Wieczór, szybki telefon, odpowiedź: „Zadzwoń później, Konkurs jest. Słucham”. Żeby to raz! Ale takich telefonów czy nieoczywistych rozmów, w których przewijał się Konkurs Chopinowski było całkiem sporo. Głos jak niespodzianka, ale tak, przez trzy październikowe tygodnie niemal Polska trwała zasłuchana w kolejne takty, w wyliczone nuty, w dźwięki. Mazurki, polonezy, sonaty, etiudy, czy te mniej znane jak barkarola czy rondo. I wreszcie koncerty… Jeśli by policzyć na ile starcza samej muzyki, zapisanych przez Chopina nut, to wyjdzie coś w okolicy doby, a jednak niczym zahipnotyzowani trwaliśmy przed ekranami (bo tylko nieliczni szczęśliwcy zasiedli w fotelach sali koncertowej), słuchając. Spory może nie tyle przycichły, co straciły na znaczeniu. Telewizje nie tyle tonowały przekaz, co oddawały miejsce i antenowy czas temu niezwykłemu wydarzeniu. Znaczenia nabrały kolejne wykonania, zachwyty nad grą tego czy innego młodego wszak wirtuoza fortepianu.
Rozmawialiśmy o powadze, emocjach, tempie gry, o geniuszu młodości, o „czarowaniu” muzyki, o dojrzałości nad wiek i artystycznym rozwoju. Obok znajomości pianistek i pianistów startujących w Konkursie docenialiśmy pracę stroicieli, uczyliśmy się rozpoznawać czemuż to akurat ten fortepian (możliwy do wyboru z trzech) ma takie a nie inne znaczenie. Wkurzaliśmy się na wyroki jury, gdy do kolejnego etapu nie przechodził któryś z naszych ulubieńców. Nagle narodowość, pochodzenie czy kolor skóry pianistów nie miały znaczenia, nikt przecież nie powie, że koreańscy bracia, którzy dla Chopina wybrali Polskę na miejsce zamieszkania, to też … migranci. Wszyscy byli jakoś „nasi”, jakby naznaczeni przez miłość do muzyki, która w Polsce kochać należy, bo przecież Chopin jest nasz i basta. Ba, zjednoczyliśmy się nawet w niechęci do ostatecznego werdyktu jury, gdy spolszczona na „Marysię”, pochodząca z Chin „księżniczka fortepianu” wylądowała poza podium. Idąc za porzekadłem: Muzyka łagodzi obyczaje…. Wiec może by ten „Chopin” został z nami na dłużej? Nawet nie to, że dał cień nadziei na „wspólnotę”, ale pokazał, że nie musi być ona całkowicie niemożliwa. A skoro istnieje „coś”, co pozwala patrzyć inaczej, to może wypatrujmy innych „cosiów”.
***
Bo co nas łączy, tak na co dzień? W pierwszym odruchu chce się powiedzieć, że… gadanie. Bo są te same pytania, choć różne odpowiedzi, podobne diagnozy, choć odmienne recepty, bo są myśli i słowa, od których oderwać się nie sposób. I jest gadanie, że jesień „złota polska”, że „wiosna buchnie majem”, że „lato już nie takie”, ale „do lata piechotą”, że „zimy już nie takie” i znów „sól na butach”. Bo jest przyzwyczajenie – wybieranie utartych przez lata dróg, zakupy na bazarku, krojenie chleba na takie, a nie inne kromki, świętowanie lokalne, tradycje z dziada pradziada, ploteczki w przerwie. I są rzeczy, które robimy tak samo. I przesądy, bo przecież splunąć trzeba przez lewe ramie (żeby złe przegonić), za guzik się złapać zobaczywszy kominiarza (żeby życzenie spełnić), miejsce przy stole zostawić (dla kogo, to już inna rzecz). Bo jest nauka nam wspólna i reagowanie na niebezpieczeństwo, które – jeśli już się pojawi – jest nadzwyczaj demokratycznie sprawiedliwe, bo nie ma względu na polityczne czy ideologiczne barwy. Bo jest odwaga, solidarność i współczucie – gdy trzeba, bez wstępnej kalkulacji. Bo jest złość, gdy źle; jest nadzieja na jakieś „lepiej”, nawet jeśli ma ona inne barwy.
Więc… może coś jeszcze. Żeby nie tylko Chopin i – z innej już bajki – śpiew, że „Polacy, nic się nie stało”. Bo stało się, bo dzieje się każdego dnia. W nas i między nami. I może nie trzeba czekać kolejnych pięciu lat – do następnego Konkursu Chopinowskiego – by zrobić wysiłek i znaleźć cokolwiek, co nas łączy.