Czy to osobista przypadłość, czy coś w polszczyźnie jest tak skonstruowane, że sukces próbuje się przez nią przepchnąć jak przez wąski korytarz z walizkami? Zacznijmy od słów, które mamy na sukces. Bo ich nie mamy.
Znacie takie początki maili? Ma być współpraca. Siadamy, piszemy pierwsze zdanie. I zanim dojdziemy do sedna, zdążymy przeprosić trzy razy, raz zaznaczyć, że „nie chcę przeszkadzać”, raz ostrzec, że „może to bez sensu”, i na końcu dodać, że „oczywiście rozumiem, jeśli nie”. Kasujemy, piszemy od nowa. I znów zanim powiemy, czego chcemy, dokładnie wytłumaczymy, dlaczego może nie powinniśmy chcieć. Albo zadajemy pytanie: „nie chciałbyś zaroić?” zamiast: „chciałbyś zarobić?”.
Pytanie: skąd to się bierze? Czy to osobista przypadłość, czy coś w polszczyźnie jest tak skonstruowane, że sukces próbuje się przez nią przepchnąć jak przez wąski korytarz z walizkami? Zacznijmy od słów, które mamy na sukces. Bo ich nie mamy.
Mamy za to całą bogatą frazeologię porażki. Człowiek, któremu się powodzi, jest dorobkiewiczem. Słowo piękne: brzmi jak kogoś, kto się dorobił, czyli zrobił coś z niczego – a używamy go jako obelgi. Albo nowobogacki – jakby wzbogacenie się po niedawnym czasie było samo w sobie podejrzane. I kombinować – słowo, które w innych językach znaczyłoby po prostu „znajdować rozwiązania”, a u nas ciągnie za sobą cień przekrętu. Kombinować to nie myśleć twórczo. Kombinować to knuć. Tymczasem anglosaski świat mówi self-made, entrepreneurial, resourceful. Każde z tych słów to pozytywna opowieść o człowieku, który coś stworzył. Polska frazeologia mówi: ten facet kombinował i jakoś mu wyszło. Podejrzany. Ale to dopiero pierwsze piętro problemu.
Na drugim piętrze mieszkają performatywy wstydu – formuły, których używamy, zanim komukolwiek cokolwiek powiemy o sobie. Lingwiści nazywają to hedgingiem: sygnałami, które osłabiają własne wypowiedzi, zanim one zdążą zabrzmieć. Po polsku hedge ma własny ekosystem. Mamy „wydaje mi się” zamiast „uważam”. Mamy „trochę” jako obowiązkowy prefiks do każdej kompetencji: „trochę znam się na marketingu”, „trochę pisałem takie projekty”. Mamy „tylko” jako destruktory CV: „jestem tylko z małej firmy”, „to tylko regionalny rynek”, „mam tylko trzy lata doświadczenia”. I mamy królewskie, niezniszczalne, absolutnie polskie „nie wiem, czy to ma sens, ale…” – zdanie-wytrych, które jak działa jak immunizacja: jeśli sam zaatakujesz pomysł, zanim to zrobi ktoś inny, nikt nie może ci zarzucić zarozumialstwa.
Raz policzyłem, ile razy „tylko” pojawia się w polskich prezentacjach na konferencjach branżowych. W pewnym momencie na kartce było już tyle kresek, że zrobił się wzorek, który zaczął koleć w oczy.
Jest w tym pewna logika historyczna i byłoby nieuczciwe jej nie wskazać. Przez dziesiątki lat wyróżnianie się – ekonomiczne, intelektualne, towarzyskie – mogło być niebezpieczne, zwłaszcza na polskim folwarku, gdzie głupi pan nie pozwalał być mądrzejszy od siebie. Polska frazeologia fałszywej i przycupniętej bojaźliwie skromności jest, przynajmniej częściowo, reliktem strategii przeżycia. Ptak, który za głośno śpiewa, jest pierwszy strzelony. Nie wychylaj się. Nie zadzieraj nosa. Nie rób takiej miny.
Problem w tym, że strategie przeżycia nie skalują się dobrze na strategie sukcesu. To, co chroniło w jednym środowisku, blokuje w innym. I język, jak udowadniają od dekad badacze kognitywni, jest nie tylko opisem rzeczywistości. On ją kształtuje.
George Lakoff i Mark Johnson w „Metaforach w naszym życiu” pokazali, że to, jak ramujemy pojęcie, determinuje, jakie działania wydają się nam sensowne. Jeśli czas to pieniądz – da się go trwonić, inwestować, oszczędzać. Jeśli czas to rzeka – płynie, nie można go zatrzymać, można się tylko z nim pogodzić. Dwa ramowania. Dwa zupełnie różne modele działania.
