRW0VIBv3zcQm8HIDOj3kNoUAtGR5AHzY

– przysięga króla Niderlandów Wilhelma Aleksandra (25:44) oraz deputowanych Stanów Generalnych w 2013 r. (34:30; 121 osób złożyło przysięgę świecką, 99 „Zo waarlijk helpe mij God almachtig” czyli TMDB) https://www.youtube.com/watch?v=aCbNiZZOIJY

Już nawet z tych przykładów widać (a chętnie dodałbym dalsze, krajowe postaci, które wszak generalnie szanujemy, od Mazowieckiego do Bartoszewskiego), że można realizować agendy postępowe, że można postępować w zgodzie z własnym sumieniem, a jednocześnie przysięgać z fakultatywnym użyciem TMDB. Ktoś powie, że to tylko przykłady z sufitu. Anekdata, jak lubią mawiać moi niektórzy znajomi, dane anegdotyczne, a niczego niedowodzące. Otóż nie.

Po pierwsze, w pierwszych trzech z przykładów widzimy istotnych polityków, którzy np. wszyscy troje wprowadzili w swoich krajach, dysponując większością decyzyjną, kluczową zmianę stosunku prawnego do osób lgbt i związków małżeńskich tychże (i widać TMDB im w tym nie przeszkodziło). Czwarty przykład, holenderski, odnosi się do jednego z najbardziej liberalnych krajów świata, wielokulturowych niemal już z definicji, w którym 51% mieszkańców według cenzusu z 2017 r. osoby niereligijne, 24% to katolicy, zaś wyznawcy protestantyzmu 15% (w tym do zjednoczonego w 2004 r. Kościoła Protestanckiego w Niderlandach 9%). Posiedzenie parlamentu, podczas którego dokonano intronizacji monarchy odbyło się, nawiasem mówiąc, właśnie w Nowym Kościele, należącym do tego wyznania, dziś używanym głównie do wystaw i recitali organowych, a raz na jakiś czas do monarszych ceremonii. Tak wygląda dzisiejsze niderlandzkie połączenie sacrum i profanum, i najwyraźniej nie dowodzi zamachu na świeckość ani wartości liberalne.

Po drugie, cztery przypadki dowodzą trwałości nie tylko tradycji, ale i uzusu konstytucyjnego w USA, Niemczech, Kanadzie i Holandii krajach, przyznajmy, dość istotnych i reprezentatywnych dla różnych form politycznych i ustrojowych naszej cywilizacji. Po trzecie, reprezentują cztery kraje o społeczeństwach nie tylko otwartych i wieloreligijnych bądź wielowyznaniowych, ale w dodatku niecharakteryzujących się przytłaczająco katolicką tradycją.

Niektórzy polemiści zastosują w tym punkcie argument taki oto: polska religia jest inna niż zachodnioeuropejskie odsłony tych samych wyznań. Być może. Akurat dla tej sprawy ten ewidentnie dostrzegalny, antyintelektualny rys polskich religii (bardziej konserwatywne niż gdzie indziej w Europie są przecież także inne barwy religijne niż katolicyzm) nie ma jednak znaczenia ani zastosowania. Wręcz można by powiedzieć, że gdyby kierunek zmian był jednolity (my – u biskupiej kapy, oni – świątynią liberalizmu), to Zachód znacznie wcześniej w każdym z krajów wyzbyłby się także i TMDB. A tak się nie dzieje.

Ceremoniał państwowy nie musi nam towarzyszyć na co dzień. Gdyby tak było pewnie zadusilibyśmy się w przesadnie solennej, ciężkiej i uroczystej atmosferze. To nie znaczy jednak, że nie powinien istnieć w ogóle, że nie należy go stosować do szczególnie uroczystych momentów życia państwowego. Respektu dla jego zasad należy oczekiwać od polityków, a zrozumienia od obywateli.

Dla jasności: jestem zwolennikiem postępu, rozkuwania starych, atawistycznych skorup stojących na zawadzie ludzkości. Od zawsze czuję się liberałem i demokratą. A jednocześnie jestem zwolennikiem tradycji – nie mam nic przeciwko monarchii parlamentarnej, togom uniwersyteckim, przysięgom małżeńskim, gęsi na świętego Marcina, hymnowi, fladze, herbom państwowym, opłatkowi wigilijnemu, krawatom i fularom, okrzykom Mazeltov, Hura i Niech żyje. A także imieninom i urodzinom. Świat bez rytuałów i rytów byłby miejscem nieco mniej ciekawym. Wystarczy, by tradycje nie ciążyły. A, zaraz, to nie tradycje ciążą nam w życiu codziennym – a konwenanse, stereotypy i uprzedzenia.

***

Podsumuję stanowczo: kulturalny człowiek może, owszem, konstatować, kto jaką przysięgę w Sejmie czy Senacie składa, może zadumać się nad trendami z infografiki oko.press, ale powinien powstrzymać się od komentowania czy piętnowania poszczególnych osób za to, jak decydowały się narodowi przysięgać. Bo to byłoby i jest w istocie komentowanie czyjejś wiary bądź niewiary, te są zaś prywatną sprawą, także osób publicznych. Prywatną nie w tym sensie, że należy się z nią kryć po kruchtach i sypialnianych paciorkach, a w tym rzeczywistym znaczeniu słowa: ‘prywatną’, a zatem nikt nie może na nią wpływać, odmawiać jej, innej narzucać, ani ze względu na nią praw pozbawiać (analogicznie ‘prywatną’ sprawą jest, droga prawico, orientacja seksualna i tożsamość płciowa). I tak samo budzi mój niesmak postponowanie osób, które TMDB wypowiedziały, jak gniewa mnie komentowanie przez katolickich radykałów, kto TMDB pominął jako kacerz i bezbożnik, mniemany propagator „cywilizacji śmierci”. Podobnie wzdycham z rezygnacją, gdy lubiany przeze mnie Robert Biedroń krytykuje na fejsbuku wystawność kościelnych szat liturgicznych, bo nie takie jest zadanie przywódcy politycznego (a już zwłaszcza jeśli nawet nie wie, co w istocie pokazał na zdjęciach, którymi ilustrował swoją tezę – a pokazał siedemnastowieczne barokowe szaty darowane przez Republikę Wenecji patriarchatowi jerozolimskiemu, prezentowane teraz na wystawie muzealnej).

Trzeba się natomiast przyglądać czynom i głosowaniom: wobec roszczeń kościołów i związków wyznaniowych, w sprawach tolerancji i równości, świeckości państwa na poszczególnych jego szczeblach. Tak, temu przyglądałbym się właśnie bardzo dokładnie, a nie temu, czy  ktoś na boga przysięga, czy na honor i na własne (tylko i aż) sumienie. Pilnujmy dotrzymania przysięgi, a nie tego, na jakie się świętości klął przysięgający w najuroczystszym z momentów życia publicznego.

Świeckie państwo polega przecież na czymś innym, nie na patrzeniu w przysięgi albo udawaniu, że wyznania (konstytucyjnie legalne) nie istnieją, bądź twierdzeniu, że ich przedstawiciele nie mogą uczestniczyć w uroczystościach ceremoniału państwowego jako goście, złożyć wieńca przed grobem czy pomnikiem. Że nie mogą głosić swoich mądrych czy głupich przeświadczeń na temat świata. Jeśli mnie ktoś o to spyta, powiem, widzę świeckie zwłaszcza w tym, że:

– nie narzuca się poprzez prawo publiczne ograniczeń obywatelom pod dyktando tych czy innych subiektywnych wierzeń wyznaniowych i ich interpretacji;

– lekcje religii odbywają się poza szkołą albo co najwyżej w szkole na zasadzie wynajmu pomieszczeń w weekendy, gdy nie odbywa się edukacja państwowa;

– nie ogranicza się terminów prawnych (vide małżeństwo) do ich religijnego rozumienia w tym czy innym wyznaniu;

– nie zwalnia się bez reszty związków wyznaniowych w kwestiach podatkowych;

– nie cenzuruje się sztuki, kultury i nauki z religijnych albo drobnomieszczańskich powodów;

– nie agituje się politycznie i wyborczo w miejscach kultu i podczas ceremonii religijnych;

– nie ulega się roszczeniom politycznym duchowieństwa, zaś duchowni (nie przez zakaz a przez zdrowy rozsądek i takt) powstrzymują się od werbalnego ingerowania i pokazywania poglądów politycznych;

– nie skazuje się nikogo za obrazę uczuć religijnych, a usuwa z kodeksu karnego ten kontrowersyjny przepis (ale też raczej nie dodaje analogicznego dotyczącego mowy nienawiści albo kłamstwa politycznego);

– nie ustanawia się, choćby uchwałami sejmowymi o deklaratywnej jedynie funkcji, stanowisk przesądzających w imieniu Rzeczypospolitej np. o świętości tego czy innego papieża albo rzeczywistości tych czy innych cudów maryjnych;

– nie uprzywilejowuje się żadnego z wyznań, choćby nawet było dominujące;

– nie płaci się z państwowej kiesy nauczycielom wyznaniowych lekcji religii (choć płaci się np. na ochronę zabytków sakralnych – ale pod warunkiem ich czytelnego i szerokiego udostępnienia wszystkim zwiedzającym);

– nie zagląda się do sypialń obywateli pod dyktando wyznaniowych moralności.

Wystarczy spojrzeć… Jest aż tyle do zrobienia.

Można oczywiście i omawiany aspekt rozchwiewać. W ramach wszędzie rozwierających się teraz w Polsce nożyc (tu: światopoglądowych) odbijać od bandy do bandy i raz gdy przy władzy będzie lewica, rugować nawet resztki religijnego decorum – usunąć przysięgę TMDB z konstytucji, a potem gdy prawicowa fala wszystko przejściowo znowu odwróci, poobstawiać się krzyżami, zamieniając parlament w świętą górę Grabarkę. Ostatnio ćwiczą to politycy w Boliwii: https://www.news24.com/World/News/stand-in-president-brings-back-bible-to-bolivian-politics-20191114

Jeśli TMDB jawi się jako przejaw spolegliwości wobec propagandy konserwatywnej, to co dalej? Usunięcie całej takiej symboliki z Europy jest niemal niemożliwe. Należałoby zakazać śpiewania „Boże coś Polskę”? Z herbu wielkiej Brytanii usunąć dewizę ‚Dieu et mon droit’ (a z hymnu frazę ‚God save the king’, czyli w zasadzie cały hymn)? Wyważenie proporcji jest znów kwestią smaku, taktu i zrozumienia różnic pomiędzy tym, co nieszkodliwe a dla części naszych współobywateli ważne, a co jest już narzucaniem wszystkim bez różnicy więcej niż tylko samej tradycji. Niuansowanie nie jest tak znowu trudne – wystarczy zestawić przysięgę TMDB z wpisaniem do polskich paszportów frazy „Bóg Honor Ojczyzna” u bez różnicy wszystkich obywateli.

Nie warto forsować ideologicznej jednolitości. To my sami nadamy w przyszłości dalszy sens rozumieniu praw i wolności, w tym wolności sumienia i wyznania (nie bez kozery to dwa słowa, a nie jedno). Czy więc nie lepiej więc ostatecznie pogodzić się z faktem, że przez najbliższych kilka stuleci będziemy w jednym społeczeństwie i tacy, i tacy, i wierzący w boga, i niewierzący – i należne swobody zapewnić nam wszystkim? Musimy się zwyczajnie zmieścić w jednym społeczeństwie. Zaś prawdziwy liberalizm, ów Forsterowski liberalizm ducha, polega na zrozumieniu faktu, że się różnimy i nierzadko nie zgadzamy albo nie rozumiemy. I ja tak bym wolał.

Rzeczywistość trzeba niuansować. Jeśli będziemy powtarzać za krzykaczami, mającymi swoje własne, często nieczyste interesy na uwadze, że znajdujemy się na wojnie kulturowej – wówczas naprawdę stworzymy sytuację kulturowej wojny. Jeśli będziemy postrzegali sprawy wyłącznie zero-jedynkowo, poszanowanie różnych wartości, tak znakomicie odzwierciedlone w preambule polskiej Ustawy Zasadniczej, stanie się po prostu niemożliwe. Zarzucono mi po prezentacji pierwszej wersji tego tekstu na portalu społecznościowym, że dołączam do ataku na próby obrony świeckości państwa. Nic bardziej błędnego. Powtórzę da capo, choć w tekście powyżej jest to już dość, moim zdaniem, widoczne: z całej mojej argumentacji wynika jasno, że przeciwnie, bronię świeckości państwa, ale staję też w obronie wolności sumienia i wyznania. Opieram się w tym literalnie na Konstytucji RP i przypominam, że państwo polskie nie jest programowo ateistyczne ani katolickie. Jest konstytucyjnie neutralne światopoglądowo, jest pluralistyczne i dozwala na posiadanie i publiczne prezentowanie własnego światopoglądu, opinii i wierzeń. Przynajmniej w konstytucyjnej teorii, na której wolę się opierać aniżeli na wykoślawionej, zwłaszcza po 2015 r., rzeczywistości.

I już w ostatnim słowie, bodaj najważniejszym. Przysięga TMDB nie zrobiła na mnie w ogóle przykrego wrażenia. Co mnie naprawdę poirytowało, to głosowanie części posłów PO/KO na sam koniec poprzedniej kadencji ‘za’ w sprawie uchwały sejmowej piętnującej rzekome ataki na katolicyzm i chrześcijaństwo. Podobno się pomylili. Tutaj właśnie nie wolno było. I to dopiero było zasmucające. Podniesiono rękę za propagandowym zakrzywianiem i zakłamywaniem polskiej rzeczywistości, przyklaśnięto kontrfaktycznej wizji rzeczywistości w kraju, w którym tylko hipokryta mógłby stwierdzić i podtrzymywać, że katolicka większość znajduje się w jakimkolwiek, najmniejszym nawet, zagrożeniu. I nad tym bym się głębiej zastanowił.

Wiersz wolny: Anna Wieser – *** [Może prawdziwy jesteś w załamaniu powieki...] :)

Może prawdziwy jesteś w załamaniu powieki

gdzie skóra cienka jak skrzydło ważki

drży powietrzem tamtego lata

kiedy przebiegliśmy wszystkie granice 

i obracaliśmy w ustach wielką larwę świata

nigdy niewyklute rezonujące jajo 

Może jesteś w oddechu pszczoły

ssącej źródło życia

w kuli strachu pędzącej przez autostrady

coraz szybszych lat

w przełknięciu śliny na wieść o śmierci

Może prawdziwy jesteś w niemym ukojeniu

albo w ścianie wulkanu gdzie śpisz jak szczeniak

który wybucha skomląc gdy przyciśnie go głód

albo gdy zmieniasz się 

jak przekwitły kwiat głogu

czerwony punkt płynący cichym nurtem 

swojej rzeki


Anna Wieser (ur. 1981) jest poetką. Wydała książkę poetycką Delta (WBPiCAK, Poznań 2009). Jej wiersze ukazały się między innymi w Solistkach. Antologii poezji kobiet (1989–2009). Mieszka w Gdańsku.

Wiersz pochodzi z przygotowywanego do druku zbioru Mosty, który ukaże się nakładem Wydawnictwa WBPiCAK.


Wiersz wolny to nowa przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Wiersze publikowane są w cyklu co do zasady dwutygodniowym.

Czy zdeptana flaga nadal powiewa? :)

Znów przez Polskę przeszły marsze, w ogniu kibicowskich rac i z nieprzyjemnymi hasłami na sztandarach. Powiedzieć, że szły pochody wykluczające, negatywne i straszne to właściwie jakby nie powiedzieć nic, bo to samo mówi się o Marszu Niepodległości i marszu we Wrocławiu – tym razem nazwanym Marszem Polaków. Niestety niczego to nie zmienia. Marsze idą z takim samym przesłaniem, które można sprowadzić do następującej tezy: Polakiem nazywać się może tylko ten, kogo za Polaka uważa narodowo-kibicowskie środowisko. Samostanowienie nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to środowisko decyduje i ramach własnej decyzji zaszczytny tytuł nadaje lub odbiera. W tym roku Polakami nazywać się mogą osoby heteroseksualne, białe, rzymscy katolicy – o poglądach przynajmniej konserwatywnych – i osoby sceptycznie nastawione do Waszyngtonu, Brukseli i Tel Awiwu. Z tym nie ma dyskusji. Istotne natomiast zdałoby się zastanowić, co ze sobą mają począć ci, którzy nie zgadzają się na tego rodzaju wykładnię.

Marsz Niepodległości, jak i satelickie imprezy, cieszą się dużą popularnością i tego nie sposób im odmówić. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że są to wydarzenia, które przyciągają wyłącznie zagorzałych sympatyków ONR i środowiska chuligańskie. Znaczną większość uczestników Marszu stanowią, według języka sympatyków imprezy, „normalne rodziny”. Chociaż ich widok w mediach najczęściej jest zasłonięty obrazkami transparentów, na których widnieją krzyże celtyckie, hasła nienawistne lub nazwy organizacji nacjonalistycznych, a z gardeł maszerujących obok okrzyku „Cześć i chwała bohaterom” rozbrzmiewają „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „zakaz pedałowania” czy „zawsze i wszędzie, policja jebana będzie”. Zdaniem wielu obrońców idei Marszu, fakt, że radykalni uczestnicy stanowią jedynie niewielki ułamek całej sumy maszerujących, niejako rozgrzesza tę imprezę. W końcu cała reszta ze 150 tysięcy uczestników (jak podają szacunki organizatorów – warszawski magistrat doliczył się 47 tysięcy) idzie tam po to, aby poczuć ducha wspólnoty narodowej. W tej motywacji nie ma niczego złego. W końcu 11 listopada powinien być dniem radości, refleksji i właśnie wspólnoty. Problemem jest jednak to, że przez udział w Marszu ci łagodniejsi uczestnicy legitymizują ten najgłośniejszy front. Mimo że rzecznik prasowy warszawskiego ratusza, Kamil Dąbrowa, na swoim twitterze podał, że manifestacja przebiegła spokojnie, bez większych zakłóceń, a jedynie z incydentami pirotechnicznymi, to czy rzeczywiście możemy mówić, że nic takiego się nie stało?

