Wyzwaniem staje się utrzymanie stanu, w którym co prawda się nienawidzimy, lecz nie zagrażamy sobie w sensie fizycznym i nie popieramy arbitralnie dyskryminacyjnych względem drugiej strony regulacji, dając emocjom upust wyłącznie werbalny.
Wraz z każdym rokiem wzbierającej w Polsce polaryzacji politycznej cofnięcie tego procesu stawało się marzeniem rosnącej, ale nadal dość nielicznej grupki idealistów. Pod względem podejścia do zjawiska politycznie motywowanej wrogości wzajemnej Polki i Polacy pozostają podzieleni na pięć grup. Jeśli przyjąć, iż zatroskani o stan wspólnoty i degenerację dialogu obywatele stanowią pierwszą z nich, to okaże się, że pozostałe cztery nie są materiałem na sojuszników w ich sprawie. Grupy drugą i trzecią stanowią bowiem oczywiście zwalczające się obozy sympatyków dwóch głównych sił politycznych, właśnie napędzające polaryzację poprzez emocjonalne i lojalnościowe zaangażowanie – to wyborcy prawicy i koalicji demokratów, przy czym w pierwszej grupie szpicę stanowią sympatycy PiS, a w drugiej zwolennicy KO, którzy „obdarzają” się wzajemnie największą niechęcią. Grupę czwartą, wcześniej marginalną, ale ostatnio silnie zyskującą na znaczeniu, stanowią przeciwnicy tego duopolu, którzy jednak nie chcą depolaryzacji, a przedefiniowania polaryzacji, wskutek którego oś będzie przebiegać przez popierane przez nich środowiska skrajnej prawicy, otwierając im drogę do pierwszej ligi polityki. W końcu grupę piątą, wcale liczną (być może wręcz najliczniejszą) stanowią osoby mało lub w ogóle nie zainteresowane polityką, którym kwestie polaryzacji i depolaryzacji są równie obojętne, a czasem nawet nie są istnienia polaryzacji świadome.
Gdy spojrzeć na ewolucję tych procesów oraz na analogiczne zjawiska w niemal wszystkich krajach cywilizacji zachodniego świata demokracji liberalnej (w tym obecnie także już tych, które przez długie lata uchodziły za ostoję politycznego umiarkowania), nadzieje na depolaryzację powoli trzeba odłożyć na bok i skupić się mniej ambitnym celu deeskalacji. Dzisiaj bowiem problemem nie jest już tylko to, że brakuje płaszczyzny do jakiegokolwiek porozumienia, gdy w przestrzeni politycznej przestaliśmy wręcz nawet mówić tym samym językiem. Na obecnym etapie pierwszoplanowym problemem jest eskalacja środków podtrzymywania i pogłębiania polaryzacji, która prowadzi prosto do przemocy. Wyzwaniem staje się utrzymanie stanu, w którym co prawda się nienawidzimy, lecz nie zagrażamy sobie w sensie fizycznym i nie popieramy arbitralnie dyskryminacyjnych względem drugiej strony regulacji, dając emocjom upust wyłącznie werbalny.
Centrum jest puste
Polaryzacja stała się ustawieniem fabrycznym polskiej polityki w momencie zaniku centrum w sensie nie oferty politycznej (mogącej być tak nazwanej jako przestrzeń idei pomiędzy prawicą a lewicą), a w sensie grupy wyborców wahających się pomiędzy obiema głównymi partiami systemu politycznego. Dopóki PiS i PO/KO walczyły o wyborców środka, niezdecydowanych i rozważających oddanie głosu na obie te partie, to wysyłanie sygnałów tonujących konflikt, sygnalizowanie postawy otwartej na ludzi z drugiej strony czy sugerowanie zdolności do kompromisów stanowiło realną i skuteczną strategię kampanijną, przyczyniając się do okresowego przynajmniej wyhamowywania polaryzacji. Jednak od co najmniej 5 lat badacze społeczni stawiają tezę, że ten elektorat zniknął, a kluczem do wygrywania wyborów stała się wyłącznie mobilizacja własnych wyborców. Nie można już nikogo przeciągnąć na swoją stronę, ale zarówno po stronie prawicy, jak i po stronie demokratów istnieją segmenty elektoratu mniej zaangażowane, częściej popadające w niezadowolenie i cała gra toczy się o to, aby w dniu wyborów porwać ich z kanap. W efekcie całość polskich kampanii wyborczych popadła w logikę znaną z amerykańskich wewnątrzpartyjnych prawyborów, a nie wyborów właściwych. Odpadł etap zwracania się do środka i wygaszania konfliktu, został tylko etap wzniecania emocji i diabolizacji politycznych wrogów.
