Julia Dudek: Jako dziecko uwielbiałaś zadawać pytania: „a czy to prawda, że…?”. Dorośli, tacy zmęczeni tą nieustanną dziecięcą dociekliwością, nie zawsze reagują pozytywnie. Czy uważasz, że łatwo jest być ciekawym dzieckiem?
Bogusława Łuka: Myślę, że łatwo jest dziecku zadawać pytania. Ale czy łatwo być ciekawym dzieckiem? To zależy, czy dostaje się pożywkę na tę ciekawość, czy ona rzeczywiście jest trochę wygaszana. No bo ja sama mam takie wspomnienia, że spieszę się do przedszkola czy do szkoły na ostatnią chwilę, bo przecież trzeba zdążyć na ósmą. I w tym całym pośpiechu gdzieś z tylnego siedzenia zaczynają się pytania, np.: „Czy to prawda, że wieloryb ma na plecach nos prawdziwy?”, „Czemu choinka rośnie w kształt stożka?” albo „Czemu jedna chmura jest taka jak wata cukrowa, a inna jest jak anielskie włosy na choince?” i wyobrażam sobie, że jako mama, która wiezie dzieci do szkoły i musi zdążyć, to nie mam w głowie takiej przestrzeni na odpowiadanie, natomiast to jest kwestia zareagowania, bo ja pamiętam, że czasem reagowałam w taki sposób: „Aha, to ciekawe. Nie wiem, zobaczmy.” i wracałam do tych pytań w bardziej dogodnym czasie. Dla mnie były one czasem też ciekawe o tyle, że dowiadywałam się czegoś, czego normalnie bym nigdy nie sprawdziła, i te pytania, które sypały dzieci, były w zasadzie początkiem dla Uniwersytetu Dzieci. Impulsem stało się spotkanie pod przedszkolem. Stałyśmy tam we trzy i nagle dotarło do nas, że dzieci zaraz idą do szkoły. Pojawiła się prosta, ale uderzająca myśl: I co teraz? Co zrobić ze wszystkimi pytaniami, które się pojawiły?
A czy pamiętasz dokładnie moment, w którym po raz pierwszy poczułaś, że tradycyjny model edukacji zamiast pogłębiać ten dziecięcy zachwyt i ciekawość, próbuje utemperować i wpasować w ramy? No bo rozumiem, że uniwersytet miał odpowiedzieć też na tę ciekawość, której szkoła nie zaspokaja.
Tak – uzupełniamy ofertę szkół. Bardzo jest mi bliska pedagogia pozytywna, czego dowiedziałam się od dr Marty Kondrackiej-Szali (zastępczyni dyrektora ds. nauki i współpracy międzynarodowej Uniwersytetu Wrocławskiego). Szkoła czy nauczyciel nie zawsze mają miejsce na podążanie za dziecięcą ciekawością, nawet jeśli chcą. Jest mi łatwiej jako mamie być z dzieckiem i uzupełnić tę ofertę szkoły o pewne rzeczy, które zwyczajnie nie zdarzą się w szkole, bo nie ma na to miejsca. Taki był początek naszego myślenia o tym, żeby poszerzyć możliwość myślenia o pytaniach dzieci. Zastanawiałyśmy się, kto jest pod tym względem najbardziej podobny do dziecka, kto też zadaje tak dużo pytań na co dzień. Tak naprawdę pytania o naturę rzeczy, o świat zadają naukowcy, badacze. Dla nich ten stan ciągłego pytania i weryfikowania jest bardzo podobny, tylko że na innym poziomie, no bo naukowiec już ma wiedzę. Poczułyśmy, że to może razem zadziałać, że i dzieci, i naukowcy mają podobne podejście do pytań, że nie ma złych odpowiedzi, tylko poszukiwanie i pytanie: „Co dalej?”. I dlatego nazywamy się Uniwersytetem Dzieci, no bo są na nim też naukowcy. Myślałyśmy więc przede wszystkim o tym, kto znajdzie odpowiedź na pytania, np. „Jak zmieniłby się organizm człowieka, gdyby przez rok mieszkał na Marsie?” albo „Jak to możliwe, że kosmos się nie kończy?”.

Pracujesz w fundacji od ponad 15 lat i widzisz, jak zmieniają się kolejne pokolenia. Często mówi się, że dzisiejsze dzieci są bardziej wycofane, przebodźcowane czy przyklejone do ekranów. Jak z twojej perspektywy wygląda dzisiaj ich naturalna ciekawość? Co zmieniło się najbardziej, a co wciąż pozostaje bez zmian?