Tegoroczny Marsz miał swoje problemy jeszcze przed startem. Program zakładał, że dzień rozpoczyna się od mszy w Kościele Najświętszego Zbawiciela. Wokół tej informacji zrobiło się głośno, gdy organizatorzy podali, że msza odprawiona będzie w przedsoborowym nurcie trydenckim. Parafia i kuria szybko zdementowały te informacje i odwołały rezerwację kościoła, informując, że proboszcz nie zdawał sobie sprawy, że msza ma rozpoczynać Marsz Niepodległości. Jak podała parafia, odwołanie to było podyktowane obawą przed zatajeniem dodatkowych informacji ze strony organizatorów, w związku z tym, że pierwszy kontakt telefoniczny z ich strony pojawił się dopiero w odpowiedzi na rewizję decyzji. Narodowcy się jednak nie poddali i zdecydowali się na mszę w kaplicy lefebrystów, Bractwa św. Piusa X. Ten wybór zdaje się pasować do organizatorów wydarzenia dużo bardziej, gdyż lefebryści znani są z odrzucenia ekumenizmu i dialogu międzykulturowego, a także z krytyki papieży, którzy zdecydowali się na modernizowanie instytucji Kościoła. To także swoisty policzek wymierzony episkopatowi, który już w 1998 uznał lefebrystów za schizmatyków, stwierdzając, że „Bractwo św. Piusa X utworzyło struktury zostające poza Kościołem Katolickim”. Wielu biskupów zabraniało wiernym udziału w liturgiach sprawowanych przez ksieży zrzeszonych w bractwie. Zrobił tak choćby arcybiskup Józef Michalik, który w liście do wiernych z grudnia 2010 roku  podkreślił, że „przynależność do grupy schizmatyckiej pociąga za sobą karę ekskomuniki” a „kapłani (…) nie posiadają zgody kompetentnych władz Kościoła Katolickiego na wypełnianie swej posługi”. Nie zanosi się jednak, by wobec organizatorów i uczestników miałyby zostać zastosowane choćby upomnienia.

W tym roku impreza odbyła się także bez patronatu i udziału Prezydenta Andrzeja Dudy, który zaplanował udział w innych wydarzeniach. Należy jednak zauważyć, że nie zdecydował się na konkurencyjny i zapoczątkowany przez jego poprzednika pochód Razem dla Niepodległej. To nic dziwnego, w szczególności w związku z tym, że ta impreza kojarzy się z główną partią opozycyjną. Jest to także bezpieczna strategia, dzięki której Prezydent nie idzie na noże ze środowiskami nacjonalistycznymi, które obecnie są nie tylko w Sejmie, ale mogą się też okazać potrzebne jego macierzystej partii w przyszłości. Z drugiej strony dzięki temu wybiegowi nie można go obecnie oskarżyć o firmowanie własną twarzą, a także pozycją głowy państwa jakichkolwiek wykluczających zachowań i haseł, które padały w trakcie „największej imprezy patriotycznej w kraju”.

Prezydent, będąc głową państwa, musi w pewnym stopniu reprezentować wszystkich obywateli, nie tylko tych, którzy oddali na niego głos w wyborach. To jasne, że nie ma możliwości, by Andrzej Duda, a także jego poprzednicy czy następcy, w sposób zadowalający wszystkich bronili interesów każdego Polaka. Niezależnie od sympatii politycznych, warto się jednak zastanowić, czy jeśli polityk o konserwatywnych sympatiach, który w poprzednich latach popierał Marsz, teraz decyduje się od niego odciąć, to nie powinno to dawać sygnału ostrzegawczego?

Co roku, w okolicach 11 listopada, wdaję się w dyskusje ze znajomymi, a także, za pośrednictwem mediów społecznościowych, z nieznajomymi. Często spotykam się z opinią, że większość uczestników Marszu nie popiera nacjonalistycznych radykałów i wygłaszanych haseł. Co mnie jednak martwi to fakt, że ci sami uczestnicy nie mają oporów, by ramię w ramię maszerować z nacjonalistami, tym samym dając przyzwolenie na tego typu zachowania. Fakt, że zamkną oczy, albo nawet skrzywią się z dezaprobatą, tego nie zmienia. Może się wydawać, że udział w tej imprezie nie jest jednoznaczną deklaracją poparcia dla ONR czy Wszechpolaków, ale prawda jest taka, że to właśnie te organizacje stoją za Marszem, choć robią to pod szyldem fasadowego stowarzyszenia. Trudno więc jednoznacznie ocenić, czy to zachowanie nie jest brakiem odwagi do otwartego przyznania się do radykalnych poglądów. Być może powodowanego obawą przed ostracyzmem społecznym.

Samych organizatorów też bierze się w obronę, zwłaszcza, gdy spada na nich krytyka i porównywani są do faszystów. Powoływanie się na casus zaproszenia na obchody niepodległości włoskich neofaszystów z Forza Nuova, mija się z celem. W 2017 roku lider ugrupowania, Roberto Fiore, został zaproszony do przemawiania w Warszawie. Fiore był oskarżony o zorganizowanie w 1980 roku zamachu bombowego na dworcu kolejowym w Bolonii. Ostatecznie z zarzutu został oczyszczony, lecz włoski sąd skazał go na karę dziewięciu lat pozbawienia wolności za udział w organizacji terrorystycznej o charakterze neofaszystowskim. Wyroku jednak nie odbył, gdyż do momentu przedawnienia przebywał na emigracji, z której powrócił dopiero, gdy zagrożenie minęło. Łatwo jest jednak znaleźć opinie jasno mówiące, że takie sojusze o niczym nie świadczą, gdyż sam fakt zapraszania organizacji faszystowskich nie jest jednoznaczny z podzielaniem tego typu poglądów. To niesamowicie pokrętna logika, podobnie jak zrównywanie przyjazdów FN do Polski z zapraszaniem niemieckich antyfaszystów przez Polską Antifę.

Co roku 11 listopada stwarza wiele okazji do świętowania niepodległości, także dla osób, którym daleko do środowisk nacjonalistycznych. Wystarczy spojrzeć na wspomniany wcześniej pochód Razem dla Niepodległej, Krakowską Lekcję Śpiewania odbywającą się na Rynku przy Sukiennicach, organizowane w wielu miastach biegi czy parady. Wachlarz możliwości jest bogaty i oczywiste się wydaje, że osoby, które nie zgadzają się na radykalizowanie tego dnia sięgną po alternatywę wobec rac i stadionowych przyśpiewek. A jednak coś do imprez organizowanych przez narodowców ciągnie również te, ponoć umiarkowane, rodziny z dziećmi. Mimochodem z pamięci przywołuje się obrazek mężczyzny, który z dzieckiem w wózku uczestniczył w blokadzie Marszu Równości w Białymstoku, czy też innego, który z dzieckiem na rękach stanął naprzeciw uzbrojonych policjantów po rozwiązaniu przez wrocławski magistrat Marszu Polaków.

Także opór wobec nacjonalizmu popada w przesadę, kiedy ludzie krzywią się na widok ubrań z biało-czerwoną flagą. Poprzez zawłaszczenie narodowych symboli przez środowiska chuligańskie dzisiaj narodowe barwy, choć powinny być bliskie każdemu Polakowi i każdej Polce, stają się tym, czym jeszcze kilka lat temu były bluzy z emblematami JP100% czy HWDP – sygnałem ostrzegawczym. Tak oto bez walki oddajemy wspólne znaki, dając tym samym sygnał, że są nam obojętne. To woda na młyn nacjonalistów. Jednocześnie podkreślanie, że barwy zostały porwane przez jedną stronę konfliktu staje się niczym innym jak samospełniającą się przepowiednią. Trudno rozstrzygnąć więc, czy ktoś je porwał, czy zostały po prostu oddane.

Jeszcze kilkanaście lat temu, 11 listopada, w miastach i wsiach biało-czerwone flagi powiewały na niemal każdym domu, bloku, balkonie. Dzisiaj nie można powiedzieć, że są widokiem rzadkim, ale na pewno już nie aż tak pospolitym. Sam mam wśród znajomych osoby, które tego dnia, a także 1 i 3 maja, flag nie wywieszają, bo nie chcą być uznane za sympatyków nacjonalizmu. To przykry chichot historii, że barwy, które bywały w historii symbolem walki z nazizmem małymi krokami zbliżają się do swastyk. Dzisiaj to stwierdzenie jest jeszcze mocną przesadą, którą popełniam z pełną tego świadomością i jednocześnie nadzieją, że to porównanie nigdy nie stanie się prawdą.

Winą za obecny stan rzeczy nie można w prosty sposób obarczyć prawicy. Środowiska liberalne i lewicowe również powinny dokonać rachunku sumienia, by zastanowić się nad tym, co poszło nie tak jak miało. Muniek Staszczyk popełnił niegdyś utwór „Wychowanie”, którego refren brzmiał „Ojczyznę kochać/ Trzeba i szanować/ Nie deptać flagi/ Nie pluć na godło”. Jeśli jest coś co łączy Polaków 11 listopada to to, że w trakcie Marszu Niepodległości wspólnie depczemy flagę i plujemy na godło. Jedna strona poprzez uwłaczające godności zachowanie rodem z kibolskich ustawek, a druga przez brak stanowczości lub całkowite wstrzymanie się od działań.


Photo: Flickr user drabikpany
CC BY-NC-SA 2.0

Wiersz wolny: Tomasz Bąk - Lit me up :)

Lit me up

Przeżyjmy raz jeszcze to,
z czego jutro będziemy się śmiać
w podgrupach, zanim
natręctwa, dystrakcje i uzależnienia
przygniotą nas doszczętnie.

Tak, październik jest specyficzny,
te wszystkie prozdrowotne środy,
wspólne wybieranie numeru
specjalnej linii dla ofiar
związków z pisarzami i poetami,
gdzie pod jedynką czeka konsultant,
który doradzi, jak wytłumaczyć partnerowi/partnerce,
że pisanie to żaden zawód,
a wciśnięcie gwiazdki pozwoli uzyskać pomoc
w pakowaniu i przeprowadzce w cholerę.

Dziwne to rozmowy,
tym dziwniejsze, im częstsze,
jakby bardziej nieoczekiwane
w chwilach, w których należy się ich spodziewać.

Przyjdą z pierwszym zerwanym dachem,
z pierwszym połamanym drzewem –
kim jestem, żeby nie wyjść im naprzeciw,
kim byłbym, gdybym nie wyszedł?

———————————

Tomasz Bąk (ur. 1991) jest poetą. Wydał trzy książki poetyckie oraz jednoaktówkę Katedra (2019). Za Kanadę otrzymał Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius w kategorii debiut roku. Jego [beep] Generation nominowano do Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej, natomiast najnowszy zbiór wierszy Utylizacje. Pęta miast – do Silesiusa i Nagrody Literackiej Gdynia, a ponadto uhonorowano Poznańską Nagrodę Literacką – Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Gra na basie w zespole Janusza Reichela RHL Ansambl. Mieszka w Tomaszowie Mazowieckim.

——————————— 

Wiersz wolny to nowa przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Wiersze publikowane są w cyklu dwutygodniowym.

„Joker” czyli Incel i jego klakierzy :)

„Joker” nie tylko uparcie odmawia uczłowieczenia większości ofiar, ale też z wielką dokładnością dba, aby antybohater nie przekroczył najważniejszych współczesnych tabu. 

Jak wyglądałby taksówkarz Martina Scorsese, gdyby nakręcono go w naszych czasach? „Joker” Todda Philipsa to doskonale nakręcona i zagrana dwugodzinna odpowiedź na to pytanie. Nie ma wątpliwości, że „Joker” osiągnie i na długo zachowa kultowy status, że jego kunszt filmowy będzie przedmiotem naśladownictwa, a poszczególne sceny staną się skarbnicą memów i odniesień. Czy film jest jednak arcydziełem krytyki społecznej w konwencji popkultury, czy jedynie skrajnie nieodpowiedzialną celebracją  nihilistycznej przemocy? Jest to w końcu historia odrzuconego, samotnego mężczyzny, który strzelając do otaczających go ludzi, zyskuje rozgłos i poklask. Tego typu protagonista w kraju szkolnych strzelanin może być albo zaproszeniem widza do bolesnej analizy tragicznego fenomenu, albo oznaką, ze twórcy chcą jedynie zarobić na rzuceniu znieczulonej publiczności villan porn, nie przejmując się faktem, że dostarczają autorom kolejnych masakr wizualnie oszałamiającego manifestu. Oglądając „Jokera”, trudno się zorientować, z którą opcją mamy do czynienia. Oglądany z tej perspektywy film staje się fascynującą enigmą i zmienia się w podróż w mroczną psychikę współczesnej popkultury, nie mniej pogmatwaną niż ta należąca do tytułowego antybohatera.

Zanim odpowie się na pytanie, co chce osiągnąć i co obnaża „Joker”, trzeba stwierdzić jedno – twórcy są ekspertami w swoim fachu, doskonale wiedzą, co robią, i widać to od pierwszych sekund. Plastycznie i dźwiękowo film jest nienaganny; depresyjna beznadzieja Gotham wprost wycieka z ekranu. Joaquin Phoenix żyje swoją rolę fizycznie i psychicznie. Światło, muzyka, scenografia wtłaczają widza w ten obraz, tempo jest bezbłędne i nie pozwala wyjść z niego ani na chwilę. Mamy też – jak rzadko kiedy w dzisiejszych popularnych produkcjach – do czynienia z fabułą gnaną przez logiczne ciągi wydarzeń, wybory bohaterów i porządny, przekonujący dialog, nie przez rozpaczliwą konieczność sklejenia ze sobą ulubionych efektów specjalnych, walk i ujęć tworzących wcześniej trailer. 

Nie jest to też łatwy film – nie ogląda się go przyjemnie, a ci, którzy przyszli uzupełnić historię o Batmanie, muszą cierpliwie czekać na pojawienie się znajomych miejsc czy postaci. Żaden z elementów popkulturowego koktajlu – seks i romans, comic relief, spektakularna przemoc bez większych konsekwencji – nie pojawia się na ekranie. We wszystkich tych aspektach „Joker” jest wręcz modelowy i chciałoby się doczekać transformacji całości współczesnego pop na jego obraz i podobieństwo. Zniesmaczeni fani „Gry o Tron” czy „Gwiezdnych Wojen” oddaliby swój prawy ekran za Todda Philipsa u steru ich uniwersów.

Niepodważalność wizualnej maestrii i scenopisarskiej kompetencji twórców odziera ich jednak z potencjalnego alibi. „Joker” jest dokładnie tym, czym chcieli, aby był. Elementy doskonałe są efektem świadomego skupienia na nich wysiłków, elementy pozbawione polotu czy jakości – efektem zaniedbania wskazującego na rzeczywiste priorytety. Zrozumienie tego faktu jest kluczem do odgadnięcia, czym naprawdę jest „Joker”.

Przez pierwszą połowę dwugodzinnej projekcji film kreuje się na opowieść o człowieku zamkniętym w pułapce choroby, ubóstwa i wywołanej nimi izolacji społecznej. Oglądamy dysfunkcyjny świat zaśmieconych ulic, dorywczych zleceń, z których trzeba wyżyć, sporadycznego i objawowego leczenia psychicznych zaburzeń w osiedlowej klinice, wreszcie oziębłości i alienacji miasta, w którym każdy ucieka przed każdym, bo nieznajomy oznacza kłopoty. Artur Fleck – tak ma na imię przyszły Joker – nie ma w tym świecie perspektywy na jakąkolwiek znośną przyszłość. Życie rozdało mu dość paskudne karty. W przeciwieństwie do protagonisty „Taksówkarza”, Artur nie szuka guza. Po prostu stara się przetrwać, doświadczyć ludzkiej akceptacji, znaleźć bliskość. W tej części „Joker” wydaje się być podobny do innej popkulturowej opowieści o społecznym wykluczeniu, do „Rambo. Pierwsza krew”. W obu obserwujemy Amerykę nie mogącą zgodzić się, by wyrzutek stał się jej częścią.

Jest jednak zasadnicza różnica. W swojej historii Rambo naprawdę nie ma wyboru, musi bronić się przed oprawcami, którzy nie przestają dybać na jego wolność i zagrażają jego fizycznemu bezpieczeństwu. Rambo obraca się bezpośrednio przeciwko nim w akcie samoobrony. Historia Artura Flecka wydaje się zmierzać w podobnym kierunku. Najpierw zostaje on brutalnie pobity dla zabawy przez bandę chuliganów. Kiedy pod wpływem tego doświadczenia zaczyna nosić ze sobą broń w celach samoobrony, fakt ten doprowadza do zwolnienia go z pracy. Dowiaduje się też, że ze względu na cięcia budżetowe nie będzie miał już dostępu do opieki psychiatrycznej w lokalnej klinice, a kiedy załamany wraca do domu, zostaje napadnięty przez trójkę pijanych yuppies, których przyciąga jego nerwicowy śmiech. I tutaj kończą się podobieństwa z Johnem Rambo, a zaczyna albo moralne i narracyjne niedbalstwo, albo niezwykle subtelna maestria twórców filmu.

Artur zabija dwóch napastników w samoobronie, zmuszając trzeciego do ucieczki. W tym momencie jest jeszcze osobą moralnie niewinną. Nie tylko jednak strzela uciekającemu korposzczurowi w plecy, ale ściga go kilka minut, aby bezlitośnie dobić błagającego o życie. Takie rozwiązanie fabularne wydaje się być ogromnym błędem w sztuce. Ten sam stan –  wyjętego spod prawa obiektu policyjnego śledztwa – mógł protagonista osiągnąć nie przekraczając granicy między samoobroną a morderstwem. Zdarzenie mogli zobaczyć policjanci, otwierając do niego niecelny ogień bez rozeznania w sytuacji i zmuszając go do ucieczki. To samo mógł osiągnąć krzyk równie nieświadomych genezy zdarzenia świadków. Artur mógł też zostać przez scenarzystów skonfrontowany z policją i zrozumieć, ze instytucja ta faworyzuje ludzi, którzy go napadli, ze względu na ich wyższy status. Każdy z tych sposobów rozegrania wydarzenia pozwoliłbym widzom współczuć i kibicować Arturowi, nie kibicując równocześnie mordercy, pozostawiając mu status ofiary i czyniąc go postacią tragiczną, zepchniętą na drogę zbrodni przez siły niezależne od niego. Jeśli twórcy nie sięgają po nie, to znaczy, że status moralny Artura jest im obojętny.

