Kłamstwo polityczne jest jak jazda po pijanemu po informacyjnej autostradzie – rozbija zaufanie i powoduje kraksy w postaci społecznych konfliktów. Albo jak palenie w zatłoczonym pomieszczeniu – truje atmosferę debaty publicznej. Może czas powiedzieć „sprawdzam” i wyprosić trucicieli na świeże powietrze prawdy.
Tradycja: Co za miejsce… Czy to bardziej biblioteka, czy sala rozpraw? Może powinniśmy mówić szeptem, jak w czytelni?
Zmiana: Albo donośnie, jak na sądowej wokandzie. W końcu mamy spór do rozstrzygnięcia. Mam wrażenie, że nie bez powodu znaleźliśmy się w tym miejscu. Ktoś – być może Historia – posadził nas naprzeciw siebie, byśmy rozstrzygnęli pewien dylemat.
Tradycja: Ach tak, słyszałam szepty między stronami Konstytucji. Chodzi zapewne o prawdę i kłamstwo w życiu publicznym. Konkretnie – czy polityków powinno się karać za publiczne kłamstwa. Temat stary jak świat, a jednak znów nas dopadł.
Zmiana: Powiedz zatem, Tradycjo, czy uważasz, że w imię prawdy wolno karać polityka za kłamstwo?
Tradycja: Karać za kłamstwo? Polityka? Moja droga, przecież to oksymoron. Polityka od zawsze ociera się o mijanie z prawdą – „szlachetne kłamstwa” Platona, propaganda władców, obietnice bez pokrycia. Gdybyśmy chcieli karać każde kłamstwo polityka, musielibyśmy zbudować więzienia rozmiarów parlamentów! A tak poważnie, wolność słowa jest wartością fundamentalną. Mamy w Konstytucji RP artykuł 54, który każdemu zapewnia wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. To filar demokracji. Jeśli zaczniemy karać za wypowiedzi – nawet kłamliwe – to ten filar naruszymy.
Zmiana: Nikt nie kwestionuje, że wolność słowa jest ważna. Artykuł 54 brzmi dumnie: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji…” Znamy to na pamięć. Ale pamiętasz też, że Konstytucja dopuszcza ograniczenie wolności – byle ustawą i byle było konieczne w demokratycznym państwie dla ochrony pewnych wartości (to słynny art. 31 ust. 3). Wolność słowa nie jest absolutna, sama wiesz. Mamy przecież przepisy przeciw zniesławieniu, mowie nienawiści, zakazy nawoływania do przemocy. Skoro w imię ochrony jednostki wolno ograniczać wolność słowa – to dlaczego nie ograniczyć jej w imię ochrony dobra wspólnego? Czy dobro ogółu znaczy mniej niż dobro jednostki?
Tradycja: O, widzę już twoją strategię – argument „tym bardziej”. Sprytne. Ale to nie takie proste. To prawda, istnieją ograniczenia wolności słowa, ale są one szczególnymi wyjątkami, ustanowionymi w imię ochrony innych praw lub bezpieczeństwa. Zniesławienie? – chronimy czyjąś godność i dobre imię przed oszczerczym kłamstwem. Mowa nienawiści? – bronimy godności grup przed słowami, które mogą prowadzić do przemocy. Te ograniczenia mają sens, bo zapobiegają bezpośredniej krzywdzie. Ale kara za kłamstwo polityka w ogólności? Brzmi kusząco: „ukarzmy kłamców, aby triumfowała prawda”. Tylko kto i jak ma to zrobić? Wyobrażasz sobie armię cenzorów sprawdzających każdą wypowiedź polityka? I jaki sąd nadąży z tysiącami pozwów?
Zmiana: Nie każda nowa idea prowadzi prosto do orwellowskiego Ministerstwa Prawdy, droga Przyjaciółko. Nie strasz mnie Orwellem za każdym razem, gdy proponuję coś nieortodoksyjnego. Poruszyłaś jednak ważną kwestię: kto oceni, co jest karalnym kłamstwem? Rzeczywiście, nie będziemy karać za różnicę opinii czy zwykłą pomyłkę. Musi chodzić o świadome, ewidentne kłamstwo – takie, gdzie czarno na białym można wykazać fałsz. Przykłady się znajdą: polityk mówi „nie spotkałem się z X”, po czym zdjęcia pokazują, że jednak ucinali sobie pogawędkę przy kawie. Albo rząd obiecuje „pieniędzy nie zabraknie”, a zaraz potem budżet świeci pustkami. Są sytuacje, gdzie prawda jest obiektywna i sprawdzalna.