Niezmienne pozostaje na pewno podążanie za ciekawością. Jeśli naprawdę usłyszymy pytanie dziecka i znajdziemy osobę, która potrafi ciekawie na nie odpowiedzieć, sytuacja na zajęciach układa się sama. Pracujemy w małych grupach, warsztatowo, opierając się na naszej metodzie pytań i doświadczeń. Najpierw pojawia się pytanie, które zamieniamy w pytanie badawcze, a następnie dzieci, samodzielnie lub w zespołach, poszukują na nie odpowiedzi.
Dopiero po przejściu tej ścieżki następuje podsumowanie. Rolą prowadzącego nie jest bowiem prowadzenie tradycyjnego wykładu, lecz taka aranżacja sytuacji edukacyjnej, by stworzyć przestrzeń na doświadczanie. Przypomina mi się opowieść dr Małgorzaty Krzeczkowskiej z Wydziału Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego, która jest też ambasadorką Uniwersytetu Dzieci. Prowadzi u nas zajęcia z chemii, zachwycając nią dzieci nie od strony tablicy Mendelejewa czy pisania równań, ale poprzez pokazywanie, czym ona naprawdę jest i gdzie można ją znaleźć.
Mówi, że niezmiennie fascynujące jest to, co dzieje się na koniec zajęć, gdy dzieci przejdą już przez eksperymenty. Jeśli komuś coś nie wyjdzie zgodnie z planem, pani doktor reaguje entuzjastycznie: „Super, zobaczmy, co się zmieniło!”. Nie mówi, że coś się nie udało albo wyszło źle – po prostu wyszło inaczej, bo zmieniły się warunki wejściowe lub sam proces. Zauważa też, że niezwykle zachwycający jest moment, gdy dzieci pytają czy mogą na koniec zmieszać wszystko razem. Używając bezpiecznych odczynników, pozwala im na to. Ta swobodna relacja z materiałem – nazwijmy to zabawą, choć w rzeczywistości jest to głębokie eksperymentowanie i doświadczanie – niemal zawsze kończy się tym, że dzieci po prostu nie chcą wychodzić z sali. Zjawisko to doskonale wyjaśnia teoria nastawienia na rozwój stworzona przez Carol Dweck – traktowanie niepowodzenia nie jako porażki, lecz jako informacji o zmianie procesu, bezpośrednio sprzyja bowiem budowaniu plastyczności mózgu.
A jeżeli mówimy o wykładowcach i praktykach, to czy przygotowujecie ich w jakiś sposób, żeby zamiast tego rodzaju akademickiego wykładu prowadzili zajęcia oparte na waszej metodzie? Mam wrażenie, że sposób ich myślenia musi inaczej działać w momencie, kiedy prowadzą zajęcia dla dzieci, a kiedy przychodzą do studentów, prawda?
Nasza praca zaczyna się nawet wcześniej, bo od wyłapania aktualnego tematu i dopasowania do niego pytania, które nurtuje dzieci. Dopiero do tego pytania dobieramy naukowca. Dla większości wykładowców to wyzwanie, bo nawykli do pracy ze studentami i obawiają się trochę, czy będą potrafili takie zajęcia poprowadzić dla dzieci. Gdy jednak dajemy im gotową strukturę – pytanie, praca własna dzieci, podsumowanie oraz wsparcie koordynatorki – bardzo szybko odnajdują się w tej roli. Co ciekawe, wielu z nich przyznaje później, że to doświadczenie przełożyło się na ich zajęcia na uczelni. Spotkanie z dziećmi przypomina naukowcom, że najpotężniejszym narzędziem edukacyjnym jest rozbudzenie ciekawości. Gdy zamiast hasła „temat: ewolucja” zapyta się: „Czy wieloryb ma nos?”, przyswajanie wiedzy staje się naturalne. Tę metodę przekazujemy także nauczycielom podczas naszych szkoleń. Od 20 lat gromadzimy pytania dzieci i mamy ich już potężną kolekcję. Bywają zupełnie bajkowe jak choćby: „Czy syreny i krasnoludki istniały naprawdę?”, za którym krył się fascynujący wykład o chorobach genetycznych. Największą satysfakcją jest dla nas moment po zajęciach: dzieci wychodzą z sali pełne emocji i natychmiast chcą opowiedzieć rodzicom o wszystkim, czego doświadczyły.