Jest i druga opcja. Wydarzenia obserwujemy z perspektywy Jokera, narratora niekoniecznie godnego zaufania. Co jeśli bezsensowna i przerysowana przemoc, której pada ofiarą, jest jedynie urojonym post-factum uzasadnieniem bandyckiego odreagowywania własnych niepowodzeń? Jak na przykład, leżąc na ziemi kopany przez kilku napastników, zdołał wyciągnąć i wycelować broń? Choć na ekranie widzimy świadka wydarzeń – kobietę, którą trzej napastnicy zaczepiają, zanim przenoszą swoją uwagę na Artura – medialne opisy zdarzeń nie zawierają jej relacji, która potwierdzałaby, że Artur działał w samoobronie. Media mówią o morderstwie, a będąca projekcją schorowanego umysłu partnerka Jokera chwali sprawcę za to kogo, a nie w jakich okolicznościach zabił.

Kolejna zbrodnie Artura nie mają już nic wspólnego z samoobroną, wiele natomiast z dążeniem do zamknięcia swojego dotychczasowego życia w drodze do samobójczego finału. Ich ofiarami stają się osoby symbolizujące w umyśle Artura jego porażki i tragedie. Kiedy dowiaduje się, ze będąca w stanie śpiączki matka najpierw adoptowała go, a potem milczała w obliczu okrucieństwa kolejnych ojczymów, dobija ją w szpitalu; brutalnie morduje kolegę z pracy, którego wini za zwolnienie; wreszcie, zaproszony do talk show, w którym został wyśmiany w ramach swego rodzaju przeprosin, przyznaje się do zabójstwa trzech biznesmanów, wygłasza gniewny manifest o wykluczeniu i zabija oponującego jego słowom prezentera, wcześniej swojego idola. Z każdym kolejnym zabójstwem nastrój filmu staje się radośniejszy; Joker celebruje kolejne zabójstwa widowiskowymi tańcami, w które muzyka i sposób poruszania się kamery angażują samego widza; emocjonalna logika historii nakazuje widzieć w ostatnim zabójstwie Jokera i w wywołanych nim gwałtownych zamieszkach, na których czele na krótko staje, jego zwycięstwo nad przeciwnościami losu, zrozumiałą i sprowokowaną, jeśli nie do końca uprawnioną formę protestu człowieka społecznych dołów przeciwko obojętnej na jego los dominacji zadufanej w sobie plutokracji. Gniew protagonisty i jego wyzwoleńcze wyładowanie odmalowane są w filmie z niezwykłym kunsztem i narzucają odbiorcy tożsamość z nimi. 

Wszystko to potwierdzać może to tezę, że obraz ma być ilustracją tak faktualnych, jak i emocjonalnych i moralnych urojeń Jokera, nie zaś współczującą, ale pozostającą z boku opowieścią o jego losach. Przestępcza sprawność protagonisty pozostaje w sprzeczności z jego niezdarnością, demonstrowaną w początkach filmu; łatwość, z jaką przechodzi on do porządku dziennego nad mordowaniem znanych mu i kluczowych w jego życiu osób także wskazuje, że mroczne rysy jego natury nie zostały wywołane dopiero przez opisane w filmie wydarzenia, a przynajmniej w przedstawiony na ekranie sposób. Artur Fleck nigdy nie był skoncentrowanym na opiece nad matką niewiniątkiem.

Jeśli to odczytanie filmu jest prawdziwe, „Joker” jest zagadką psychologiczną subtelniejszą niż wszystko, co w ostatnich trzech dekadach widzieliśmy w masowym kinie – o co najmniej poziom wyżej od osławionego „Shutter Island”. W takim razie twórcy godzą się również na to, ze wysoce nieoczywiste i oparte na pewnych założeniach odnośnie ich własnych kompetencji rozwiązanie nie zostanie w ramach samego filmu zidentyfikowane jako poprawne, a zatem że przesłanie ich filmu będzie inne dla znakomitej części widowni.

Jakkolwiek atrakcyjna może się wydawać taka interpretacja, jest ona dość karkołomna, a egzekwowanie takiej strategii przyniosłoby twórcom tylko straty. Na pewno nie da się też obronić odczytania „Jokera” jako krytyki społecznej – bohater nie jest w żadnym momencie postawiony w sytuacji bez wyjścia, a jego przemoc nie jest wymierzona w osoby czy instytucje winne jego problemów. Sam „Joker” jest osobą chorą – cierpiącą i w części nieodpowiedzialną za swoje zachowanie, ale jego czyny są chore, to jest patologiczne. Z bojownikiem o równość, wolność i braterstwo do czynienia nie mamy, co zresztą stwierdza wyraźnie sam antybohater. Film jest więc najprawdopodobniej, mimo całej towarzyszącej mu otoczki artyzmu, niczym więcej i niczym mniej niż doskonale zrealizowanym prequelem o kluczowej dla znanego komiksu i jego ekranizacji postaci.

Problem w tym, że aby obronić środki, którymi się posługuje, film musi być czymś więcej. Obsadzając w roli protagonisty bezwzględnego mordercę, łamie bowiem ważne moralne tabu, nie oferując nic w zamian. Kultura popularna – i w ogóle kultura – obfituje w obrazy przemocy od swojego zarania; zazwyczaj nie kibicujemy jednak w kinie mordercom. Mało który z dzisiejszych protagonistów jest osoba jednoznaczną moralnie; preferujemy bohaterów etycznie złożonych, a jeśli prostych, to albo Dobrych grających nieczysto, albo Złych zabijających innych złych, jak Tony Soprano czy Omar Little. Oglądamy przemoc dla samego cieszenia się przemocą, ale jeśli jest to przemoc realistyczna, albo nie jest skierowana w stronę niewinnych, albo nie trzymamy strony sprawcy. Nie wyobrażamy sobie kibicowania Hannibalowi Lecterowi, nawet jeśli to dla postaci Hannibala oglądamy dany film czy serial. O ile wspomniana wcześniej dość karkołomna hipoteza o Jokerze jako ostatecznym narratorze całej opowieści nie jest prawdziwa, film zasadę tę łamie, i to w sposób rażący.

Samo epatowanie przemocą w scenariuszy zabójstwo-samobójstwo przy użyciu broni palnej można już uznać za moralnie niedopuszczalne, jednak w „Jokerze” uzasadnienie dla tej przemocy przybiera postać przemieszanych postulatów skrajnie prawicowych i skrajnie lewicowych populistów,  niebezpiecznie rezonując z sentymentami co do których twórcy mogą być pewni, że będą wśród części widzów obecne. Film bardzo łatwo odczytać jako określający te zachowania za zrozumiałe, jeśli nie usprawiedliwione – i przynoszące sprawcom dokładnie to, czego zwykle oczekują. „Joker” nie tylko uparcie odmawia uczłowieczenia większości ofiar, ale też z wielką dokładnością dba, aby antybohater nie przekroczył najważniejszych współczesnych tabu. Zbrodnie Jokera nie mają charakteru seksualnego; nie ma w nich rasizmu (co więcej, film explicite ukazuje, ze Joker nie jest rasistą – sąsiadka, o związku z  którą roi, jest czarna). Poza matką Jokera jego ofiarami zostają jedynie biali mężczyźni – bogaci, wpływowi, zatrudnieni w policji, a przynajmniej niesympatyczni. Nie tylko uchybia to realizmowi (Joker ma wszystkie cechy incela, ale incelem nie jest), ale pozwala domniemywać że z protagonistą widz ma się jednak móc utożsamiać.

Przemożna sugestywność filmu zostawia nas przez to z poczuciem niesmaku – oto braliśmy udział w celebracji nihilistycznej przemocy, która prawdopodobnie do prawdziwej przemocy zainspiruje a której w żaden sposób nie dyktowała artystyczna konieczność. Wspaniała forma kryje komiksową treść, łamiąc – przynajmniej moim zdaniem – zasadę społecznej odpowiedzialności twórców, w imię co najwyżej poklasku, albo – co gorsze – zapewnienia sobie darmowego marketingu za pomocą celowo wywołanego oburzenia. Film wydaje się przez to tak histrioniczny, tak postmodernistyczny i tak nihilistyczny jak sam jego bohater – i fakt, ze może być to zamierzona gra autorów na poziomie meta, niekoniecznie poprawia ocenę tego zjawiska. „Why so serious?”. Bo to chyba nie tylko ja. It is getting crazier out there.

Edmund Burke i krytyka rewolucji, czyli o źródłach myślenia konserwatywnego :)

Każda zmiana społeczna – szczególnie zaś gwałtowna zmiana ustrojowa – wymaga uprzedniego uzasadnienia i usprawiedliwienia. Konserwatyści odrzucają bowiem lekkomyślność i opowiadają się za szacunkiem względem mądrości, która wykuwała się przez kolejne pokolenia tradycji.

Zwykle konserwatyzm utożsamia się z postawą domagającą się obrony zastanego porządku społeczno-politycznego, jednakże w rzeczywistości istotą konserwatyzmu jest raczej sceptycyzm – aniżeli niechęć sensu stricto – wobec zmiany społecznej, zaś niechęć do zmiany o charakterze radykalnym. Łacińskie określenie conservare sprowadza stanowiska konserwatywne do ślepej i niejednokrotnie bezmyślnej obrony status quo ante, jednakże nie zawsze jest to ujęcie właściwe, bo nie każdy konserwatysta jest przeciwnikiem zmiany.

Narodziny konserwatyzmu

Jak to jest w przypadku wszystkich ideologii, nurtów myśli społeczno-politycznej czy prądów i ruchów społecznych, trudno zwykle o wskazanie na osi czasu jednego konkretnego momentu, stanowiącego narodziny określonego sposobu myślenia. Tak samo jest również, kiedy próbujemy wskazać moment narodzin doktryny konserwatywnej. Niewątpliwie ważne z punktu widzenia jej kształtowania się są trzy daty roczne, poprzez które możliwe jest zrekonstruowanie kluczowych – jak się wydaje – momentów w formowaniu się nowożytnego konserwatyzmu, rozumianego jako polityczna ideologia i doktryna. Pierwsza z nich to rok 1790. W tym właśnie roku Edmund Burke – „uznawany za ojca nowoczesnego konserwatyzmu”1 – opublikował dzieło uznawane współcześnie za swoisty manifest doktryny konserwatyzmu, czyli Rozważania o rewolucji we Francji. Drugi momentem węzłowym był rok 1820, a mianowicie pierwsze użycie pojęcia „konserwatyzm” przez Françoisa-René de Chateaubrianda w prowadzonym przez niego czasopiśmie pt. „Konserwatysta”. Trzecia z dat to rok 1834, kiedy to ogłoszony zostaje pierwszy oficjalny program ugrupowania politycznego o konserwatywnym charakterze, czyli brytyjskiej Partii Konserwatywnej.

Krytyka zmiany radykalnej

Rozważania o rewolucji we Francji stanowią pierwsze dzieło, w którym poddano krytyce w sposób dość uporządkowany i przemyślany rewolucję francuską i wszystkie zmiany, które zaprowadziła. W książce tej Burke tworzy podwaliny tzw. konserwatyzmu ewolucjonistycznego – ideologii sceptycznej wobec wszelkich nagłych i radykalnych zmian, jednak dostrzegających potrzebę społecznej zmiany. W konserwatyzmie ewolucyjnym przyjmuje się potrzebę dokonywania zmiany społecznej w sposób ewolucyjny, przemyślany i racjonalny. Nawet jednakże systematyczna i przemyślana zmiana – jak twierdzą konserwatyści – nie musi skutkować sukcesem, czyli tym, co liberałowie i radykałowie określali mianem postępu i rozwoju. Burke podważał ideały progresywizmu, wskazując, że postęp ani nie jest zjawiskiem koniecznym, ani nie musi mieć charakteru ciągłego, a przede wszystkim nie jest jednoznaczne jego zdefiniowanie i dookreślenie. Burke tworzy tym samym fundamenty pod aksjologiczny i ideologiczny zrąb konserwatyzmu, na który składają się: szacunek do tradycji2, pokładanie ufności w religii i autorytecie, wiara w naturalne pochodzenie władzy monarszej i głównych instytucji państwowych

Powściągliwość co do tempa i zakresu zmiany społecznej i ustrojowej Burke werbalizował wielokrotnie. Wskazywał mianowicie, iż „między alternatywą: absolutna destrukcja lub brak reform jest coś jeszcze3. Postulowana przez niego wersja konserwatyzmu zakładała właśnie poszukiwanie swoistego złotego środka w podejściu do zmian. Burke krytykował wszelkie radykalizmy – przede wszystkim zaś postulat rewolucji demokratycznej – sugerując, iż niosą one proroctwo zagłady. Dawny ustrój – ustrój przedrewolucyjny – jest przez niego idealizowany, zaś realia porewolucyjnej Francji demonizuje. Wskazywał, że „wszystko wydaje się zatracać swój właściwy charakter w tym dziwnym chaosie lekkomyślności i okrucieństwa, mieszaninie wszystkich rodzajów zbrodni z wszystkimi rodzajami szaleństw”4. Tym właśnie dla konserwatysty są wszelkie radykalne zmiany: chaosem, lekkomyślnością i szaleństwem, które w finale przynoszą społeczeństwu obalenie praw i totalną destrukcję porządku. Demokracja, która postulowana była przez francuskich rewolucjonistów, była przez Burka widziana jako pierwszy krok do oligarchii. Konserwatyzm stanowi zatem postawę sceptyczną wobec gwałtownych zmian ustrojowych, gdyż staje przed obawą zepsucia i zniszczenia starych i sprawdzonych instytucji państwowych.

Konserwatyści na przełomie XVIII i XIX wieku mieli wiele wątpliwości dotyczących konieczności tak radykalnych zmian ustrojowych. Burke wskazywał, że „rewolucja to takie polityczne działanie, które wymaga usprawiedliwienia. Rewolucja obaliła dawny ustrój kraju, lecz nie przywołano żadnych oczywistych racji, które usprawiedliwiałyby tak gwałtowne poczynania5. Każda zmiana społeczna – szczególnie zaś gwałtowna zmiana ustrojowa – wymaga uprzedniego uzasadnienia i usprawiedliwienia. Konserwatyści odrzucają bowiem lekkomyślność i opowiadają się za szacunkiem względem mądrości, która wykuwała się przez kolejne pokolenia tradycji. Niechęć Burke’a do zmiany wiązała się również z jego sprzeciwem wobec przekazywania władzy ludziom do tego nieprzygotowanym oraz oczekiwania, aby władza państwowa miała zawsze charakter służebny względem społeczeństwa. Konserwatyzm w jego pierwotnej postaci odrzucał z oczywistych względów suwerenność ludu, obawiając się ochlokracji. Burke wskazuje, że „za sprawą rewolucji, jaka dokonała się w państwie, wczorajszy lizus i pochlebca staje się surowym krytykiem teraźniejszości. Lecz umysły poważne i niezależne, rozważając sprawę tak ważną dla ludzkości jak ustrój, wzgardzą rolą satyryków i rezonerów”6. Postulaty egalitarne, których kolebką była właśnie rewolucyjna Francja, były przez pierwszych konserwatystów zdecydowanie odrzucane jako forma podważenia ładu społecznego czy też „spontanicznie kształtującego się ładu normatywnego, wyprzedzającego idee własności, uprawnienia i obowiązku”7.

Krytyka idealizowania rozumu

Konserwatyzm odnosi się również sceptycznie wobec roszczeń nurtów racjonalistycznych. Rewolucja amerykańska i rewolucja francuska większość swoich postulatów oparły na założeniu, iż wszystkie one mogą zostać wywiedzione z rozumu. A zatem to rozum – jak twierdzili osiemnastowieczni rewolucjoniści – powinien stanowić instrument kierowania rzeczywistością społeczno-polityczną. Tymczasem konserwatyści deklarują dobitnie swój pesymizm antropologiczny, czyli przekonanie, iż ze względu na piętno grzechu pierworodnego rozum ludzki bynajmniej nie jest nieomylnym instrumentem poznawczym i decyzyjnym. Bogdan Szlachta wskazuje, że w myśli konserwatywnej „starodawny ustrój władz nie był tworem teoretycznego rozumu, lecz dziełem mądrości praktycznej, uwzględniającej konkretne doświadczenia, naśladującej naturę, w której toczy się walka niezgodnych sił, wiodąca do ustalenia harmonii wszechświata”8. Możliwości rozumu – jak dowodzi Burke – są przez rewolucjonistów przeceniane, a tym samym przekreślają oni „doświadczenia gromadzone przez wieki”9. Człowiek to raczej istota irracjonalne, nadmiernie ulegająca pożądaniom i pragnieniom, nad którymi także rozum zapanować nie potrafi. Burke w Rozważaniach o rewolucji we Francji dzieli się swoimi obawami co do zdolności posługiwania się przez człowieka rozumem. Podkreśla, że bałby się „nakazać człowiekowi, by żył i pracował, czerpiąc wyłącznie z zasobów własnego rozumu, sądzimy bowiem, że ten zasób każdego człowieka jest mały, że ludziom powodzić się będzie lepiej, gdy będą korzystać ze wspólnego banku i kapitału narodów i wieków”10. A jeśli rzeczywiście rozum człowieka jest omylny i zawodny, to wówczas szczególnie przydatnymi wydają się takie instancje, jak tradycja, przesądy i zwyczaje. Skoro bowiem przez wieki ludzie podejmowali decyzje, kierując się właśnie tymi instancjami, to przecież nie może być tak, że są one nazbyt zawodne.