Żadne inne zdarzenia nie obrazują tego czytelniej aniżeli wybór najpierw Karola Nawrockiego na kandydata na prezydenta, a obecnie Przemysława Czarnka na kandydata na premiera przez PiS. Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy szef tej partii, Jarosław Kaczyński, wysyłał na pierwszą linię takie postaci jak Beata Szydło (była działaczka Platformy Obywatelskiej), Andrzej Duda (były aktywista Unii Wolności) czy nawet – bardziej niedawno – Mateusz Morawiecki (były doradca ekonomiczny Donalda Tuska)? Już minęły żarty o „chowaniu do szafy” na czas wyborów Antoniego Macierewicza i usuwaniu się w cień samego Kaczyńskiego. To dzisiaj zupełnie niepotrzebne. Skoro bowiem centrum jest puste niczym strefa buforowa pomiędzy obiema Koreami, to nie ma się tam o co bić i nie ma sensu robić wobec związanej z wrogiem części społeczeństwa żadnych koncesji czy ukłonów. Być może tutaj leży zresztą także wyjaśnienie problemu z sukcesją w KO, którego nie ma PiS. Podczas gdy w PiS bowiem roi się od radykałów, żyjących z nakręcania retorycznej spirali nienawiści, tak w KO drugą linię stanowią technokratyczni i do bólu niekiedy grzeczni eksperci od sektorowych polityk, którym brak politycznego pazura choćby nawet Tuskowego rozmiaru. Premier nie ma komu oddać sterów, bo KO nie dorobiła się liberalnych radykałów potrafiących zbudować symetrię, gdy po przeciwległej stronie staje przysłowiowy Czarnek. I tylko pisowscy moderaci, tacy jak Konrad Szymański czy Krzysztof Szczerski, ubolewają i przestrzegają, równie bezradni jak zwolennicy depolaryzacji w Polsce.
Wyludnienie centrum to jedno ogniwo utrwalenia polaryzacji. Drugim jest potencjalne przeniesienie jej głównej osi ze styku PiS/prawica vs KO/demokraci na styk PiS vs dwie Konfederacje. Radykalizacja personelu i przekazu PiS, którego elektorat w efekcie już w połowie popiera Polexit, to pokłosie przerzucenia zwrotnicy na ten nowy konflikt. Pomiędzy trzema partiami prawicy bowiem, inaczej niż w centrum, nadal toczy się (i zaostrza) realna walka o tych samych wyborców, zdolnych jeszcze zmieniać partyjne barwy. To zmienia logikę polaryzacji w Polsce, ale nadzieja, iż ją złagodzi, jest raczej płonna. Nawet jeśli prawica skupi się na sobie i w wirze bratobójczej bitwy odwróci plecami od głównego wroga, to spektakularne ataki na niego pozostaną dla prawicowych aktorów kluczową konkurencją i kryterium przypodobywania się wyborcom. Demokraci zostaną więc włączeni w nową, niejaką trójstronną polaryzację, jako swoiste narzędzie między-prawicowej walki na śmierć i życie.
Jednym z filarów eskalacji wrogości politycznej w Polsce jest porwanie wielkich segmentów elektoratu przez radykałów i radykalne interpretowanie rzeczywistości. Oba obozy w gruncie rzeczy zmuszają swoich umiarkowanych do milczenia, używając jako broni zarzutu o zdradę. Skutkiem tego są wykoślawione wyobrażenia, jakie jedni mają o drugich. Ponieważ głos mają niemal wyłącznie radykałowie, zakładamy, że druga strona składa się wyłącznie z szaleńców, gotowych rozsadzić czy rewolucyjnie przeobrazić Polskę z dnia na dzień, wobec których uzasadnionym jest więc stosować kary, prześladowanie, inwigilację, zniesławienie i wszelki inny ucisk.
Przedstawione przed miesiącem na łamach „Gazety Wyborczej” badanie przeprowadzone wiosną 2025 w ramach projektu INFOREPOL pokazuje przykładowo, iż wyborcy demokratów są przeświadczeni, że najwyżej co trzeci wyborca PiS popiera niezależność mediów od władzy, podczas gdy badanie wyborców partii Kaczyńskiego wykazało, że faktycznie niezależność mediów popiera 79 proc. z nich. Podobnych rozmiarów „rozjazd” ujawniło pytanie o postawę względem niezależności wyroków sądowych od interesu władzy wykonawczej, a tylko nieco mniejszy pytanie o postawę względem wprowadzenia rządów autorytarnych. Z kolei wyborcy prawicy znacznie przeszacowują poparcie wyborców KO dla przyjmowania migrantów spoza europejskiego kręgu kulturowego – gotowość taką zgłasza tylko 7 proc. wyborców KO, ale zdaniem sympatyków prawicy jest ich 60 proc.