A zdarza wam się też, że sami wykładowcy się do was zgłaszają, czy jednak to wy do nich piszecie z propozycją dołączenia?
Zdarza się. Mamy też takich prowadzących, którzy z nami już dłużej pracują i my do nich wracamy z jakimiś nowymi tematami. Bywa, że mamy w ciągu roku jakieś dodatkowe pomysły, natomiast studia są rocznym, zamkniętym i podzielonym na semestry programem, tak jak na studiach. Sprawia to, że sylabus się nie zmienia w ciągu roku, planujemy wtedy tematy na kolejny rok.

A co takiego ma w sobie umysł, że potrafi zadać pytanie, nad którym profesor akademicki musi się głęboko zadumać, by w ogóle na nie odpowiedzieć?
Myślę, że taki umysł jest jeszcze nieskażony ograniczeniami i jest cały czas ciekawy świata, ciekawy wszystkiego. Umysł dziecka jest po prostu otwarty na poszukiwanie, zrozumienie rzeczy, zrozumienie świata. Ciekawość to jest chyba taka naturalna potrzeba, która w dzieciach jest.
Szkoła czy fundacja to jest jedna kwestia, ale tym pierwszym i chyba najważniejszym środowiskiem jest dom dla dzieci. Na co my dorośli możemy zwracać uwagę w codziennych chwilach, przy wspólnym stole czy na spacerze, by naturalnie karmić tę dziecięcą ciekawość?
Najważniejsze jest to, żeby pozwolić dzieciom na eksperymentowanie. Wiem, że to bywa trudne. Jeśli jednak dziecko jest wolne od bodźców, od telefonów i ekranów… Bo nawet kiedy ogląda jakiś filmik, ale nie idzie za tym żadne dalsze działanie, to brak w tym głębszego efektu. Potwierdzają to badania naukowe: przy zadawaniu pytań i naturalnym dochodzeniu do odpowiedzi w mózgu uruchamia się bardzo wiele połączeń nerwowych. Natomiast przed ekranem ta stymulacja ogranicza się właściwie tylko do relacji oko–wyświetlacz i niezwykle trudno jest w takich warunkach rozbudzić naturalną ciekawość.
Chodzi więc o to, aby nawet w ograniczonych, domowych warunkach stwarzać przestrzeń na to eksperymentowanie. Jeśli dziecko bawi się surowym ciastem, to wiadomo, że z tyłu głowy od razu pojawia się myśl: „Trudno, trzeba będzie to potem posprzątać”. Ale z drugiej strony my przecież uczymy się wszystkimi zmysłami. Sam fakt dotykania czegoś, co ma inną strukturę i próba uformowania z tego jakiegoś kształtu jest najbardziej naturalnym doświadczaniem świata. Nie uczymy się wyłącznie przez czytanie czy słuchanie. Właśnie to pozwolenie na eksperymenty sprawia, że kiedy czegoś samodzielnie doświadczam, uczę się dziesięciokrotnie szybciej, niż kiedy tylko o tym słyszę. I jeśli chodzi o tę naukę, to jest kluczowa sprawa.
Uniwersytet Dzieci to nie tylko chemia, fizyka czy nawet medycyna, ale też programy, takie jak „Ja w świecie emocji”. Dlaczego nauka zarządzania własnym strachem, złością czy budowania relacji, która kiedyś nie byłaby tak oczywistym tematem, jest dziś tak samo kluczowa jak nauka na przykład tabliczki mnożenia?
Bo człowiek tak naprawdę skonstruowany jest z ciała, które ma emocje, i z umysłu, który pochłania wiedzę. I to też mówią nauczyciele czy dyrektorzy, z którymi współpracujemy w naszych programach mentoringowych, że z pierwszym uczniem do szkoły wchodzi nie tylko osoba, ale wchodzą jej emocje i jej wiedza. Nie można więc w sytuacji, w której, załóżmy, dziecko jest zestresowane, niewyspane, głodne albo zwyczajnie chore, no to nie ma szans, żeby się nauczyło, żeby było na takim samym wysokim poziomie intelektualnym jak dziecko wypoczęte, które jest wyspane, najedzone i ten umysł zupełnie inaczej działa. Więc to zarządzanie emocjami jest potrzebne po to, żeby je w ogóle zrozumieć, że one są, że każdy z nas ma emocje, że emocje innych oddziałują na mnie, że ja oddziałuję na innych. Ważne jest też, żeby zrozumieć, że ktoś, jeśli się złości, to wcale niekoniecznie z mojego powodu. Być może jego złość w ogóle nie jest związana ze mną, tylko z czymś innym. A ponieważ w szkole jest zgromadzenie wielu osób, no to może być sytuacja, że coś na mnie oddziałuje, a ja tego nie rozumiem. A jeśli zrozumiem swoje emocje i będę wiedzieć, jak nimi zarządzać, to w sytuacji stresowej, klasówki czy w sytuacji w ogóle odpowiedzi na pytanie mam świadomość, że mam emocje, mogę z nich korzystać i wiem, co z nimi zrobić.