Tradycja: Czyli kara tylko za „kłamstwa o faktach”, tak? Ktoś zaprzeczył faktowi, który da się dowieść, i udowodniono mu, że kłamał. Hm. Przyznaję, brzmi to mniej groźnie niż ogólny bat na każdą polityczną bzdurę. Sam pewien uczony – bodajże były Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar – proponował podobne salomonowe rozwiązanie: skupić się właśnie na takich sprawach czarno-białych, najoczywistszych przypadkach kłamstwa.
Zmiana: Otóż to. Zacznijmy od oczywistych kłamstw, od tej przysłowiowej zupy, którą łatwo rozlać i łatwo wskazać plamę. Złapany za rękę – a raczej za język – polityk powinien ponieść konsekwencje. Wiesz, istnieje nawet pewna zasada sformułowana przez prawnika i pisarza Ferdinanda von Schiracha: „Każdy człowiek ma prawo ufać, że oświadczenia składane przez osoby zajmujące stanowiska publiczne są prawdziwe.” Jeśli nie zagwarantujemy obywatelom takiego prawa, to co nam pozostaje? Chaos informacyjny, w którym rządzi ten, kto najgłośniej krzyczy i najwprawniej kłamie.
Tradycja: Piękne hasło, ale czy nie zbyt idealistyczne? Politycy nie są święci i nigdy nie byli. Obywatele powinni mieć prawo oczekiwać prawdy – jasne. Tyle że rzeczywistość polityczna od wieków temu przeczy. Mówi się: „Po czym poznasz, że polityk kłamie? – Po tym, że rusza ustami”. Smutny dowcip, ale sama słyszałaś. W demokracji narzędziem rozliczania kłamstw jest wybór przy urnie, a nie sąd. To wyborcy mają odrzucić kłamcę. Jeśli tego nie robią, jeśli „kategoria prawdy” – jak zauważyłaś – przestała być dla nich istotna przy wyborze przywódców, to czy naprawdę sądzisz, że paragraf karny coś tu zmieni?
Zmiana: Prawo potrafi kształtować nawyki społeczeństwa. Pamiętasz, gdy wprowadzono obowiązek zapinania pasów? Początkowo krzyczano: „Jak to, każą mi pas zapinać?! Zamach na wolność!”. A dziś? Dziś każdy zapina pas automatycznie, rozumiejąc, że to dla wspólnego dobra. Normy się zmieniły, bo prawo wyznaczyło granicę.
Tradycja: Porównujesz szczerość polityków do zapinania pasów bezpieczeństwa?
Zmiana: W pewnym sensie tak. Kłamstwo polityczne jest jak jazda po pijanemu po informacyjnej autostradzie – rozbija zaufanie i powoduje kraksy w postaci społecznych konfliktów. Albo jak palenie w zatłoczonym pomieszczeniu – truje atmosferę debaty publicznej. Może czas powiedzieć „sprawdzam” i wyprosić trucicieli na świeże powietrze prawdy.
Tradycja: Och, ileż poetyckich metafor! Ale wróćmy na ziemię. Mówisz: prawo zmieni obyczaje. Możliwe – o ile w ogóle da się je skutecznie stosować. A ja się obawiam, że tworzysz przepis piękny na papierze, lecz w praktyce martwy albo – co gorsza – niebezpieczny.
Zmiana: Dlaczego niebezpieczny? Czyż nie „wypala nas bezsilność”, jak powiedział ktoś mądry? Społeczeństwo jest coraz bardziej bezsilne wobec kłamstw i buty władzy. Gdy władza kłamie w żywe oczy i mówi obywatelowi: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”, to wiesz, co obywatel może teraz zrobić? Nic. Pozostaje frustracja, która zżera zapał uczciwych ludzi. Kara dałaby im oręż – poczucie, że jednak można pociągnąć kłamcę do odpowiedzialności. Czy to nie lepsze niż ta wszechogarniająca bezsilność, która teraz tylko ośmiela kłamców?