Jeśli zaś nawet przyjąć istotną rolę rozumu, to wówczas – jak twierdzą konserwatyści – należy pozwolić, aby to ci, którzy wykazali się swą mądrością, wiedzą i doświadczeniem podejmowali decyzje w państwie, aby to oni rządzili tymi, którzy tej wiedzy, mądrości i doświadczenia nie mają. Jak widać więc, pojawia się kolejny argument przeciwko demokratycznym i egalitarnym roszczeniom rewolucjonistów, a zarazem przekonanie o konieczności zgody na jakąś formę elitaryzmu. Elity zaś należy tutaj rozumieć nie tylko jako elity pieniądza i pochodzenia, ale przede wszystkim jako elity charakteru i moralności. Także religia zdaje się być przydatna w trosce o ład społeczny. Konserwatyści bowiem podkreślają wagę wychowania moralnego, a właśnie religia odgrywa tutaj ogromną rolę. Burke pisze, że „my wiemy, a co ważniejsze, czujemy wewnętrznie, że religia stanowi podstawę społeczeństwa obywatelskiego, źródło wszelkiego dobra i wszelkiej otuchy”11. Nie rozum zatem, ale religia, tradycje i stare instytucje prowadzą w kierunku mądrości oraz uczą go odróżniania dobra od zła. Religia zaś swą szczególną rolę zawdzięcza również temu, że „zwraca nas ku transcendencji”12.

Dla konserwatystów istotną rolę w funkcjonowaniu mechanizmu państwowego mają wszelkie autorytety. Rewolucja francuska wszystkie autorytety podważyła, czyniąc z rozumu „autorytet wszelkich autorytetów”. Również cały proces wychowania i edukacja powinny być podporządkowane autorytetowi13, których rola w życiu publicznym, rodzinnym i politycznym jest wielokrotnie przez konserwatystów podkreślana. To właśnie autorytety stanowią okno na poznanie prawdy i zrozumienie otaczającego świata14, chronią ludzi przed niebezpiecznymi rządami sofistów, chronią to, co można by określić mianem „intuicyjnego objawienia fundamentalnej prawdy”15. Jak przekonuje Burke, „wszyscy, niezależnie od miejsca i czasu, urodziliśmy się równi w podporządkowaniu względem wielkiego, preegzystującego prawa obecnego w każdej jednostce, wyprzedzającego nasze istnienie, przez które umieszczeni jesteśmy w wiecznej strukturze uniwersum; prawo nie pochodzi przeto z ludzkich konwencji, przeciwnie – nadaje ludzkim umowom wszelką siłę i sankcję”16. Nie rozum jest ścieżką do poznania tego prawa, ale tradycja, religia i autorytet.

Krytyka idealizowania ludzkiej woli

Rewolucja francuska była przejawem triumfu ludzkiej woli: nieokiełznanej siły ludzkich dążeń, pragnień i możliwości. Jak się okazało, człowiek jest w stanie obalić budowany całe wieki ład i na jego gruzach zbudować – mniej bądź bardziej sprawnie – nowy świat. Konserwatyści sprzeciwiają się zdecydowanie takiej lekkomyślności i wręcz głupocie rozentuzjazmowanego tłumu. Nieciągłość i niestałość wyborów ludzkich nie jest niczym dobrym, a wręcz należy określić je jako przyczynę samego zła. Zwolennicy konserwatyzmu odrzucają kontraktualistyczną wizję genezy państwa, wskazując, że nie wolno państwowych instytucji uznawać za efekt umowy społecznej. Nie ludzie siłą własnej woli je powołali, ale są one tworami natury bądź dziełem Boga. Konserwatyści patrzą na państwo jako na żywy organizm, w którym każdy element pełni swoją funkcję i wykonuje właściwe tylko sobie zadania. Organicystyczna wizja państwa odrzuca dowolność w przebudowywaniu i przeformułowywaniu struktur państwowych, a przecież – jak uważają konserwatyści – tym właśnie była rewolucja francuska.

Nie ma również zgody w pierwotnych nurtach konserwatywnych na wprowadzanie powszechnych wyborów i uznanie wyborczej legitymizacji jako oparcia dla władzy państwowej. Burke mówi wprost, że wybory opierające się na szerokim prawie wyborczym obywateli nie różnią się niczym od hazardu, państwo wówczas staje się swoistym polem gry, a mieszkańcy – szulerami. Wola ludu jest nieprzewidywalna, irracjonalna i niebezpieczna. Decyzje mas społecznych wypływają niejednokrotnie z emocji i prostych pożądań, motywowane są zazdrością, zawiścią bądź resentymentem. Burke nie godzi się, aby to wolność stała się naczelną wartością społeczną, „bo i czymże jest wolność bez mądrości, bez cnoty? Jest największym możliwym złem; jest szaleństwem, występkiem i głupotą – pozbawionymi wędzideł i granic. Ludzie znający wolność przepełnioną cnotą nie mogą znieść hańbienia jej przez niegodne ręce na rachunek wzniosłych słów. Z pewnością nie pogardzam wspaniałym, uskrzydlającym poczuciem wolności”17. Wolność musi zawsze iść w parze z mądrością, doświadczeniem, autorytetem i tradycją, natomiast wolność w rozumieniu zaprezentowanym przez rewolucjonistów, radykałów i liberałów zostaje przez konserwatystów odrzucona jako samowola, czyli wolność niebezpieczna.

Wola osoby mądrej i wykształconej oraz wola osoby cnotliwej zostają w ustroju porewolucyjnej Francji czy też w każdym ustroju republikańskim zrównane z wolą człowieka prostego i niewykształconego, niekompetentnego i niemoralnego. Burke krytykuje postulat równości wszystkich obywateli i przyznawania każdemu z nich do swobodnego i nieskrępowanego posługiwania się swoją wolą. Nie godzi się zatem, aby wola każdego człowieka – także niekompetentnego i niemoralnego – miała jakikolwiek wpływ na decyzje dotyczące państwa. W Rozważaniach o rewolucji we Francji pisze, że „królowie w pewnym sensie są niewątpliwie sługami swych ludów, bo ich władza nie ma innego celu niż korzyść ogółu, lecz nieprawdę jest, że w utartym sensie tego słowa (przynajmniej wedle naszej konstytucji) są czymś w rodzaju sług, którzy ze swej istoty muszą wykonywać rozkazy innych ludzi i mogą być wedle ich widzimisię odwołani”18. Trudno sobie Burke’owi wyobrazić, aby państwo, w którym poprzez wolę obywateli możliwe jest usunięcie władcy, było w stanie spełniać swoje funkcje i kształtować dobrych obywateli. Skoro wola ludzi bywa irracjonalna, nieprzewidywalna, subiektywna i zmienna, wówczas jest to niebezpieczna dla stabilności ustroju siła, destabilizująca rzeczywistość społeczno-ustrojową.

Historia jako nauka

Dla Burke’a postawa konserwatywna jest najwłaściwszą formą wykorzystywania nauki, jaką człowiek współczesny (tak samo człowiek współczesny Burke’owi, jak również człowiek czasów dzisiejszych) może i powinien wyciągać z historii. Burke przekonuje, że „historia to wielka księga otwarta dla naszego pouczenia, gdy wyciągamy wnioski dla przyszłej mądrości z przeszłych błędów i słabości rodzaju ludzkiego. Jeśli pojmuje się ją opacznie, może służyć jako arsenał ofensywnych i defensywnych broni dla stronnictw w Kościele i państwie, dostarczający środków podsycania i odradzania sporów i animozji, dolewający oliwy do społecznego ognia19. Rewolucja francuska była dowodem na to, jak bardzo odrzucenie nauk płynących z historii może zaszkodzić człowiekowi, strukturze społecznej i kształtowi ustrojowemu państwa. Rewolucja była zerwaniem z przeszłością o charakterze radykalnym i niebezpiecznym. Nigdy nie wiadomo, jakie skutki przyniesie taka radykalna zmiana – nigdy nie wiadomo, czy więcej wypłynie z niej złego, czy dobrego. Radykalna zmiana sprawia, że człowiek traci poczucie bezpieczeństwa w świecie, czuje się zagrożony, a czasami wręcz sfrustrowany czy przerażony.

Burke podkreśla, że najlepszym przykładem narodu czerpiącego naukę z historii i stojącego na straży swoich tradycji są właśnie Brytyjczycy. Wskazuje, że „dzięki naszemu upartemu przeciwstawianiu się zmianom, dzięki flegmatycznemu lenistwu cechującemu nasz narodowy charakter, nadal nosimy piętno naszych przodków. Jeszcze nie utraciliśmy (jak sądzę) wielkoduszności i godności właściwych duchowi XIV stulecia, jeszcze nie wystylizowaliśmy się na dzikich20. Narody, które nie przekreślają swojej przeszłości, ale budują przyszłość na wielowiekowych tradycjach, unikają wielkich konfliktów społecznych i destabilizacji ustrojowo-politycznej, podtrzymując tym samym poczucie prawnej stabilizacji. Burke jest przekonany, że postawa konserwatywna przede wszystkim stanowi ostoję ludzkiego bezpieczeństwa i zarazem jak najpełniejsze odzwierciedlenie bliskości naturze.

1 B. Szlachta, Konserwatyzm. Z dziejów tradycji myślenia o polityce, Kraków – Warszawa 1998, s. 36.
2 J. Szacki, Tradycja, Warszawa 2011, s. 27.
3 E. Burke, Rozważania o rewolucji we Francji, przeł. D. Lachowska, Kraków 2000, s. 170.
4 Tamże, s. 30.
5 Tamże, s. 178.
6 Tamże, s. 141.
7 B. Szlachta, Konserwatyzm. Z dziejów tradycji myślenia o polityce, s. 33.
8 Tamże, s. 37.
9 E. Olszewski, Ideologia i ruch polityczny współczesnego konserwatyzmu, „Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska. Sectio K: Politologia” 1999, nr 6, s. 370.
10 E. Burke, Rozważania o rewolucji we Francji, s. 104.
11 Tamże, s. 106.
12 R. Legutko, Trzy konserwatyzmy, [w:] tegoż, Podzwonne dla błazna, Kraków 2006, s. 161.
13 K. Eliasz, Edukacja demokratyczna według Hannah Arendt, „Filozofia Publiczna i Edukacja Demokratyczna” 2016, T. V, nr 1, s. 212.
14 Zob. P. Kusiak, Konserwatywne ideały wychowawcze w dobie dominacji Deweyowskiego paradygmatu edukacyjnego, „Colloquium Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych. Kwartalnik” 2013, nr 4, s. 85.
15 R. Legutko, Trzy konserwatyzmy, s. 159.
16 B. Szlachta, Edmund Burke wobec szkół prawa naturalnego, „Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej” 1994, T. 39, s. 26.
17 E. Burke, Rozważania o rewolucji we Francji, s. 255.
18 Tamże, s. 47-48.
19 Tamże, s. 155.
20 Tamże, s. 102.

Tesla – człowiek, który wynalazł XX wiek :)

Wyświechtane, pochwalne frazesy kierowane do zbyt wielu historycznych postaci, poprzez nadmierne rozproszenie tracą siłę rażenia. Na przestrzeni dziejów znajdziemy jednak kilka osób, które bezapelacyjnie zasługują na miano geniuszy, którzy zmienili losy naszej cywilizacji. Jednym z nich jest serbski inżynier i wynalazca Nikola Tesla. 

A jednak człowiek, dzięki któremu nasz świat wypełniony jest sztucznym światłem, urządzeniami, bez których nie wyobrażamy sobie ani minuty swojego codziennego dnia – przez całe dekady pozostawał zapomniany. Newton, Edison, Einstein – to nazwiska, które znane są każdemu uczniowi podstawówki. W podręcznikach brakowało tego jednego: Tesla.

Z drugiej strony, od paru lat mamy do czynienia z prawdziwym renesansem serbskiego inżyniera. Niestety, w wielu przypadkach są to miałkie wynurzenia domorosłych naukowców, dramatyczne apele miłośników teorii spiskowych, czy owiane mgłą niedomówień podniosłe wypowiedzi wyznawców mistycyzmu spod znaku Iluminatów. 

Historia jego życia, odkryć naukowych i osobowość, to gotowy materiał dla wydawniczego bestsellera czy kasowego przeboju kinowego. Mają one ogromną siłę rażenia i wpływ na zbiorową świadomość o Tesli. W tych przypadkach również spotkamy się z przekłamaniami służącymi zwiększeniu zainteresowania filmem czy książką, lub – na drugim biegunie – nieuzasadnione marginalizowanie jego postaci. Cały Internet huczy od tekstów i filmików pseudo-naukowców. Bo w Tesli fascynujące są nie tylko jego przełomowe wynalazki, które służą nam po dziś dzień. Elektryzują zwłaszcza te, które nie doczekały się swojej realizacji, oraz te, których sekrety podobno skrywają tajne akta FBI. Serb był geniuszem, a jak każda ponadprzeciętnie inteligentna jednostka, jego umysł skrywał tajemnicze i dziwne zakamarki – pobudzające wyobraźnię i będące pożywką dla pseudo-naukowego bełkotu. I jak każdy geniusz – czasem się mylił i szybował wysoko ponad racjonalizmem i naukowymi dowodami. Bezkrytycznie wychwalany, niesprawiedliwie poniżany i zapomniany – jego życie, podobnie jak spuścizna, którą nam zostawił, od ponad 160 lat nieustannie wirują w górę i w dół na roller coasterze zbiorowej świadomości. 

Trudno nie popuścić wodzy fantazji, kiedy już same narodziny wynalazcy były niecodzienne. Przyszedł on bowiem na świat w małej serbskiej wiosce Smiljan (dzisiaj znajdującej się na terenie Chorwacji), dokładnie o północy w nocy z 9 na 10 lipca 1856 roku. Szalała wtedy potężna burza z piorunami i błyskawicami – co w kontekście dalszych losów wynalazcy, stanowi romantyczne dopełnienie jego naukowej drogi. Dodajmy do tego słowa matki, która rzekomo powiedziała, że jej nowonarodzony syn będzie dzieckiem światła – i mamy gotowy obraz mesjasza nauki. 

Oboje rodzice Nikoli– ojciec Milutin, który przewodził pobliskiemu serbskiemu kościołowi ortodoksyjnemu, oraz matka Georgina Mandic, pochodząca z jednej z najstarszych serbskich rodzin – dbali o to, aby ich piątka dzieci (Nikola był czwarty z kolei) od najmłodszych lat ćwiczyła pamięć i samodyscyplinę. Dzieci długie godziny spędzały ucząc się całych książek na pamięć. Według Nikoli to po matce odziedziczył inteligencję i duszę wynalazcy: „Moja matka była pierwszego rzędu wynalazcą i wierzę, że dokonałaby wielkich rzeczy, gdyby nie była odsunięta od nowoczesnego życia i jego wielorakich możliwości” (zapewne karierę naukową ułatwiłoby jej także to, gdyby urodziła się mężczyzną – ale o tym Tesla już nie wspomina). Co ciekawe – jeden z największych geniuszy, który chodził po ziemi, podobno wcale nie był najzdolniejszym z dzieci Milutina i Georginy; był nim starszy od Nikoli o 7 lat brat Dane, który zmarł tragicznie w wieku lat 12. „Miałem niezwykle uzdolnionego brata – był jednym z tych rzadkich fenomenów mentalnych, których badania biologiczne nie są  w stanie wyjaśnić. (…) Wspomnienie osiągnięć Dane’a sprawia, że w porównaniu z nim, każdy mój wysiłek zdaje się marny. Wszystko to, czego dokonałem, miało na celu sprawienie, aby moi rodzice mniej dotkliwie odczuwali tę stratę. Dorastałem więc z niewielką wiarą w siebie (…)”.

Trudno jednak wyobrazić sobie dziecko zdolniejsze od Nikoli. Już w wieku 6 lat skonstruował silnik, który bazował na pracy żywych chrząszczy. Chłopiec był zachwycony wydajnością swego wynalazku, jednak dalsze eksperymenty na tym polu zostały zarzucone, gdy jego kolega zjadł chrząszcze, co w małym wynalazcy wywołało spore obrzydzenie i niechęć do prowadzenia dalszych badań na tym polu. Od najmłodszych lat zafascynowany był także turbinami wodnymi, które sam konstruował. W tym czasie wielką estymą darzył wodospad Niagara: „Wyobrażałem sobie wielką turbinę napędzaną siłą wodospadu. Powiedziałem wujowi, że pojadę do Ameryki i zastosuję tam swój schemat. Trzydzieści lat później zobaczyłem swoje idee zbudowane na Niagarze, zadziwiony nieodgadnionymi tajemnicami ludzkiego umysłu”.  Całkowicie zatracał się w rozmyślaniach nad stworzeniem ciągłego ruchu, dzięki stałemu ciśnieniu powietrza, a możliwości wykorzystania energii próżni nie dawały mu spać po nocach. W wieku 11 lat skonstruował prototyp silnika indukcyjnego. Od dziecka miewał dolegliwości, które towarzyszyły mu do końca życia:  „Jako chłopiec cierpiałem na szczególną przypadłość z powodu pojawiania się obrazów, często połączonych z silnym rozbłyskiem światła, które nękały mnie za pośrednictwem prawdziwych przedmiotów i miały wpływ na moje myślenie i działania. Były to obrazy rzeczy i scen, które widziałem naprawdę, nigdy zaś nie były to wyobrażenia. Kiedy wypowiadane było do mnie słowo – to, co oznaczało, pojawiało się w mojej wizji w formie obrazu i czasem trudno było mi rozróżnić czy to, co widziałem, było rzeczywiste, czy nie. Wprawiało mnie to w niepokój i zakłopotanie. Nikt ze studentów psychologii i fizjologii, z którymi się konsultowałem, nie był w stanie w satysfakcjonujący sposób wyjaśnić tych zjawisk. Wydają się wyjątkowe, chociaż miałem ku nim predyspozycje, gdyż mój brat miał podobne doświadczenia”. Być może dzisiaj lekarze zdiagnozowaliby te objawy jako chorobę zwaną synestezją (mózg odbiera rzeczywistość kilkoma zmysłami jednocześnie). Co tłumaczyłoby poniekąd jego fenomenalną, fotograficzną pamięć.