Też jak mówimy o emocjach dzieci, to od razu myślę o tym, że my jako dorośli mamy wrażenie, że my najlepiej wiemy, co te dzieci potrzebują, co one czują, że jak się nie chcą uczyć, to to jest bunt i to jest najgorsze, co może być. A tak naprawdę, co rzeczywiście sprawia, że nagle w oczach tych dzieciaków pojawia się ten błysk i one zaczynają chcieć wiedzieć więcej?
Pojawia się zaciekawienie. Wiem, że będę do tego wracać, bo myślę, że jest niewielki procent osób na świecie, być może są na to badania, ale ja do nich nie dotarłam, że są takie umysły renesansowe, które są zainteresowane wszystkim. Natomiast każdy z nas ma inne zainteresowania. I w momencie gdy coś robimy na Uniwersytecie Dzieci, zarówno w tych zajęciach, ale też z nauczycielami, pokazujemy skalę możliwości. Bywa tak, że jakiś temat, wydawałoby się, z pozoru nieinteresujący, kliknie i okaże się, że to jest ta pasja. Na początku te młodsze dzieci są właściwie zainteresowane wszystkim. Poznają, testują, sprawdzają po kolei.
I bardzo często też mówimy o tym, żeby nie zamykać tych zainteresowań do jakiejś dziedziny, tylko rzeczywiście pokazać wachlarz możliwości, bo o tym też nam mówili absolwenci. W tym roku zrobiłyśmy badanie naszych absolwentów i przygotowałyśmy opracowanie „Nauka, kapitał na całe życie” i to się wielokrotnie pojawiało w wypowiedziach i w cytatach absolwentów, że oni pamiętają zajęcia. Była taka studentka, pamiętam, tą jej wypowiedź i tą opowieść, która pojawiła się na zajęciach z medycyny sądowej. Dzieci miały tam możliwość dotknięcia rzeczywistego preparatu, to było serce świni, już jakiś czas temu. Nasza absolwentka miała wtedy pierwszy raz skalpel w ręce. Mogła wypreparować swoją próbkę. Następnie otrzymała pochwałę od prowadzącej, że robi to bardzo ładnie i że ma predyspozycje do bycia chirurgiem, bo to nie chodzi o takie ciachnięcie, tylko że czasem człowiek się rodzi z pewnym talentem. I ona powiedziała, że po tych zajęciach tak bardzo ją to zainteresowało, że rzeczywiście studiuje medycynę, a co więcej, jest na zajęciach tej samej prowadzącej, która prowadziła zajęcia właśnie na naszym uniwersytetcie. Więc to jest taka historia pokazująca, że to nie chodzi o coś dużego. Czasem wystarczy drobiazg i to się może stać w domu, że pewien drobiazg będzie taką inspiracją, która rzeczywiście odpali taką ciekawość, że zmieni się później w pasję.
Tak, ale jak wy to w ogóle robicie? Kiedy czytam o prawie karnym z elementami kryminologii, genetyce czy projektowaniu łodzi dla dwunastolatków, to po prostu zastanawiam się, jak to jest możliwe? Brzmi to dla mnie dość abstrakcyjnie pod względem poziomu zaawansowania, że opada mi szczęka, kiedy czytałam wasz program. Więc zastanawiam się, jak robicie to, że tak zaawansowane rzeczy robią dzieciaki?