Tradycja: Bezsilność… Rozumiem ten gniew. Sama kipiałam nieraz, słysząc ewidentne bujdy powtarzane bezczelnie w mediach. Ale, droga Zmiano, chwila namysłu: jak chcesz wyeliminować kłamstwo z polityki, skoro ono tkwi w jej naturze? Nie obawiasz się, że gdy dasz broń – paragraf karny – ludziom uczciwym, to natychmiast przechwycą ją też cynicy? Wyobraź sobie partię rządzącą, która trzyma w garści prokuraturę i pod hasłem „walki z kłamstwem” pozywa każdego opozycyjnego posła za byle wypowiedź, krzycząc, że to „fake news”. Przecież widzisz, jak łatwo dziś rządzący szafują etykietką „fake news” wobec krytycznych mediów. Dałabyś im tylko nowy kij do ręki.
Zmiana: Dlatego właśnie zasada proporcjonalności musi przyświecać takiemu prawu. Nie można stworzyć go jako tępego cepa do okładania przeciwników. Potrzebne są gwarancje – niezależne sądy, precyzyjna definicja czynu. Wiem, wiem, zaraz powiesz: „u nas to trudne, bo niezależność sądów kulała ostatnio”. Prawda, ale spójrzmy szerzej: są kraje, gdzie poważnie się nad tym pochylono. Słyszałeś, że w Walii debatowano nad przepisami karzącymi polityków za świadome kłamstwa w wystąpieniach publicznych? Nawet Brytyjczycy, odwieczni czciciele wolności słowa, dostrzegli problem spadającego zaufania społecznego i rozważają środki nadzwyczajne. Skoro oni mogą, to czemu my nie mielibyśmy spróbować?
Tradycja: Słyszałam o tym walijskim pomyśle. I słyszałam też głosy sceptyków, że to przekazanie zbyt dużej władzy sądom. Bo w praktyce to sędzia musiałby zdecydować, czy polityk skłamał z premedytacją, czy może po prostu się pomylił albo zmienił zdanie. Jak odróżnić cyniczne kłamstwo od pomyłki czy różnicy interpretacji? Polityk zawsze może się bronić: „Ja inaczej rozumiem ten fakt” albo „Nie wiedziałem, że to nieprawda”. I często rzeczywiście nie wiadomo, co on wiedział. Mamy mu do głowy zaglądać? Wszczepić chip prawdomówności? A jeśli sąd się pomyli i ukarze kogoś niesłusznie – zrujnuje komuś karierę przez błąd wymiaru sprawiedliwości?
Zmiana: Ryzyko pomyłki istnieje zawsze, w każdym procesie – a jednak mamy sądy i procesy. Morderca też powie „nie chciałem zabić”, a jednak sądy badają intencje, dowody, poszlaki. Nie udawaj, że intencji nie da się w ogóle dowieść – często się da, choćby pokazując, że ktoś uparcie powtarzał te same fałsze wbrew faktom, że doradcy informowali go o prawdzie, a on mimo to świadomie szerzył nieprawdę. Poza tym, jeśli naprawdę nie wiedział i tylko się pomylił – to nie mówimy o kłamstwie umyślnym, więc kary by nie było. Da się przecież tak napisać prawo, by wymagało udowodnienia świadomego zamiaru wprowadzenia opinii publicznej w błąd. Pomyłki i różnice zdań byłyby wyłączone.
Tradycja: Ach, „świadome wprowadzenie w błąd opinii publicznej” – brzmi znajomo, jak nowy paragraf. Tylko widzisz, znów dochodzimy do sedna: to może być oręż, który obróci się przeciw prawdzie, jeśli dopadną go ludzie złej woli. Załóżmy, że do władzy dochodzi populista kłamiący jak z nut, a przy tym podporządkowuje sobie sądy. I co? Ów populista pozwie innych o kłamstwo – klasyczna projekcja, a sędzia-marionetka mu przytaknie. Mamy paradoks – prawo stworzone niby dla dobra wspólnego posłuży do tępienia tych, którzy walczą o prawdę!