Pomimo tak niesamowitych osiągnięć, rodzice Nikoli – zwłaszcza ojciec – chcieli, żeby ich syn został duchownym. Nie wiadomo, czy życie Nikoli nie skończyłoby się w zakonie, gdyby w 1873 roku nie zachorował na cholerę. Przebieg był tak ciężki, że lekarze i rodzina stracili nadzieję na jego wyzdrowienie. Leżąc na łożu śmierci Nikola wyszeptał do swojego ojca, że być może wyzdrowieje, jeśli ten pozwoli mu zostać inżynierem. Oba życzenia Tesli się spełniły. 

Wspominając swoje studia na politechnice w Gratz Tesla pisał: „(…) rozpoczynałem pracę o trzeciej nad ranem, a kończyłem o jedenastej po zmroku, bez wolnych niedziel i wakacji”. Dzięki swojej wyróżniającej się inteligencji i pracowitości, Tesla zaskarbił sobie uznanie profesorów. Ale nawet Ci, którzy go chwalili,  nie w pełni doceniali jego pomysły. Gdy po zaprezentowaniu studentom maszyny Gramme’a Tesla zaproponował wprowadzenie w niej usprawnień – m.in. przez zastosowanie prądu zmiennego, profesor Poeschl, wykładowca Tesli, miał powiedzieć: „Pan Tesla jest w stanie dokonać wielkich rzeczy, ale nigdy nie będzie w stanie dokonać akurat tego. (…) nieosiągalna idea”.

Ta nieosiągalna idea stała się kilka lat później namacalna i na zawsze zmieniła obraz świata. Wydarzyło się to w 1882 roku, kiedy zaledwie 26-letni Tesla spacerował ze swoim przyjacielem. Nagle w jego umyśle pojawił się znany już rozbłysk światła, który przyniósł upragniony koniec rozważań nad budową silnika zasilanego prądem przemiennym. Nikola zaczął rysować patykiem na piasku schematy urządzenia, które sześć lat później przedstawione zostało Amerykańskiemu Instytutowi Energii Elektrycznej. To zdarzenie pokazuje, w jaki sposób Tesla „pracował” nad swoimi wynalazkami: „Nie potrzebowałem modeli, rysunków, ani eksperymentów. Mogłem to wszystko szkicować w moim umyśle. (…). Nie rzucam się w wir pracy. Kiedy mam jakiś pomysł, zaczynam go wizualizować. Zmieniam jego konstrukcję, wprowadzam poprawki i operuję nim w mojej wyobraźni. Jest dla mnie absolutnie nieistotne to, czy włączam w myślach moją turbinę, czy testuję ją u siebie w warsztacie. (…). Nie ma żadnej różnicy, rezultaty są takie same. (…) Kiedy dojdę już do momentu wdrożenia do wynalazku wszystkich możliwych ulepszeń i, myśląc o nim, nie dostrzegam już nigdzie błędów, materializuję formę ostatecznego wytworu mojego mózgu. Niezmiennie moje urządzenia działają zgodnie z zamysłem, a eksperymenty wychodzą dokładnie tak, jak je zaplanowałem. W ciągu dwudziestu lat nie było ani jednego wyjątku. Dlaczego miałoby być inaczej?”

W tym samym czasie zaproponowano mu pracę w Paryżu, gdzie od swojego przełożonego dostawał do rozwiązania najtrudniejsze zadania, przypadki, na których polegli inni inżynierowie. Jego zwierzchnikiem był wówczas Charles Batchellor – bliski przyjaciel Thomasa Edisona. Pomimo propozycji założenia spółki, którą otrzymał od jednego z pracujących z nim Amerykanów, Tesla nie zdecydował się na ten krok – nigdy nie miał smykałki do interesów. Zamiast odcinać kupony od swojego geniuszu, jeździł po Francji i Niemczech naprawiając usterki w elektrowniach. Wtedy też zdarzyła się wielka gafa podczas otwarcia nowej stacji kolejowej w Strasburgu. Wskutek zamontowania wadliwych przewodów doszło do zwarcia. Pech chciał, że w uroczystościach brał udział sam Wilhelm I, który we własnej królewskiej osobie był świadkiem tej katastrofy. Francuski oddział firmy Edisona stanął przed widmem porażki. Komu polecono naprawienie tej – być może decydującej o przyszłości firmy – katastrofy? Oczywiście Tesli, który natychmiast przystąpił do pracy naprawiając wszelkie usterki i udoskonalając przy okazji parę urządzeń. Za te sukcesy obiecano mu sowitą nagrodę. Niestety – nigdy jej nie wypłacono. Rozgoryczony i zniechęcony przyjął propozycję przyjaciela Edisona, aby wyjechać do Ameryki i pracować dla uwielbianego wynalazcy 

Już początek wyprawy nie wróżył dobrze – młody emigrant został okradziony z pieniędzy i biletów na statek, którym miał popłynąć na nieznany sobie kontynent.  Uratowała go jego świetna pamięć – na statek SS City of Richmont wpuszczono go tylko dlatego, że zapamiętał numer swojego biletu. Batchellor, który namówił Teslę do podróży do Ameryki, tak w liście zarekomendował młodego wynalazcę swojemu przyjacielowi Edisonowi: „Znam dwóch wielkich ludzi i pan jest jednym z nich. Drugim zaś ten młody człowiek, który stoi przed panem”. 

Sam Tesla wspomina: „Spotkanie z Edisonem było wydarzeniem, które zapadło mi  w pamięć. Byłem pod wrażeniem tego człowieka, który z początku bez wsparcia i bez przygotowania naukowego, tak wiele osiągnął. (…) w ciągu kilku tygodni zaskarbiłem sobie zaufanie Edisona i tak już zostało”. Nic dziwnego, skoro przez cały rok  – bez wyjątku – jako młody asystent zaczynał pracę o dziesiątej trzydzieści rano i kończył ją o piątej rano następnego dnia. „Miałem wielu ciężko pracujących asystentów, ale ty jesteś wybitny” – miał powiedzieć Edison.  Był on zaledwie o 9 lat starszy od Tesli, a to co ich łączy – to błyskotliwy umysł, który dostrzec można było od dziecka. Edison w wieku 10 lat był już lokalnym ekspertem od telegrafu, a w wieku lat16 w tej dziedzinie znany był w całych Stanach Zjednoczonych. Miał też niebywałą smykałkę do interesów – czyli coś, czego Tesli zawsze brakowało. Zwykł mawiać: „W przemyśle i biznesie wszyscy kradną. Sam dużo nakradłem, ale ja wiem jak to robić. Inni nie umieją kraść…” Czego dowodem – potwierdzonym później przy współpracy z Teslą, był m.in. fakt, że pracując w firmie „Western Union” sprzedawał swoje wynalazki jej konkurencji.  Z takim człowiekiem przyszło pracować i mierzyć się młodemu imigrantowi. Oprócz fundamentalnych różnic w osobowości obu wynalazców, najbardziej poróżniła ich niechęć Edisona do prądu przemiennego forsowanego uparcie przez Teslę. Dlaczego Edison tak bardzo nienawidził AC? Ponieważ uważał go za niebezpieczny, natomiast DC miał według niego fundamentalne znaczenie dla przemysłu i sprzedaży wymyślonej przez niego w 1873 roku żarówki. Co ciekawe, Edison powielał model, przez który sam w przeszłości przechodził. Lata temu musiał stanąć do walki z monopolem gazowym, który utrudniał mu rozprzestrzenianie jego wynalazków. Ale Edison był mistrzem propagandy! Wykorzystywał słabe punkty konkurencji, a ubarwione i dramatycznie przedstawione historie opowiadające o słabości przeciwników – umiejętnie sprzedawał opinii publicznej. To, co kiedyś sprawdziło się w walce z przemysłem gazowym, niedługo będzie wykorzystane także walce z Teslą. 

Prąd przemienny – w odróżnieniu od stałego, zmienia swoje natężenie i kierunek przepływu w regularnych odstępach czasu. W 2 połowie XIX wieku elektrownie prądu stałego mogły go przesyłać zaledwie na odległość 2 km. To bardzo nieekonomiczne rozwiązanie, które wymagałoby budowy sieci elektrowni, aby oświetlić jedno miasto. Tymczasem Edison był tak pewny swojego silnika na prąd stały – który nazywał „doskonałym”, że założył się z Teslą o wypłatę 50000 dolarów, jeśli ten ulepszy jego maszyny działające na prąd stały. Wkrótce Tesla zaprezentował swojemu pracodawcy nie jedną, a 24 ulepszone konstrukcje. Gdy młody inżynier udał się do swojego pracodawcy po obiecaną nagrodę  jego – tak niegdyś podziwiany przełożony – zaśmiał się i stwierdził, że emigrant nie zna się na amerykańskim poczuci humoru, ale w  zamian może zaoferować mu podwyżkę z 18 do 26  dolarów tygodniowo. 

Oszukany rzucił pracę u Edisona. Następne 2 lata były dla niego bardzo ciężkie – imał się każdej pracy: był tragarzem, kopał rowy. W końcu – za namową znajomych – założył firmę zajmującą się oświetleniem elektrycznym. Miał nadzieję, że wspólnicy zainteresują się jego pracami nad silnikiem zasilanym prądem przemiennym. Nic z tych rzeczy. Chcąc nie chcąc Tesla zajął się tym, na czym zależało jego wspólnikom – lampami łukowymi. Wkrótce oświetliły one nie tylko fabryki, ale także ulice miast, a co za tym idzie, sytuacja finansowa wynalazcy znacznie się polepszyła. Wreszcie mógł on w spokoju przenieść maszyny, które od lat hibernował w swojej wyobraźni, do rzeczywistego świata. Właśnie wtedy – w 1888 roku – Serb spotkał człowieka, który na dobre odmienił jego los: George’a Westinghouse’a, właściciela Westingouse Lamp Company. Uwierzył on w pomysł Tesli, które inni od lat odrzucali – silnik na prąd zmienny. Jego produkcja ruszyła na dużą skalę. Umowa między inwestorem                             a wynalazcą obrosła legendą, faktem pozostaje, że Tesla miał otrzymać 2,5 dolara za każdego konia mechanicznego mocy wyprodukowanego przez stworzone przez siebie generatory. Edison czuł, jak grunt zaczyna mu się palić pod stopami. W 1889 roku pozwał swojego byłego pracownika o naruszenie patentu – oczywiście proces przegrał. 

Rok 1893 to kolejny cios dla Edisona – system Tesli doczekał się międzynarodowego debiutu – tysiące żarówek zasilanych prądem przemiennym rozświetliły Wystawę Światową w Chicago. Aby w pełni zrozumieć o jaką stawkę – również finansową, toczyła się wojna, należy uzmysłowić sobie, że świat w tamtych czasach po zmroku spowity był ciemnościami rozświetlanymi słabym światłem świec i lamp naftowych. Tymczasem w jednym miejscu rozbłysły setki tysięcy żarówek – takiego widowiska nikt na świecie jeszcze nie widział. Szacuje się, że przez 6 miesięcy Wystawę odwiedziło 27 mln ludzi (co stanowiło połowę ówczesnej populacji Stanów Zjednoczonych). To nie Edison okazał się współczesnym Prometeuszem – i nie mógł tego znieść. Już wcześniej rzucił wszelkie siły, aby rozprzestrzeniać propagandę skierowaną przeciw Tesli i jego prądowi przemiennemu – Edison był mistrzem czarnego PRu. Podobnie jak kiedyś, walcząc z gazowym monopolem, i tym razem wydawał broszury informujące o szkodliwości prądu przemiennego. Gdyby tylko na takiej formie krytyki pozostał… Szalał z wściekłości i nie było dla niego granic w tej „wojnie prądów”. Posunął się do tego, że na oczach publiczności śmiertelnie raził prądem przemiennym zwierzęta: psy, konie, a nawet słonia. Podsunął także pomysł, aby egzekucje na krześle elektrycznym – którego zresztą był wynalazcą – przeprowadzać właśnie przy użyciu prądu Tesli. Następnie zadawał retoryczne pytanie: „Czy chcecie, żeby wasze żony gotowały na tym samym prądzie, którego używa się do uśmiercania morderców?” Szeroko zakrojona kampania nie przyniosła jednak Edisonowi upragnionego zwycięstwa. Zalety prądu przemiennego były tak oczywiste, że wkrótce Westinghouse i Tesla zaczęli wdrażać tę technologię w całych Stanach Zjednoczonych. 

Był to najlepszy okres w życiu Tesli, który został ulubieńcem amerykańskich salonów i brylował w towarzystwie. Do grona swoich znajomych zaliczał Marka Twaina, Ignacego Paderewskiego czy Sarah Bernhardt. Jego towarzyskie zaangażowanie i popularność stoją nieco w sprzeczności z jego dziwnymi upodobaniami i fobiami: „Moje zmysły wzroku i słuchu były zawsze ponadprzeciętne. Z dużych odległości wyraźnie widziałem obiekty, których inni widzieli jedynie zarys. (…) słyszałem tykanie zegara, od którego oddzielały mnie trzy pokoje. Słyszałem tępy stukot, gdy w pokoju na stole lądowała mucha. Powóz jadący w odległości kilku mil wstrząsał moim ciałem. Gwizd lokomotywy oddalonej o 25 lub 30 mil sprawiał, że fotel bądź krzesło, na którym siedziałem, wibrował tak mocno, że ból stawał się nie do zniesienia. Ziemia pod moimi stopami nieustannie drżała. Musiałem podłożyć pod łóżkiem gumowe podkładki, aby w ogóle móc zasnąć. Dobiegające z bliska i z daleka grzmiące odgłosy często dawały efekt wypowiadanych słów. (…) Musiałem skoncentrować całą siłę woli, żeby przejść przez most, doświadczając miażdżącego ciśnienia w czaszce. W ciemności miałem zmysł podobny do echolokacji nietoperzy i lokalizowałem obiekty w odległości do dwunastu stóp za pomocą osobliwego doznania umiejscowionego w czole. Mój puls skakał do 260 uderzeń na minutę, a każda cząstka mojego ciała trzęsła się w drgawkach i dreszczach(…). Już zawsze będę żałował, że nie znalazłem się w tym czasie pod opieką fizjologów i psychologów”. 

Pomimo dużego powodzenia u kobiet, żadna nie miała szans w starciu z jego fobiami: „Odczuwałem wręcz brutalną niechęć do kolczyków u kobiet (…)Nie dotknąłbym włosów innych ludzi, chyba że ewentualnie przez celownik rewolweru”. Również restauratorzy nie mieli z nim łatwego życia: „Zliczałem swoje kroki i obliczałem objętość talerzy do zupy, filiżanek kawy oraz porcji jedzenia – inaczej mój posiłek nie sprawiał mi radości. Wszystkie powtarzane przeze mnie czynności i działania musiały być podzielne przez trzy i jeżeli to nie wyszło, byłem zmuszony powtarzać czynność aż do skutku, nawet jeśli trwało to godzinami”. 

Tymczasem urządzenia na prąd przemienny weszły do powszechnego użytku. Prawnicy Westinghouse’a przypomnieli mu wtedy o umowie, w której zobowiązał się do wypłacenia tantiem w wysokości 2,5 dolara za każdego konia mechanicznego mocy wyprodukowanej przez generatory Tesli.  Sukces przerósł kalkulacje inwestora i wypłata takiego honorarium doprowadziłaby do bankructwa jego firmy. Tesla nie chcąc dopuścić do upadku swego dobroczyńcy… podarł intratną umowę, która uczyniłaby go najbogatszym człowiekiem na Ziemi. 

Tesla i Westinghouse mieli już w zanadrzu kolejny projekt, który obu mężczyznom miał przynieść krocie: wygrali przetarg na budowę elektrowni na wodospadzie Niagara. Dziecięce marzenie Tesli miało się spełnić.  Nawet dzisiaj, po niemal 125 latach,  można posłuchać wypowiedzi pracujących tam  inżynierów, którzy z zapałem opowiadają o geniuszu Tesli i cudzie inżynierii, jakie stworzył w tym miejscu.

Równocześnie wynalazca oddał się pracy nad kolejną ideą, która od lat kłębiła się w jego umyśle: bezprzewodowej transmisji energii. Serb skonstruował niezwykłe urządzenie: transformator Tesli. Umożliwiał on zwiększenie napięcia do wysokiej częstotliwości. Dzięki temu wynalazkowi stworzył m.in. pierwsze neony i oświetlenie fluorescencyjne, a także wykonał zdjęcia rentgenowskie. Jednak największe wrażenie wywołał w 1890 roku, gdy trzymana w jego ręku lampa próżniowa zaczęła emitować światło bez użycia żadnych przewodów. 

Tesla zauważył, że jego transformator emituje także sygnał radiowy. To urządzenie stało się w przyszłości przyczyną upadku jego wynalazcy. Do dzisiaj większość uważa, że radio zawdzięczamy Marconiemu. Prawda jest taka, że włoski wynalazca bazował na patentach Tesli. To Serb już w 1897 roku złożył  w biurze patentowym dokumenty, będące podstawą technologii radiowych. Rok później zaprezentował swój najnowszy wynalazek: zdalnie sterowaną falami radiowymi łódkę. Pokaz zrobił tak ogromne wrażenie, że Tesla musiał odsunąć pokrywę łódki, żeby udowodnić, że nie schował się tam sterujący maszyną człowiek.

