Lęk, niechęć i wrogość wobec imigrantów, na których żerują prawicowi populiści na całym niemal Zachodzie, można wyjaśnić przez odwołanie do homofilnej natury człowieka, czyli upodobania do życia wśród podobnych sobie. Nie można jednak w ten sposób usprawiedliwiać ksenofobii, zwłaszcza przybierającej agresywną postać, co zdarza się coraz częściej.
Człowiek jest istotą społeczną i może żyć wyłącznie w grupie. Na jej skład ma tylko częściowy wpływ, bowiem – jak głosi sarkastyczne i fatalistyczne powiedzonko – rodziny się nie wybiera. A to właśnie rodzina jest podstawową wspólnotą ludzkiego życia, przynajmniej do czasu osiągnięcia przez człowieka samodzielności, oznaczającej możliwość wyboru partnerki/partnera do założenia własnej rodziny, zresztą w wielu społecznościach też ograniczonej do osób z tej samej wspólnoty (endogamia). To w rodzinie zachodzi socjalizacja pierwotna, nadająca człowiekowi tożsamości, od języka, jakim będzie mówił, do religii, jaką będzie wyznawał. Może je potem, w dorosłym życiu, zmienić, ale dzieje się tak rzadko.
To na więzach rodzinnych i relacjach pokrewieństwa łączących członków rodziny opierała się najstarsza znana wspólnota ludzka, czyli koczownicza horda łowiecko-zbieracka. Według antropologów i psychologów ewolucyjnych to wówczas wytworzył się lęk, niechęć, a nawet wrogość wobec obcych, czyli należących do innej wspólnoty (hordy), żerującej na tym samym lub pobliskim obszarze. Byli nie tylko konkurentami w dostępie do zasobów naturalnych, zwłaszcza pożywienia, lecz także potencjalnymi grabieżcami tych już zebranych i upolowanych, które mogli zawłaszczyć przemocą, w tym także zabijając ich dysponentów. Obcy byli zatem nie tylko potencjalnymi grabieżcami, lecz także zabójcami, były więc powody, by się ich bać, odczuwać wobec nich lęk, niechęć, a nawet wrogość. Tak ukształtowała się homofilna (nie mylić z homoseksualną!) natura człowieka, czującego się bezpiecznie tylko wśród swoich, podobnych sobie, tworzącego homogeniczną wspólnotę, a niechętnego obcym, stanowiącym realne, potencjalne lub tylko domniemane zagrożenie.
Interpretację taką potwierdzają obserwacje zwierząt społecznych. Watahy czy stada złożone z osobników tego samego gatunku, przeganiają się z obszarów żerowania i walczą o dostęp do pastwisk i łowisk. Konrad Lorenz, wybitny etolog i noblista, nazwał to agresją wewnątrzgatunkową. Paradoksalnie, osobniki różnych gatunków mogą żyć w symbiozie, natomiast należące do tego samego gatunku zażarcie się zwalczać. Człowiek, jak wiemy, wywodzi się od zwierząt drapieżnych, czyli (po łacinie) bestii i zachował wiele ich cech. Agresję wewnątrzgatunkową rozwinął do postaci ludobójstwa. Zabijanie osobników innej watahy czy stada jest w świecie zwierząt rzadkością, w świecie ludzkim nierzadkie jest mordowanie wszystkich, eksterminacja całej innej wspólnoty (to właśnie nazywamy ludobójstwem).
Tę złowieszczą tendencję wzmocniła tzw. rewolucja neolityczna, czyli przejście (zresztą wcale nie rewolucyjne, lecz ewolucyjne, stopniowe) na osiadły tryb życia, które dostarczyło dodatkowych powodów do lęku wobec obcych, bo uczyniło człowieka istotą stricte terytorialną, a więc zaniepokojoną i zazdrosną o miejsce swego osiedlenia. Aby więź z tym miejscem i terytorium umocnić, a prawa do niego utrwalić, człowiek poddaje je sakralizacji, uświęceniu. Jest to powszechny zabieg ustanawiający szczególny status pewnych miejsc, newralgicznych dla budowania zbiorowej tożsamości. Jak twierdził Mircea Eliade, towarzyszył on procesom osiedleńczym w najstarszych cywilizacjach. „Osiedlenie w dawnych kulturach było powtórzeniem aktu stworzenia świata. Rozpoczynało się od punktu centralnego – ‘pępka’, miejsca świętego i rozprzestrzeniało się na cztery strony świata. Ołtarz czy świątynia bądź tylko symboliczna ‘oś świata’ musiały stanąć na środku ziemi […]. Tak powstawało sacrum, a wokół niego budowano osiedla ludzkie”. Ziemia święta to nie tylko nazwa jednego, konkretnego obszaru bliskowschodniego. Inne terytoria, w tym także obecnej Polski, są usiane miejscami uświęconymi. Od Jasnej Góry po Westerplatte, od Świętego Krzyża po pola Grunwaldu, od krypt wawelskich do Lichenia.
