Mity Zjednoczonej Prawicy :)

Zwycięstwa wyborcze Zjednoczonej Prawicy i wciąż duże poparcie społeczne widoczne w sondażach, wynika nie tylko z transferów socjalnych, ale również z umiejętności kreowania i upowszechniania rozmaitych mitów. Są to mity nawiązujące do podstawowych wartości, które są jakoby zagrożone przez przeciwników PiS. Fałszowanie rzeczywistości, będące istotą prawicowej narracji, polega na demagogicznym zniekształcaniu znaczenia pojęć i doszukiwania się zależności tam, gdzie ich nie ma. Mity te są konsekwentnie i masowo upowszechniane przez podporządkowane władzy media i wypowiadających się publicznie polityków prawicy. Trafiają one do przekonania wielu ludziom, bo prostota demagogii i  pozbawiona wątpliwości pewność siebie demagogów, zawsze osłabia siłę zdrowego rozsądku.

Słabością opozycji jest brak zdecydowania w krytyce i demaskowaniu mitów, którymi  posługują się jej przeciwnicy polityczni. Ten brak zdecydowania wynika  z obawy, że wartości, których te mity dotyczą, są mocno zakorzenione w świadomości Polaków i budzą silne emocje. Pojawia się więc obawa, że zdecydowany sprzeciw wobec demagogii tych, którzy występują jako ich obrońcy, może zrazić wielu ludzi do partii opozycyjnych wobec Zjednoczonej Prawicy. Poza tym nie ulega wątpliwości, że znacznie łatwiej jest wzbudzać emocje prostą demagogią aniżeli studzić je racjonalną, a przez to bardziej złożoną argumentacją. Ale właśnie dlatego, że są to wartości ważne dla większości Polaków, opozycja nie może ustawać w prostowaniu i wyjaśnianiu fałszerstw prawicowej narracji, która w ich świadomości tworzy zakłamany obraz rzeczywistości. Dopóki politycy opozycji pozostawią tu pole prawicy i będą koncentrować się na sprawach związanych z życiem codziennym obywateli, nigdy nie przejmą od niej rządu dusz. Pozostanie wówczas tylko jałowe narzekanie, że zbyt dużo ludzi w Polsce nie dojrzało do cywilizacyjnego związku z Zachodem. Porażka koncepcji „ciepłej wody w kranie” powinna być tu ważną przestrogą.

Warto więc zwrócić uwagę na istotę czterech podstawowych mitów, którymi w swojej narracji posługuje się Zjednoczona Prawica.

  • Mit „demokratycznej legitymacji”

Politycy PiS-u stale powołują się na społeczny mandat, który otrzymali od suwerena, czyli wyborców. Tego mandatu nikt nie zamierza kwestionować, ale nie oznacza to, że demokratycznie wybrana większość parlamentarna może robić wszystko, co jej się podoba. Żyjemy (podobno) w ustroju demokracji liberalnej, w którym określone prawa mniejszości nie mogą być naruszane. Niewybaczalnym grzechem Platformy Obywatelskiej, gdy miała władzę, było tylko ratyfikowanie, a nie zastosowanie Karty Praw Podstawowych w praktyce legislacyjnej. Uznano, że są ważniejsze sprawy niż prawa człowieka, o które wystarczająco zadbano w polskiej konstytucji. Ten grzech sprawił, że obecnie prawica może wmawiać ludziom, że działając w imieniu większości tych, którzy wzięli udział w wyborach, postępuje zgodnie z wolą suwerena i mając większość w parlamencie może uchwalać takie ustawy, jakie jej odpowiadają. W ten sposób usiłuje się niepostrzeżenie zmienić ustrój państwa z demokracji liberalnej na demokrację hybrydową, w której aktywność polityczna obywateli ograniczona zostaje do samego aktu wyborczego. Dyktatura większości nie różni się wiele od dyktatury jednostki lub grupy społecznej. Nie przypominam sobie, aby zasady demokracji liberalnej były tematem często poruszanym i nagłaśnianym w środowiskach dzisiejszej opozycji. W świadomości społecznej zdaje się dominować przekonanie, że demokracja to po prostu rządy większości, sprawowane przez jej przedstawicieli.

Z demokracją liberalną ściśle jest związana zasada trójpodziału władzy, której celem jest wzajemne ograniczanie władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Zjednoczona Prawica chce jednak rządzić bez jakichkolwiek ograniczeń, po dyktatorsku, bez owego – jak się kiedyś wyraził Jarosław Kaczyński – ograniczającego imposybilizmu, który jest istotą trójpodziału władzy. Aby tak było, jak chce Kaczyński, wszystkie trzy rodzaje władzy muszą pochodzić z jednego źródła. Skoro więc większość parlamentarna wybiera rząd, to powinna mieć również wpływ decydujący na władzę sądowniczą, poprzez swoich przedstawicieli w Trybunale Konstytucyjnym, Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Wówczas władzy zwycięskiego w wyborach powszechnych ugrupowania politycznego nikt niczego nie zabroni, bo wymienione instytucje staną się wydmuszkami powołanymi tylko do zatwierdzania postanowień władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Do tego właśnie, bez oglądania się na międzynarodowe konsekwencje, dąży Zjednoczona Prawica. Uzasadnienie tego dążenia jest rozbrajające w swojej prostocie. Przecież nie może być tak – twierdzą prawicowi politycy – że suweren ma tylko wpływ na władzę ustawodawczą, a za jej pośrednictwem – na władzę wykonawczą. Powinien mieć również wpływ na władzę sądowniczą. Tymczasem ta, wybiera się we własnym gronie, stając się kastą od nikogo nie zależną. Prawdziwa demokracja – twierdzą – polega na tym, że wszystkie trzy władze wyłaniane są w wyborach powszechnych. Ponieważ sędziów w wyborach powszechnych wybrać się nie da, to powinna to czynić wybrana w tych wyborach władza ustawodawcza.

Być może ta argumentacja trafia do niektórych ludzi, którzy skłonni byliby zaakceptować brak trójpodziału władz. Należy jednak zadać pytanie: dlaczego ludzie wchodzący w skład stowarzyszeń prawniczych i wydziałów prawa na uniwersytetach zostali w tej argumentacji wyłączeni z kategorii suwerena? Jeśli państwo ma być państwem prawa, to głos decydujący muszą mieć prawnicy w wyborze swoich przedstawicieli do poszczególnych instytucji wymiaru sprawiedliwości. W tym wypadku decydować musi merytokracja, a nie demokracja w znaczeniu wyborów powszechnych. Jeśli zgodzić się z argumentacją prawicowych polityków, to profesorów, podobnie jak ludzi na ważniejsze stanowiska w różnych obszarach funkcjonowania państwa, też powinno się wybierać w wyborach powszechnych. Tak oto prawica pojęcie demokracji sprowadziła do absurdu. A wszystko po to, aby ją zastąpić dyktaturą nie zmieniając nazwy. Uważam, że opozycja zbyt mało uwagi poświęca na wyjaśnienie tych spraw szerszemu ogółowi obywateli, pozostając tylko przy ogólnikowym zarzucie deliktu konstytucyjnego.

  • Mit „suwerenności”

Odwołanie się do dumy narodowej często jest skuteczne. Informacje o tym, że zagranica próbuje nam coś narzucać i miesza się w nasze wewnętrzne sprawy, zawsze wywołuje odruch sprzeciwu i irytacji. Zjednoczona Prawica jako zagranicę traktuje jednak Unię Europejską, do której Polska przystąpiła dobrowolnie, świadoma nie tylko korzyści z tego uczestnictwa, ale i obowiązków, które z niego wynikają. A obowiązki te są wyraźnie określone i wynikają z systemu wartości, na których wspólnota europejska jest oparta. Nie jest to bowiem tylko wspólnota gospodarcza, ale również polityczna i społeczno-kulturowa. Ten ostatni aspekt jest szczególnie ważny, bo wspólnota wartości jest najważniejszą gwarancją trwałości Unii. Dla mieszkańców wszystkich państw tworzących UE Europa stała się ojczyzną, nie tylko w szerokim geograficznym sensie, ale w znaczeniu jak najbardziej dosłownym. Decyduje o tym integrujący charakter administracyjnych reguł stanowionych przez Radę Europy i Komisję Europejską w Brukseli oraz Parlament Europejski w Strasburgu. Odcinanie się od tych reguł i traktowanie UE jako otoczenia zagranicznego jest fałszowaniem rzeczywistości. Rzeczywistość jest bowiem taka, że przystępując do UE, władze każdego kraju członkowskiego przekazują część swoich prerogatyw na rzecz wspomnianych instytucji unijnych. Nie jest to jednak rezygnacja z tych prerogatyw na rzecz jakiejś obcej władzy, ale zgoda na rozwiązywanie spraw, których one dotyczą, wspólnie z innymi krajami członkowskimi.

Polskiej prawicy od początku, to jest od kampanii poprzedzającej referendum unijne, nie podobały się zasady obowiązujące w UE. Od początku też przedstawiciele ugrupowań prawicowych posługiwali się demagogią („Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”) i aby odróżnić się od zwolenników integracji z Unią, nazwali się „obozem niepodległościowym”. Po dojściu PiS do władzy w 2015 roku premier Beata Szydło, wyprowadzając unijne flagi z gmachu Urzędu Rady Ministrów, wykonała symboliczny gest znamionujący zasadniczą zmianę polityki polskiego rządu w stosunku do Unii. Prominentna polityczka tej partii – Krystyna Pawłowicz – nazwała publicznie te flagi „szmatami”. PiS-owi byłoby bowiem na rękę, gdyby UE była wyłącznie wspólnotą gospodarczą, co dawał niejednokrotnie do zrozumienia Jarosław Kaczyński. Wspólnotę wartości oficjalnie atakował minister spraw zagranicznych Waszczykowski, twierdząc, że Polacy mają swoje wartości, całkiem odmienne od tych zachodnich. Premier Morawiecki kłamliwie deprecjonował wkład UE w rozwój infrastruktury w Polsce, bełkocząc coś o chodnikach. Prezydent Duda zaś w ogóle w wątpliwość poddawał sens UE, mówiąc o wyimaginowanej wspólnocie.

Dlaczego obóz Zjednoczonej Prawicy usilnie stara się obrzydzić Unię Europejską Polakom? Dlaczego kluczy i oszukuje partnerów w Unii, a kiedy to się nie udaje, zarzuca im bezzasadną ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski? Oczywiście robi to z tego samego powodu, dla którego niszczy w Polsce demokrację liberalną. Robi to po to, aby odrzucić wszelkie ograniczenia w sprawowaniu władzy przez własne ugrupowanie polityczne, które dąży do uczynienia z Polski XIX-wiecznego skansenu cywilizacyjnego. Walka o suwerenność władzy państwowej nie ma w tym wypadku nic wspólnego z polską racją stanu. Wręcz przeciwnie, nieumiejętność współpracy w ramach Unii Europejskiej nie jest żadnym „wstawaniem z kolan”, żadnym aktem patriotyzmu, ale cynicznym dążeniem do władzy absolutnej własnego środowiska politycznego. Jeśli dążenie to zakończy się sukcesem, czyli wyjściem Polski z Unii Europejskiej, nasz kraj stanie się zaściankiem świata, republiką bananową (choć w tym wypadku raczej ziemniaczaną), która szybko znajdzie się w kręgach wpływu jakiejś silniejszej dyktatury.