No właśnie. To jest bardzo duża zasługa naukowców, którzy to przygotowują, ale też takiej współpracy i zrozumienia, co jest w tym najważniejsze. Nie da się np. całego programu rocznego studiów zmieścić w czterech spotkaniach, nawet jeśli są one dłuższe. Ważna jest selekcja i odpowiednie dobranie tematów. Cała praca prowadzącego i cała sztuka polegają na tym, żeby on wybrał te elementy, które pozwolą przejść cały proces, ale będą takim „zaciekawiaczem”, który spowoduje, że uruchomi się naturalna ciekawość, która spowoduje, że dziecko chce cały czas więcej. To, co jest najważniejsze dla nas w tych zajęciach, co też nam wróciło w tym raporcie absolwentów, to to, że idąc do domu jakiś element zajęć tak poruszył wyobraźnię dzieci, że sami z siebie, ci mali studenci, szukali dalej odpowiedzi i chcieli pogłębiać tę wiedzę.
I to nie ma znaczenia, czy to było 20 lat temu, czy to jest teraz, ale sposób, w jaki dorosły potrafi przekazać wiedzę, jest bardzo istotny. My swego czasu też dawałyśmy nagrody dla naszych naukowców za to, że potrafią trudny temat przedstawić prostym językiem, możliwym do zrozumienia przez dzieci. To jest naprawdę duży talent.
A czy dzieci pracują na prawdziwym, profesjonalnym sprzęcie i w akademickich laboratoriach, czy opierają się na symulacjach i uproszczonych modelach?
To zależy. Bardzo staramy się, żeby pracowali na akademickim sprzęcie, więc tam, gdzie jest możliwość, pracują w laboratoriach akademickich. Bywa, że pracują w laboratoriach też zaprzyjaźnionych firm, tak żeby faktycznie dotknąć tej wiedzy, żeby to nie było na uproszczonych modelach czy samej teorii. Sam fakt bycia na uczelni jest dla dzieci już bardzo ważny, bo to też wykazały w naszym raporcie odpowiedzi od absolwentów, że dla nich ta uczelnia przestała być straszna, bo czuli się już tam trochę jak u siebie. Znali salę, znali też prowadzących i ten lęk przed wejściem w nieznane był zupełnie inny. Nie dość, że sale akademickie są ładne, to te kampusy uniwersyteckie w większości są bardzo nowoczesne. Sale wykładowe są bardzo duże i te laboratoria są rzeczywiście dobrze wyposażone, więc zobaczenie tych budynków, które tak wyglądają, jest ważne. To też oswojenie lęku po prostu i to bycie w takim laboratorium to bardzo
znaczące przeżycie.
Proponujecie też pełną ścieżkę właśnie od maluchów dopytujących „Co to jest?” po nastolatków, którzy wgłębiają się już w bardziej wąskie specjalizacje. I jak na państwa oczach zmienia się to dziecko? Zastanawiam się, czy mieliście takie przypadki, że dziecko uczęszczało na zajęcia od tego piątego roku życia na przykład do czternastego albo że właśnie przez kilka edycji? Czy 14-latek na projektowaniu dronów czuje się już jak młody inżynier u boku swojego mentora?
Bardzo często tak. My sprawdzamy, jak długo dzieci są w stanie do nas uczęszczać. Mamy bardzo dużo rodziców, którzy kontynuują. Jeśli już raz przyjdą, to zostają. Bywa tak, że mamy kontakt z takim dzieckiem, które przechodzi przez program aż 4 lata. To jest średnia, 3-4 lata, gdzie oni są. Mamy takich, którzy byli przez cały czas. No i tutaj to jest w ogóle ogromna wdzięczność dla rodziców, którzy po prostu jadą z tym dzieckiem na te zajęcia w sobotę. I można zobaczyć różnice między studentami, którzy już są z roku na rok w takiej właśnie swobodzie zadawania pytań, w swobodzie wypowiedzi, w takim bardziej obyciu niż ci, którzy są pierwszy raz. Co jest ważne u nas, to to, że jeśli dzieci mają zajęcia, to nie ma czegoś takiego, że cały czas się chodzi z tą samą grupą. Z jednej strony jest to stresujące i bywa lista uwag od rodziców, że tak jest łatwiej. No bo łatwiej jest być cały czas tą samą grupą jak w klasie, ale z drugiej strony to powoduje, że ponieważ te dzieci są bardzo często z zajęć na zajęcia w różnych grupach, to to je trochę uczy zarządzania swoimi emocjami, takiego wyjścia ze strefy komfortu, otwarcia się na świat, takiego poznawania nowych, więc te kompetencje społeczne są ważne i to jakby się ćwiczy mimowolnie i przy okazji.