Pytanie brzmi: jak Polacy ramują pieniądze?
Ano: „zarabianie na czyimś nieszczęściu”. „Majątek honorowy nie jest” – mówi przysłowie. „Pieniądze szczęścia nie dają”. „Pieniądze psują człowieka”. To nie jest neutralna ontologia bogactwa. To jest narracja, w której majątek jest moralnie podejrzany, sukces finansowy jest albo przypadkiem, albo przekrętem, a człowiek uczciwy – z definicji – nie jest bogaty. To Wokulski, który wstydzi się przed Łęcką swojego lepszego statusu. Dziś wstyd zagłuszany jest puszeniem się – tzw. „sraniem pieniędzmi”.
Zestawmy to z anglosaskim self-made man czy nawet z tradycją protestancką, w której sukces ekonomiczny jest dowodem łaski. To inny język, inaczej okablowane skojarzenia.
Wróćmy na chwilę do maila z początku.
Badaczka Amy Edmondson opisuje organizacje, w których ludzie boją się mówić, bo przewidują, że konsekwencje mówienia będą gorsze od konsekwencji milczenia. To kwestia psychologicznego bezpieczeństwa. Częścią tego zjawiska jest „przygotowanie na ochrzan”, czyli korzenie się przy prośbie. Kiedy mamy bezpieczeństwo psychologiczne, mamy też zdolność do powiedzenia głośno: chcę, potrzebuję, wiem, mogę, jestem dobry w tym. Bez „tylko”, bez „wydaje mi się”, bez „przepraszam, że w ogóle piszę”. Ale w polszczyznę wgrana jest nieuzasadniona, niespodziewana reakcja na wielkopańskie „won mi stąd!”. I polszczyzna jest w tym obszarze, delikatnie mówiąc, nieuzbrojona. Pełna lęku, pełna tradycji wystawienia na ostrzał, pełna braku bezpieczeństwa.
Słowo „marketing” wciąż brzmi po polsku trochę podejrzanie, jak przekupka. „Sprzedawać się” to idiom, który w angielskim znaczy promować swoje kompetencje, a po polsku konotuje prostytucję – metaforyczną, ale jednak. Albo kolaborację – jak „sprzedawczyk”. „Negocjować” w rodzinnym kontekście brzmi jak brak zaufania, nie jak zdrowa umiejętność. Trochę jak chandryczyć się, a nie mówić o potrzebach. A „sieć kontaktów” – networking – słowo, które każdy kurs kariery poleca rozwijać, po polsku nieodłącznie towarzyszy mu cień kolesiostwa, protekcji i nepotyzmu.
Ale nie chcę, żeby ten felieton był narzekaniem. Bo narzekanie jest kolejną polską specjalnością językową i chciałbym tej pułapki uniknąć. Tymczasem język to nie wyrok. Jest narzędziem i można go ostrzec na nowo.
Na przykład: zamiast „próbuję” – i zobaczycie, jak często Polacy mówią „próbuję pisać”, „próbuję działać”, „próbuję rozwijać”, można powiedzieć „piszę”, „działam”, „rozwijam”. Próbowanie jest opisem wysiłku. Działanie jest opisem faktu. To jest ramowanie siebie jako podmiotu sprawczego albo jedynie podejmującego kroki zmierzające w kierunku…
Zamiast „jestem tylko…” – „jestem…”. Bez tylko. Słowo „tylko” to gramatyczna samoobsługa niskiej własnej wartości. Taki wstęp do bezpiecznej bezradności w stylu: „Ja tu tylko sprzątam”.
Zamiast „wydaje mi się” na początku zdania, w którym mamy rację – „uważam”. Albo jeszcze lepiej: żadnego wstępu. Sama teza. Niech mówi za siebie. Ale musimy mieć furtkę bezpieczeństwa na ewentualne: „tak mi się tylko wydawało”.
I wreszcie: zamiast „nie wiem, czy warto…” – „proponuję”. Propozycja to akt odwagi. Wątpliwość to zaproszenie do odrzucenia. Bo jeśli nie wiesz, czy warto, to nie zajmuj nam, człowieku, czasu.