O polską rację stanu walczą w europarlamencie europosłowie polskiej opozycji, a nie zwolennicy rządu „dobrej zmiany”. Walka idzie o to czy Polska pozostanie w kręgu liberalnej kultury zachodniej, czy zostanie zepchnięta do świata wschodnich despotii. Demagogia prawicy polega na tym, że interes własnego środowiska, reprezentowany przez rząd PiS, usiłuje przedstawić jako interes Polski. Tak więc każdy, kto na forum międzynarodowym krytykuje posunięcia tej władzy, nazywany jest narodowym zdrajcą i odszczepieńcem. Należy bardzo zdecydowanie przeciwstawiać się tej narracji. Wszelka uległość, unikanie narażania się na takie hejterskie etykiety w obawie przed utratą elektoratu, są wodą na młyn prawicowych ekstremistów. Nie wystarczy przy tym powoływać się na to, że w czasach rządu PO, politycy PiS zachowywali się tak samo na forum Unii Europejskiej. To stanowczo za mało, bo nie ma tu miejsca na żaden symetryzm. Trzeba jasno precyzować wartości, o które się walczy i opisywać perspektywę, do której zmierza Zjednoczona Prawica, pozbawiając ją tych wszystkich patriotycznych frazesów.

Krytykując stosunek PiS do Unii Europejskiej, opozycja nie powinna ograniczać się do korzyści ekonomicznych i politycznych wynikających z uczestnictwa Polski we wspólnocie europejskiej. Powinna ona znacznie śmielej niż do tej pory kłaść nacisk na rozwijanie poczucia obywatelstwa europejskiego. Jest to perspektywa znacznie szersza niż tradycyjnie pojmowany patriotyzm. Czuć się obywatelem Europy to akceptować wartości i zasady ustrojowe, takie jak demokracja liberalna, rządy prawa, świeckie państwo i tolerancja obyczajowa. Dawny model patriotyzmu, oparty na partykularyzmie etycznym i rywalizacji między państwami narodowymi, musi być zastąpiony patriotyzmem ponowoczesnym, w którym dominuje etyka uniwersalna i troska o dobrostan całej wspólnoty europejskiej. Dopóki opozycja będzie się wstrzymywać z upowszechnianiem tego modelu patriotyzmu w obawie, że elektorat w Polsce nie jest jeszcze dostatecznie dojrzały do takiej zmiany perspektywy, dopóty PiS będzie w swojej demagogii skuteczny.

  • Mit „walki z Kościołem”

PiS postawił na Kościół jako sojusznika, wychodząc z założenia, że ludzie w Polsce są w zdecydowanej większości wierzący i Kościół katolicki ma na nich duży wpływ. Jarosław Kaczyński, twierdząc, że poza etyką katolicką jest już tylko nihilizm, uczynił swoją partię zakładnikiem Kościoła. Głos decydujący w polskim Kościele katolickim mają dziś tacy ludzie, jak ojciec Rydzyk i arcybiskup Jędraszewski, których cechuje kompletne niezrozumienie współczesnych problemów rozwoju cywilizacyjnego i przekonanie o konieczności zapewnienia wpływu Kościoła na życie społeczne. Ten wpływ skłonni są oni i zdecydowana większość polskich księży oraz ich świeckich zwolenników upatrywać w przedsoborowym przekonaniu o świętości Kościoła jako instytucji. Są w tym przekonaniu oponentami papieża Franciszka, który stoi na stanowisku, że autorytet Kościoła powinien wynikać z jego zrozumienia problemów współczesnego świata i umiejętności reagowania na nie, a nie na konserwatywnym przekonaniu o jego nieomylności. Jeśli głos takich funkcjonariuszy Kościoła, jak Rydzyk i Jędraszewski są dla znacznej części ludzi wierzących w Polsce decydującą wykładnią moralną, to znaczy, że opozycja zbyt słabo wykorzystuje przesłanie papieża Franciszka. Trzeba bowiem usilnie przekonywać o potrzebie oddzielania wiary i wartości chrześcijańskich od Kościoła instytucjonalnego, a zwłaszcza od politycznie i osobowościowo uwarunkowanych wystąpień hierarchów Kościoła katolickiego w Polsce. Na braku tego oddzielenia żeruje Zjednoczona Prawica, która wszelką krytykę poczynań Kościoła traktuje jako atak na religię i ludzi wierzących.

Na skutek wielowiekowych starań Kościoła katolickiego w polskiej kulturze społecznej utrwalił się stereotyp duchowieństwa jako środowiska wyjątkowego, mającego bezpośredni kontakt z Bogiem, a przez to obdarzonym absolutnym autorytetem moralnym, z którego wynikać ma prawo do kontroli życia społecznego w sferze obyczajowej. Ujawnienie afer pedofilskich w Kościele i innych nieobyczajnych zachowań niektórych księży, stało się przyczyną poważnego dysonansu poznawczego wśród dużej liczby wiernych, którzy byli przekonani o świątobliwości stanu kapłańskiego. Wielu ludziom wydawało się, że przyjęcie prawdy o życiu prywatnym części kapłanów, może prowadzić do osłabienia ich wiary. Nie chcąc do tego dopuścić, próbują swój dysonans przezwyciężyć, odrzucając informacje o nieobyczajnych zachowaniach księży i traktując je jako zamierzony atak na Kościół ze strony środowisk lewicowych i liberalnych.

Brak wyraźnego rozdziału między wiarą w Boga a stosunkiem do Kościoła instytucjonalnego w polskiej kulturze społecznej jest zasadniczą przyczyną nieporozumień na tle roli Kościoła katolickiego w państwie. To z tego powodu Polska jest państwem formalnie świeckim, ale w rzeczywistości przynajmniej w części wyznaniowym. Decyduje bowiem o tym wpływ kościelnych hierarchów na treść ustaw i wiele decyzji podejmowanych na niższych szczeblach władzy państwowej. W państwie świeckim Kościół może wyrażać swoje opinie na temat rozmaitych decyzji i aktów prawnych, ale organa władzy państwowej muszą kierować się absolutną neutralnością światopoglądową, mając na uwadze pluralistyczny charakter społeczeństwa. Przekonanie, że w strukturze społecznej zdecydowanie dominują katolicy i dlatego zasady wiary powinny mieć odzwierciedlenie w ustawodawstwie, jest zwykłą demagogią, zważywszy, że wielu nominalnych katolików tych zasad nie zamierza przestrzegać, a bywa, że nawet ich nie zna. Natomiast wierzący powinni tych zasad przestrzegać bez potrzeby przymusu prawnego. W państwie świeckim prawo nie może narzucać ludziom wzorów zachowań zgodnych z określoną religią lub ideologią. A tak się niestety w Polsce dzieje w przypadku możliwości aborcji, finansowania in vitro, dostępu do środków wczesnoporonnych czy zawierania związków partnerskich i wynikających z nich uprawnień. Domaganie się neutralności światopoglądowej państwa nie jest walką z Kościołem, któremu nikt nie próbuje ograniczać prawa do głoszenia Ewangelii, a jedynie troską o respektowanie praw człowieka.

Niestety, w Polsce, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, politycy mają poważne trudności w oddzieleniu swojego stanowiska eschatologicznego od stosunku do Kościoła jako instytucji politycznej. Charakterystyczny jest ich lęk przed podejmowaniem decyzji niezgodnych z oczekiwaniami władz kościelnych. To jest największy problem opozycji. Wielu jej polityków, będących ludźmi wierzącymi, chciałoby bowiem unikać konfliktów z Kościołem w obawie, że zostaną posądzeni o sprzyjanie ateizacji kraju. Dopóki nie zrozumieją, że stosowanie się przez nich do zasad Ewangelii, nie upoważnia ich do narzucania tych zasad ludziom, którzy tego nie chcą, będą nie przeciwnikami, a sprzymierzeńcami Zjednoczonej Prawicy, która te zasady cynicznie wykorzystuje dla utrzymania się przy władzy w sojuszu z Kościołem.

  • Mit „zagrożonej rodziny”

Jest to mit najmniej przekonujący i funkcjonuje raczej jako manifestacja poparcia dla konserwatywnej wizji świata, bronionej przez Kościół. Zagrożenia dla tradycyjnej rodziny, składającej się z dwojga rodziców różnej płci i ich dzieci, Kościół katolicki i prawica upatrują w związkach partnerskich, w których ludzie żyją bez formalnego kontraktu małżeńskiego, a w szczególności w związkach homoseksualnych. Trudno zrozumieć dlaczego zalegalizowanie tych związków i przyznanie ich uczestnikom określonych uprawnień, ma stanowić zagrożenie dla tradycyjnej rodziny. Byłoby to raczej wyjście naprzeciw potrzebom ludzi, którzy ze względu na swój styl życia lub orientację seksualną chcieliby właśnie w ten sposób realizować związek uczuciowy z wybraną osobą. Brak zgody na legalizację związków partnerskich jest oczywistą dyskryminacją tych ludzi, z czego w cywilizowanym świecie zdano sobie wreszcie sprawę. W wielu krajach zachodnich ludzie nieheteronormatywni  mają prawo do zawierania związków małżeńskich i do adopcji dzieci na równi z osobami heteronormatywnymi.

W Polsce, ze względu na silny wpływ Kościoła, kultura społeczna charakteryzuje się dość wysokim stopniem konserwatyzmu, który nie tylko zrównanie tych praw wyklucza, ale powoduje w niektórych środowiskach wysoce agresywny stosunek do ludzi, którzy się tego domagają. Kościół i prawica tłumaczą te agresywne postawy właśnie zagrożeniem dla tradycyjnej rodziny ze strony ideologii LGTB. Ta ideologia ma jakoby polegać na propagowaniu związków homoseksualnych, co może skłonić niektórych ludzi, szczególnie młodych, do zmiany swojej heteronormatywnej orientacji seksualnej. Otóż ten element prawicowo-katolickiej narracji jest wyjątkowo słabym jej punktem i powinien być bezwzględnie wykorzystany przez lewicowo-liberalną opozycję. Wszystkie poważne źródła naukowe jednoznacznie wskazują, że orientacja seksualna jest wrodzona, a nie nabyta, a ponadto nie jest to stan chorobowy, który może być poddany jakiejś terapii. Orientacji seksualnej nie można kształtować, bo człowiek przychodzi z nią za świat i z nią umiera. Dążenia ludzi LGBT, domagających się równego traktowania, nie mogą być zatem uznane za ideologię, której celem jest niszczenie tradycyjnej rodziny. Demagogiczne argumenty Kościoła i prawicy służą w tym wypadku utrwaleniu stanu nierówności oraz pozyskaniu zwolenników wśród najbardziej ksenofobicznie i bigoteryjnie nastawionych warstw społecznych.