Sakralizacja czyni miejsce zastrzeżonym, niedostępnym dla obcych, pochodzących spoza uświęconego orbis interior. Nienależącym do niego przybyszom z obcego mu orbis exterior odmawia się prawa przyłączenia do niego, przekroczenia jego granic, osiedlenia w jego obrębie. Są tam co najmniej źle widziani, niepożądani.
Przejście na osiadły tryb życia to także impuls rozwoju kultury, charakterystycznej dla wspólnot żyjących w pewnym miejscu i zajmujących określone terytorium. A to wytwarza i pogłębia różnice między tymi wspólnotami, bo ewolucja kultury przebiega odmiennie w każdej z nich (multilinearnie, jak mówią antropolodzy kultury). O ile w hordzie pierwotnej motywacją lęku czy niechęci wobec obcych była obawa o dostęp do naturalnych zasobów i dysponowanie nimi, o tyle w trakcie ewolucji kulturowej pojawia się mnóstwo kolejnych różnic międzywspólnotowych, od kulinarnych, przez matrymonialne, do wyznaniowych. A każda z nich może być powodem niechęci czy nawet wrogości. Ludzie stają się gotowi nie tylko walczyć, ale masowo zabijać w imię religii czy języka lub choćby sposobu ubierania. Kiedyś wszyscy byli animistami i posługiwali się (prawie wszyscy) praindoeuropejskim, obecnie czczą różnych bogów na różne sposoby i mówią różnymi językami, których – a tym samym i siebie – wzajemnie nie rozumieją. To mnóstwo powodów, aby się nie akceptować, a nawet zwalczać, na pewno zaś nie dopuszczać do swoich wspólnot.
A te wspólnoty ewoluowały, od klanowych, przez plemienne, do narodowych. Nacjonalizm jest ideologią obcości i wrogości między narodami, zgodnie z darwinowskimi regułami walki o byt i przetrwanie najsilniejszych. Nacjonalizm to szczytowa forma darwinizmu społecznego. Do tego rygorystyczna i opresyjna, a w rezultacie aberracyjna: zgodnie z nim autor i czytelnicy niniejszego mają odczuwać szczególną więź z Bąkiewiczem, Czarnkiem, czy Rydzykiem, której nie powinni odczuwać wobec żadnego cudzoziemca.
Lecz skłonności homofilne przejawia większość ludzi: pragną mieszkać, żyć i spędzać czas wśród podobnych sobie. Stare miasto w Jerozolimie jest podzielone na dzielnicę żydowską, muzułmańską, chrześcijańską i ormiańską. Cypr na część grecką i turecką. W wielorasowych, wieloetnicznych i wielowyznaniowych miastach amerykańskich są dzielnice afroamerykańskie, latynoskie, żydowskie, chinatowns. Podobnie jest w wielu europejskich, w Irlandii Północnej dzielnice katolickie i protestanckie, zamieszkałe przez rojalistów i republikanów, katolików i protestantów są pooddzielane murami i zasiekami. W Polsce mieszkańcy wybierają lokalizacje swoich domostw czy miejsca relaksu, rozrywki i spędzania wolnego czasu nie tylko ze względu na gust, prestiż czy wygodę, ale także chęć przebywania wśród podobnych sobie (dlatego, skądinąd, nigdy nie ziszczą się forsowane przez lewicę postulaty miksu mieszkaniowego). Tak częste i potępiane ogrodzenia i płoty, odseparowujące mieszkaniowe osiedla i enklawy, też są przejawami dążenia do izolacji swoich wspólnot od niepożądanych obcych.
Jednak kultura wytwarza także mechanizmy kształtowania ludzkich zachowań wbrew ludzkiej naturze, zgodnie z przeciwstawieniem natura <–> kultura. Najważniejszym takim wytworem kultury jest moralność i dająca jej teoretyczne podstawy etyka. Jest sprzeczna z naturą, bo jak stwierdził Leszek Kołakowski, gdyby nie była z nią niezgodna, nie byłaby potrzebna: człowiek spełniałby jej wymogi, kierując się naturalnymi impulsami. Etyka każe je powściągać i przeciwstawiać się im, okiełznywać ludzką naturę, także w zakresie homofilnych skłonności. Nie zna więc odróżnienia swój-obcy, formułuje powinności jako uniwersalne. Ograniczanie zobowiązań moralnych do swoich, bliskich i podobnych sobie jest jej – nomen omen – wynaturzeniem, nazywanym amoralnym familizmem.