Najbardziej dojmującym wynikiem tego badania jest jednak pomiar głębi zwyczajnej międzyludzkiej niechęci, stanowiącej polaryzację afektywną, pociągającą za sobą brak zaufania i niezdolność do nawiązywania kontaktów z osobami o przeciwstawnych poglądach politycznych. W skali od 1 do 100 wyborcy PiS zostali przez sympatyków demokratów średnio ocenieni na 8 punktów, zaś sami uzyskali z prawej strony społeczeństwa ocenę na poziomie 17 punktów. To dramatycznie mało; jest to niewątpliwie wynik tłumaczący, dlaczego Polacy są bardziej skłonni ufać obcym o podobnych poglądach (Trumpowi i Orbanowi czy von der Leyen i Macronowi) aniżeli sobie nawzajem. Jednak wynik ten każe zatrzymać się nie tylko na bliskości obu tych liczb do zera i odległości od stu, ale także na dyskrepancji pomiędzy 8 a 17, które jednak jest od 8 ponad dwukrotnie wyższe.
To już kolejny sygnał sugerujący, że większy ładunek nienawiści drzemie po stronie wyborców demokratów, zwłaszcza KO, aniżeli po stronie prawicowej. Podobne wnioski można było wyciągnąć z badań opartych na grupach fokusowych, których podjęli się Przemysław Sadura i Sławomir Sierakowski, a których wyniki zostały pokazane m.in. w pracy „Społeczeństwo populistów”. Tam dość czytelnie było widać, że paradoksalnie to wyborcy PiS są bardziej skłonni sięgać po bardziej ideowo zróżnicowany miks mediów, jakby byli bardziej otwarci na choćby chwilowe wyjścia z własnej informacyjnej bańki. Innym sygnałem jest istniejący od lat zarzut pogardy, który kierowany jest jednak dużo częściej pod adresem popierającej demokratów części społeczeństwa. Także obserwacja zachowań w mediach społecznościowych pokazuje znaczącą, tak ilościową, jak i jakościową (w sensie doboru języka), eskalację postaw konfliktogennych po stronie demokratycznej.
Tutaj można stawiać różne tezy, z których każda wymagałaby rzetelnych badań socjologicznych. Być może wyższa (choć nadal przecież bardzo niska) ocena wyborców demokratów przez wyborców PiS jest pokłosiem uśrednionych różnic w statusie społecznym, zwłaszcza w kontekście poziomu wykształcenia. Wszystkie dane dotyczące tego badania nadal pokazują, że poparcie dla PiS rośnie wraz ze spadkiem poziomu wykształcenia w stratyfikacji grup elektoratu, zaś poparcie dla demokratów zachowuje się tam odwrotnie. Być może więc oddziałują tutaj resztki (zasadniczo mocno, ale może jeszcze nie doszczętnie pogruchotanej) estymy wyższego wykształcenia? Podobna logika zjawisk może wyjaśniać wyższy poziom pogardy, jaki pielęgnuje w sobie strona demokratyczna wobec wyborców PiS, postrzegając ich w sensie zagregowanym jako osoby o niższym zakresie wiedzy czy potencjale intelektualnym.
Odmienną tezą byłaby kwestia reaktywności. Nawet jeśli punktowo politycy demokratów potrafią ostro „odwinąć się” retorycznie politykom PiS, to jednak ci drudzy są zwykle pod tym względem w ofensywie, przejawiają jednak generalnie większą gotowość do agresywnych ataków werbalnych, a także ich dobór słów oraz treść napastliwych supozycji znacznie przerastają praktyki po drugiej stronie. Demokraci są więc raczej postrzegani jako będący w defensywie. Możliwe więc, że ich zwolennicy – zmęczeni odgrywaniem przez wiele lat roli obiektów obelg, oskarżeń, gróźb i zastraszeń – stracili gremialnie cierpliwość i postanowili zrobić to, przed czym często wzbraniają się liderzy polityczni ich strony, a więc postawili na brutalny atak w sieci. To oczywiście poważne ogniwo eskalacji ostatnich lat. Powstaje dzisiaj wrażenie, które potwierdza badanie INFOREPOL, iż oba polaryzujące obozy mają odmienną strukturę wewnętrzną. Po stronie prawicy jest awangarda agresji, niezwykle głośna, dominująca przekaz i ekstremistycznie bezpardonowa, swoista szpica (złożona m.in. z politycznych liderów tego obozu), za którą stoi co prawda lojalne i zdyscyplinowane „wojsko”, ale złożone zasadniczo z ludzi pragnących nie uczestniczyć osobiście w aktach najgorszej werbalnej agresji, wykazujących do pewnego stopnia moralne opory przed „ubrudzeniem własnych rąk”. Po stronie demokratów natomiast jest bardzo niewielu, którzy są w stanie dorównać prawicowej szpicy w zakresie ekstremizmu agresji, ale ludzie skłonni stosować spory jej poziom stanowią lwią część tego obozu, podczas gdy zwolennicy umiarkowania w prowadzeniu konfliktu stanowią uciszony margines (zaś polityczni liderzy obozu demokratów rzadko wychodzą na czoło ataków). Jest to więc dość nierówny obraz pola bitwy, który pozostawia nas – zwolenników demokratów – z niewygodnym pytaniem o to, czy obecnie nie zaczynamy ponosić większej części odpowiedzialności za polaryzację i jej eskalację.