To bardzo ciekawe, bo właśnie widzę tę zarysowującą się powoli drogę rozwoju i tej ciekawości. Z tego, co mówisz, to też w dużym stopniu wzrasta pewność siebie.
Tak, tak. Bo tym, na czym nam bardzo zależy, jest sprawczość. I najważniejsza jest ciekawość oraz to, jak o niej myślimy. Gdyby można było zrobić badania przekrojowe i sprawdzić, na co mamy największy wpływ i na które takie kompetencje niekoniecznie związane z nauką, to byłyby to właśnie ciekawość, sprawczość i chęć uczenia się przez całe życie. To zaciekawienie powoduje, że łatwiej jest się uczyć nowych rzeczy.
Pozostając przy temacie chęci. Część nauczycieli jest wypalona, zastanawiam się, jak przekonujecie np. pedagogów, którzy już są przytłoczeni biurokracją czy wypaleni, by zmienili tę kredę i podręcznik na eksperyment i partnerstwo z uczniem? Albo czy umiecie sprawić, że choć część potrafi wyjść z tego wypalenia i spojrzeć na tą klasę trochę inaczej niż przez poprzednie lata?
Mamy taki program Uniwersytet Dzieci w szkole, w klasie, w którym nauczyciele mogą korzystać ze scenariuszy. Powstają one tak, że te zajęcia na uczelniach są eksperymentem, który potem przekładamy na klasy. To jest dodatkowa praca, czyli jeśli dane zajęcia w warunkach uniwersyteckich się sprawdziły, to potem patrzymy, jak to można zrobić w klasie. Czy to jest w te 45 minut, czy w 90 minut lekcyjnych. Nauczyciel dostaje gotowy materiał i może realizować go krok po kroku. Kluczowy w tym materiale jest „zaciekawiacz”. To jest krótki filmik, który jest na YouTubie. Odpowiada, wprowadza temat, ale nie w taki sposób, że w te 10 minut już jest cała odpowiedź, tylko stanowi zajawkę, by dzieci chciały wiedzieć więcej i same znaleźć odpowiedź na pytanie. Nauczyciel ma wybór – może sobie wziąć cały gotowy scenariusz albo jakąś inspirację. I jak rozmawiamy z tymi nauczycielami, bo od pięciu lat robimy tak, że pracujemy z całą szkołą. Czyli jest dyrektor, który z nami pracuje, ale też jesteśmy w szkole i mamy możliwość rozmawiania z tymi nauczycielami. Ten rok jest początkiem, gdzie chcemy zbudować sieć szkół, w których nauczyciel jest właśnie takim pasjonatem. Nasze ostatnie doświadczenie jest takie, że gdy rozmawiamy z tymi nauczycielami i np. gdy mnie pytają skąd jestem i mówię, że z Uniwersytetu Dzieci, to mamy rozpoznawalność. Po tym widzę, że nauczyciele korzystają z naszych pomocy. Gdy pytamy ich, co sprawia, że zaglądają do naszych materiałów, to właśnie wraca informacja, że tam są inspiracje do lekcji, które powodują, że wraca im radość uczenia, że to jest podpowiedź, jak zarządzać klasą. Też to, co jest ważne, to że nauczyciele sami sięgają po te gotowe lekcje. Oni czasem nie mają pomysłu, jak na przykład coś zrealizować albo szukają pomysłu, jak w inny sposób poprowadzić lekcje.
Te scenariusze i współpraca z nauczycielami mają docierać do małych miejscowości, poniżej 20 tysięcy mieszkańców. Ostatnie dane statystyczne pokazują, że tak naprawdę ludność w dużych miastach, w metropoliach, w dużych miastach powyżej 100 tysięcy, to nie jest nawet chyba połowa. Zatem też 60% dzieci mieszka w małych miejscowościach. Więc w momencie, gdy rozmawiamy o jakimś problemie, to trzeba się zastanowić, z jakiej perspektywy rozmawiamy. Bo w małej miejscowości problemy są zupełnie inne. Nasze doświadczenie jest takie, że właśnie w małych miejscowościach bardzo dużo nauczycieli korzysta z naszych scenariuszy na lekcje. Bo oni nie mają innej możliwości. W dużym mieście jest łatwiej pójść na wycieczkę, prawda? Gdy słyszę, że ktoś mówi polska szkoła, to myślę sobie, że nie ma czegoś takiego jak polska szkoła. W sensie każda szkoła jest inna. I też każdy inaczej do niej podchodzi. Jako fundacja rocznie współpracujemy z około 7000 nauczycieli. W Polsce jest 300 000 nauczycieli szkół podstawowych, w naszym zasięgu jest 7000.