Ktoś może powiedzieć: to tylko semantyka. Ale tu właśnie tkwi haczyk – nie ma żadnego „tylko” w semantyce. Thibodeau i Boroditsky – badacze, których lubię cytować, bo ich wyniki zawsze trochę szokują – pokazali, że jedna metafora w opisie przestępczości zmienia preferencje polityczne respondentów. Jedna metafora. Jeden wyraz. Było tak: badanym dawali do przeczytania raport o przestępczości w fikcyjnym mieście Addison. Raport wyglądał identycznie w obu wersjach – te same liczby, te same fakty, ta sama struktura. Różniło się jedno zdanie na początku. W wersji A przestępczość była opisana jako bestia grasująca po spokojnym mieście. W wersji B – jako wirus infekujący kolejne dzielnice.
Potem pytali: co zrobić z przestępczością? Jak ją zwalczyć? I tu się zaczyna część, której nie można opowiedzieć bez chwili ciszy… Osoby, które czytały o bestii, w większości proponowały rozwiązania siłowe: więcej policji, surowsze wyroki, twarde działanie. Osoby, które czytały o wirusie, sięgały po metafory medyczne: programy społeczne, edukacja, prewencja, „leczenie” środowisk podatnych na przestępczość. Różnica między grupami była statystycznie wyraźna i całkowicie nieświadoma. Kiedy badacze pytali wprost: „co wpłynęło na twoją odpowiedź?”, respondenci wskazywali dane liczbowe, statystyki, skalę problemu. Prawie nikt nie mówił o metaforze. Prawie nikt nie wiedział, że w ogóle ją przeczytał.
Metafora działała pod powierzchnią języka jak prąd pod powierzchnią rzeki. Widać tylko wodę. Ale to prąd decyduje, dokąd płyniesz. Thibodeau i Boroditsky nazwali to zjawisko dość technicznie – linguistic framing effect – ale można by je nazwać prościej: myślenie pożyczone od słów. Nie myślimy o przestępczości, a potem szukamy dla niej metafory. Robimy dokładnie odwrotnie: dostajemy metaforę i ona podstawia nam gotowy schemat myślowy – z jego logiką, konsekwencjami, oczywistymi rozwiązaniami. Bestię się poluje albo zabija. Wirusa się leczy albo izoluje. Każda metafora to miniaturowa instrukcja obsługi rzeczywistości.
Co ciekawe, badacze sprawdzili też, czy kolejność ma znaczenie – czy metafora na początku tekstu działa mocniej niż na końcu. Działa. Znacznie mocniej. To jest efekt, który specjaliści od retoryki znają od czasów Arystotelesa: wstęp ustawia ramę interpretacyjną dla wszystkiego, co potem. Mózg nie przetwarza informacji w próżni. Przetwarza je w kontekście, który dostał chwilę wcześniej. Pierwsza metafora jest jak okulary nałożone przed lekturą. Potem czytamy wszystko przez jej szkła, nie wiedząc nawet, że je mamy.
I teraz wróćmy do polszczyzny. Bo mnie to badanie interesuje nie samo w sobie, lecz jako narzędzie do zadania pytania: jakie metafory mamy wbudowane w język ekonomiczny i jakie słowa ustawiają nam pole gry?
A my mamy ich setki. Wbudowane w przysłowia, w grzeczności, w idiomy. Mamy „co za dużo, to niezdrowo” czy „wyżej srasz niż dupę masz”, „apetyt rośnie w miarę jedzenia” – i te dwie postawy ze sobą walczą, i w umysłach wygrywa często to pierwsze, bo jest starsze i bardziej swojskie.
Mamy „nie chwal przed zachodem słońca” i jest w tym mądrość, owszem, ostrożność ma wartość. Ale jeśli nigdy nie chwalisz dnia, bo zawsze może się jeszcze coś stać, to też nigdy nie wiesz, że ci się powiodło. Sukces bez ogłoszenia to sukces, który nie istnieje społecznie. A sukces, który nie istnieje społecznie, nie przyciąga ani inwestorów, ani partnerów, ani kolejnych sukcesów.
Skromność naprawdę zdobi. Ale tylko wtedy, gdy jest wyborem niezawstydzania innych swoją pozycją, a nie odruchem. Gdy jest cnotą, a nie strachem przed własnym sukcesem ubranym w gramatykę. Gdy nie jest strachem przed wyjściem z szeregu: bo jak oni mnie ocenią? A może mnie wykluczą? A może wyśmieją? Lepiej się nie wychylać. I z badań Fundacji Nowe Przestrzenie zrobionych przez IPSOS wynika, że tak myśli 1/3 polskich pracowników: w pracy lepiej się nie wychylać. Firmy, w których taka postawa dominuje, muszą mieć prawdziwe trudności z innowacją. Samymi pieniędzmi tego nie zmienimy.