Opłakane skutki
O szkodach dla państwa wynikających z polaryzacji powiedziano już wiele. Oczywiście osiem lat rządów PiS, z ich wadliwym obsadzaniem Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa oraz wielu sądów powszechnych, było otwarciem tzw. puszki Pandory prawnego dualizmu, czyli rzeczywistości, w której zanikł wspólny punkt odniesienia w postaci jednolitego systemu prawnego. Obie strony politycznego sporu żyją w odmiennych rzeczywistościach prawnych, w których obowiązują inne wyroki, inne ustawy i inne rozkłady kompetencji pomiędzy organami państwa. Dualizm prawny jest w Polsce najpoważniejszym symptomem polaryzacji, którego nie „dorobiły” się jak dotąd inne kraje, które nienawiścią polityczną są dotknięte równie boleśnie jak Polska, takie jak USA czy Węgry. Obecnie, po dwóch i pół roku rządów koalicji demokratycznej, wiemy już, że polski dualizm prawny osiągnął nowy etap. Jest to etap świadomości jego być może perpetualnej nieprzezwyciężalności. Zamiast usunąć dublerów z TK, albo chociaż dobrnąć do końca ich kadencji, stoimy przed perspektywą zwiększenia ich ilości z pierwotnie trzech do ośmiu. KRS nowej kadencji musi być powołana na podstawie tej samej prawnie wadliwej procedury, a jakościową różnicę co do jej legalności ma stworzyć instancja formalnie niewiążących konsultacji kandydatur ze środowiskiem sędziowskim. Jest wielce prawdopodobne, że za chwilę pojawią się sędziowie sądów powszechnych określani mianem „neosędziów” (lub innym sugerującym brak prawnego umocowania) przez obóz PiS. SN od dawna jest całkowicie pod kontrolą sędziów powołanych wadliwie i nie ma widoków na zmianę tej sytuacji. Dualizm się więc raczej pogłębia i komplikuje, a prawo jako punkt odniesienia i narzędzie łagodzenia konfliktów polaryzacji ulega dalszej erozji.
Wiele już także powiedziano o negatywnej roli tzw. mediów społecznościowych w potęgowaniu polaryzacji demokratycznych społeczeństw. Platformy te od początku stanowiły oczywiste zagrożenie dla poziomu debaty jako miejsca o zerowym progu wejścia, a więc otwierające drogę do publikowania i rozpowszechniania treści politycznych nie tylko tzw. zwykłym obywatelom, ale także różnorakim fanatykom, hochsztaplerom, pospolitym kłamcom, niestabilnym emocjonalnie radykałom i niebezpiecznym piewcom teorii spiskowych oraz wzywającej do dyskryminacji oraz przemocy mowy nienawiści. Z tego, u swojego źródła, zrodzona jest także polska polaryzacja. Bez tzw. mediów społecznościowych naszym największym wyzwaniem komunikacyjnym byłyby nadal kanały informacyjne działające 24 godziny na dobę i zapewne byłaby to relatywnie znośna sytuacja.
Tzw. media społecznościowe stworzyły bańki i komory pogłosowe, z których wyeliminowaliśmy ludzi myślących inaczej i obracając się wyłącznie w towarzystwie „swoich” i klakierów zbudowaliśmy w sobie złudne przeświadczenie własnej nieomylności. Było to podglebie dla nienawiści wobec tych, który ważyli się ową nieomylność kwestionować, wyśmiewać, poddawać testom i razić trudnymi do obrony ciosami. Ale to była tylko namiastka problemu. Tak stworzonej polaryzacji impuls eskalacyjny nadała zmiana logiki funkcjonowania tych mediów, gdy przestały być społecznościowe, a przeistoczyły się w media algorytmiczne. Przestaliśmy być panami naszego feedu, do którego dostęp oprócz wybranych przez nas profili uzyskały inne, wybrane nam przez algorytm. Ponieważ celem tego algorytmu jest zatrzymanie naszej uwagi na maksymalną ilość czasu (tak abyśmy zobaczyli jak najwięcej reklam, a właściciel platformy miał jak największy zysk), szybko okazało się, że do baniek warto wprowadzać „przynęty”, czyli skandaliczne i radykalne wpisy ludzi z wrogiego obozu, które wymagają reakcji, odpowiedzi, szerowania wewnątrz własnej bańki, przeżycia świętego oburzenia i dania świadectwa swoim przekonaniom w postaci wielokrotnego, szeroko zaznaczonego, równie agresywnie (lub bardziej agresywnie) sformułowanego non possumus. Algorytmy może nie wywołały podziałów, ale na pewno zwielokrotniły nienawiść i zamieniły linię demarkacyjną w linię frontu wojny totalnej. Jeśli dzisiaj oceniamy się na 8 lub 17 punktów, a nie np. na 30 i 35 punktów, to jest to dzieło algorytmów globalnych, amerykańskich i chińskich koncernów big tech.
W efekcie potencjalna walka z polaryzacją i eskalacją stała się przedmiotem dyplomatycznego konfliktu Europy z rządem Donalda Trumpa, który w imię pojętej przez pryzmat wyłącznie dolara „wolności słowa” domaga się od Unii Europejskiej poniechania wszelkich prób regulacji modelu funkcjonowania platform takich jak X czy Facebook. Europa jednak nie może pod tą presją się ugiąć, ponieważ jest to egzystencjalny problem dla liberalnych demokracji. Zakaz stosowania algorytmów przyciągających uwagę przez wzbudzanie emocji politycznych przez big tech może być warunkiem koniecznym dla obrony modelu liberalnego przed nową formą libertariańskiego faszyzmu, który rozpoczął marsz po władzę na Zachodzie. Albo likwidacja algorytmów całkowicie i powrót do samodzielnie konstruowanych feedów, albo regulacja algorytmów w kierunku zwiększania zasięgów treściom deeskalującym i otwierającym kanały dialogu, To są potencjalne klucze i do polskiego kryzysu.
Oczywiście nie rozwiąże to całego problemu z tymi narzędziami, pozostanie wyzwanie w postaci celowej dezinformacji, która może być przecież (i dla większej wiarygodności często bywa) ujęta w umiarkowanym języku, a mimo to bezpośrednio eskaluje polaryzację. Kłamstwo, często nazbyt elegancko nazywane „fake newsami”, jest narzędziem tworzenia dualizmu, równoległego do tego prawnego, za sprawą którego wrogie obozy zaczynają żyć w innych postrzeganiach rzeczywistości. Ten dualizm wciąga w logikę polaryzacji właściwie wszystkich poza ludźmi całkowicie niezainteresowanymi sprawami bieżącymi, ponieważ stawia bezradnych „normalsów” wobec konieczności i dylematu, jakim źródłom informacji zawierzyć. Nawet jeśli podchodzą oni z dużą ostrożnością do źródeł internetowych (a o tą ostrożność coraz ciężej, gdy Internet staje się absolutnie dominującym źródłem informacji), to i tak serwowane im są stronnicze gazety i czasopisma mieszające komentarz z raportowaniem faktów, albo zupełnie tożsamościowe, czyli politycznie jednostronne telewizje informacyjne. Jak zauważa w niedawnym wywiadzie wspomniany już prof. Sadura, ostatecznie człowiek przestaje wierzyć jakiemukolwiek źródłu i godzi się z tym, że prawda obiektywna i materialna przestała być dla niego dostępna. Wówczas – z powodów zwykłej higieny umysłowej – decyduje się przystąpić do jednego z obozów i konsumować media mu sprzyjające, tłumiąc w sobie – po pewnym czasie skutecznie – świadomość tego, że obcuje z wykoślawionym obrazem świata. Sadura nazywa to „cynizmem poznawczym”, niemożnością weryfikacji informacji, jako że – wyostrzając – nie sposób weryfikować słów Kuby Wojewódzkiego u Krzysztofa Stanowskiego lub odwrotnie.
Przy braku kanalizacji
Czy kulturowa, etniczna i religijna homogeniczność polskiego społeczeństwa, którą naiwnie można byłoby traktować jako fundament zgody i jedności narodowej, nie okazała się paradoksalnie paliwem polaryzacji? Badania wskazujące Polskę jako kraj o wręcz najwyższym poziomie wewnątrzspołecznej nienawiści skłaniają, aby zadać takie pytanie. Przyczynkiem do takich rozważań może być mimetyczna teoria przemocy katolickiego filozofa René Girarda. Przypomnijmy: Girard uważał, że ludzie mają naturalną skłonność mimetycznie naśladować zachowania innych ludzi, zwłaszcza dążąc do takich samych celów, postrzeganych jako atrakcyjne, jak na przykład zdobycie większej władzy lub wpływów albo podniesienie rangi własnej pozycji społecznej. Te procesy są w naturalny sposób konfliktogenne i generują potencjał przemocy politycznej, który musi znaleźć jakiś punkt ujścia. Z doświadczenia historycznego Girard wywnioskował dwie możliwe drogi deeskalacji, a więc zachowania spójności narodowej wspólnoty. Pierwszym, najszerzej stosowanym w dziejach, było wskazania tzw. kozła ofiarnego, czyli najczęściej pewnej mniejszości odrębnej wobec zasadniczej wspólnoty, ale mieszkającej pośród społecznej większości lub w obrębie danego państwa. Kanalizacja potencjału przemocy i społecznej nienawiści na kozła ofiarnego powodowała, że animozje pomiędzy członkami zasadniczej wspólnoty słabły i jej spójność była ratowana, Oczywiście ceną często były akty dyskryminacji, przemocy, a nawet zbrodnie wobec ludzi zaliczonych do kozła ofiarnego, których – choć byli ofiarami – fałszywie portretowano jako sprawców nieszczęść większości, przypisującej sobie równie fałszywie rolę ofiary. Naturalnie antysemityzm z jego eskalacją w postaci Holokaustu, sowieckie rozkułaczenie wsi, a w Polsce ostatnio wydarzenia roku 1968 były przykładami ochrony wspólnot większościowych przed mimetyczną przemocą.
W III RP brakuje wiarygodnych kandydatów do roli kozłów ofiarnych. Oczywiście nieustannie podejmowane są próby wskazania takich grup (Żydzi, uchodźcy, osoby LGBT, ostatnio Ukraińcy), ale są one nieudane z różnych powodów, takich jak w zbyt oczywisty sposób wyimaginowany charakter rzekomego zagrożenia, krótkotrwałość zainteresowania mediów i społeczeństwa tematem, a przede wszystkim brak narodowego konsensusu, aby wskazane grupy poddać napiętnowaniu. Co ciekawe, to prawica w Polsce raz po raz składa demokratom w pewnym sensie „ofertę”, aby mimetyczną przemoc polsko-polskiej polaryzacji skanalizować na grupę obcą etnicznie lub – w przypadku osób nieheteronormatywnych – rzekomo „obcą” tradycji polskiej. Demokraci, jak na razie, każdorazowo „oferty” odrzucają i nie tylko nie przyłączają się do kampanii prawicowych nienawiści, ale biorą kolejne wskazane grupy w ochronę (czasami nie do końca konsekwentnie, ale jednak). To oczywiście zasługuje na pozytywną ocenę z moralnego punktu widzenia – polska historia narodowa nie potrzebuje w XXI w. epizodu przemocy wobec dyskryminowanej mniejszości, tego rodzaju plamy na honorze niechaj na zawsze pozostaną już tylko elementem coraz bardziej odległej nam przeszłości – jednak faktem pozostaje, że polaryzacja w Polsce nie ustępuje, tylko eskaluje, ponieważ potencjał przemocy Polacy nakierowują nadal na siebie wzajemnie.
Zanim przejdziemy do wątku, jak można tę mimetyczną przemoc w naszych warunkach jednak skanalizować, warto dodać, że Girard – poza strategią z kozłem ofiarnym – nakreślił drugą drogę osłabienia potencjału przemocy. Jego zdaniem drogą tą są wartości, na których oparła się cywilizacja judeochrześcijańska, a konkretnie ogniwo miłości bliźniego. Ona pozwala przezwyciężyć destruktywny charakter mimetycznej konkurencji i poprzez radykalne otwarcie się na drugiego człowieka nadać procesowi konstruktywną logikę budowania dobra wspólnego. Niezdolność polskiej prawicy, tak przecież chętnie podkreślającej swój rzekomo katolicki charakter, aby potencjał przemocy zredukować tymi metodami jest chyba czytelnym memento dla ich już li tylko deklaratywnych związków z tradycjami i wartościami chrześcijańskimi.
Prawicową „ofertą” wskazania kozła ofiarnego, której przyjęcia demokraci byli chyba najbliżsi (lecz nadal bardzo dalecy), była propozycja antyukraińska. Nie mogła ona się udać, ponieważ (poza oczywiście przyczynami moralnymi i solidarnością z napadniętym narodem, którą prawica usiłowała osłabić przywołując zbrodnię wołyńską) stanowiła i stanowi niewykonalny fikołek geopolityczny. Polska prawica zamiast skutecznie wskazać kozła ofiarnego, wpędziła się raczej w kozi róg, usiłując być równocześnie przeciwko Rosji Putina, przeciwko Ukraińcom, a po stronie Orbanowskich Węgier i Ameryki Trumpa. To jest tak straszliwie niespójne, że nawet doszło do rozłamu wewnątrz prawicowego elektoratu w postaci wyłonienia partii Grzegorza Brauna, która łączy wrogość wobec Ukrainy i USA Trumpa z sympatią wobec Rosji Putina, co jest równie obrzydliwe, jak i bardziej spójne logicznie.
Tymczasem jest dość oczywiste, że „kozłem ofiarnym” (tym razem ujmiemy to sformułowanie w cudzysłów, ponieważ będziemy mieli do czynienia z realnym sprawcą nieszczęść, a nie niewinnie o to pomówioną słabą mniejszością) zdolnym zjednoczyć Polaków i skanalizować naszą wzajemną mimetyczną przemoc w kierunku pożądanym i konstruktywnym jest Putin i jego Rosja. Zagrożenie agresją Rosji na Polskę, już teraz podejmowane ataki i prowokacje o charakterze hybrydowym, narastająca atmosfera strachu i towarzyszące temu wszystkiemu, w zasadzie niechciane przecież, ale bezsprzecznie konieczne zbrojenia, tworzą coraz silniejsze podłoże pod polskie narodowe zjednoczenie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czego tutaj jeszcze brakuje, aby ten kanał umożliwił deeskalację? Brutalnie mówiąc, jeszcze strach jest za słaby, a widmo ataku zbyt odległe. W środowisku błyskawicznie przemijających tematów politycznych, nawet problemy tak poważne jak potencjalna wojna z Rosją (czy też Polexit), owszem, raz po raz wracają na agendę debaty politycznej, ale nadal są spychane przez inne, o wiele bardziej banale sprawy, które są standardowymi ogniwami eskalacji politycznej. W efekcie, choć czasem robimy dwa kroki ku deeskalacji, to jednak natychmiast robimy też co najmniej tyle samo kroków w odwrotną stronę. Tym bardziej że skuteczny spin takim wydarzeniom, jak nalot rosyjskich dronów na polskie niebo, nadaje wewnętrzna „partia rosyjska” oraz internetowi dezinformatorzy działający bezpośrednio z Rosji.
Mimo że nie było wtedy tzw. mediów społecznościowych czy prawnego dualizmu, to polaryzację o wiele jeszcze głębszą aniżeli współczesna Polska przeżywały kraje, których dzisiaj nikt by o to nie podejrzewał – Belgia i Holandia. W Belgii podział społeczno-polityczny był niezwykle podobny do obecnego w Polsce. Był to dwubiegunowy podział na katolików i liberałów. W Holandii sytuacja była jeszcze bardziej złożona i trudna, jako że społeczeństwo podzieliło się na cztery segmenty: katolików, protestantów, ateistyczną klasę robotniczą związaną z socjalistami oraz liberalną resztę społeczeństwa, która była nieco mniej zintegrowana od pozostałych trzech grup. Zasadniczo siłą dzielącą wówczas ludzi była więc religia, ale oczywiście rozciągało się to i na świat wartości, i na styl życia. W każdym razie w obu krajach podział był tak głęboki, a nieufność tak potężna, że wspólne funkcjonowanie jako jednego społeczeństwa uznano za niemożliwe. Aby skanalizować przemoc, wybrano trzecią drogę, której Girard nie podnosił, ponieważ on zakładał jednak przetrwanie wspólnoty narodowej. Belgowie i Holendrzy uznali, że nie stanowią jednej wspólnoty, tylko odpowiednio dwie i cztery, a więc dokonali formalnego podziału społeczeństwa na „filary” (stąd nazwa tego systemu – verzuiling lub „pilaryzacja”). Idea była taka, aby stworzyć swoisty apartheid, ale nie rasistowski, tylko relatywnie liberalny, w tym sensie, aby ludzie nienawidzący się nawzajem mogli po prostu siebie unikać, nie wchodzić sobie w drogę i nie ograniczać sobie wzajemnie wolności samą obecnością. Regulacje prawne umożliwiły więc powstawanie „protestanckich kancelarii prawnych”, „socjalistycznych barów”, „katolickich fryzjerów” czy „liberalnych taksówek”. W Belgii nawet kościoły praktykowały oferowanie w każdą niedzielę zwykłych mszy dla katolików, ale także – zwykle o poranku – „mszy liberalnych”, na których głoszono homilie z innym rozkładem akcentów. Ten eksperyment społeczny trwał do lat 70. XX w., ale już dwie dekady wcześniej był w fazie schyłkowej, jako że społeczeństwa zaczęły się spontanicznie spajać, dostrzegając absurd sytuacji. Ostatecznie to bunt pokolenia ’68 zakończył „pilaryzację”. Ale głównym ciosem, który został w nią wymierzony, było oczywiście doświadczenie niemieckiej agresji i okupacji w czasie II wojny światowej. Hitler był dla Belgów i Holendrów sygnałem alarmowym, który brutalnie zdeeskalował ich polaryzację. Czy jedyną „nadzieją” deeskalacji wewnętrznego konfliktu Polaków w XXI w. byłby Putin?