Zmiana: Takie czasy, że każdą instytucję można wypaczyć, jeśli demokracja upada. Gdybyśmy wszystkim możliwym ryzykiem mieli się zrażać, to byśmy nawet wolnych wyborów nie wprowadzili – bo przecież mogą wygrać tyrani. A jednak wprowadziliśmy, ryzykując, bo inaczej nie da się iść naprzód. Twoje „lepiej nic nie robić, bo coś pójdzie nie tak” brzmi jak kapitulacja.
Tradycja: Nie twierdzę, żeby nic nie robić. Z kłamstwem trzeba walczyć, ale innymi metodami niż kaganiec karny. Edukacja społeczeństwa, rzetelne fact-checkingi, pluralizm mediów – to naturalne szczepionki przeciw wirusowi kłamstwa. Sto lat liberalnej demokracji uczyło nas wierzyć, że prawda prędzej czy później wypływa na wierzch w wolnej debacie. John Stuart Mill przekonywał, że nawet jeśli prawda zderza się z fałszem, to na koniec prawda zyskuje – bo broniąc się, jaśnieje pełniej. Według Milla tłumienie nawet fałszywej opinii odbiera prawdzie szansę, by w starciu z błędem wyłoniła się silniejsza. Czy ty jeszcze w to wierzysz? Bo ja w głębi duszy chcę wierzyć, że lekarstwem na złą mowę jest więcej dobrej mowy, a nie zakneblowanie ust.
Zmiana: Mill pisał te ideały w XIX wieku, kiedy informacja płynęła wolno jak leniwa rzeka. Dziś mamy tsunami postprawdy. Kłamstwo obiega świat, zanim prawda włoży buty – znasz to powiedzenie. Media społecznościowe pompują fake newsy z prędkością światła. Piękna Millowska wizja „rynku idei”, gdzie w uczciwej dyskusji wykuwa się prawda, przegrywa z kakofonią dezinformacji. Algorytmy wolą sensację niż weryfikację. Myślisz, że zwykły artykuł z faktami dogoni plotkę? Sprostowanie ma zasięg dziesięć razy mniejszy niż oryginalna bzdura! Mill chyba złapałby się za głowę, widząc, jak rozsądek milknie w tym zgiełku.
Tradycja: Rozsądek milknie… Rzeczywiście, czasy mamy trudne. Ale popatrz na Europejski Trybunał Praw Człowieka – wciąż powtarza, że wolność słowa to fundament demokracji, a ograniczać ją można tylko w wyjątkowych sytuacjach – gdy jest to konieczne i proporcjonalne. Obawiam się, że taki ogólny bat na „kłamstwo” wykraczałby poza te ramy i stanowił zbyt duże ryzyko dla otwartej debaty.
Zmiana: Strasburg, Strasburg… Znam tę mantrę o fundamencie demokracji. Ale nawet w Europie są kategorie kłamstw, których nikt nie broni w imię wolności słowa. Kłamstwo oświęcimskie – negowanie Holokaustu – bywa karane i ETPCz to akceptuje, bo uznaje, że to szczególny rodzaj niegodziwej nieprawdy, godzącej w godność ofiar i porządek publiczny. Skoro można karać kłamstwo historyczne, to czemu nie kłamstwo polityczne, które godzi w godność całego społeczeństwa oszukiwanego w żywe oczy? Albo nasze podwórko: Trybunał Konstytucyjny nieraz wskazywał na konflikt wartości – wolność słowa kontra inne dobra. Nawet art. 54 nie jest absolutny właśnie z powodu zderzenia wartości. Pamiętasz sprawę zniesławienia? TK uznał, że godność człowieka może przeważyć nad wolnością słowa – dlatego utrzymał w kodeksie karnym przepis o zniesławieniu (choć wielu krzyczało, by go skreślić). Skoro godność jednostki pozwala ukarać kłamstwo (bo w istocie zniesławienie to przecież kłamstwo na czyjś temat), to czy dobro wspólne, publiczne zaufanie – samo serce demokracji – nie zasługuje na podobną ochronę?