Tradycjonaliści, poszukując zewnętrznych urojonych zagrożeń, nie dostrzegają zagrożeń wewnętrznych, które sprawiają, że wiele rodzin jest patologicznych, w których dominuje przemoc i demoralizacja. W niedostrzeganiu i lekceważeniu tych zagrożeń, co było dobrze widoczne w sporach dotyczących ustawy o przemocy w rodzinie, ujawnia się cała hipokryzja „obrońców tradycyjnej rodziny”, dla których trwałość związku małżeńskiego jest ważniejsza od cierpienia tych, którzy żyją w rodzinie patologicznej. Oburza również ich niewrażliwość i widoczna pogarda w stosunku do rodzin rozbitych i niepełnych, w których, najczęściej kobiety, muszą samotnie wychowywać dzieci. Świadczy to o zimnym, doktrynerskim podejściu do uczuciowych związków między ludźmi. Tę hipokryzję i doktrynerstwo środowiska katolicko-prawicowego politycy opozycji powinni starać się wykorzystywać w walce politycznej.

Polska jako strefa :)

Rośnie liczba polskich gmin, miast, powiatów i województw, które na mocy uchwały rad i sejmików ogłosiły się „strefami wolnymi od LGBT”. W zasadzie jest to trend, do którego – jeden po drugim – dołączają wszystkie samorządy politycznie zdominowane przez PiS i/lub lokalne komitety wyborcze o silnie prawicowym charakterze. Szerokim echem kilka miesięcy temu odbiła się akcja „Gazety Polskiej”, która do jednego ze swoich wydań dołączyła nalepki ogłaszające „Strefę wolną od LGBT”, aby prawicowcy także w gminach, gdzie nie mają władzy, mogli ustanowić strefę w swojej restauracji, sklepie czy biurze.

Nie ulega wątpliwości, że motorem ogłaszania kolejnych „stref” jest nienawiść prawicowych ultrakonserwatystów wobec ludzi o innym pomyśle na życie. Nie od dziś wiadomo, że skrajni konserwatyści posiadają silną potrzebę, aby ich styl życia i ich hierarchia wartości były powszechne, aby wszyscy ludzie wokół nich byli tacy, jak oni oraz aby chcieli żyć, tak samo jak oni.

Szybko – co naturalne – pojawiły się porównania „stref” do historycznie skompromitowanych przykładów innego wykluczania grup ludzi z przestrzeni społecznej. Przywołano tramwaje „nur für Deutsche” z ulic okupowanej Warszawy. Bary, restauracje, baseny czy plaże z zakazem wstępu dla Żydów (nie tylko z III Rzeszy, ale także z II RP), getto ławkowe, bary i szalety tylko dla białych w stanach „głębokiego Południa” USA. Zwolennicy „stref wolnych od LGBT” przeszli więc natychmiast do defensywy, argumentując, że tamte antypolskie, antyżydowskie, czy antyafroamerykańskie obostrzenia były skierowane przeciwko ludziom, a współczesne „strefy” są wyłącznie przeciwko „ideologii LGBT”. „Ideologia LGBT” odgrywa więc tutaj rolę erzacu dla zbyt już politycznie niepoprawnej otwartej nienawiści wobec człowieka. Na takiej samej zasadzie, na jakiej „krytyka Izraela” zastąpiła antysemityzm, „wojna z terrorem” nienawiść wobec islamu, a „wojna z narkotykami” politykę segregacji rasowej.

A jednak w tłumaczeniach promotorów „stref” tkwi ziarno prawdy. W istocie większości tych ludzi nie przeszkadza homoseksualizm jako taki, nie proponują penalizacji aktów homoseksualnych, czy przymusowych „terapii” konwersyjnych. Nie jest dla nich bolączką życie seksualne par LGBT w ich własnych domach. Nie jest problemem obsłużenie w restauracji pana Kowalskiego i pana Nowaka, o których wiedzą, że są parą. Problemem jest tylko pan Nowak i pan Kowalski publicznie pokazujący, że są parą, trzymający się za rękę, lub – Boże broń – całujący się. Problemem jest ktoś z torbą w barwach tęczowej flagi, także jeśli jest on akurat heteroseksualny. Problemem jest mówienie publicznie, że nienawiść z powodu orientacji seksualnej jest złem, że lesbijek i gejów nie wolno bić, poniżać, szykanować i dyskryminować. Problemem jest krzewienie tolerancji wobec ludzi nieheteronormatywnych, zwłaszcza w szkołach. Podsumowując: problemem nie jest istnienie geja i lesbijki (tak jak kiedyś problemem było istnienie Żyda, Polaka czy Afroamerykanina). Problemem jest tylko to, że ten gej i ta lesbijka nie chce – jako drzewiej – wstydzić się, ukrywać, kajać, udawać, przemilczać, być sobą wyłącznie na marginesie, z dala od uwagi publicznej. Nie chce korzystać z dobrodziejstw dulszczyzny i dla pozorów zakładać małżeństw heteroseksualnych, a swe „perwersje” traktować jako wadę charakteru i dawać im upust analogicznie do zachowań pijaka, narkomana czy hazardzisty. Tłamsić, a gdy się nie da, czasem odwiedzać jakąś melinę, ale potem wracać do „uczciwego” życia. Tak jak działo się to przez wiele, wiele lat. I jak to i dzisiaj czyni zresztą cała masa tych samych ultrakonserwatystów, którzy rozpędzają marsze równości czy uchwalają „strefy wolne”. Dusić to w sobie, frustrować się, zadawać sobie pokutę, ale na zewnątrz grać „głowę rodziny” lub „Matkę Polkę”.

Tymczasem homoseksualiści jakiś czas temu postanowili przestać milczeć o swojej tożsamości, a nawet uczynili z niej powód do dumy! Dążą do przebudowy mentalności społecznej, szerzą tolerancję, burzą monolit starego świata, w którym dopuszczalny był tylko jeden model rodziny, a inne nieprzyzwoite. W ten sposób nastają właśnie na tą najbardziej pożądaną potrzebę ultrakonserwatysty i człowieka głęboko wierzącego, aby wszyscy byli tacy sami, jak on lub udawali przynajmniej takich samych, jak on. Ze strachu przed tym wzięły się „strefy wolne od LGBT”.

One nawet nie są atakiem na „ideologię LGBT”. Gdyby polska prawica miała potrzebę usuwać inne, antykonserwatywne ideologie z przestrzeni publicznej, to już dawno w Polsce istniałyby np. „strefy wolne od liberalizmu”. „Strefy” nie są atakiem, są rozpaczliwą próbą defensywy umierającego świata. Próbą stworzenia stref bezpieczeństwa epistemologicznego, w których można żyć zamykając oczy i uszy na rzeczywistość, udawać, że społeczeństwo się nie zmienia, że jest tylko jedna możliwość wyboru drogi życia, że własne życie nie zostało zmarnowane, że nie było możliwości pójścia inną, bardziej ekscytującą, acz może i bardziej ryzykowną drogą. To nie istnieje, nie istnieje, nie istnieje…!

Skrajnie konserwatywna mentalność nie akceptuje życia w oparciu o wolność wyboru bez sankcji, kary, ekspiacji. Można pić, ale trzeba mieć kaca. Można się obżerać, ale trzeba pościć. Można śmiać się z proboszcza, ale trzeba dać więcej na tacę. Można oglądać porno, ale trzeba się wstydzić. Można zdradzić żonę, ale trzeba kupić jej kolczyki. Tymczasem geje chcą uprawiać homoseksualizm, ale nie chcą być potępiani, albo czasem dostawać kopniaka czy w twarz?! To się ultrakonserwatyście w głowie nie mieści. I w „strefie wolnej od LGBT” takich numerów nie będzie!

Wiersz wolny: Darek Foks – Zrzut (urywek) :)

Darek Foks

Zrzut (urywek)

 

Zrobimy tak: teraz

przesuniemy czas,

 

jeśli można

nazwać to czasem,

 

a następnie 

przyćmimy ten czas

 

obrazami, tymi

wrzącymi chwilami

 

zamkniętymi

w płonącym mieście,

 

co powinno pasować

do pradawnego

 

rozległego nieba,

które właśnie przechodzi

 

do przeszłości

jak przepłacona

 

i nadpalona reklama

nowego napoju.


Darek Foks (ur. 1966) jest poetą i prozaikiem. Ostatnio ułożył Zawrót głowy. Antologię polskich wierszy filmowych (2018), Café Spitfire (2019) i Ludzi kultury (2019). Jest laureatem m.in. Nagrody TVP Kultura za książkę Co robi łączniczka (wspólnie ze Zbigniewem Liberą) oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius za całokształt twórczości. Ponadto był nominowany m.in. do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Gdynia, Paszportu „Polityki”, Górnośląskiej Nagrody Literackiej Juliusz, Energii Kultury i Nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Mieszka w Skierniewicach.

Urywek pochodzi z poematu Zrzut, który ukaże się jesienią. Poemat stanowi podstawę scenariusza filmu fabularnego pod tym samym tytułem, na który można się zrzucić tutaj.

Fot. Raymond Q.


Wiersz wolny to przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Wiersze publikowane są w cyklu dwutygodniowym.

Samorządowa Karta Praw Rodzin pozbawia nas praw :)

29 stycznia 2020 roku głosami radnych łódzkiego sejmiku uchwalono Samorządową Kartę Praw Rodzin, która wywołuje w ostatnim czasie wiele kontrowersji. Coraz więcej środowisk reaguje na jej zapisy i bynajmniej nie są to głosy przychylne dokumentowi. A wszystko ma swój początek w zdaniu, które możemy przeczytać na stronie internetowej poświęconej Samorządowej Karcie Praw Rodzin: Zamach na prawa rodziców! Coraz częściej samorządy próbują podważać konstytucyjne prawa rodzin i rodziców. Najbardziej jaskrawym przykładem jest podpisana 18 lutego 2019 r. przez Prezydenta Warszawy Deklaracja LGBT+, która m.in. przewiduje wprowadzenie do szkół zajęć z permisywnej edukacji seksualnej. Nie możemy na to pozwolić! Aby temu przeciwdziałać, musimy przekonać nasze władze lokalne, by pilnie przyjęły Samorządową Kartę Praw Rodzin, potwierdzającą konstytucyjne gwarancje praw rodzin i praw rodziców oraz tworzącą realne gwarancje ich przestrzegania.” (źródło:https://www.kartarodzin.pl/).

Można długo dyskutować nad sensem cytowanego jak wyżej zdania, ale nie sądzę by miało to większe znaczenie. Jesteśmy świadkami tego, jak środowiska konserwatywne przy akompaniamencie aktualnej frakcji rządzącej, rozpętują wojnę ideologiczną wśród niemalże wszystkich Polek i Polaków. Wojna ta jest jednak kompletnie oderwana od rzeczywistości, w której żyjemy i absolutnie nie współgra z faktami, których istnieniu część z nas próbuje usilnie zaprzeczyć.