Alternatywne drogi
Michael Sandel wskazuje alternatywną drogę. W jego ocenie lekiem na ubóstwo debaty publicznej i zaszytą w niej wrogość jest coś, co można nazwać powrotem do wspólnego filozofowania. Proponuje powrót do w znacznej mierze wygasłej tradycji wspólnego rozważania tzw. wielkich pytań, czyli do przekierowania dialogu ku przestrzeniom znajdującym się powyżej pułapu partyjnego sporu zwaśnionych obozów o bieżącą politykę. Równocześnie podkreśla, że nie należy tego rozumieć jako przerzucenie się na abstrakcyjne dyskusje, które na pewno nie okażą się atrakcyjne czy nawet istotne dla przytłaczającej większości politycznie zaangażowanych obywateli. Aby zachować inkluzywność takiej rozmowy, tematy muszą być „życiowe” i klarownie dotykające naszych własnych dalszych losów, a – jeszcze lepiej – tego, o co wszyscy niezmiennie się troskamy, pomimo wszelkich różnic i wrogości, a więc losów naszych dzieci i wnuków. Co sprawia, że społeczeństwo jest sprawiedliwe? Jak zapewnić bezpieczeństwo najsłabszym w naszej wspólnocie? Jaka powinna być rola rynku i pieniądza, a jaka wspólnego wysiłku na rzecz ochrony przyszłości? Co jesteśmy sobie nawzajem winni? Jakich zmian się obawiamy? Z czym wiążemy nadzieje? Co możemy razem osiągnąć, czego wszyscy chcemy, ale może się nie udać osobno?
Prof. Michał Bilewicz wiąże natomiast nadzieje ze zwykłym życiem społecznym. Wskazuje na swoiste płaszczyzny przekrojowe, na których możliwy jest dialog, ostatecznie także i na tematy polityczne, ale ustawiony wcześniej na fundamencie apolitycznym, który wobec drugiej strony generuje pewną dozę zaufania czy sympatii. Jako przykład podaje rodziców dzieci grających w jednym zespole piłki nożnej czy innego sportu drużynowego. Kibicując swoim dzieciom, tworzą grupę złączoną wspólnymi emocjami, przez krótki czas rozgrywki ich mimetyczna przemoc jest skierowana przeciwko rodzicom dzieci drużyny przeciwnej, a ewentualne poglądy polityczne po obu stronach takiej barykady nie mają znaczenia. Podzielanie poglądów politycznych z ojcem dziecka, które brutalnie sfaulowało moje dziecko, nie jest żadną okolicznością łagodzącą. Podobnie jak okolicznością psującą radość nie jest fakt posiadania przeciwstawnych poglądów politycznych przez ojca dziecka, które mojemu asystowało kluczowym podaniem przy zdobyciu bramki. W takich okolicznościach czasami zahacza się o politykę. I niekiedy prowadzi to do wniosku, że może Kaczyński jest nawet i diabłem wcielonym, ale tata Bartka grającego na prawej pomocy jest „dobrym pisowcem”, to „swój facet”. Powstanie gęstej sieci takich wniosków w całym społeczeństwie może pomóc deeskalacji najskuteczniej. I przede wszystkim najmniej boleśnie dla nas wszystkich.
***
Tymczasem deeskalacja polaryzacji w Polsce pozostaje chimerą. Chcemy jej, szukamy dróg do niej, a tymczasem z roku na rok nienawidzimy się jednak coraz bardziej. Owszem, można zrzucić całą winę na polityków – często tak robimy i dobrze się z tym czujemy, bo sami oczyszczamy tak nasze sumienie i poprawiamy sobie samopoczucie. Ale to fałsz. Polityków jest może kilka tysięcy i tak – część z nich (w każdej z partii) to istne sukinsyny. Jednak obywateli jest więcej i to my dyktujemy tym sukinsynom warunki. Żaden z nich nie będzie pogłębiał wrogości, gdy jasnym by się stało, że tego nie chcemy, nie popieramy i nie tolerujemy.
Tylko jak do takiej postawy przekonać się równocześnie?