Ale polityka także ma zadanie i możliwości neutralizowania ludzkich atawizmów. Jak stwierdzają klasycy filozofii politycznej, od Hobbesa do Rawlsa, ludzie mogą zawierać umowę społeczną na koegzystowanie we wspólnocie politycznej, niezależnie od wszelkich naturalnych i kulturowych impulsów i różnic, aby zneutralizować wynikające z nich zagrożenia. Wspólnota polityczna staje się czymś odrębnym i niezależnym od czynników wyznaniowych, etnicznych, narodowych. Mieszkamy w różnych dzielnicach, ale wspólnym mieście (gminie), z ogólnodostępnymi miejscami publicznymi; żyjemy w różnych regionach, ale jednym kraju (państwie), ze wspólną infrastrukturą; żyjemy w różnych krajach, ale na obszarze wspólnoty europejskiej możemy się przemieszczać swobodnie i osiedlać w dowolnym miejscu. Niestety, tej odmienności różnych rodzajów wspólnot nie chcą respektować ci, którzy swoje zbiorowe tożsamości wyznaniowe, etniczne, narodowe uważają za prymarne, nienegocjowalne, nierównoprawne z innymi. Fundamentaliści religijni, nacjonaliści, nie mówiąc o rasistach, nie chcą koegzystencji z odmiennymi na żadnych warunkach, lecz ich wykluczenia ze wspólnoty politycznej. Tę bowiem mylą i utożsamiają z etniczną, narodową, wyznaniową, a rasiści z rasową.
W przeszłości więc wypędzano Żydów i protestantów, nie dopuszczano czarnoskórych, odmawiano praw obywatelskich Cyganom, izolowano w miejscach odosobnienia nieheteronormatywnych i innych „odmieńców”. Dokonywano czystek etnicznych i aktów ludobójstwa. Przeprowadzano zamachy terrorystyczne na niewiernych i ich instytucjach czy organizacjach, palono na stosach i ścinano ateistów i heretyków, kamienowano i palono kobiety wyłamujące się z reguł patriarchatu. Każdy mógł zostać obcym, zwalczanym, eliminowanym, eksterminowanym. Jedwabne, Wołyń czy Srebrenica to drastyczne przykłady manifestacji upodobania do życia wśród podobnych sobie i niechęci do życia wśród innych. Getta, powojenne wysiedlenia czy zakazy osiedlania obcych to przykłady mniej drastyczne. Niekoniecznie należące do przeszłości i czasu minionego. Na Bliskim Wschodzie, Azji południowo-wschodniej, Kaukazie, Bałkanach, coraz częściej w pozostałej Europie i wielu innych regionach świata ludzie dają liczne świadectwa niezdolności do wspólnego życia z innymi od siebie, niepodobnymi sobie.
A jeśli są podobni, to wyszukują i wyolbrzymiają różnice ich dzielące. To zjawisko pseudospecjacji, czyli pseudogatunkotwórstwa. Tam, gdzie zewnętrzny obserwator widzi ludzi podobnych sobie, oni sami widzą wrogów, których trzeba zwalczać. Na Bałkanach, w Irlandii Północnej czy Afryce ludzie wyglądają i żyją podobnie, ale Chorwaci nienawidzą się z Serbami, Hutu z Tutsi, Beduini z druzami, irlandzcy rojaliści z republikanami, wielu Katalończyków nie chce żyć wspólnie z Kastylijczykami, a Flamandów z Walonami.
Ludzie pobudzani homofilnym atawizmem dążą do tworzenia homogenicznych wspólnot, wykluczających odmienność. Dopełnieniem ich homofilii staje się często ksenofobia: upodobanie do podobnych sobie łączy się z niechęcią czy wręcz wrogością do obcych czy tylko uważanych za obcych, co na jedno wychodzi. Ów homofilny atawizm może być wyjaśnieniem ich zachowań ksenofobicznych, ale nie może być ich usprawiedliwieniem, podobnie jak mechanizmy agresji wewnątrzgatunkowej mogą wyjaśniać bójki i kibolskie ustawki, a popęd seksualny gwałty i przypadki molestowania, lecz nie mogą ich usprawiedliwiać. Człowiek ma nad nimi panować, a nie one nad nim. Tylko wtedy bowiem możemy mówić o kulturze, gdy człowiek okiełznuje naturalne atawizmy albo przynajmniej wytwarza i respektuje warunki koegzystencji pomimo ich presji. Polityka ma temu służyć i to ułatwiać, a nie podsycać owe atawizmy i na nich żerować, jak to się często i coraz częściej dzieje.