Dlaczego edukacja jest to najważniejszą inwestycją i najbardziej zwrotną?
Jestem z zawodu ekonomistką i patrzę na tę edukację też w dłuższej perspektywie. Myślę sobie o tym, że ona powinna być traktowana trochę jak aktywo państwowe albo dobro publiczne. No bo skąd bierzemy takich superprzedsiębiorców, supersamorządowców? Każdy z nas był w szkole podstawowej. Można by powiedzieć, że każdy Polak, który był w szkole podstawowej, w dorosłości jest beneficjentem tej edukacji. Tylko że ten proces jest długi. Bo edukacja to jest około 12 lat. Czyli żeby zobaczyć te efekty i co na taką osobę wpłynęło, to nie możemy patrzeć rok w rok. W edukacji nie ma szybkich efektów. Jak ktoś oczekuje, że przyjdzie do szkoły i po roku się nauczył pisać, no to znaczy, że wszyscy są wkładani w tę samą ramę. A jak zaczynałyśmy od tego, że każde dziecko jest inne, to nie można ich wpasować w tę samą ramę.
I tutaj taka elastyczność, która jest potrzebna całym procesie uczenia się, bo nauczyciel niczego dziecka nie nauczy. Nauczyciel niczego nie jest w stanie dziecka nauczyć. To jest taka prawda, którą powtarzają neurologowie i psychologowie. Każdy z nas uczy się sam. Dzieci opanowują umiejętności analogicznie do pracy naukowców. Samodzielnie eksperymentują, stawiają hipotezy i modyfikują schematy poznawcze. Nauka chodzenia, pisania czy czytania wymaga osobistego wysiłku neuronalnego, którego nikt z zewnątrz nie wykona za dziecko.
I to jest właśnie to, co my robimy na Uniwersytecie Dzieci. Żeby popatrzeć na to trochę z innej strony, że pomagamy stworzyć taką sytuację edukacyjną, żeby ta nauka inspirowała, ale każdy uczy się sam. No i może być tak, że każdy się uczy sam, ale w różnym tempie.
Zaczynałyście w 2007 roku, w bardzo kameralnym składzie, a dzisiaj to jednak dość ogromna, prężnie działająca fundacja. Z czego po tych wszystkich latach jesteś prywatnie najbardziej dumna?
Z nieustającej ciekawości dzieci, że to z tej iskry w oku, czy to u uczniów, czy to u studentów, z tego zachwytu. Jestem ogromnie dumna i szczęśliwa, gdy idę na zajęcia takie na Uniwersytecie Dzieci i widzę, jak wychodzą z sali z taką naprawdę autentyczną radością. Myślę sobie wtedy, że nic się nie zmieniło w tym zakresie, że niektóre zajęcia, na których bywam, są tak porywające, że sama chciałabym wrócić do tych czasów. Jeszcze raz zacząć być takim dzieckiem i sobie sięgnąć po taką czystą radość. I to samo mnie cieszy u wykładowców, ale też u nauczycieli. Mamy takich zaprzyjaźnionych wykładowców, którzy mówili, że gdy doszli już do ściany, do wypalenia, że chyba rzucą pracę jako dydaktyk, to okazało się, że w momencie gdy zaczęli pracować z dziećmi, ze studentami na Uniwersytecie Dzieci, to było dla nich takie WOW, że znowu odzyskali taką sprawczość, moc i taką radość w uczeniu. To samo mówią nauczyciele, że to nieustająca radość z pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi, która prowadzi ich do satysfakcji i ponownej radości z pracy.

Bogusława Łuka: Ekspertka od strategicznego zarządzania i fundraisingu. Już od ponad 15 lat z powodzeniem łączy kropki między wizją, strategią, codziennymi działaniami i sprawdzaniem efektów w działaniach Uniwersytetu Dzieci, którego jest współzałożycielką. Doświadczenie zdobywała zarówno podczas studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym, jak i w trakcie pracy zawodowej m.in. w KPMG, Onet. Przez całe życie poszerza zakres swoich umiejętności, w ramach szkoleń takich jak ACCA, KAOSPilot czy Leadership Academy for Poland. Nagrywa także podkłady „Wokół pytań”.