Tradycja: Widzisz różnicę: zniesławienie dotyczy konkretnej osoby, jej czci, i ma dość wąskie ramy – trzeba komuś przypisać coś nieprawdziwego i poniżającego. A i tak toczy się spór, czy powinno to być ścigane z kodeksu karnego czy tylko cywilnie. Ty zaś chcesz chronić „serce demokracji” – piękna metafora, tylko jak ją zamknąć w paragrafach? „Osłabianie zaufania publicznego poprzez kłamstwo” – tak by to brzmiało? Pojęcie szerokie jak ocean. Każdą ostrzejszą wypowiedź władza mogłaby pod to podciągnąć, twierdząc np., że opozycja, mówiąc „rząd nas okrada”, kłamie i podważa zaufanie do państwa… Władza tylko zaciera ręce: zamknie usta krytykom, powołując się na dobro wspólne.
Zmiana: Znów czarny scenariusz. A może pomyśl, co by było, gdyby to prawo istniało w dobrze skrojonej formie, zanim nasza debata publiczna stoczyła się w dzisiejsze bagno? Gdyby 5–10 lat temu paru notorycznym kłamczuchom wymierzono dotkliwą karę – choćby grzywnę czy utratę stanowiska – może dziś politycy bardziej pilnowaliby się z faktami. Może nie ośmielaliby się już tak otwarcie pleść bzdur, wiedząc, że grozi im za to realna odpowiedzialność.
Tradycja: Marzenie ściętej głowy – powiesz, że nierealne, ale mnie marzy się, żeby to wyborcy zakończyli karierę kłamcy, świadomie, przy urnie, a nie sędzia w todze. Bo to by oznaczało, że społeczeństwo jest dojrzałe i mądre. Niestety, wiem – idealizm. John Rawls w swojej teorii sprawiedliwości zakładał, że dobrze uporządkowane społeczeństwo opiera się na dobrowolnej uczciwości obywatelskiej i wzajemnym zaufaniu. Ludzie działają fair, bo uważają to za słuszne, a nie ze strachu przed karą. Chciałabym wierzyć, że to możliwe – że politycy kiedyś sami zrozumieją, iż prawda jest warunkiem sprawiedliwości społecznej, i będą jej przestrzegać z poczucia obowiązku, nie z przymusu.
Zmiana: Więc może trzeba tym społeczeństwem potrząsnąć, żeby dojrzało?
Tradycja: A może potrząsnąć politykami, żeby przestali traktować społeczeństwo jak naiwniaków?
Zmiana: Jedno i drugie by się zdało.
(Zmiana i Tradycja na chwilę milkną. Gdzieś wysoko między półkami coś cicho szepcze – może karta Konstytucji przewróciła się na przeciągu? Migotliwe światło przez witraż rzuca na posadzkę wzór przypominający orła z godła. Przez moment obie wpatrują się w ten symbol.)
Tradycja: Nasz spór to odwieczny taniec wolności ze sprawiedliwością. Tak, jak ta sala jest trochę biblioteką, a trochę sądem, tak i racje po obu stronach są prawdziwe. Wolność słowa – świętość. Ale prawda w życiu publicznym – fundament wspólnoty. Trudno to pogodzić.
Zmiana: Powiedz – czy czujesz, że coś jednak trzeba zrobić? Że status quo jest nie do utrzymania?
Tradycja: Czuję. Choć w głębi duszy boję się ruszać fundamenty wolności słowa, to jednak czuję, jak kłamstwo zatruwa naszą politykę. I że same apele o edukację nie wystarczą.
Zmiana: To już coś. Pierwszy krok: zgadzamy się co do diagnozy. Terapia – cóż, nad nią będziemy się pewnie jeszcze spierać.
Tradycja: Byleśmy tylko mogły się spierać otwarcie, głośno, a nie szeptem po kątach, jak w czasach tyranii kłamstwa. Paradoksalnie to właśnie dzięki wolności słowa możemy dyskutować o jej ograniczeniu. Historia ma poczucie ironii.
Zmiana: Racja. Oby nasza rozmowa stała się ziarnem – czy to w postaci zmiany prawa, czy oddolnej inicjatywy – które kiedyś wyda plon w postaci polityki uczciwszej, choć nie mniej żywiołowej.
Tradycja: Piękna wizja. Może doczekamy dnia, gdy polityk skłamie i sam ze wstydu poda się do dymisji, zanim prawo zdąży go dosięgnąć? Heh, fantastyka.
Zmiana: Fantastyka często bywa pierwszym krokiem rzeczywistości – Lem by to potwierdził.