Jako nauczycielka nie mogłam przejść obojętnie obok jej zapisów, ponieważ zdecydowana ich większość dotyczy właśnie edukacji. Pozornie nie wzbudzają one zaniepokojenia, ale jeśli przyjrzymy się im bliżej oraz poddamy głębszej analizie w kontekście istniejącego już prawa oświatowego i sytuacji społeczno-politycznej, to nabierają one zupełnie nowego, niebezpiecznego znaczenia. Ponadto bardzo ważne wydaje się zwrócenie uwagi na to, iż Karta została napisana i wsparta przez organizacje prawicowe czy ultrakatolickie, bez uwzględnienia głosu innych podmiotów. Absolutnie zaburza to chęć współpracy i samo w sobie jest wykluczeniem. A jak powszechnie wiadomo, w Polsce rodziny mamy różne.

Zwróćmy jednak uwagę na kilka punktów dotyczących funkcjonowania szkół, które są zawarte chociażby w pierwszym rozdziale tegoż dokumentu. Zapisy są sugestią, jakoby szkoły funkcjonowały w oderwaniu od prawa oświatowego, przez co jawnie wprowadzają w błąd nieświadomego czytelnika. Naprawdę nie każdy musi znać się na prawie oświatowym, ale wykorzystywanie przez autorów potencjalnej niewiedzy swojego odbiorcy jest sporym nadużyciem i manipulacją. Co zatem możemy przeczytać w rozdziale pierwszym Samorządowej Karty Praw Rodzin? Między innymi to:  „W szkołach samorządowych muszą być respektowane ustawowe prawa rodziców, w tym w szczególności kompetencji rady rodziców do uchwalenia programu wychowawczo-profilaktycznego oraz do wyrażania zgody na podjęcie współpracy z organizacjami pozarządowymi i wymóg każdorazowego uzyskania zgody rodzica na udział dziecka w zajęciach nieobowiązkowych. Ponadto, właściwą praktyką jest umożliwienie rodzicom aktywnego włączenia się w te procesy, w tym w aspekcie merytorycznym.”. Powyższy zapis jest spekulacją, jakoby szkoły działały w oderwaniu od zapisów prawnych, a przecież tak nie jest i być nie może. W kompetencjach Rady Rodziców znajduje się m.in. uchwalanie w porozumieniu z radą pedagogiczną programu wychowawczo-profilaktycznego szkoły lub placówki, o którym mowa w art. 26 Ustawy Prawo Oświatowe. Żaden program wychowawczo-profilaktyczny szkoły nie może zatem być uchwalony bez zgody rodziców. Swoją drogą, pełne kompetencje Rady Rodziców można odnaleźć w tej samej Ustawie, w art. 84.

Kolejny fragment Samorządowej Karty Praw Rodzin brzmi: „Dobrą praktyką jest także informowanie przez szkołę rodziców o przysługujących im uprawnieniach, nawet jeśli taki obowiązek nie wynika wprost z ustawy.”. Ważne jest by zwrócić tu uwagę na to, że szkoła spełnia trzy podstawowe funkcje: dydaktyczną, opiekuńczą i wychowawczą. Nie słyszałam o informacyjnej, co nie zmienia faktu, że rodzic wie. Wskazuje chociażby na to fakt, że w każdej szkole odbywają się zebrania z rodzicami, na których wychowawcy przekazują informacje o działaniach podejmowanych w klasach czy szerzej – w szkole. Nauczyciele korzystają z dzienników elektronicznych służących ciągłemu kontaktowi, zapraszają na konsultacje indywidualne. Ponadto na stronach internetowych szkół są podane do nich kontakty, w tym telefoniczne. Zawsze można zadzwonić do sekretariatu i otrzymać odpowiedź na nurtujące nas pytania. Traktuję ten punkt jako formę poziału rodziców i nauczycieli, przy wykorzystaniu szczególnej sytuacji w jakiej się znajdujemy. Oświata przeżywa przecież poważny kryzys, a ubiegłoroczny strajk jest trudnym doświadczeniem, dla jednych i drugich. Zapis sugeruje również, że szkoła nie spełnia kategorii informowania rodziców o podejmowanych działaniach, a także zdejmuje z rodziców obowiązek dopytania i interesowania się życiem szkoły. A współpraca powinna być obopólna.

Kolejnym godnym uwagi zapisem jest ten brzmiący następująco: „Samorząd prowadzący szkołę powinien również publicznie udostępnić informacje o współpracy szkół z organizacjami pozarządowymi, podając je w Biuletynie Informacji Publicznej i na stronie internetowej gminy. Wskazać trzeba przynajmniej nazwy organizacji, na działalność których wydał zgodę dyrektor, oraz określić, jaki jest charakter ich aktywności. Dzięki takiemu rozwiązaniu rodzice będą dysponować wiedzą o funkcjonowaniu szkoły jeszcze
przed podjęciem decyzji o powierzeniu jej zadań z zakresu wychowania dziecka.”
. Tu ważną informacją jest ta, że organem zewnętrznym sprawującym nadzór pedagogiczny nad placówkami oświatowymi są kuratorzy oświaty, którzy doskonale wiedzą, co dzieje się w szkołach, bo każda z nich pisze masę sprawozdań ze wszystkiego, dosłownie wszystkiego. Być może zadanie powinno być nałożone na kuratorów oświaty, którzy opieraliby swoje dane na analizie tychże sprawozdań? Choć swoją drogą wydaje się to wszystko nieco zabawne, bo szkoły nie mają tajemnic w zakresie współpracy z różnymi organizacjami. Są to informacje publiczne i dostępne. Ponadto każda szkoła organizuje drzwi otwarte oraz zebrania z przyszłymi uczniami szkoły. Naprawdę nie ma problemu, by dopytać o cokolwiek w celu rozwiania wątpliwości. Posiadają także takie dokumenty jak: koncepcje pracy czy  sylwetkę absolwenta. Krótko mówiąc, jasny kierunek wychowania dziecka, które uczęszcza do danej szkoły.

Dalej, w Samorządowej Karcie Praw Rodzin, czytamy: „Dobrą praktyką jest udostępnienie informacji zawierającej nie tylko nazwę, ale też program zajęć oraz profil takiej organizacji każdemu rodzicowi z osobna, w sposób umożliwiający zapoznanie się z treścią tych dokumentów przed zapisaniem na zajęcia. Podobny mechanizm powinien zostać zastosowany wobec wszystkich innych form działalności dydaktyczno-wychowawczej szkoły lub placówki, które wykraczają poza podstawę programową lub dotyczą zagadnień objętych podstawą programową wychowania do życia w rodzinie, w tym realizowanych w ramach grantów ze środków publicznych.”. Po pierwsze, mało rzeczy wykracza poza podstawę programową. Po drugie, o propozycjach zajęć dodatkowych wykraczających poza podstawę programową (choć podkreślam raz jeszcze, że to bardzo trudne!) rodzice są informowani i muszą wyrazić pisemną zgodę na udział dziecka w tychże zajęciach. Przykładem potwierdzającym powyższe jest chociażby zapis w podstawie programowej w pierwszym etapie edukacyjnym kl. I-III, który brzmi: „Kształcenie w szkole podstawowej stanowi fundament wykształcenia. Zadaniem szkoły jest łagodne wprowadzenie dziecka w świat wiedzy, przygotowanie do wykonywania obowiązków ucznia oraz wdrażanie do samorozwoju. Szkoła zapewnia bezpieczne warunki oraz przyjazną atmosferę do nauki, uwzględniając indywidualne możliwości i potrzeby edukacyjne ucznia. Najważniejszym celem kształcenia w szkole podstawowej jest dbałość o integralny rozwój biologiczny, poznawczy, emocjonalny, społeczny i moralny ucznia.”. (źródło: https://podstawaprogramowa.pl/Szkola-podstawowa-I-III).

Powyższa analiza dotyczy wyłącznie pierwszego rozdziału Samorządowej Karty Praw Rodzin dla gmin. Tempo ich uchwalania w różnych miastach i województwach jest zatrważające, a treści mają zbyt szerokie pole do interpretacji, co daje z kolei może prowokować nadużycia. Nie da się ukryć, że najbardziej uderza w środowisko osób LGBT+, które nie wpisuje się w preferowane wartości środowisk prawicowych i ultrakatolickich. Dokument jawnie zagraża edukacji antydyskryminacyjnej czy seksualnej, które są przecież obowiązkowe. Każda placówka oświatowa w Polsce ma realizować, zarówno jedną i drugą, co jest zapisane w prawie oświatowym i nie tylko.  Sugerowanie, jakoby były w sprzeczności z nim, jest ciosem poniżej pasa. W kraju powstaje już wystarczająco „stref wolnych od…”. Wszelkie mniejszości, inności, a zwłaszcza rodziny, które nie wpisują się w tak zwany tradycyjny model, na który powołują się autorzy, stają przed realnym zagrożeniem wykluczenia. Ważne jest to, by pamiętać, że dokument, który tak ochoczo jest uchwalany przez samorządy, nie jest w żaden sposób wiążący. Autorzy podkreślają, że to wyłącznie kodeks tzw. „dobrych praktyk”, które wydają się być wątpliwe. Niemniej nie oznacza to, że mamy nie reagować. Musimy wręcz.

Samoistnie narzuca mi się pewne skojarzenie, które oddaje charakter działań decydentów oraz aktualnej sytuacji społeczno-politycznej. To poruszające wystąpienie Mariana Turskiego, który przy okazji obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau, wzruszył miliony Polek i Polaków. W swoim przemówieniu mówił o tym, jak łatwo odpuszczamy i akceptujemy powolne przejawy dyskryminacji. Niby nie są oczywiste, niby nic nie znaczą, a w konsekwencji mogą mieć tragiczny wpływ na losy poszczególnych ludzi, co zresztą dobitnie, nie jeden już raz, pokazała historia. Turski powiedział bowiem: „Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana, ponieważ istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione jednocześnie. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przykazanie: nie bądź obojętny, bo jeżeli nie, to się nawet nie obejrzycie jak na was, jak na waszych potomków, „jakieś Auschwitz” nagle spadnie z nieba.”. Niech te słowa będą drogowskazem w naszym codziennym życiu. Nie przechodźmy obok nich obojętnie.

 

Oscary – ciągle najważniejsza nagroda filmowa na świecie :)

Niezwykle modne stało się ostatnio narzekanie na Oscary (choć zdarzało się to i wcześniej) . Przodują w tym interesujący się filmem i kulturą popularną publicyści bogatej Północy, którzy przyrównują widowisko do pozbawionego znaczenia targowiska próżności ograniczającego się wyłącznie do kina amerykańskiego. Trochę jest w tym prawdy – niemniej od dziewięćdziesięciu lat Oscary trzymają się mocno i tak jak zawsze były, zapewne nadal pozostaną najważniejszą nagrodą dla filmowców. A rok 2020 i to kto ją w tym roku otrzymał się do tego procesu przyłoży.

Nagroda dla najważniejszego filmu czyli co nieco o inżynierii społecznej.