 

W 1899 roku Tesla przeniósł się do Colorado Springs by kontynuować swoje niezwykłe badania. W tamtym rejonie dni burzowe zdarzały się częściej niż te, bez wyładowań atmosferycznych. Tesla zbudował transformator, który kończył się wysoką na 44 metry wieżą z piorunochronem, dzięki której chciał sprawdzić, czy możliwa jest akumulacja energii wyładowań atmosferycznych, a następnie jej bezprzewodowy przesył na duże odległości – przewodnikiem miała być Ziemia. Cała konstrukcja była w rzeczywistości maszyną do tworzenia piorunów. Już pierwsze eksperymenty były niezwykle obiecujące. W odległości 40 km od wieży rozbłysło kilkaset żarówek wbitych w ziemię.  Przy okazji jednak spalił się generator w pobliskiej elektrowni, która nie była gotowa na takie eksperymenty. Podczas pracy w Colorado Springs Tesla odnotował dziwne sygnały odbierane przez jego aparaturę. Był pewien, że nadają je z Marsa istoty pozaziemskie. Prawdopodobnie były to sygnały ze Słońca i innych gwiazd, które dzisiaj słyszymy przy pomocy radioteleskopów.

W 1900 roku powrócił do Nowego Jorku. Być może uznał, że jego praca nad piorunami zakończyła się sukcesem. W tym czasie Marconi złożył w Nowym Jorku patent dla systemu telegrafii bezprzewodowej. Został on odrzucony, gdyż był zbyt podobny do wcześniejszego pomysłu Tesli. 

Tesla roztaczał futurystyczne wizje o czerpani energii ze Słońca za pomocą anteny. Wiązałoby się to według niego m.in. z możliwością kontrolowania pogody za pomocą energii elektrycznej. Nie rezygnował oczywiście ze swojego pomysłu bezprzewodowej komunikacji, która – jak wierzył – da ludziom wieczny pokój. 

Pracami Tesli zainteresował się jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie – finansista P.J. Morgan. Chciał on, aby wynalazca pracował dla niego nad łącznością radiową. Ten zgodził się tylko dlatego, że pieniądze z prac dla Morgana mogły pomóc mu w badaniach nad bezprzewodową transmisją energii elektrycznej. Tak rozpoczął się projekt Wardenclyffe. Na Long Island powstała elektrownia bezprzewodowa – była to stalowa wieża wysoka na 57 metrów, wpuszczona głęboko w ziemię. Na jej szczycie umieszczono ogromną miedzianą półkulę, która działała jak wielki nadajnik. Tesla jednak zamiast doskonalić możliwość przesyłania sygnałów radiowych, skupił się na przesyle energii, dlatego Morgan przestał finansować jego badania. Tym bardziej, że 8 grudnia 1901 roku Marconiemu udało się przesłać sygnał radiowy przez Atlantyk. Tesla – mimo, że radio elektryzowało opinię publiczną i inwestorów  – uważał je za przeżytek, a osiągnięcie Włocha skwitował stwierdzeniem: „Niech kontynuuje dalej. Korzysta z 17 moich patentów”. 

Jednak odejście Morgana, który ostatecznie wsparł finansowo Marconiego i upadek projektu Wardenclyffe – było początkiem końca Tesli jako uznanego i szanowanego naukowca. Ostatecznym ciosem była decyzja Urzędu Patentowego USA, który w 1904 roku unieważnił swoje poprzednie rozporządzenie, przyznając patent na radio Marconiemu. Równia pochyła osiągnęła swoją kulminację, gdy rok później wygasły patenty Tesli dotyczące technologii prądu przemiennego. Wynalazki, które przyczyniły się do miliardowych zysków korporacji, nie przynosiły ich twórcy ani centa zarobku. 1909 rok przyniósł kolejne rozczarowanie – Marconi otrzymał Nagrodę Nobla. 

Pozbawiony środków na badania, naukowiec coraz bardziej izolował się od świata i ludzi. Jego jedynymi towarzyszami były gołębie, na których punkcie miał prawdziwą obsesję. Nie tylko je karmił, ale chore znosił do swojego hotelowego pokoju, aby tam się nimi opiekować. Jego wynalazki, tak elektryzujące niegdyś innych naukowców, inwestorów i opinię publiczną, teraz były eksplorowane jedynie w raczkującej kinematografii science-fiction. Tymczasem na naukowym firmamencie wzeszła nowa gwiazda: Albert Einstein. Autorytet Tesli podkopywał on sam nieustannie atakując i podważając teorię względności oraz zwracając się coraz bardziej w stronę mistycyzmu i ezoteryki. Jednak rok 1931 – w którym zmarł jego adwersarz Edison, był także rokiem, kiedy Tesla powrócił „z zaświatów” na towarzyskie i naukowe salony. Wykorzystując powracające zainteresowanie, Tesla wrócił do snucia swoich wizji o wykorzystaniu nowego rodzaju energii (sam był wielkim przeciwnikiem energii atomowej – uważał, że może ona przyczynić się do wojen i zagłady ludzkości). Wzrastająca siła i popularność nazistów w Niemczech sprowokowały go do ogłoszenia odkrycia nowego źródła energii: teleforce, błyskawic generowanych przez człowieka. Pierwsze eksperymenty przeprowadzał już w Colorado Springs na początku XX wieku. Teraz zelektryzował swoim pomysłem cały świat. Wynalazca próbował sprzedać swój pomysł rządom wszystkich krajów alianckich. Spotkanie w Białym Domu z przedstawicielami rządu Stanów Zjednoczonych zostało zaplanowane na 8 stycznia 1943 roku. Do spotkania nigdy nie doszło – Tesla zmarł dzień wcześniej w swoim pokoju w hotelu New Yorker. Jego śmierć tylko wzmocniła zainteresowanie jego wynalazkami. Bano się, że rzeczywiście mógł stworzyć „broń przyszłości”, a jego notatki i plany wpadną w niepowołane ręce. Takie podejrzenia nie były nieuzasadnione. W tym czasie w USA przebywał siostrzeniec Tesli, Sava Kosanovic, który domagał się zwrotu dokumentów wuja i przekazania ich do Jugosławii. Sam Kosanovic miał niejasne powiązania z komunistami. To on po śmierci wuja kazał ślusarzowi otworzyć sejf znajdując się w pokoju Tesli. Do dzisiaj nie wiemy, co się w nim znajdowało. Dokumenty, które później agenci FBI znaleźli w pokoju Tesli, zostały częściowo utajnione, a spekulacje na temat realności broni wiązkowej i jego innych projektów toczą się w środowisku naukowym do dzisiaj. 

Tesli przyznano około 300 patentów, był twórcą 125 wynalazków. Żaden naukowiec nie zmienił życia zwykłych ludzi tak jak on. Dzisiaj, w XXI wieku nadal korzystamy z wiedzy, którą przekazał nam człowiek urodzony w małej serbskiej wiosce w połowie XIX wieku. Pomyślcie o tym, kiedy następnym razem włożycie wtyczkę do kontaktu, gdy korzystać będziecie ze swojego smartfona, kiedy zapalicie światło, odpalicie silnik w swoim samochodzie, otworzycie lodówkę, odbierzecie zdjęcie rentgenowskie, włączycie radio, będziecie bawić się z dzieckiem zdalnie sterowaną zabawką lub sami kierować będziecie dronem; kiedy usłyszycie o sztucznych satelitach, łodziach podwodnych, laserach; a nawet wtedy, gdy z zapartym tchem śledzić będziecie Gwiezdne Wojny i walki na świetlne miecze….

 

Kalendarium upadku Nowoczesnej :)

Kalendarium upadku Nowoczesnej

1. Pycha

2.   Chciwość

3.   Nieczystość

4.   Zazdrość

5.   Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

6.   Gniew

7.   Lenistwo

Prolog. Nadzieja

31 maja 2015 roku będąc przejazdem w Warszawie miałem chwilę i wpadłem na Torwar na spotkanie założycielskie Nowoczesnej. Na podobny pomysł wpadło około 6 tysięcy osób. Wtedy jeszcze nie myślałem jak wiele ten dzień zmieni w moim życiu. To było moje pierwsze spotkanie z polityką twarzą w twarz. Od zawsze się nią interesowałem, ale nigdy nie podejrzewałem, że polityka zainteresuje się mną. 

Na Torwarze, w siedmiu blokach programowych, Ryszard Petru przedstawił cztery podstawowe założenia: obywatel ma być w centrum zainteresowania, wszystko mamy robić dla niego, a nie dla ekspertów i sondaży, żadnych głupich obietnic – tylko realne recepty na poprawę sytuacji w kraju, wykorzystanie ludzkiego potencjału – założenie, że nie stać Polski na to, żeby marnować ludzkie talenty, i przede wszystkim obywatele muszą się włączyć się w proces przemiany kraju. 

Przyjechałem na to spotkanie, bo Ryszard Petru nie był dla mnie postacią anonimową. Często pojawiał się w magazynie EKG w TOK FM prowadzonego przez Redaktora Mosza. Ryszard nie był dla mnie nołnejmem – znałem go jako Przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich, przeczytałem jego ciekawą książkę o przyczynach kryzysu 2008 roku, jak do dziś pamiętam, ociekającą złotem na okładce. Jednak przede wszystkim był uczniem Leszka Balcerowicza, który – obok Lecha Wałęsy – bezapelacyjnie jest dla mnie najważniejszą postacią naszej transformacji.

Jakieś dwa tygodnie później w Trójmieście odbyły się spotkania, które organizował energiczny koordynator nowopowstającego stowarzyszenia, Michał Adamczyk. Pamiętam pierwsze spotkanie w Gdyni, na które przyszło51 osób. Nie było tam przebiegłych i zużytych polityków, ale zwykli, kolorowi ludzie, przedsiębiorcy, studenci, lekarze, detektywi, wojskowi po Iraku i Afganistanie, wykładowcy uniwersyteccy, prawnicy, były dowódca okrętu podwodnego… Było też kilku kompletnych freaków znudzonych i rozczarowanych miałkością wymyślonego na potrzeby POPiSu sztucznego konfliktu polsko-polskiego. Wtedy przypomniałem sobie Torwar i przemawiającego tam Wadima Tyszkiewicza. Pomyślałem, skoro on w to wszedł, to wchodzę i ja. To był pierwszy, najpiękniejszy okres Nowoczesnej, okres stowarzyszenia. Z około 300 osób, które na Pomorzu przystąpiły wówczas do Stowarzyszenia.N może kilkanaście miało epizody przynależności do jakiegoś ugrupowania politycznego. To był oddolny ruch, który dawał nadzieję na zmianę. 

I grzech ciężki – pycha

Celem każdego ugrupowania politycznego jest zdobycie władzy. Nadchodziły październikowe wybory. Sondaże dawały Nowoczesnej kilkanaście procent (pierwszy), czasem sytuowały ją poniżej progu wyborczego. Zaczęliśmy zbierać podpisy potrzebne do rejestracji list. Zebrałem ich ponad 400. Wtedy zadano mi pytanie, czy chcę kandydować. Szczerze mówiąc… nie chciałem, ale przecież jednym z głównych faktorów zmiany miało być aktywne włączenie się obywateli do polityki, więc jeśli mamy wymagać od polityków uczciwości, to zacznijmy od siebie. Obiecano mi trzecie miejsce w Gdyni, czyli tuż po liderze i kobiecie. Wtedy zaczęły się schody. Jedynką w moim okręgu gdyńsko-słupskim został Grzegorz Furgo, który w organizacji pojawił się w ostatniej chwili, po tym jak zrezygnował Maciej Bukowski. Ze Stowarzyszeniem, które nie miał nic wspólnego. Podobna sytuacja miała miejsce w Gdańsku, gdzie dosłownie za pięć dwunasta „na jedynkę” wskoczyła Ewa Lieder, która również była dla nas osobą zupełnie obcą. Wylądowałem w środku listy, na miejscu dziewiątym, bo jeszcze Warszawa wrzuciła na listę Piotrka, znajomego Adama Szłapki. Wtedy po raz pierwszy się zacząłem  zastanawiać, czy z tą organizacją jest wszystko ok i czy aby na pewno powinienem ją firmować. W końcu nazwisko ma się jedno.

Okazało się, że podobne historie miały miejsce w większości regionów. Warszawa nie ufała strukturom, bo te były gdzieś daleko od Warszawy. Warszawa wiedziała lepiej. Tylko jakim cudem, pod jej nosem, posłem został Zbigniew Gryglas? W miarę rozrostu organizacji oddolność zaczynała być nie jej atutem, a obciążeniem. W końcu… kto ich tam wie co oni w tej Gdyni knują i przeciwko komu? Może właśnie przeciwko nam?

Organizatorem spotkania na Torwarze była NowoczesnaPL. Stowarzyszenie, którego byłem członkiem  zarejestrowano jako Nowoczesna. Partię zarejestrowano 25 sierpnia pod pełną nazwą Nowoczesna Ryszarda Petru. Pamiętam, że wtedy drugi raz się wzdrygnąłem. Pomyślałem, że pewnie się nie znam. Pewnie nazwisko lidera, mimo że jego rozpoznawalność nie była przecież za wysoka, raczej pomoże niż zaszkodzi. Z drugiej strony od tej chwili powodzenie całego projektu zależało już tylko od powodzenia, lub porażki samego lidera. Gramy na skróty. Mało czasu do wyborów, więc wchodzimy all in. 

II grzech ciężki – chciwość

W październikowych wyborach do Sejmu Nowoczesna zarejestrowała listy we wszystkich okręgach. W 16 ze 100 okręgów zarejestrowała również kandydatów do Senatu. Partia zdobyła 7,6% głosów i wprowadziła do Sejmu 28 posłów. Wszyscy uzyskali mandaty poselskie po raz pierwszy. W wyborach do Senatu Nowoczesnej nie udało się uzyskać mandatów. Na Pomorzu wynik został przyjęty z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze samodzielną większość uzyskało Prawo i Sprawiedliwość, a po drugie na Pomorzu udało się dostać do parlamentu tylko nominatom z Warszawy, Ewie Lieder i Grzegorzowi Furgo, czyli osobom spoza Stowarzyszenia. Spodziewałem się kłopotów, ale nie tego co się wydarzyło. Adam Szłapka, który dostał od Ryszarda zadanie zbudowania struktur nigdy nie ufał szefowi naszych pomorskich struktur Michałowi Adamczykowi. Wybrał więc do tego zadania swojego znajomego, Dominika Kwiatkowskiego, który wraz z posłami miał poukładać region po jego myśli.

W efekcie 9 stycznia na Pomorzu odbyła się pierwsza konwencja Nowoczesnej Ryszarda Petru, podczas której wybrano regionalne władze ugrupowania. Porządku obrad pilnował Adam Szłapka. Przewodniczącą partii w regionie została posłanka Ewa Lieder, a wiceprzewodniczącym poseł Grzegorz Furgo. W zarządzie znalazło się jeszcze siedem osób. W wyborach wzięły jednak udział tylko 39 osób, które wybrano tak, aby wybory poszły wedle z góry zaplanowanego scenariusza. Na konwencję nie zaproszono mediów, ale również wielu dotychczasowych działaczy ugrupowania, członków stowarzyszenia. Z kolei inni, którzy wiedzieli o konwencji i na nią przyszli, nie zostali wpuszczeni na obrady przez 3 rosłych ochroniarzy. W efekcie siedzieli w kawiarni za ścianą… bez prawa głosu. 

Do partii nie zaproszono tych, którzy pracowali pro bono na rzecz ugrupowania. Nawet im nie podziękowano. Nie znalazło się miejsce dla nieoficjalnego rzecznika stowarzyszenia Aliny Siuchcińskiej-Geniusz, która pomoc dla ugrupowania przypłaciła po wyborach posadą (była rzeczniczką państwowej Energii), a w której to prywatnym domu przez kilka dni znajdowało się centrum dowodzenia kampanią. Nie znalazło się miejsce dla Szefa Sztabu Wyborczego Tytusa Ułanowskiego, który za swoje zasuwał kilka miesięcy po pomorskim budując struktury i roznosząc ulotki. Nie znalazło się miejsce dla większości kandydatów, którzy użyczyli swojego nazwiska, czasu i pieniędzy. Nie znalazło się miejsce dla głównych darczyńców, sponsorów. Na spotkanie założycielskie nie zaproszono ani fundatora lokalu wyborczego, Maćka Bukowskiego, założyciela telewizji Mango, ani właściciela Browaru Staropolskiego, Marka Łycyniaka, który też startował z jej list.  Nie zaproszono pani dziekan wydziału UG, która też startowała do parlamentu… I tak dalej.

Stało się tak, bo Ryszard Petru postanowił, że partię będzie tworzył odgórnie, a pierwszych członków partii wskażą posłowie. Później Adam Szłapka zagwarantował, że lista pierwszych delegatów będzie składała się osób wskazanych przez posłów i dotychczasowego koordynatora Michała Adamczyka. Michał nie chcąc nikogo wykluczać zarekomendował więc wszystkich członków stowarzyszenia Nowoczesna, co posłowie uznali za… niewskazanie nikogo. Wtedy listę zaproszonych ustalili między sobą nowo wybrani posłowie. Pojawiło się wielu znajomych parlamentarzystów. W późniejszych wywiadach posłowie przyznawali wprost, że zaprosili tylko tych, których dobrze znali. Takim sposobem na pierwszej konwencji pojawili się ludzie o pokolenie starsi od większości dotychczasowych działaczy.

Takie karykatury wyborów odbyły się nie tylko na Pomorzu, ale też w innych regionach. Wszyscy byliśmy w szoku. Pisaliśmy listy do zarządu krajowego partii. Prosiliśmy o interwencje, negocjowaliśmy z nowo wybranym zarządem przyjęcie osób ze Stowarzyszenia. Staraliśmy się nie iść z tym do prasy, a załatwić to wewnętrznie. Do prasy poszedł niestety Grzesiek Furgo i powiedział, że do partii nie będą przyjmowane osoby za dmuchanie baloników w kampanii. Po tych słowach część ludzi sobie odpuściła, większość z nas jednak postanowiła nie dać się wyeliminować z gry. Postanowiłem zostać i walczyć przede wszystkim o tych, których poznałem w Stowarzyszeniu, bo wiedziałem, że tak po ludzku fajnej, bezinteresownej, merytorycznej i chętnej do roboty ekipy drugi raz nie zbierzemy. Na szczęście w moim regionie Grzesiek Furgo dał się przekonać, nie przeszkadzał i większość wykluczonych ostatecznie przeszła eliminacyjne sito. Jednak niesmak pozostał, szczególnie, że mająca polityczne zaplecze Ewa Lieder nie była już tak skora do dialogu. 

 III Grzech ciężki – nieczystość

Po wyborach, mimo problemów wewnętrznych związanych z przekształceniem luźnego stowarzyszenia w regularną partię z wyrazistym wodzem i ośrodkiem decyzyjnym w Warszawie, dobre wibracje nadal sprzyjały„ence”. Szybko okazało się, że na świeżości i naturalności partia dopłynęła do stabilnych sondaży powyżej 20%. Świetną robotę robiło najbliższe zaplecze niezmordowanego Ryszarda, który od rana do wieczora zasuwał po telewizjach i radiach, niestety coraz częściej gubiąc się w medialnej bieżączce. Kilka razy było blisko katastrofy, ale jednak Konrad, Adam, Mateusz, Marcin stali twardo za nim i podnosili go z coraz częstszych upadków. Think thank Lepsza Polska, kierowany przez Pawła Rabieja, dostawał od sieci eksperckiej tyle informacji, że szybko się zapchał i zaczął odpychać od siebie kolejnych profesorów, ekspertów, przedsiębiorców brakiem jakiejkolwiek informacji zwrotnej. Jednak lokomotywa jechała coraz szybciej. 

By zapisać się do pomorskiego Stowarzyszenia trzeba było iść po zaświadczenie o niekaralności do sądu. Nie można było mieć w życiorysie innych partii. Szczególnie podejrzliwie patrzono na osoby z przeszłością w PO. Tacy ludzie byli w pierwszej kolejności kierowani do czyśćca i w nieskończoność czekali na odpowiedź. W moim kole rekordzista aż dziewięć miesięcy. Gdy tak czekali do Ryszarda Petru został wysłany przez około 60 posłów  przedstawiciel, by negocjować ich odejście z PO i pogrzebanie żywcem Grzegorza Schetyny. Petru przez chwilę był, wspólnie z Mateuszem Kijowskim, liderem opozycji. Bał się jednak, że wraz z przejęciem posłów PO straci kontrolę nad organizacją, nie przystał zatem na ich warunki. Nie wiedział, że w tym momencie już przegrał wszystko. Miał jedną,  niepowtarzalną szansę pogrzebać POPiS, ale jej nie wykorzystał. Następnej szansy już nie mógł dostać. Na horyzoncie było już bowiem widać Maderę. 

Nie wykorzystał, bo tak jak pozostali polscy politycy nigdy nie był skupiony się na budowaniu organizacji. Jeżeli to się w przyszłości nie zmieni, to żadna polska partia nie będzie na poziomie organizacyjnym niemieckiego CDU czy brytyjskiej Labour Party, nie wspominając już o ich amerykańskich odpowiednikach. Nie bierzemy przykładów z najlepszych – CDU, o korzeniach z XIX wieku, która przetrwała w Niemczech 70 lat. Przetrwała Adenauera, przetrwała Kohla i przetrwa Merkel. Od 1949 roku nie miała w wyborach poparcia mniejszego niż 25%. Przerwała, bo to nie jest partia wodzowska, zbudowana od niewłaściwej strony, tylko organizacja, której twarz dziś daje ten, a jutro  tamten lub tamta. Liczy ponad pół miliona członków. To jest jej siłą. Na mających około stuletnie tradycje laburzystów w Anglii też przypada liczba członków wahająca się od prawie miliona do około pół miliona dzisiaj. Ich konkurenci, torysi, przetrwali zarówno śmierć Winstona Churchilla, jak i zmierzch Margaret Thatcher. Przetrwali, bo zbudowali markę i organizację. Członek-tata przekazuje członkostwo dzieciom. Dzieci swoim dzieciom. Rodzina rodzinie, a czasami nawinie się sąsiad czy kumpel w pracy. W Polsce nikt, poza Jarosławem Kaczyńskim, nie buduje organizacji. Nikomu się nie chce. Każdy idzie drogą na skróty. Budowanie organizacji to żmudny, pozbawiony szybkich efektów proces. Łatwiej wyjąć z szuflady świński ryj lub rzucić parę bzdurnych grepsów w telewizji albo na sejmowej mównicy. Wrzucić mem do internetu. Program? Jaki program? W dupie z programem. Mówmy to, co wyborca chce usłyszeć. Mówmy dupą lub od dupy strony. Dupa jest swojska i dupę każdy zrozumie.

Nowoczesna, jako organizacja, coraz bardziej starała się być czysta poprzez zamknięcie. Stawała się przez to coraz brudniejsza i coraz bardziej oddalona od wyborcy. Tak jak inne ugrupowania przechodziła na ciemną stronę mocy. Na każdym szczeblu liczyło się przede wszystkim kto jest nad kim, a kto pod kim. Liczyło się kto za kim podniesie rękę w wewnętrznym głosowaniu. Kto będzie przewodniczącym koła albo powiatu, kto będzie w radzie regionu, a kto w radzie krajowej. Ciągłe intrygi, nieustanne liczenie szabel. Łatwiej kontrolować kilkanaście osób, niż sto. Ot, cała przyczyna beznadziejności polskiej polityki.

IV Grzech ciężki – zdrada

22 września 2016 Sąd Najwyższy oddalił skargę partii i podtrzymał decyzję Państwowej Komisji Wyborczej o odrzuceniu sprawozdania finansowego z wyborów w 2015 w wyniku niezgodnego z prawem przelania 2 mln złotych z konta partii na konto komitetu wyborczego. W sumie głupi błąd księgowy wynikający z tego, że nie śmierdząca groszem „enka” postanowiła oszczędzić akurat na księgowości. Dziś wiemy, że akurat na tym oszczędzać nie powinna i była to fatalna pomyłka. Pamiętajmy jednak, że jedną z kolejnych przyczyn beznadziejności polskiej polityki jest sytuacja, iż nowopowstająca partia, by się przebić do świadomości publicznej musi mieć kasę, a skąd ją wziąć? Wciąż darzę wielkim szacunkiem Ryszarda Petru, bo to mu się w dużej mierze udało. Pierwszą część zorganizował swoimi osobistymi kontaktami, a drugą na kredyt. Kwota około 10 mln złotych na start to 2 razy więcej niż po czterech latach udało się zorganizować Robertowi Biedroniowi. Jednak ten polityczny układ jest tak zabetonowany, bo przeciwnik nic nie musi. PO, czy PiS żyją z dotacji budżetowych. Mimo starań „enki” budżety na kampanie 2015 miały one z urzędu kilka razy większe. Pieniądze przekładają się na wynik wyborczy, który daje jeszcze więcej pieniędzy i tak karuzela kręci się coraz szybciej. Nowemu bardzo ciężko na nią wskoczyć. 

Nowoczesna straciła na rzecz Skarbu Państwa zakwestionowaną przez PKW kwotę, a także 75%, czyli 4,65 mln zł rocznej subwencji na działalność partii politycznych i 75% dotacji podmiotowej, którą miała otrzymać w związku ze zdobytymi mandatami poselskimi. Odpowiedzialny za błędny przelew mąż posłanki Kamilii Gasiuk-Pihowicz, Michał Pihowicz, zrezygnował z funkcji skarbnika partii. Jednak nie rozwiązało to podstawowego problemu. Według art. 130 Kodeksu wyborczego odpowiedzialność za zobowiązania majątkowe komitetu ponosi pełnomocnik finansowy, a tym był Michał Pihowicz. Okazało się jednak, że ewentualna egzekucja komornicza to nie był jedyny problem wynikający z tej pomyłki. Najgorsze, że właśnie wtedy coś zaczęło się psuć w miarę zgranym na początku klubie poselskim, który od początku kadencji powiększył się do 34 osób. Michał Pihowicz był jednym z najbardziej zaufanych ludzi Ryszarda. Był w tej początkowej kilkuosobowej grupie, która zakładała partię. Gdy go zabrakło nasiono zdrady zaczęło kiełkować.

W kwietniu 2017 Nowoczesną opuściło czworo posłów, którzy przeszli do klubu parlamentarnego PO. Grzegorz Furgo, Michał Stasiński, Marta Golbik i Joanna Augustynowska. Grzegorz Schetyna znowu pokazał w czym jest najlepszy. W tym samym miesiącu Ryszard Petru ustąpił z funkcji przewodniczącego klubu poselskiego, a zastąpiła go Katarzyna Lubnauer. W październiku tego samego roku Nowoczesną zdradził Zbigniew Gryglas. 

V Grzech ciężki – nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

Opisując historię upadku Nowoczesnej nie da się pominąć wątku Madery, która okazała się zresztą nie być Maderą, a Lizboną. Dla nas, ludzi wewnątrz organizacji, największym przegranym tej wyprawy paradoksalnie okazał się nie Ryszard Petru, czy Joanna Schmidt, a Katarzyna Lubnauer, która jako ówczesny rzecznik partii dodatkowo zainteresowała media swoimi nietrafionymi wypowiedziami. 2-go stycznia rano mówiła, że nie ma pojęcia, gdzie jest Ryszard Petru. Kilka godzin później mówiła już, że doskonale wie, gdzie jest Petru, bo ma z nim ciągły kontakt, a jego wyprawa była wcześniej zaplanowana jako ważny wyjazd partyjny. Wieczorem z kolei twierdziła, że wyjazd Petru był całkowicie prywatny i nic nikomu do tego. W ciągu jednego dnia podała trzy wykluczające się wersje zdarzeń.

Wszystko to działo się podczas kryzysu politycznego, który rozpoczął się 16 grudnia 2016 w związku z próbą wprowadzenia zmian w organizacji pracy dziennikarzy w Sejmie i wykluczeniem z posiedzenia posła Michała Szczerby. W trakcie blokady Sejmu i ulicznych demonstracji. Z jednej strony nie dało się gorzej wybrać terminu tej wyprawy, ale z drugiej… Grzegorz Schetyna też pojechał wtedy na narty i nikogo to nie obchodziło. 

A nie obchodziło, bo wyrok na Ryszarda Petru i Nowoczesną był już dawno wydany. Został wydany gdy Nowoczesna przeskoczyła w sondażach Platformę Obywatelską. Potrzebny był dobry pretekst, a Ryszard i plącząca się w zeznaniach Kasia Lubnauer po prostu go dostarczyli. To, że pisowskie media wzięły Nowoczesną w obroty było oczywiste, ale reakcja TVN, Agory i innych dziennikarzy sympatyzujących z Platformą Obywatelską nie byłaby tak przewidywalna, gdyby nie pewne cechy lidera Nowoczesnej. Niestety jedną z jego wad było to, że nie potrafił zaprzyjaźnić się z dziennikarzami, w jakiś sposób ich oswoić. Uważali go… za buca. Jego denerwowały ich idiotyczne pytania. Dziennikarze nie mogli zrozumieć jak partia mająca problemy z regulowaniem należności może wynajmować biuro za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Gdy ludzie marzną na ulicach w obronie demokracji, lider opozycji wyskakuje na parę dni ogrzać się z przyjaciółką, wcześniej zapewniwszy o swym profesjonalizmie i niezłomności. Dziennikarze nienawidzą, kiedy robi się z nich idiotów, a Petru zrobił to po raz kolejny.

Oczywiste też było, że romans w środku klubu poselskiego, pełnego mocnych charakterów i osobników o przerośniętym ego, musiał się fatalnie skończyć. Z drugiej strony jak ma się „Madera gate” do afer PiSu? Szefa NIK, który okazuje się czyścicielem kamienic, szefa KNF, który składa właścicielowi banku korupcyjne propozycje i daje się nagrać, premiera, który dorabia się kupując działki od kurii po śmiesznych cenach, czy samego Prezesa, który nie płaci za dokonane i zamówione dla niego usługi. Z tej perspektywy widać jak bardzo dęta była to historia. Ale jakby jej nie było to znalazłaby się inna. Łatwo jest uderzyć w pojedynczego lidera. Trudniej, gdy jest ich kilku. 

Kolejną przyczyną beznadziejności polskiej polityki jest przekonanie, że zawsze musi być jeden wyrazisty lider. Przykłady z biznesu dobitnie pokazują, że najbardziej spektakularne sukcesy odnosiły organizacje, które potrafiły pogodzić ego kliku osób jak np. grupy ITI gdzie było trzech wspólników Bruno Valsangiacomo, Mariusz Walter i Jan Wejchert. Dopóki zgodnie współpracowali dopóty interes się rozwijał. Innym przykładem może być historia niebywałego sukcesu, nie tylko na rynku polskim, Grupy Maspex, gdzie tych osób było i jest dużo więcej. Ale nie trzeba szukać tak daleko. Przecież PiS jest dziś tak popularny, bo ma wiele twarzy. Od Morawieckiego po Macierewicza. W Nowoczesnej tego zabrakło. Duży potencjał wielu osób został zmarnowany. Zabrakło wyciągnięcia wniosków z klęski Janusza Palikota. Nowoczesna poszła tą samą drogą ku autodestrukcji.

VI Grzech ciężki – gniew

25 listopada 2017 odbyła się konwencja wyborcza partii, na której ponad 300 delegatów dokonało wyboru nowych władz ugrupowania. Zmieniono także nazwę partii z Nowoczesna Ryszarda Petru na Nowoczesna. Nową przewodniczącą została Katarzyna Lubnauer, która w głosowaniu wygrała z dotychczasowym szefem Ryszardem Petru 149:140. Przeważyło dziewięć głosów. O zmianie zadecydowało to, że szef struktur Nowoczesnej Adam Szłapka przyłączył się do obozu Katarzyny Lubnauer. Wcześniej poparcia udzielili jej Kamila Gasiuk-Pihowicz, Paweł Pudłowski i Piotr Misiło, którzy początkowo także zgłosili zamiar kandydowania. Ryszard został zdradzony przez tych, na których postawił na początku, jak Adam, czy Katarzyna. 

Wiem, że gdyby ci delegaci byli inni – ci, którzy dla niego zapisali się do Stowarzyszenia – to wynik głosowania byłby zupełnie inny. Jednak czystka, jakiej dokonał w organizacji Adam Szłapka sprawiła, że partia została sformatowana w regionach nie pod Ryszarda Petru, a pod nowo wybranych posłów. Gdy posłowie go zdradzili, struktury, nad którymi mieli kontrole, a które wybierały delegatów, zagłosowały wedle ich życzenia. 

Byłem tam i głosowałem na Ryszarda, bo wiedziałem, że mimo wszystkich jego wad wybór kogokolwiek innego sprawi, że Nowoczesną czeka koniec. Platforma poczuje krew, odegra się i szybciutko nas zniszczy. Eliminując nas, wynik wyborów 2019 roku będzie miała niejako w kieszeni. PiS będzie miało kolejną kadencję, a Platforma pozostanie liderem opozycji na czym pragmatycznemu Grzegorzowi Schetynie najbardziej zależało. 

Najdziwniejsze na tej konwencji było to, że Ryszard przegrał na własne życzenie. Gdyby wykonał te 300 telefonów do delegatów wynik głosowania byłby inny. Nie wykonał. Do mnie też nie zadzwonił. Ani Adam Kądziela, ani Konrad Urbanowicz, ani Marcin Grunwald. Żaden z jego najbliższych współpracowników nie dostał od niego sygnału. Telefon milczał. Tego dnia przegrał nie tylko te wybory, ale również te 6-8% głosów, które w dniu przewrotu Nowoczesna jeszcze miała w sondażach. To był początek końca.

VII Grzech ciężki – lenistwo

11 stycznia troje posłów, Krzysztof Mieszkowski, Joanna Scheuring-Wielgus i Joanna Schmidt, zawiesiło członkostwo w klubie, protestując przeciwko opuszczeniu przez dzisieciu posłów Nowoczesnej głosowania projektu dotyczącego zmian w prawie dotyczącym aborcji. Projektu, pod którym podpisy zbierali członkowie ugrupowania w całej Polsce. Wtedy też Nowoczesna zmieniła nazwę na Staroświecka. Jeden z nich, Adam Cyrański, tego samego dnia odszedł z partii. 24 lutego odszedł, kierujący wówczas partyjną młodzieżówką Adam Kądziela. 9 maja z partii wystąpiły Joanna Scheuring-Wielgus i Joanna Schmidt. 11 maja Nowoczesną opuścił jej założyciel Ryszard Petru wraz z pozostałymi współpracownikami. Joanny i Ryszard założyli następnie koło poselskie Liberalno-Społeczni, a później partię Teraz!, która nie dotrwała nawet do końca kadencji. Działo się to już w momencie, kiedy jasne było, że partia pod przywództwem Katarzyny Lubnauer nie ma szans wystartować samodzielnie w wyborach, bo organizacyjnie nie uda się ani zebrać odpowiedniej ilości podpisów, ani wystawić pełnych list wyborczych. Platforma tylko na to czekała. 

W przeprowadzonych 21 października wyborach samorządowych Nowoczesna startowała wspólnie z PO w ramach Koalicji Obywatelskiej. W całym kraju Platforma wycinała z list wszystkich, którzy mogli jej zaszkodzić. W regionach, gdzie struktury, liderzy byli silni, tam cięcia były najmocniejsze. Byli bezwzględni. Na tym etapie wraz z około 30 osobami zostałem zmuszony do odejścia z partii w Gdyni. Po wyborach samorządowych struktury zostały zniszczone. Zostały już tylko zgliszcza. W listopadzie 2018 odeszli z partii niemal wszyscy członkowie w województwie podkarpackim, to samo stało się w zachodniopomorskim. Zarządy przestały się odbywać, koła nie spotykały się, skarbnicy nie zbierali składek, statut przestał być przestrzegany, a tym samym partia właściwie przestała  istnieć.

Po nowym roku zaczęła się akcja „Ratuj się kto może!” 30 stycznia za ciągłe krytykowanie poczynań Katarzyny został usunięty Piotr Misiło, bez którego poparcia nie wygrałaby z Ryszardem Petru. Kilka dni później Piotr Misiło, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Krzysztof Truskolaski oraz czterech innych posłów dołączyli do Platformy. W efekcie Nowoczesna utraciła klub poselski. Na poselskim pokładziezostało 14 posłów . W wyborach do parlamentu europejskiego nikt nie zdobył mandatu. W wyborach do Sejmu uratowała się ósemka. Katarzyna Lubnauer, Adam Szłapka, Barbara Dolniak, Paulina Hennig-Kloska, Krzysztof Mieszkowski, Monika Rosa, Mirosław Suchoń, Witold Zembaczyński. 

Epilog – nadzieja

Najsmutniejsze dla mnie w tej historii było zmarnowanie potencjału tysięcy wspaniałych ludzi, którzy w przeważającej części byli wcześniej nieaktywni politycznie. To zmarnowana szansa na normalność. Dla osób takich jak ja opcją pozostało głosowanie na mniejsze zło. W tej chwili nie ma na polskiej scenie politycznej żadnej partii, która reprezentowałaby moje poglądy, liberalne gospodarczo i obyczajowo. Dlatego taka partia wkrótce powstanie. Będąc przedsiębiorcą wiem, że jak jest popyt, to musi być podaż. Ważne jednak, by z tej smutnej lekcji upadku Nowoczesnej wysnuć wnioski i nie powtarzać tych samych błędów enty raz. Partia musi być masowa. Nie może być wodzowska. Musi być wyrazista, a nie robiona pod sondaże, bo wtedy próbuje się przypodobać wszystkim, czyli nikomu. Musi zaistnieć nie tylko w dużych miastach. Musi być pro-przedsiębiorcza. Musi być oparta na trzydziesto-, czterdziestolatkach, bo ich jest, jako wyborców, najwięcej. Musi być prawdomówna. Musi też mieć w końcu prawidłowo skonstruowany statut. Musi być. I będzie. Bo przykład Nowoczesnej pokazuje, że mimo że prawie wszystko zrobiliśmy źle, to sukces był na wyciągnięcie ręki. Brakowało tyci, tyci. Dlatego tym razem się uda. Wierzę głęboko, że postsolidarnościowa kłótnia w rodzinie trwająca od lat osiemdziesiątych nie będzie trwała wiecznie. Większość wyborców naprawdę już dziś nie interesuje czy Lech Wałęsa przeskoczył płot, czy przywieźli go motorówką? Czy Hanna Krzywonos zatrzymała tramwaj, czy tramwaj zatrzymał ją? 

A jeśli się mylę, to nic przecież się nie stanie. Będę przedsiębiorcą i dalej będę prowadził swój biznes. Najwyżej, jak zmuszą mnie do tego rządzący, przeniosę go zagranicę. Czasami coś skrobnę dla „Liberté!” jak zaswędzą palce. Nic nie muszę. W końcu nie jestem politykiem. Polityk musi. Ja chcę.

To jest moje osobiste rozliczenie i zamknięcie pewnego etapu w moim życiu. Czekałem z tym do tegorocznych przegranych wyborów, bo trzymałem za Was wszystkich (no prawie wszystkich😊) kciuki. Nie wyszło, ale doceniam Was, bo każdy, kto angażuje się w życie polityczne w naszym kraju zasługuje na uznanie. Wiem, że duża część błędów Ryszarda, Adama, Katarzyny była spowodowana brakiem ich doświadczenia w budowie i kierowaniu tak wielką organizacją. Ich wcześniejsze zawodowe życie po prostu ich do tego odpowiednio nie przygotowało. Tych kompetencji po prostu nie mieli, a gdy się pojawiły problemy skupili się nie na szukaniu przyczyn, a na wykorzystywaniu ich dla własnych osobistych celów. Nie podołali, ale wiem, że dziś z tą wiedzą zrobili, by to już inaczej i lepiej.


Bartłomiej Austen –  były wiceprzewodniczący regionu pomorskiego Nowoczesnej, były kandydat Nowoczesnej na urząd Prezydenta miasta Gdynia, były koordynator powiatu Gdynia. 

Dziwisz musi zacząć mówić prawdę :)

Z Frédériciem Martelem, autorem książki Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie, rozmawia Piotr Beniuszys.

Piotr Beniuszys: Czy można mieć za złe przedstawicielom duchowieństwa, że wzniecają homofobię? W pańskiej książce Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie precyzyjnie pokazuje pan, że homofobia jest kluczowym narzędziem rekrutacji nowych powołań. Czy bez strachu młodych homoseksualistów z prowincji przed ostracyzmem, bez uczucia ulgi, które wówczas pociąga za sobą wybór drogi kapłaństwa, Kościół miałby jakiekolwiek szanse przetrwać?

Frédéric Martel: To, co mnie w pierwszej kolejności uderza, to skomplikowanie podejścia świata katolickiego wobec homoseksualizmu, tak że żadna prosta odpowiedź nie jest możliwa. W Sodomie pokazuję, że hierarchia katolicka, zwłaszcza w Watykanie, ale także w Polsce, jest w większości homoseksualna. W wielkich miastach, w stolicach kler składa się przeważnie z gejów, podczas gdy jest on heteroseksualny na obszarach wiejskich (szczególnie w odniesieniu do Kolumbii, Chile, Peru, Brazylii oraz Afryki, Watykan ma świadomość tego, że księża generalnie posiadają dziewczyny!). Zatem ujmując to z grubsza, duchowni są gejami w miastach; zaś aktywnymi hetero na wsiach! Ten kontrast istnieje także w Polsce w podobny sposób.

Poza tym, gdy mówi się o homoseksualistach, można przez to chcieć powiedzieć wiele różnych rzeczy: są homoseksualiści, którzy stają się księżmi powodowani szczerymi przesłankami, nawet nie wiedząc, że są gejami; są też geje, którzy zostali księżmi, aby się ukrywać. Jest wielu księży, którzy są seksualnie aktywni (wśród nich są polscy biskupi, których kochankowie są znani), ale także są księża lub mnisi homoseksualni, którzy zachowują czystość, pozostając w ten sposób wiernymi swoim ślubom czystości czy celibatowi. Są też księża homoseksualni, którzy często udają się na łowy, podrywają w seminariach, albo wybierają w ostateczności męskie prostytutki. W końcu, Kościół katolicki to, jak napisałem w książce, „50 twarzy Geja”! Możemy śmiało powiedzieć, że heteroseksualizm jest bardzo rzadki pośród hierarchii!

Napisał pan, że często to zagrożenie skandalem seksualnym czy szantaż powodują, że kardynałowie i arcybiskupi okazują się niezdolni do tego, aby zareagować właściwie, gdy znajdą się twarzą w twarz z księdzem-pedofilem. Czy porzucenie celibatu i reżimu seksualnych wyrzeczeń mogłyby pomóc w rozwiązaniu tego problemu? Przecież zapewne zawsze pozostałaby możliwość, aby szantażować ludzi władzy w Kościele w inny sposób. Czy problem ten nie jest może nieco bardziej ogólny i związany z problemem kultury tajemniczości, izolacji od świata zewnętrznego i laickiego, z brakiem transparentności w Kościele?

To pytanie jest także bardzo skomplikowane. Powiedzmy zatem w ten sposób: seksualne wykorzystywanie jest zjawiskiem masowym. Przeprowadzone badania, nawet jeśli wiążą się z nimi częstokroć wątpliwości, pokazują, że generalnie wykorzystywanie seksualne ma miejsce często w rodzinach lub w szkołach, jego sprawcami są zwłaszcza heteroseksualni mężczyźni, zaś ofiarami dziewczynki. Jeśli chodzi o specyficzne badania odnośnie Kościoła katolickiego, to nie są one ani pewne, ani liczne. Myślimy tutaj oczywiście o filmie Spotlight, który opowiada historię śledztwa „Boston Globe”, podobnie jak o badaniach przeprowadzonych przez Szkołę Wyższą Kryminologii im. Johna Jaya. Zaznacza się w nich, że 85% ofiar księży to niepełnoletni chłopcy lub młodzi mężczyźni pełnoletni, seminarzyści. W seminariach – ten temat jest bardzo słabo znany – istnieje pewna forma prawa pierwszej nocy, za przyzwoleniem lub bez niego. Ale nawet w przypadku udzielenia przyzwolenia, relacja hierarchiczna tworzy problem. Czy to w Chile, w Peru, czy w Kolumbii, ale także w przypadku afery Barbarina we Francji: stykamy się za jednym razem z przypadkami pedofilii i homoseksualizmu.

Uwypukla się równocześnie w tych badaniach, że bardzo niewielu księży to wszystko dotyczy: od 2 do 4%, nie ma żadnych bardziej precyzyjnych danych, ale to naprawdę mała liczba. Tymczasem, nawet będąc niezbyt liczni, wykorzystujący seksualnie mogą mieć wiele ofiar.

Raz jeszcze, stosunki – w tym homoseksualne – z przyzwalającą osobą dorosłą, one nie stanowią dla mnie żadnego problemu. Oczywiście całkowicie inaczej jest ze stosunkami, które podpadają całą mocą pod przepisy prawa. Mówiąc inaczej, jest o wiele lepiej, gdy sprawa dotyczy posiadania kochanka lub kochanki, aniżeli gdy chodzi o wykorzystanie dziecka.

Homoseksualizm nie ma więc żadnego powiązania z wykorzystywaniem seksualnym. Problemem jest kłamstwo o seksualności księży. Podwójne życie, wrogość wobec własnej seksualności i tuszowanie wykorzystywania. Kluczem jest właśnie tuszowanie. Kwestia przyczyn tuszowania, ukrywania czy zatajania – zajmowałem się nią więcej aniżeli samym wykorzystywaniem seksualnym, ponieważ to w jej przypadku ukazuje się systematyczny wymiar zjawiska. Gdyby meksykański pedofil Marcial Maciel, którego udokumentowane przestępstwa sięgają początku lat czterdziestych, został powstrzymany pod koniec lat czterdziestych – a pierwsze świadectwa sięgają roku 1948 – nie byłoby afery Maciela. A jeśli afera ta zaistniała jednak, to dlatego, że Maciel był stale kryty, przez wszystkie poziomy kościelnej hierarchii, od najniższego po poziom najwyższy. Aż do epoki późnego pontyfikatu Jana Pawła II. Można nakreślić paralele z aferami Groëra w Austrii czy Karadimy w Chile. 

We wszystkich tych sprawach, nazwiska włoskiego kardynała Angelo Sodano oraz polskiego kardynała Stanisława Dziwisza, a więc osobistego sekretarza Jana Pawła II, są wymieniane przez prasę oraz w licznych książkach. Co oni wiedzieli? Dlaczego tuszowali czyny pedofilskie, gdy byli o nich informowani? Jest pewnym, że wszystko to będzie w przyszłości przedmiotem procesu i dziesiątki dziennikarzy będą prowadzić swoje śledztwa na ten temat. Angelo Sodano i Stanisław Dziwisz muszą odpowiedzieć na pytania dziennikarzy, bo ich nazwiska będą figurować w setkach artykułów i w książkach w nadchodzących latach. Nie mówię, że są winni. Mówię, że muszą od teraz zgodzić się udzielić wyczerpujących odpowiedzi i przedstawić dowody na poparcie tego, co mówią. Biografia Jana Pawła II zostanie w innym przypadku splamiona, wielu domaga się już teraz „dekanonizacji” Jana Pawła II. Książki poruszające te kwestie pojawią się w 2020 r. Będzie to wielka debata, ponieważ tysiące dzieci zostały zgwałcone lub stały się ofiarami napaści, podczas gdy ekipa Jana Pawła II tuszowała – jeśli wierzyć tym licznym książkom i artykułom – te czyny. Tutaj chodzi o tysiące przestępstw. Będzie się o tym mówić przez całe dziesięciolecia, dlatego lepiej byłoby, gdyby panowie Sodano i Dziwisz zaczęli mówić, albo to Jan Paweł II przejdzie do historii w radykalnie złym świetle. Zwrot w historycznej ocenie tej postaci już następuje w tej chwili w Meksyku, w Chile, we Francji, a być może już niedługo także w Polsce.

Weźmy Chile, gdzie dziesiątki ofiar już w tej chwili mówią głośno. W przypadku tego kraju jest ewidentne, że wszystkie osoby odpowiedzialne w Kościele katolickim były na bieżąco, na wszystkich poziomach hierarchii, w samym Chile i aż po Watykan. Kiedy wybrałem się do Chile, w ciągu tygodnia wszystko mi opowiedziano. Poza tym, w międzyczasie wszyscy biskupi chilijscy złożyli równocześnie swoje dymisje na ręce papieża. Tak więc Angelo Sodano, nuncjusz w Chile i osobisty przyjaciel Karadimy, był siłą rzeczy na bieżąco. Jest nawet izba jego imienia w kościele Karadimy, „izba nuncjusza”. To samo dotyczy jego następców w roli nuncjusza, zaczynając od Luigiego Ventury, obecnego nuncjusza w Paryżu, który został przez dziesiątkę chłopców oskarżony o napaść seksualną! Tak więc kardynał Angelo Sodano – o którym mówi się, że w ostatecznym rozrachunku to on, wraz ze Stanisławem Dziwiszem, sprawował realną władzę papieską pod Janem Pawłem II – był na bieżąco. Otóż on nigdy nie przestał chronić Karadimy. Dlaczego go chronił? Dalej, w Rzymie, Kongregacja Nauki Wiary, której prefektem był Joseph Ratzinger, nie ogłosiła najmniejszej sankcji, gdy te czyny stały się znane. Dlaczego? Maciel w Meksyku był przypadkiem jeszcze bardziej poważnym, a jego ochrona trwała jeszcze dłużej. Dlaczego Jan Paweł II chronił takiego gwałciciela i kryminalistę jak Maciel? Dlaczego Jan Paweł II jest na wspólnym zdjęciu z Marcialem Macielem, na zdjęciu pochodzącym z ostatniego roku jego życia? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Zawsze myślałem, że kwestia homoseksualizmu nie była wyjaśnieniem wystarczającym, nawet jeśli była ona główną sprawą w otoczeniu tych księży oraz tych, którzy ich kryli. Tutaj jest więc inna rzecz.

Moja hipoteza: polityczna ideologia antykomunizmu, pieniądze, korupcja – one także odegrały swoją rolę.

Czy Kościół katolicki zaznał dramatycznej utraty wiarygodności? Co musiałoby się wydarzyć, aby mógł on ją odzyskać i to w rzeczywistości XXI w. – w epoce emancypacji kobiet, równości wobec prawa osób LGBT, w epoce #MeToo? Czy to w ogóle możliwe?

Wystarczy, że wszystko zostanie otwarcie powiedziane. Wszystkie archiwa muszą zostać opublikowane. Kościół musi przestać systematycznie kłamać. I konieczne jest to, że kardynałowie Angelo Sodano i Stanisław Dziwisz zostaną objęci dochodzeniem przez watykański wymiar sprawiedliwości. Oni muszą zostać wezwani do Rzymu i podczas trwającego wiele tygodni procesu powiedzieć to, co wiedzą, odnieść się do wszystkich wydarzeń. Nie twierdzę, że oni są winni, tego nie wiem. Mówię tylko: oni muszą zostać przesłuchani i postawieni przed koniecznością obrony swoich osób. 

W polskim Kościele katolickim dzisiaj niemal wszyscy biskupi prezentują postawy homofobiczne. Kampania przed wyborami parlamentarnymi w tym roku była okazją dla Kościoła i dla partii władzy, aby stworzyć wspólny front ataku przeciwko osobom LGBT. W oparciu o pana doświadczenie oraz korelacje, które pan odkrył w toku pracy nad książką, co można w ich świetle powiedzieć o orientacji seksualnej polskich biskupów?

Jest reguła, która działa prawie zawsze: im bardziej homofobiczny jest publicznie biskup, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie on homoseksualistą prywatnie, albo że przynajmniej posiada dziewczynę. Sam papież Franciszek to wytłumaczył. Rygory Kościoła to tajemnice do ukrycia. Odwrotna sytuacja jest także prawdziwa: im bardziej dany ksiądz jest tolerancyjny wobec gejów, im bardziej otwarty jest on na ideę wyświęcania kobiet, im bardziej jest przeciwny celibatowi księży, tym większe jest prawdopodobieństwo jego heteroseksualizmu. Księża, biskupi i kardynałowie homoseksualni to są ci, którzy są najbardziej sztywno upierają się przy zachowaniu celibatu kapłanów. Nie chcą zobaczyć kobiet wewnątrz hierarchii Kościoła, ponieważ chcą pozostać w samym męskim towarzystwie. To jest socjologiczna reguła najwyższej wagi. 

Jakie ma pan teraz relacje z kardynałami i biskupami, po publikacji pana książki? Czy trafił pan na jakąś „czarną listę”, albo nawet na „indeks ksiąg zakazanych”?

Moja książka jest bestsellerem w 15 krajach (w USA bestsellerem na liście „New York Timesa”) i jest obecnie przetłumaczona na 20 wersji językowych. Jest niewątpliwie książką najczęściej komentowaną w Kościele od 5 lat! W samej tylko Polsce sprzedano już prawie 80.000 egzemplarzy! A zatem wszyscy o tym mówią, trafiam do wszystkich!

Bywam w Rzymie jeszcze regularnie i siadam do stołu z biskupami i kardynałami, którzy w dalszym ciągu ze mną rozmawiają, ponieważ widzą, że ich nie wydałem i że napisałem prawdę. Papież we własnej osobie podał do wiadomości, co myśli o książce. Powiedział, po pierwsze: „przeczytałem książkę”; po drugie: „to dobra książka”; po trzecie: „wszystko to już wiedziałem”. Nie jest to wypowiedź publiczna, ale prywatna. Prasa włoska, amerykańska i francuska potwierdziły ją jednak w międzyczasie u oficjalnych źródeł. A więc papież wszystko wiedział! Sądzę, że Polacy także muszą to wiedzieć!

 

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję