Prócz specjalistycznej wiedzy, najcenniejszym narzędziem redaktora jest… dystans. Nie jest on bowiem twórcą tekstu, widzi więcej i nie ma oporu przed ingerencją. Uczestniczy jednak w procesie jego powstawania, biorąc niemałą odpowiedzialność za rezultat. Jest współautorem procesu i podpisuje się pod nim własnym nazwiskiem.
Czy można mówić o tym, że redaktorka pisze? Jeśli tak, co to oznacza?
W ramach wprowadzenia warto pokrótce przybliżyć, kim jest redaktorka, przynajmniej na potrzeby rozważań zawartych w tym artykule. Redaktorka, redaktor, to osoba, która pracuje z tekstem już napisanym. To ktoś, kto poprawia błędy, domyka wątki i śledzi tekst w poszukiwaniu dziur fabularnych. Osoba wykonująca ten zawód pomaga autorom doszlifować ich teksty i sprawić, by nabrały blasku. Prócz specjalistycznej wiedzy, najcenniejszym narzędziem redaktora jest… dystans. Nie jest on bowiem twórcą tekstu, widzi więcej i nie ma oporu przed ingerencją (specjaliści właśnie z tego względu oddają własne teksty do korekty). Uczestniczy jednak w procesie jego powstawania, biorąc niemałą odpowiedzialność za rezultat. Jest współautorem procesu i podpisuje się pod nim własnym nazwiskiem.
Czytanie jako słuchanie
Wielu ludzi uważa, że redakcja to czytanie tekstu i poprawianie błędów. Nie jest to założenie z gruntu nieprawdziwe, jednakże wielce zubożające zakres pracy redaktorów. By zacząć redakcję, trzeba znaleźć odpowiedzi na wiele pytań i zagadnień. By praca nad tekstem mogła rozkręcić się na dobre, należy ustalić: Kto jest adresatem tekstu? Jaki jest jego cel? W jakim wieku jest grupa docelowa? Jak wyglądają bohaterowie (w beletrystyce), Jacy są z charakteru, co ich wyróżnia? Niesłychanie często okazuje się jednak, że tych informacji brakuje na początku prac lub są podane szczątkowo, więc do zadań osoby odpowiedzialnej za redakcję należy też wyłowienie owych danych i upewnienie się, że są spójne.
Czytanie tekstu zyskuje wówczas nowy wymiar. Przybiera formę swoistej, wręcz intymnej rozmowy z tekstem. Redaktor konfrontuje to, co autor pragnie przekazać z tym, co rzeczywiście mówi. Wsłuchuje się w rytm tekstu, jego (i twórcy) intencje, pomaga budować lub studzić napięcie. Dopiero wtedy, po wczuciu się w ten specyficzny dialog z maszynopisem, przychodzi czas na przecinki.
Tu właśnie jest ukryta różnica między „czytaniem dla siebie”, a „czytaniem dla tekstu”. To pierwsze to lektura dla wiedzy lub przyjemności. Zasiada się w fotelu, pociągu, tramwaju lub w dowolnym innym miejscu i zanurza w lekturę. To moment, w którym czytelnik wiedziony przez autora dociera się tam, gdzie ten zechce go zaprowadzić. W ten oto sposób miliony ludzi codziennie przenoszą się w czasie i przestrzeni. Wedle pragnienia doświadczają innych epok, ustrojów, a nawet światów. Po krótszym lub dłuższym czasie wracają w objęcia błogiego snu lub prozy życia.
Czytanie dla tekstu to zgoła odrębny temat. Po pierwsze, jest ono zadaniem, niejednokrotnie pracą. Do świata wykreowanego przez autora redaktor nie wchodzi frontowymi drzwiami poprzez piękną okładkę, uprzejmą dedykację i intrygujący prolog. On wkracza w tekst od zaplecza. Wraz z autorem przechodzi przez całą konstrukcję, sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu. Wpierw upewnia się, że struktura jest mocna, stabilna oraz posiada jasno zarysowany początek i koniec. Sprawdza, czy nikt przez pomyłkę nie pomylił drzwi z oknem, czy korytarze nie ciągną się w nieskończoność, zniechęcając do dalszej wędrówki i czy nie ma schodów prowadzących donikąd. Po tych zabiegach zazwyczaj następuje wygładzanie wszystkich nierówności, by nie potknąć się o niezgrabny szyk czy pleonazm.
Gdy na tym polu wszystko jest w porządku, praca się nie kończy. Redaktor niejednokrotnie proponuje udogodnienia. Czasem z pomocą pomaga szybciej przejść do meritum, omijając windą wiele pięter niewygodnych schodów. Innym razem jest to tka gobelin z pięknych metafor lub dodaje obrazy, które ubogacą kontekst całej opowieści.
Dopiero wtedy, po tej całej wykończeniówce można zabrać się za przysłowiowe przecinki, z którymi tak często kojarzone jest poprawianie tekstów. Czytanie dla siebie oraz czytanie dla tekstu to więc całkowicie odrębne podejścia. Zewnętrznie mogą wyglądać podobnie: wygodny strój (nie zawsze przeznaczony dla wzroku prawdziwych ludzi, wiodących szare życie poza światem przedstawionym czytanego dzieła), ulubiona kawa lub herbata i komfortowa pozycja, w której można trwać dłuższy czas (lub do ścierpnięcia kończyn zwieńczonego poczuciem mrówek chodzących tam, gdzie niechcący odcięło się dopływ krwi). Gdy jednak wejdzie się w głowę czytelnika i redaktora w celach komparatystycznych, różnica widoczna jest na pierwszy rzut oka.
Czy to oznacza, że któreś z tych podejść jest lepsze, ma większą wartość? Nie! To jest trochę jak z pytaniem o ulubioną porę roku. Można mieć preferencje w tym zakresie, ale ta „nasza” pora nie nadejdzie bez cykli i wydarzeń mających miejsce w pozostałych. Co więcej, wskazanie jednej ulubionej pory roku, nawet przy najgorętszej do niej miłości, nie zniesie trzech innych (dla przykładu, nawet najbardziej zagorzały jesieniarz nie zrobi selfie w liściach bez kwitnienia drzewa i opadu listowia). Tak właśnie jest z tymi dwoma rodzajami czytania. Praca redaktora jest konieczna, jeśli tekst ma trafić do czytelników odpowiednio przygotowany. Angażowanie środków finansowych i energii autorów i wydawnictw jest dość jałowe, gdy nie ma perspektywy ukazania dopracowanego tekstu na rynku wydawniczym. Stamtąd tytuły trafiają właśnie do osób spragnionych lektury, a nie da się ukryć, je to one ów rynek napędzają. To ich ciekawość, pasja i pragnienie kolejnych tytułów sprawiają, że autorzy tworzą teksty, które potem trafiają pod oko redaktora.
Pisanie przez niepisanie
Czy można zatem twierdzić, że redaktorka (taka, która nie jest jednocześnie twórczynią własnych książek) coś pisze? Odpowiedź brzmi: tak i nie.
Tak, bo po jej przejściu przez tekst zazwyczaj zostaje dość sporo śladów. Komentarze w pliku (kiedyś na marginesach), pytania doprecyzowujące, niekiedy alternatywne wersje zdań lub akapitów. Tekst w trakcie redakcji staje się jednym wielkim polem… dialogu. Redaktorka wspiera autora, podpowiada, sugeruje, niekiedy nawet konfrontuje go z wybranymi fragmentami. Zawsze jednak odbywa się to w atmosferze szacunku i uważności na cele tekstu oraz autora. Należy też tu wspomnieć, iż praca redaktora powinna przypominać opiekę nad tekstem, nie może wyglądać jak tresura. Choć jest wymagająca dla obu stron, odbywa się w porozumieniu, nie w przymusie.
Po takiej pracy, niezależnie od jej natężenia, obecność redaktora ma zniknąć. Tym, co powinno zostać widoczne, są jej efekty. Plik winien zostać oczyszczony, a wszelkie zmiany skrupulatnie naniesione po autoryzacji autorskiej. Tu wyłonił nam się wariant „nie” w odpowiedzi na pytanie, czy redaktorka coś pisze. Pisze, bo intensywnie działa w powierzonym jej tekście i nie pisze, bo tekst należy do autora, a po niej zostają efekty.
Redakcja jako współtworzenie
Jak zazwyczaj wygląda współpraca z autorami? Pokuszę się tu o filozoficzną odpowiedź: „To zależy”. Inaczej to wygląda przy zleceniu standardowym i przyspieszonym, we współpracy z wydawnictwem i samowydawcami, przy tekście beletrystycznym i specjalistycznym. Największą zmienną pozostaje jednak autor. To od niego zależy, w jaki sposób redaktor podejdzie do zlecenia. Nie mam tu oczywiście na myśli rzetelności, tego bowiem wymaga etyka zawodowa i dość pragmatyczne pragnienie budowania i/ lub utrzymania wiarygodnej marki osobistej i renomy.
Autorzy (tu mówię o stylach pracy, nie cechach charakteru) bywają różni. Są osoby lekko nieufne, które czeka debiut lub zetknęły się wcześniej ze specjalistami nie do końca godnymi zaufania. Bywają też autorzy chaotyczni, ze skłonnościami do licznych dopisków i zmian w tekście oraz perfekcjoniści, którzy nie wypuszczą swojego tekstu bez indywidualnej analizy każdego przecinka. Nie ma nic złego w podanych podejściach i warto, by sami autorzy wiedzieli o ich mnogości, choćby po to, by czuli, że w swych wątpliwościach i troskach nie są odosobnieni.
Najważniejszym zadaniem osób piszących i poprawiających jest troska o relację redaktor-autor. Te najlepsze cechują się wzajemnym zaufaniem, stawianiem granic i ich respektowaniem. By tekst mógł zostać opublikowany, należy w pewnym momencie… na to pozwolić. Wśród początkujących autorów i redaktorów bardzo popularna jest tendencja „a może jeszcze”.
Twórcy stoją przed pokusą dodania czegoś jeszcze (akapitu, rozdziału), poprawek w postaciach, fabule i innych miejscach. Bywa, że wersje tekstu mnożą się do tego stopnia, że nawet najbardziej skrupulatni redaktorzy mają kłopot z ich uporządkowaniem. Twórca jednak nie jest zadowolony, bo nadal może coś jeszcze dodać.
Redaktorzy zaś wpadają w pułapkę notorycznego czytania. Jeszcze raz. I jeszcze jeden. Może odkryję przeoczony w poprzednich kilku czytaniach błąd. Może przestawię jednak przecinek, który jest fakultatywny w danym miejscu. O nie. Wprowadziłam zmianę. A co, jak jeszcze gdzieś będzie konieczna? Czytam jeszcze raz. To myśli, których brzmienie ze śmiechem wspomina wielu wyjadaczy z dłuższym stażem.
Większość z tych pokus i natrętnych myśli może rozwiać dobrze skonstruowana umowa z konkretną liczbą rewizji tekstu. Dobrze przygotowany harmonogram prac też znacznie ułatwia sprawę. Kryterium jakości dobrej współpracy między redaktorem a autorem jest więc takie samo, jak niemal we wszystkich relacjach i współpracach: dobra komunikacja.
Skąd się to wzięło?
Co sprawia. że niektórzy ludzie stwierdzają pewnego dnia „zostanę redaktorem”? Czynniki są różne. Z doświadczenia własnego i osób, z którymi współpracuję, wnioskuję, że pasja. Bardzo trudno jest wykonywać ten zawód, gdy nie przepada się za książkami i słowem pisanym. Niezmiernie istotna jest też chęć nieustannego dokształcania się, rozwijania i aktualizacji własnej wiedzy. Można ukończyć studia, kurs i zacząć pracować. Bez odświeżania wiedzy dotyczącej zmian w języku i oprogramowaniu, na którym się działa, poprawiając teksty, w pewnym momencie redaktor staje się anachroniczny i trudno mu nadążyć za zmieniającym się rynkiem, zwłaszcza w dobie dynamicznego rozwoju sztucznej inteligencji.
W moim przypadku rozpoczęło się właśnie od ciekawości. Łatwo przychodziła mi nauka podstawowych reguł pisowni, chętnie sięgałam więc po te bardziej skomplikowane. Przygodę ze sprawdzaniem tekstu rozpoczęłam ponad dekadę temu, poprawiając literówki i powtórzenia w pracach znajomych. Nie byłam wówczas świadoma istnienia zawodu redaktora. Robiłam swoje i „obczajałam triki w Wordzie”. Przegapiłam moment, w którym zlecenia zrobiły się płatne, a moimi klientami stali się znajomi znajomych i ludzie, z którymi powiązań nie potrafiłam już się doszukać.
W pewnym momencie w trakcie studiów filozoficznych zajrzałam na stronę redakcyjną jednej z książek, której tłumaczem na język polski był mój wykładowca (do dziś nie pamiętam, czy to był Kierkegaard czy Jaspers). Patrzę i widzę też… swoje nazwisko. Okazało się, że jedna z osób z mojej rodziny jest korektorką. Patrzyłam tak i pomyślałam: „To jest to, tego chcę”. Po kilku latach mam zbudowane portfolio, tworzę markę osobistą, współpracuję z wydawcami i samowydawcami, nieustannie się rozwijam. Pod hasłem „Korekta przy kawie” w przeglądarce znajduję już własną stronę internetową. Tworzę sieci współpracy z innymi redaktorkami, graficzkami i specjalistkami od promocji.
Czy było łatwo? Nie. Nadal czasami nie jest, wszak każda z osób czytających ten tekst wie, że życie to nie bajka Disneya. Radością napawa mnie jednak fakt. że każdego dnia dokładam cegiełkę do świata, który bardzo lubię i w którym czuję się u siebie. Jest mi też niezmiernie miło pisać o tym na łamach magazynu, który był jednym z moich pierwszych kroków w drodze zawodowej. Był krokiem, który zrobiłam niemal 5 lat temu i stał się drogą, która co miesiąc mnie zaskakuje. W numerze o tytule „Napiszę Ci” z satysfakcją napisałam więc co nieco o alternatywnej formie pisania.