Bez wątpienia do historii przejdzie Oscar przyznany południowokoreańskiemu filmowi „Parasite” (2019)  w kategorii najlepszego filmu.  Wprawdzie sam „Parasite” nie jest filmem w pełni zrealizowanym poza amerykańskim systemem produkcyjnym (a i w przeszłości Oscara w tej kategorii dostawały filmy nominalnie nie-amerykańskie) -to nie da się zaprzeczyć, że  jest to pierwszy film nie-amerykański i nie-anglojęzyczny, który tą nagrodę otrzymał.  Poprzedni nie-amerykańscy laureaci to albo filmy brytyjskie robione za amerykańskie pieniądze (zresztą czasem ciężko jest rozdzielić kino amerykańskie i brytyjskie) lub tak jak „Artysta” (2012) czyli kino upozowane na amerykańskie i w dodatku składające hołd Hollywoodowi. „Parasite” mimo inspirowania się amerykańską kulturą jest jednak dziełem zupełnie odrębnym – choć zrealizowanym w kraju azjatyckim najmocniej nasiąkniętym amerykańską kultura.

Przyznanie „Parasite” nagrody w kategorii najlepszego filmu roku to być może przypadkowy, ale ważny symbolicznie gest. Tym samym Hollywood przyznało, że najlepszy film roku może powstać poza anglosaskim systemem filmowym. Na tą zmianę Akademia Filmowa była zresztą gotowa juz przed Oscarami – rezygnując dotychczasowej kategorii „najlepszy film nieangielskojęzyczny” na rzecz „najlepszy film międzynarodowy”. Hollywood i reszta świata zostały w ten sposób zrównane. Obydwie nagrody zdobył zresztą „Parasite”.  Ciekawe, że abdykacja „amerykańskiego kina” odbyła się w roku, w którym Hollywood miało do zaoferowania światu kilka naprawdę niezłych filmów. Do historii kina przejdą bez wątpienia: „Jocker” Toda Philipsa, „1917” Sama Mendesa” czy „Dawno temu w Hollywood” Quentina Tarantino. Paradoksalnie po kilku latach nagradzania filmów za zasługi ich reżyserów lub za temat: („Spotlight”, „Moonlight”, „Kształt wody” czy też „ Greenbook”, ale i wcześniejsze „Jak zostać królem” czy „Artysta”, które do arcydzieł nie należały) amerykańska fabryka snów raz jeszcze miała coś do powiedzenia, jednak koreański twórca okazał się jeszcze lepszy.

Gdzie indziej jednak bez zmian

Podczas oscarowej gali role aktorskie są nagradzane na różne sposoby i od prawie stu lat trudno jest uznać, że istnieje jeden logiczny system według, którego są przyznawane. Czasem to autentyczny podziw dla gry aktorskiej a czasem czyste emocje. Niekiedy nagrodę dostaje się na zachętę, to znów wręcz przeciwnie – za wczorajsze zasługi. W tym roku pojawił się każdy z tych czynników i najlepiej widać to na przykładzie Brada Pitta. Ten wielki gwiazdor i aktor otrzymał Oscara za rolę drugoplanową w „Dawno temu w Hollywood”. Była to rola godna wyróżnienia, ciekawa i znakomicie zagrana, jednocześnie była to też forma docenienia jednego z najbardziej ikonicznych aktorów ostatnich trzech dekad i symbolu światowej męskości, który do tej pory Oscara nie dostał.  Z kolei nagroda dla rzemieślniczej biegłości Rene Zellweger w kategorii najlepszej aktorki to typowe dla Hollywood uczczenie kogoś za techniczne poświęcenie i sukces aktorskich umiejętności w kiepskim filmie do zapomnienia. Laura Dern – najlepsza aktorka drugiego planu to z kolei wyśmienite aktorstwo, a Joaquin Phoenix to i aktorstwo i posłanie. Jest tu więc pełna ekumena Hollywood.

Polski ślad

Na tym tle „Boże Ciało”  Jana Komasy  wypadło nie tylko dobrze, ale wręcz rewelacyjnie. Pierwszy (nie licząc „Noża w wodzie” Polańskiego) polski film nominowany do Oscara nie posiadający ambicji wadzenia się z historią i wielką polityką, przegrał z „Parasite”, które zapisze się jako arcydzieło. Jednak ślad filmu Komasy napewno w Hollywood pozostanie. To dzieło wpisuje się w powrót Hollywood do debaty aksjologicznej i zadumy nad światem. Jak się okazuje – ciagle mamy w tej sprawie coś do powiedzenia, a Europa Środkowa (a w niej osobliwie Polska) tworzy przesłanie zarówno lokalne jak i uniwersalne. Całkiem jak kiedyś Czesi, którym tego w kinie zazdrościliśmy.

Tylko w wypadku kobiet dalej jest źle. Na liście nominowanych do statuetki reżyserek widnieją od lat dziewięćdziesiąt trzy kobiety ( w tym jedna z Oscarem) i tegoroczna ceremonia nie przyniosła w tej kwestii żadnych zmian.

„tv”PiS – propaganda do prywatyzacji :)

Nie miliardy, lecz chęć szczera, zrobi z Ciebie oficera (prasowego).  Rządową telewizja a także radio, będące medialnym ramieniem PiS należałoby sprywatyzować, o ile ktoś chciałby je kupić. Aby nigdy więcej nie służyły jako partyjne narzędzie do manipulacji ludźmi przez jakąkolwiek opcję polityczną.

TVP powinna być sprywatyzowana. Ostatnie, głośne głosowanie w sprawie przekazania dwóch miliardów złotych na promocję rządu pod jurysdykcją Jacka Kurskiego tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. To co obecnie wyprawiają oficerzy prasowi z Woronicza przechodzi wszelkie pojęcie i łamie elementarne standardy dziennikarskie (zaczynając od podstaw takich jak skrajne opinie w z natury neutralnych newsach, robienie z tych newsów felietonów opatrzonych jednostronnym komentarzem, przez sterowanie czasem antenowym na korzyść jednego gracza, na sławnych paskach kończąc).

Pal licho gdyby ta telewizja prezentowała prawicowy punkt widzenia, choć jak etos wskazuje („publiczna”), powinno znaleść się w niej miejsce na inne światopoglądy, lewicowe, liberalne etc. Ale nawet tak nie jest. Ta telewizja jest medialnym ramieniem jednej partii, brutalnie gnojącym wszystkie inne ugrupowania od Razem, przez Platformę Obywatelską i PSL po Konfederację. Jej zadaniem jest doszczętne zohydzenie jakiejkolwiek opozycji i pokazanie, że tylko pod rządami obecnej partii Polska jest krajem mlekiem i miodem płynącym.

Jeśli ktoś nie jest w stanie przyjąć tego podstawowego faktu do wiadomości, to odmawiam dyskusji. O tym trzeba mówić głośno. Dziennikarze nie powinni chować głowy w piasek. Oczywiście, w przeszłości telewizja publiczna nie była w pełni bezstronna, ale takie prostackie i nachalne chamstwo, które wylewa się z niej i uczynienie z dziennikarzy partyjnych rzeczników to novum.

Niestety, Jacek Kurski pokazał, że część ludzi tego właśnie chce, pokazał że można stworzyć brutalną machinę propagandową z dziennikarstwem mającą niewiele wspólnego. Istnieje obawa, że po zmianie władzy pojawią się zakusy by nowa władza wprowadziła jakiś lifting, ale przyjęła zbliżone zasady funkcjonowania tego medium. To niepotrzebne ryzyko.

Znamienne jest to, że żadna z prywatnych telewizji (pomijam religijne media toruńskie) nie zbliżyła się nawet do kreacji takiej alternatywnej wizji rzeczywistości. Dlatego, że prywaciarz musi walczyć o widza, walczyć jakością, zróżnicowanym przekazem i poziomem. Prywaciarz nie dostanie dwóch miliardów i nie zmusi ludzi do płacenia abonamentu. Dziennikarze w budżetówce nabrali cech urzędników karnie wykonujących polecania swojego Pana – tego kto trzyma kasę i władzę.

Coraz więcej świadomych ludzi samemu poszukuje informacji na własną rękę, zaglądając do różnych źródeł, nie warto ogłupiać tych mniej świadomych jakąkolwiek partyjną propagandą dzisiaj czy jutro. Czasy się zmieniają. Myślę, że czas najwyższy skończyć z fikcją rozpościerania monopolu państwowego nad tak wielkim molochem jak TVP. Czas na prywatyzację.

 

Smartfony, edukacja i moralna panika :)

Nie ma nic złego w tym, że uczeń zamiast napisać pracę na kartce czy komputerze, napisze ją na smartfonie. Wszelkie wynalazki w przestrzeni edukacyjnej, należy traktować w kategoriach potencjału, jaki za sobą niosą, a nie zagrożenia. 

W ostatnim czasie w debacie publicznej – zarówno w wymiarze globalnym, jak i lokalnym – pojawia się wątek używania vs. nieużywania smartfonów w przestrzeni szkolnej (na wszystkich poziomach kształcenia). W dyskusji tej zarysowuje się wyraźny podział na tych, którzy uważają, że należy wprowadzić całkowity zakaz (lub ograniczenia) w używaniu smartfonów w szkole, a tym samym w procesie kształcenia oraz na przeciwników takich rozwiązań. Stosowana argumentacja przez obie strony w wielu przypadkach jest uzasadniona, jednak niektóre z przedstawionych przesłanek – zwłaszcza w grupie przeciwników – wpisują się bardziej w dyskurs moralnej paniki niż racjonalnych wyjaśnień. 

Wprowadzenie coraz to nowszych rozwiązań technologicznych w proces kształcenia, zawsze budziło kontrowersje. Jedni pokładali w nich ogromne nadzieje, twierdząc, że pozwala ono na rozwój nowych kompetencji, inni z kolei uważali, że jest dystraktorem i zbędnym elementem edukacji. Zwolennicy smartfonów w procesie kształcenia powołują się na badania,  wedle których telefony komórkowe poprawiają zdolności poznawcze, wpływają na inteligencję, możliwości wykonywania wielu zadań jednocześnie, a także stanowią narzędzie do zdobywania wiedzy. Przeciwnicy z kolei wysuwają argumenty, na które również znajdziemy potwierdzenie w badaniach, że używanie telefonów komórkowych obniża zdolności koncentracji, negatywnie wpływa na pamięć, a także prowadzi do uzależnień. Trzeba jednak zauważyć, że prowadzone badania w tym zakresie nie dostarczają nam jednoznacznych odpowiedzi, bowiem są stosunkowo nowym obszarem eksploracji. Przegląd literatury z zakresu psychologii pokazuje nam dane o negatywnym wpływie na zdolności poznawcze, w tym koncentrację, ale tyleż samo jest badań,  które wskazują na pozytywny efekt używaniu telefonów komórkowych oraz na zdolności jednostki do redukowania dystraktorów. Ciekawe badania zostały przeprowadzone przez Sparrow i współpracowników (2011), a później rozwinięte przez Kaspersky Lab (2015), którzy dowiedli eksperymentalnie, że osoby, które wiedzą, że jakieś informacje zostały dla nich zdigitalizowane i są w ciągłej dostępności, zapamiętywali mniej danych i gorzej radzili sobie z następnymi zadaniami, niż ci, którzy wiedzieli, że nie będą mieli dostępu do tych danych. Naukowcy nazwali to „efektem Google” lub „cyfrową amnezją”. Innymi słowy, jeśli wiemy, że mamy ciągły dostęp do danych np. możemy wyszukać to w Google, wówczas nasze zdolności zapamiętywania i przechowywania wiedzy spadają. 

Jednak, czy ten argument może działać na niekorzyść wykorzystywania telefonów komórkowych w procesie kształcenia? To zależy, jakie cele wychowawcze i edukacyjne zostaną wyznaczone. Jeśli wskaźnikiem rozwoju, wiedzy i kompetencji przyszłych pokoleń jest zdolność do encyklopedycznego zapamiętywania faktów, wówczas argument ten działa na korzyść przeciwników nie tylko smartfonów, ale użytkowania nowoczesnych technologii w ogóle. Jeśli celem kształcenia ma być zdolność wyszukiwania informacji, jej krytycznej analizy, umiejętności wykorzystania wiedzy, wówczas wyniki tych badań mogą być użyteczne w zakresie odpowiedniego doboru metod kształcenia (jednak nie samej technologii). 

Jest jeszcze jeden argument wykorzystywany przez przeciwników telefonów komórkowych w szkołach. Uzależnienia. I tutaj ponownie trzeba zauważyć, że dotychczasowe badania są w tej kwestii niejednoznaczne. Przegląd literatury pokazuje, że znajdziemy zarówno te, które wskazują, że telefony komórkowe mogą prowadzić do uzależnień, jak i te wskazujące, że wśród uzależnień adolescentów, akurat ten rodzaj nie jest najbardziej powszechny. Trzeba przypomnieć, że te badania prowadzone przez różne grupy naukowców są dopiero w stadium początkowym. Jednak argument dotyczący niebezpieczeństwa uzależnień, jako, że podszyty jest strachem o „dobro dzieci i młodzieży” brzmi najgłośniej. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ukazała się publikacja Amerykanina Kennetha Thomsona Moral Panic, rozpoczynająca się od słów „powszechnie jest wiadomo, że nastał wiek moralnej paniki”. Thomson ukazuje, że media – a zwłaszcza nagłówki prasy czy filmy paradokumentalne – powodują moralną panikę wśród społeczeństwa. Jako główne jej źródła wskazuje imprezy typy  rave, przemoc stosowaną przez kobiety (dziewczęta), przemoc rówieśniczą, seks, AIDS. Analizując rozwój paniki moralnej w społeczeństwie, Thomson pokazuje, że w historię ludzkości wpisana jest panika związana z rozwojem nowoczesnych technologii. Wskazuje, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiano się rozpowszechnienia telewizji, której zarzucano zdolność do deprawacji młodzieży i dzieci. Telewizja była przez wiele lat obiektem badań, jako źródło przemocy oraz uzależnień. Wieszczono upadek moralny, seksualizację dzieci i koniec świata, jaki znamy. Oto bowiem niektóre amerykańskie stacje telewizyjne zakazywały pokazywania całej sylwetki Elvisa Presleya , bowiem jego swobodny i frywolny taniec, w opinii ekspertów prowadził do upadku moralności młodego pokolenia (a zwłaszcza kobiet!). Następnie w gospodarstwach domowych pojawiły się komputery a wraz z nimi lęk i panika o zdrowie psychiczne i moralne przyszłych pokoleń. Gdyby analizować historię ludzkości w kontekście rozwoju technologii, to można by było zauważyć, że wpisany w nią jest lęk i panika moralna przed nowymi wynalazkami. Panika moralna i lęk towarzyszył elektryfikacji, kanalizacji, ale także pismu drukowanemu. Za każdą rewolucją technologiczną kryła się obawa o upadek cywilizacji. Dziś również towarzyszy nam lęk przed mega katastrofą, spowodowaną właśnie rozwojem technologicznym. 

Rozwój technologii miał i ma wspomóc  działania społeczne, w tym także proces kształcenia. Oczywiście nieumiejętne posługiwanie się technologią może stanowić zagrożenie. Długopis też może stać się niebezpiecznym narzędziem, jeśli jest używany nieodpowiednio. Umiejętność posługiwania się nowoczesnymi technologiami, w tym właściwym używaniem aplikacji w smartfonach, powinna stać elementem procesu wychowawczego i kształcenia. W tym kontekście całkowite zakazywanie korzystania z telefonów komórkowych w przestrzeni szkolnej, sprawia, że szkoła przestaje być odpowiedzialna za właściwe kształtowanie kompetencji cyfrowych i wychowywania odpowiedzialnych obywateli. Zwolennicy stosowania nowoczesnych technologii w przestrzeni szkolnej oraz wykorzystywania potencjału jaki za sobą niosą smartfony nie widzą w tych praktykach zagrożenia, lecz potencjał. Nauczyciele wykorzystujący te technologie, nie zachęcają do bezrefleksyjnego spędzania czasu „na komórce”, lecz pokazują, w jaki sposób można je skutecznie wykorzystać. Nie ma nic złego w tym, że uczeń zamiast napisać pracę na kartce czy komputerze, napisze ją na smartfonie.  Wszelkie wynalazki w przestrzeni edukacyjnej, należy traktować w kategoriach potencjału, jaki za sobą niosą, a nie zagrożenia. Trzeba spojrzeć na nie jak na narzędzie, które ma wspierać proces kształcenia, natomiast w żaden sposób nie może go zastąpić. Student nie napisze pracy semestralnej bez dostępu do danych źródłowych. Jednak, to czy będzie ich szukał na komórce, w komputerze czy w bibliotece, nie ma znaczenia dla końcowego efektu. Znaczenie będzie miało, jak będzie ich szukał, a ta umiejętność powinna być kształtowana od wczesnych lat edukacji szkolnej. Jeśli jednak młodym ludziom ogranicza się dostęp do nowoczesnych technologii, poprzez wprowadzania zakazów, nie będą oni w stanie nabyć tych kompetencji. W Finlandii uczą dzieci jak odróżniać fake news od prawdziwych informacji. Trudno nauczyć, takiej kompetencji bez dostępu do narzędzi, które w dużym stopniu generują fake newsy.

Oczywiście ograniczenie używania telefonów komórkowych do celów innych niż edukacyjne jest uzasadnione, ale chyba nie powinno być przedmiotem legislacji. Wiele państw wprowadziło z dumą zakaz używania telefonów komórkowych w szkołach, co oznacza, że także w trakcie zajęć nie można z wykorzystać ich potencjału edukacyjnego. Francja wprowadziła całkowity zakaz używania komórek w klasach szkolnej dla młodzieży do 15 roku życia. Z kolei rząd w Danii odrzucił propozycję wprowadzenia zakazu używania komórek w szkołach, jednak wiele szkół samodzielnie wprowadza przepisy zabraniające ich używania. Włoska minister edukacji w 2016 roku zniosła z kolei wprowadzony kilka lat wcześniej zakaz używania telefonów komórkowych w szkołach, tłumacząc, że mają one walory edukacyjne, a młodzież powinna być uczona, w jaki sposób właściwie ich używać. Podobne stanowisko zajął rząd brytyjski. W Polsce – na ten moment nie mówi się o wprowadzeniu  odgórnego zakazu – polityka stosowania telefonów komórkowych pozostaje w gestii placówki (najczęściej dyrektora), jednak jak pokazują niektóre badania 60% statutów szkolnych wprowadziło całkowity zakaz ich używania. Instytut Badań Edukacyjnych wyszedł ostatnio z bardzo ciekawą inicjatywą, wprowadzając projekt „Smartfony w szkole. Ustalamy reguły gry”. Celem projektu jest wypracowanie rekomendacji i propozycji rozwiązań, w jaki sposób odpowiedzialnie używać telefonów komórkowych w przestrzeni szkolnej. Dotychczasowa praktyka, w której wprowadza się całkowity zakaz używania telefonów komórkowych jest krótkowzroczna, ale także demonizuje narzędzie codziennego użytku – telefon, kalkulator, notatnik, kalendarz, aparat fotograficzny, czytnik książek i artykułów oraz encyklopedię. 

*Niniejszy artykuł powstał przy pomocy smartfona. 

Widziadło o Wielkiej Wojnie :)

Wojnę u Mendesa robią normalni ludzie, dobrzy ludzie, niegłupi ludzie. Ale to nie znaczy, że wojna nie będzie horrorem.

Martin Scorsese wywołał ostatnio burzę, stwierdzając, że popularne franczyzy o superbohaterach to nie dzieła kinowe, a wizualne parki rozrywki. Diagnozę tę można by rozciągnąć na wiele innych superprodukcji, tak kinowych jak serialowo-telewizyjnych. Awersja do oryginalności połączona z metodą produkcji polegającą na byle jakim zszywaniu momentów wyglądających dobrze na graficznych story boards i w sprzedających film trailerach rodzi seriami potwory, zwyczajnie obrażające inteligencję widza. Fabuły o spójności historii wymyślanych na bieżąco przez czterolatków zderzających ze sobą figurki wojowników i smoków; bohaterowie, których psychika pisana jest pod fabułę, zamiast ją generować; sztuczne, nieciekawe konflikty, pozbawione iskry miłości i nie niosące ze sobą żadnego suspensu sceny walk i pościgów. To wszystko nawet wtedy, kiedy – jak w przypadku Netflixowego „Wiedźmina” – twórcy dysponowali świetnym materiałem źródłowym, który wystarczyłoby w miarę wiernie przełożyć na inne medium. Albo jak w przypadku wojennej superprodukcji „Midway”, która potrafiła spłycić i pozbawić blasku absolutnie fascynujący ciąg zdarzeń historycznych, o których opowiadała. Tego typu przypadki rodzą obawy, że choroba współczesnego kina popularnego rozszerza się na coraz to nowe gatunki, w tym na kino wojenne, w swoich wyższych warstwach ostoję dobrego kunsztu – by wspomnieć tylko „Listy z Iwo Jimy” Eastwooda, „Pacyfik” Spielberga, „Przełęcz Ocalonych” Gibsona czy „Dunkierkę” Nolana.

Sam Mendes wyzwala nas z tych obaw w „1917”. Dla tych, którzy żądają od współczesnego kina, aby spełniało cały potencjał dostępnych mu artystycznych możliwości, „1917” stanowi potwierdzenie, że żądać tego właśnie można i trzeba. Mendes zostawia nawet najbardziej wymagającego widza z otwartymi ustami, bo oto powstał film bezbłędny, film, do którego nie należałoby dodać ani ująć niczego. Obraz głęboki, wspaniale ilustrujący realia I wojny, wciskający w fotel, wizualnie oszałamiający. Co więcej, „1917” realizuje ten efekt opowiadając historię znacznie skromniejszą niż te, które wybierali inni wspomniani reżyserowie, w sposób pozbawiony patosu i taniej moralistyki, nie epatując niepotrzebnie przemocą, ale też nie pozwalając widzowi cieszyć się ukazywaną na ekranie śmiercią. A połączenie tych wszystkich rzeczy jest nawet w dobrym kinie wojennym bardzo rzadkie.

Sama opowiadana historia jest prosta i bogata zarazem – i od pierwszych minut widać, że stanowi ona powód istnienia filmu, a nie zaledwie pretekst do wejścia z kamerą w świat wojny. Dwaj brytyjscy szeregowcy (w ich rolach Dean Charles Chapman i Gerge McKay) muszą przenieść przez podobno opuszczone przez wroga terytorium rozkaz, który powstrzyma bezsensowny atak na silnie umocnione pozycje. Jeśli im się nie uda, niepotrzebna rzeź stanie się udziałem tysiąca sześciuset ludzi, w tym brata jednego z nich. Wyruszają więc w podróż przez wiele różnych wojennych mikroświatów, dzielących ich od położonego kilkanaście kilometrów dalej celu. Stawką nie jest tu los kraju, zwycięstwo, czy spełnienie osobistego celu. Zwykły żołnierz takich rzeczy osiągnąć nie może, nie na takiej wojnie. Może tylko ocalić siebie, i kilku innych. Na jeszcze jeden dzień.

Scenografia, kostiumy, dobór plenerów jest znakomity; prawdziwie unikalne są zdjęcia i edycja filmu, mającego postać jednego, dwugodzinnego ujęcia, w którym kamera podąża i nadąża za bohaterami nawet w najbardziej chaotycznych momentach. Czy jest to jedynie popis technicznej maestrii, którego wkład w atmosferę różnych partii filmu jest różny, czy bezprecedensowe osiągnięcie które da Mendesowi wieloletnią sławę, rozstrzygnąć się nie podejmuję. Na pewno jednak kulminacyjna, kręcona bez użycia efektów komputerowych a z użyciem ponad pięciuset statystów scena jest nowoczesną odpowiedzią na pomysłowość i maestrię Kubricka w „Ścieżkach Chwały”.

Stwierdziłbym jednak – choć to pogląd potencjalnie mocno kontrowersyjny – że to nie aspekt wizualny, a doskonałość narracyjna jest najsilniejszą stroną filmu. Scenariusz Mendesa i Krysty Wilson-Cairnes to wspaniała szkoła odpowiedniego budowania napięcia w poszczególnych scenach i stawek w całym filmie; oszczędnego gospodarowania tak słowem, jak wydarzeniami; wreszcie budowania ciekawych, psychologicznie prawdopodobnych postaci w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund pojedynczej sceny. To ostatnie umożliwił doskonały castingiem i gra aktorska; nawet wcielający się w postacie pojawiające się na ekranie na zaledwie kilka minut, potrafili uczynić je absolutnie autentycznymi i fascynującymi dla widza (Mark Strong, Andrew Scott i w szczególności Benedict Cumberbatch zasługują tu na wielkie uznanie).

Wszystko to składa się na jedno z najlepszych w historii kina wojennego przedstawień kruchości życia ludzkiego, fizycznej obrzydliwości i przeraźliwości wojny, dokonywanej przez nią negacji indywidualności i podporządkowania losu jednostki bezwładnej i głęboko niedoskonałej machinie armijnej. Tutaj kinematograficzne osiągniecie Mendesa dorównuje nieomal literackiemu osiągnieciu Jonesa w „Cienkiej Czerwonej Linii”. Wrzuceni w bezlitosny świat niszczycielskiego konfliktu, bohaterowie nie mają prawa żądać niczego, nawet najbardziej podstawowej litości, od losu i od innych; poświęceniu i umiejętnościom wciąż musi pomóc przypadek, a nawet największe zasługi mogą rozpłynąć się w mrok niepamięci równie szybko, co dokonujący ich w nicość. Tak nieśmiałe prośby o rozejm, jak i heroiczne próby zobaczenia człowieka w straszliwym , siejącym śmierć nieprzyjacielu zawodzą. A jednak im bardziej sytuacja nie pozwala na człowieczeństwo, tym bardziej ludzcy i pełni człowieczeństwa jawią się widzowi uwikłani w nią ludzie. Tego człowieczeństwa, tak w postaci potencjału do cierpienia, jak i pewnej lokalnej racjonalności, choćby dysfunkcyjnej, nie odmawia film żadnej z napotkanych postaci. To byłoby za łatwe – wojna robiona przez złych, zwyrodniałych ludzi. Wojnę u Mendesa robią normalni ludzie, dobrzy ludzie, niegłupi ludzie. Ale to nie znaczy, że wojna nie będzie horrorem.

Zaznajomiwszy widza z rzeczywistością wojny, „1917” pozwala sobie na wizualnie wspaniały, emocjonalnie niejednoznaczny lecz jednoznacznie spektakularny finał, kwintesencję wartości, jaką da się uzyskać po stuminutowym, perfekcyjnym przygotowaniu narracyjnym. Fikcja nie jest już dłużej fikcją, jest czymś realnym, i jest dla nas ważne, jak ta historia się skończy. Wtapiamy się nie tylko w chaos pola walki, ale w losy i emocje bohaterów, które przeżywamy naprawdę, bez wysiłku, bez make-belief, bez zawieszania naszej niewiary, ucząc się, co czuć mógł drugi człowiek, i czując to razem z nim. Bo, mamy szczęście przypomnieć sobie, tak właśnie działa prawdziwe kino, tak właśnie działa prawdziwa sztuka.

Polityka zagraniczna czyli wiele fortepianów :)

Nawet w obliczu krótkofalowych i podobnych interesów Polska nie ma dziś w Europie przyjaciół. To więcej niż klęska polityki zagranicznej Prawa i Sprawiedliwości. 

Od kilku lat jesteśmy świadkami dyskusji ekspertów dowodzących postępującej erozji światowego ładu geopolitycznego. Z jednej strony na dziś uważam za zajęcie czysto futurologiczne przewidywania czy obecny porządek ulegnie rozpadowi, czy się utrzyma, czy też będzie ewoluował i zmieniał się bez rewolucyjnych zmian. Z drugiej jednak strony budowanie scenariuszy i możliwych reakcji na nie to podstawowa funkcja polityki zagranicznej państwa. Ewolucja wydaje się najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, a na jej kierunki i dynamikę silniej niż sądzimy mogą wpływać czynniki takie, jak zmiany technologiczne, kryzys klimatyczny oraz rola globalnych korporacji. Trudny do przewidzenia Brexit, który wydarzył się w kraju dojrzałej demokracji, jest kolejnym historycznym dowodem, wskazującym, że w przypadku polityki zagranicznej racjonalne przewidywanie przyszłości bywa błędne. Jednocześnie mamy do czynienia co najmniej z kilkoma trendami bardzo niebezpiecznymi dla Polski i jej miejsca w światowym porządku. W obliczu tych wyzwań obecna polska polityka zagraniczna wydaje się być krótkowzroczna, jednostronna i długofalowo szkodliwa dla polskiej racji stanu. 

Po pierwsze ukształtowany w latach dziewięćdziesiątych światowy ład geopolityczny, w naszym regionie oparty na współpracy w ramach NATO i Unii Europejskiej, jest z każdej perspektywy najlepszą alternatywą dla Polski. Dlatego logiczne byłoby aby Warszawa pozostała jednym z głównych orędowników utrzymania status quo. Porządek ten oparty jest z jednej strony o hegemonię militarną USA, z drugiej strony o szeroką siatkę sojuszniczych powiązań polityczno-gospodarczych w Europie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości od 2015 roku stara się dostrzegać tylko jeden element tej układanki czyli Waszyngton. Sojusz polsko-amerykański powinien być dla Warszawy jednym z priorytetów, nie może jednak stać się jedynym celem polityki zagranicznej. Tym bardziej, że administracja Donalda Trumpa jest partnerem mało przewidywalnym, a sam Trump politykiem głęboko niechętnym roli USA w światowym porządku ukształtowanym w latach dziewięćdziesiątych. Kluczowe interesy Stanów Zjednoczonych leżą dziś w Azji Południowo-Wschodniej, a dwie tak różne administracje w Waszyngtonie jak Obamy i Trumpa za główne wyzwania uważały i uważają sprawę Chin. Polska nie jest i nie będzie dla USA krajem kluczowym, w geopolityce złudzenia mogą bardzo dużo kosztować. Nie oznacza to, że mamy się od USA odwracać czy nie dążyć do poszerzenia zaangażowania wojskowego Waszyngtonu w regionie. To cele oczywiste. Ale biorąc pod uwagę ryzyko, jasną powinna być potrzeba opierania naszego bezpieczeństwa również na innych elementach, z pełnym uwzględnieniem i dbałością o istniejące struktury sojusznicze. To tutaj PiS zawodzi na całej linii nie potrafiąc w odpowiedzialny sposób grać w polityce zagranicznej na wielu fortepianach, generując rosnącą wrogość i niechęć do naszego kraju na arenie międzynarodowej.  

Wszystkie próby obecnego rządu wyjścia poza schemat jednostronnej relacji z obecną administrację w Waszyngtonie i zbudowania czegokolwiek więcej z innymi partnerami zakończyły się spektakularnymi porażkami. Idea budowy bloku Międzymorza umarła śmiercią naturalną nawet w polskim dyskursie wewnętrznym, po tym jak w zasadzie wszystkie kraje regionu dobitnie pokazały że nie są zainteresowane takim sojuszem ani przewodnią rolą Warszawy Kaczyńskiego, która definiuje cele polityki zagranicznej i interesy w Europe tak jak czyni to PiS. W dużym stopniu w kontrze wobec Niemiec. Polska w zasadzie nie posiada dziś zdolności koalicyjnych w Europie, czego dobitnym przykładem było niedawne głosowanie w sprawie nowego europejskiego zielonego ładu, gdzie premier Morawiecki został zupełnie sam. Należy podkreślić, że Polska nie jest jedynym krajem w Unii Europejskiej, dla którego program transformacji energetycznej jest poważnym wyzwaniem i problemem. Nawet w obliczu krótkofalowych i podobnych interesów, Polska nie ma dziś w Europie przyjaciół. To więcej niż klęska polityki zagranicznej Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest też żadną tajemnicą, że Polska bardzo potrzebuje unijnych środków do ogromnego przedsięwzięcia jakim będzie transformacja polskiej energetyki. 

Jednocześnie w Europe Zachodniej narastają tendencje izolacjonistyczne wobec regionu Europy Środowo-Wschodniej, a szczególnie idącej w poprzek wielu kluczowym wartościom europejskim Warszawy. Coraz więcej polityków na Zachodzie de facto uważa rozszerzenie Unii Europejskiej na Wschód za błąd, a przynajmniej widzi potrzebę dalszej integracji we własnym gronie, utrzymując jedynie korzyści z otwarcia rynków naszego regionu. Przez dekady głównym celem polskiej polityki zagranicznej było wyjście z roli przystawki i przedmiotu gry geopolitycznej do roli aktywnego podmiotu skutecznie współkształtującego wydarzenia polityczne w Europie, które nie będą budowane jedynie przez arbitralne decyzje mocarstw. Podporządkowanie polskiej polityki zagranicznej schizofrenicznym celom polityki wewnętrznej Jarosława Kaczyńskiego oraz faktyczny brak jakiejkolwiek polityki europejskiej idzie w poprzek polskiej racji stanu. Dla wszystkich naszych wrogów zachowanie Warszawy jest idealnym pretekstem do wypychania Polski z Europy. Jeśli Macron powoli staje się symbolem negatywnych dla naszego regionu zmian w postawach europejskich elit, to Kaczyńskiego można uznać za jego głównego sojusznika. To, że dalsza integracja Zachodu idzie tak ślamazarnie zawdzięczamy jedynie przywiązaniu Angeli Merkel do politycznej wagi zjednoczenia Europy Zachodniej z Środkowo-Wschodnią i szerokim niemieckim interesom gospodarczym w regionie. To, co wydarzy się w Europie po erze Merkel pozostaje wielką niewiadomą, a to przecież nieuchronnie się dzieje.    

Wiele fortepianów w Europie, odzyskanie zdolności koalicyjnych

Celem polskiej polityki zagranicznej musi być walka o odzyskanie zdolności sojuszniczych na arenie europejskiej. Nie mam tu na myśli kwestii militarnych, ale możliwości zawierania różnorodnych sojuszy na forum europejskim, które pozwolą Polsce znów być w grze dotyczącej zróżnicowanych aspektów decyzji podejmowanych na poziomie Europy. Musimy być szanownym i słuchanym partnerem, który potrafi skutecznie artykułować swoje interesy, zabiegać o interesy innych, chodzić na kompromisy aby uzyskać coś na innym polu. Po prostu musimy umieć grać na różnych fortepianach, ze wszystkimi europejskimi stolicami. To się nazywa dyplomacja, czego zupełnie nie rozumie dzisiejszy rząd w Warszawie. 

Nie trzeba przypominać, że do tego niezbędne jest przywrócenie zasad praworządności w Polsce. Możliwość kwestionowania wyroków polskich sądów przez sądy europejskie stawia Polskę, polskich obywateli i polskie firmy w kompletnie niepodmiotowej roli. Zamiast wstawania z kolan, w sporach międzynarodowych, otrzymujemy ogromne uzależnienie polskich podmiotów od decyzji zagranicznych sądów, niesymetryczne z prawami innych obywateli i podmiotów krajów Unii Europejskiej. Jest też świetny pretekstem do pomijania Polski.      

Jednocześnie Polska utrzymując strategiczne relacje z Waszyngtonem, nie może wpisywać się w działania Donalda Trumpa osłabiające układy sojusznicze takie, jak NATO czy Unia Europejska. To Polska realizując swoją rację stanu i mając ponoć dobre relacje z administracją Trumpa powinna być stałym rzecznikiem idei silnego NATO i Unii Europejskiej, wskazując na zalety istnienia tych sojuszy również dla USA. Wydaje się, że Polska może odgrywać znacząco większą rolę w relacjach międzynarodowych pełniąc rolę zwornika między kluczowymi państwami Unii a USA. Dziś jednak Polska nie jest w stanie przekonywać europejskich stolic do jakichkolwiek racji.     

Dla Polski kluczowe powinno być zachowanie bliskich relacji transatlantyckich między krajami Unii i USA. Aby to osiągnąć polski rząd nie może być zorientowany tylko na jedną administrację. Musimy posiadać dobre relacje również z Demokratami i jak ognia uniknąć efektu, w którym Polska miałaby być potraktowana jako element do wykasowania, będąc częścią wywrócenia polityki Trumpa po zmianie ekipy w Waszyngtonie. 

Ważne jest również aby rozumieć i budować relacje z amerykańskimi gigantycznymi korporacjami, które mają i będą mieć rosnący pływ na decyzje kolejnych administracji w Waszyngtonie. Nie wszystkie działania takich korporacji muszą nam się podobać, niektóre trzeba usiłować regulować prawnie, jednak należy rozumieć ich rolę i ewentualną alternatywę. Dane, jakie dziś zbierają od polskich obywateli giganci technologiczni dają nieprawdopodobną władzę. Rozwój technologiczny wskazuje, że pomimo różnych aktywności Komisji Europejskiej proces ten będzie się raczej pogłębiał niż cofał. Kluczowym na przyszłość pozostanie pytanie w jakim reżimie prawnym będą działały korporacje posiadające tak ogromną ilość danych. Najlepszą alternatywą byłby reżim prawny Unii Europejskiej – problem polega na tym, że kluczowi gracze na tym rynku zlokalizowani są poza Europą. Zdecydowanie lepiej aby nasze dane trafiały w ręce firm działających w jednak demokratycznym i opartym na rządach prawa reżimie Stanów Zjednoczonych niż zostały zastąpienie przez jedyne dziś alternatywy czyli firmy pochodzące z Chin czy ewentualnie z Rosji, gdzie w sposób automatyczny mogę zostać wykorzystywane przez niedemokratyczne władze do wszelkich wrogich celów.    

Antycypowanie zmian – dlaczego Macron nie może być naszym „wrogiem”

Pewność antycypacji przyszłych geopolitycznych zmian jest niemożliwa, nie wiemy czy USA nie wrócą do swoich izolacjonistycznych koncepcji albo pewnego pięknego dnia czy Donald Trump nie dokona pełnego oficjalnego resetu w stosunkach z Rosją. Dlatego Polska musi budować również relacje z Macronem, jako uosobieniem trendu dalszej samodzielnej integracji tylko Zachodu, ze sceptycznym podejściem do Trumpa i pewną nadzieją wobec Rosji. Nawet, jeśli taka polityka jest dla nas jasno szkodliwa, to żeby mieć możliwość jej korekty musimy być „w środku” i musimy być Paryżowi potrzebni. Jednym z elementów, w których Polska może być atrakcyjnym partnerem jest budowa europejskiej armii – nie w kontrze do NATO, ale na wypadek nieprzewidywalnych zmian w Waszyngtonie. To paradoks, że na koniec dnia w tej sprawie Macron i Trump mieliby podobne zdanie. Europa musi odbudowywać swoje samodzielne zdolności obronne, starając się jednocześnie utrzymać amerykańskie zaangażowania na kontynencie. Polska powinna być również poważnym partnerem w sprawie przyszłych kolejnych kryzysów migracyjnych. W krótkiej perspektywie oznacza to pomóc w przyjmowaniu uchodźców i w zabezpieczenie południowej granicy unijnej. W długiej perspektywie nieprzewidywalnych zmian klimatycznych i ich skutków m.in. dla krajów Afryki, kraje północy naszego globu będą musiałby wypracować wspólne działania wykraczające poza to, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Dziś to kompletna futurologia i fantazja, ale znów powinniśmy być wówczas „przy stole” i móc zapobiegać scenariuszowi, w którym np. ktoś chciałby oddać nas w rosyjską strefę wpływów w zamian za przyjęcie na ocieplającą się Syberię milionów uchodźców z południa.   

Interesy, Moskwa i trójkąt Berlin – Kijów – Warszawa

W wyprzedzaniu możliwych przetasowań geopolitycznych i groźbie zwiększającej się nieprzewidywalności Waszyngtonu, myśląc o przyszłych sojuszach trzeba czytać interesy poszczególnych państw. Zarówno pod względem gospodarczym, jak i geopolitycznym w razie groźnych przetasowań w globalnej polityce najbliższe Warszawie interesy będą miały Berlin oraz Kijów. 

Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego pierwsze miejsce w polskim eksporcie i imporcie towarów oraz eksporcie i imporcie usług zajmują od lat Niemcy. „Jak pokazują dane GUS, w 2018  r. eksport za Odrę stanowił 28,2 proc. polskiego eksportu towarów, a import – 22,4 proc. Nadwyżka w obrotach z Niemcami sięgnęła w 2018 r. 13,7 mld EUR. (…) W pierwszych pięciu miesiącach 2019 r. Polska wyprzedziła Wielką Brytanię i stała się szóstym, pod względem wielkości, partnerem handlowym Niemiec. (…)Niemcy są największym zagranicznym dostawcą półproduktów i usług dla polskiego eksportu, a także największym zagranicznym odbiorcą polskich półproduktów i usług ponownie eksportowanych przez ich nabywców”. Polska stała się elementem niezbędnym niemieckiej gospodarki, a Niemcy gospodarki polskiej. To Niemcy przez ostatnie lata pozostają rzecznikiem porządku europejskiego, w którym jest miejsce dla Polski. Jednocześnie z wielką ostrożnością podchodzą do wszelkich pomysłów dalszej głębokiej integracji krajów Zachodu z pominięciem krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika to z jasnego czytania interesów, które Niemcy mają tutaj o wiele głębsze niż Włosi czy Francuzi. 

Według raportu Ośrodka Studiów Wschodnich w 2017 roku Polska stała się globalnym liderem, jeśli chodzi o napływ cudzoziemskiej, sezonowej, krótkoterminowej siły roboczej Zdecydowana większość tej fali to pracownicy z Ukrainy. OSW szacuje, że obecnie w Polsce  pracuje około miliona Ukraińców. Znaczna część z nich planuje zostać tu na dłużej, ukraińska mniejszość będzie zatem stałym elementem polskiego rynku pracy, jak również życia publicznego. Związki między gospodarkami Polski i Ukrainy będą się pogłębiać, z czasem nabiorą również innego wymiaru, poprzez powstawanie kolejnych małżeństw mieszanych o korzeniach polsko-ukraińskich.     

Nasze trzy kraje łączy nieszczęśliwe położenie geograficzne na styku istnienia dwóch filozofii organizacji państwa i społeczeństwa, tradycyjnie narażone na konflikty zbrojne. Żadne z naszych państw nie jest wyspą i nie może pozwolić sobie na komfort Wielkiej Brytanii czy spokój peryferyjnej Portugalii. W razie zawalenia się porządku geopolitycznego to nasze trzy kraje będą najsilniej narażone na ekspansję imperializmu rosyjskiego, oczywiście im dalej na wschód, tym bardziej to ryzyko rośnie. Wspólny interes naszych trzech państw wydaje się oczywisty, przy geopolitycznej zawierusze, wspólnie będziemy musieli uniknąć wejścia w rosyjską strefę wpływów, oddziaływania biznesowego i mentalnego oraz uniknąć nieszczęścia wybuchu konfliktu zbrojnego na szeroką skalę. Niezależnie od jego ostatecznego wyniku to nasze trzy państwa doznałyby tragicznych strat i trudnych do wyobrażenia zniszczeń będąc fizycznym terenem rozgrywającego się konfliktu zbrojnego. Dlatego kluczowe jest aby decyzje o naszej przyszłości nie zapadały jedynie w Waszyngtonie i Londynie. Wydaje się, że siła polityczno -gospodarcza i potencjalnie militarna sojuszu Berlin – Warszawa – Kijów może mieć znaczącą siłę odstraszania w przypadku wycofania się USA z gry w regionie. Nie pozwoli również USA traktować podzielonego regionu jak pionka w geostrategicznej grze. 

Czy będziemy świadkami aż takich wyzwań? Należy mieć nadzieje, że nie. To trudna dywagacja. Jednak czy polski rząd i polska dyplomacja prowadzi dziś działania, które mogą doprowadzić do powstania takiego trójkątnego porozumienia? To kolejne oczywiste zaniechanie. Polska racja stanu wymaga przywrócenia prowadzenia przez Warszawę prawdziwej polityki zagranicznej. Natychmiast.  

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję