W dobie nadrzędności naszych preferencji przyzwyczajamy się do daleko idącej kustomizacji – innymi słowy, wyjadamy łyżeczką to, co nam pasuje, skrzętnie pomijając to, co nam nie odpowiada. W efekcie jemy torty zupełnie inne, mimo że udajemy, iż to ten sam tort. W ten sposób wszyscy nazywają się demokratami – choć niewielu nimi tak naprawdę jest.
Demokracja jest jak ogr – ma warstwy. Choć tu nawet lepszym porównaniem może być tort – przeplatany różnymi przysmakami. Problem tylko, że jeden lubi pistacje, a drugi dżem. W dobie nadrzędności naszych preferencji przyzwyczajamy się do daleko idącej kustomizacji – innymi słowy, wyjadamy łyżeczką to, co nam pasuje, skrzętnie pomijając to, co nam nie odpowiada. W efekcie jemy torty zupełnie inne, mimo że udajemy, iż to ten sam tort. W ten sposób wszyscy nazywają się demokratami – choć niewielu nimi tak naprawdę jest.
Najczystszymi demokratami są zwolennicy tyranii większości – czyli osoby, dla których demokracja jest najwyższą wartością. Ci ludzie jedzą tylko tort i nic więcej. Demokratyczni absolutyści traktują demokrację jako cel sam w sobie. Tymczasem to tylko metoda zorganizowania społeczeństwa, by mogło jako tako funkcjonować. Demokracja ma szereg inherentnych wad, do tego jest niestabilna i łatwa do obalenia. Jednak jak zauważył Churchill, pomimo że jest to fatalny ustrój – wszystkie inne są gorsze. Jej główną zaletą jest częsta zmiana władzy, co pozwala zmniejszać korupcję, zawłaszczanie państwa i umożliwia łatwiejsze dostosowywanie się do nowych realiów i potrzeb. Mając tego świadomość, powinniśmy demokracji bronić, ale być świadomymi zagrożeń, które niesie.
W teorii jeżeli trzy wilki przegłosują owcę, to zgodnie z demokratycznymi zasadami mogą ją zjeść. Rozwiązanie niewątpliwie demokratyczne – ale czy na pewno dobre i sprawiedliwe? Wewnętrznie czujemy, że nie za bardzo – stąd powstała koncepcja demokracji liberalnej, która zapewnia rządy demokratyczne przy jednoczesnej ochronie praw mniejszości i jednostek przed zakusami większości. Dobra wiadomość jest taka, że katalog tych praw też jest ustalany demokratycznie. Zła natomiast taka, że to znowu sprowadza nas do problemu wilków i owcy – katalog gwarantowanych praw raz się kurczy, raz rozszerza, podobnie jak ich interpretacja. Wszystkie zwierzęta są równe… A właśnie o ten katalog dziś często toczą się najcięższe ideologiczne boje: aborcja, kara śmierci, prywatność, wolność słowa, woda, jedzenie, czy nawet istnienie takich praw jako takich. To na froncie demokracji toczy się dziś walka między wolnością a tyranią. Przy czym obie strony mają się za demokratów – i właściwie obie mają rację. A właściwie zwolennicy tyranii mają ją nawet bardziej, bowiem jak zauważył już Platon, czysta demokracja nie jest zbyt przyjemna i zaliczył ją do grupy ustrojów zdegenerowanych.
Innym problemem jest to, że czysta demokracja bezpośrednia właściwie nigdzie się nie sprawdza – i to z kilku powodów. Po pierwsze ilość decyzji do podjęcia w dzisiejszym świecie jest olbrzymia i trudno oczekiwać od obywateli, by w nie wszystkie się angażowali, zaś przy niewielkiej frekwencji zdecydowała większość głosujących, ale nie wszystkich. Jak w takim przypadku określać demokratyczny mandat? A to tylko pierwszy problem zwolenników demokracji bezpośredniej i wszelkiego rodzaju referendów. Drugi to poziom kompetencji głosujących. O ile zebranie na agorze w starożytnej Grecji mogło podejmować w miarę kompetentne decyzje, to dziś społeczeństwo, choć bardziej wykształcone, nie ma szans choćby ogólnie zorientować się bardzo skomplikowanych zagadnieniach. Pozostają proste pytania z odpowiedziami „tak” lub „nie” w bardzo ograniczonym zakresie zagadnień. Innymi słowy, bez technokracji nie da się zarządzać współczesnym państwem. Stąd absolutyści demokracji w wielu przypadkach przedzierzgnęli się w zwolenników demokratury.
W demokraturze mandat większościowy w demokracji pośredniej uprawnia wybranych właściwie do dowolnych działań – bo są one w tej koncepcji z definicji demokratyczne. Ta suwerenność wybranych dotyczy także decyzji i spraw, których nie omawiali w trakcie kampanii, a także tych idących w poprzek ich zapowiedzi. Mandat wyborczy ma być uniwersalny i nieodwołalny. Wyborcy Trumpa głosowali za odbudową przemysłu, dostali likwidację instytucji państwa, rajdy ICE na ulicach i wojnę z Iranem – wszystko zgodnie z logiką demokratury. Skoro większość wybrała, to wybrańcy mogą robić co chcą i to najlepiej bez konsekwencji. Szczytem takiego podejścia jest prezydent Trump, który zasadniczo załatwił sobie immunitet od właściwie wszystkich działań, w czasie kiedy zajmuje urząd.
W tym podejściu nie ma miejsca na żadne mechanizmy kontroli władzy poza samymi wyborami. Wszelkie instytucje kontrolne są w pierwszej kolejności łamane, doprowadzane do niewydolności przez restrykcje budżetowe lub personalne, odbywa się przeciwko nim pełna nagonka. Tworzy się dla nich różne nieprzyjemne miana: deep state, sitwa, kasta, elity. Przy tym wskazuje się ich niedemokratyczny charakter – co w tym rozumieniu jest kluczowym zarzutem. Podpadają pod niego zasadniczo wszelkie instytucje i konkurencyjne ośrodki władzy: sądownictwo, media, organizacje międzynarodowe – wszyscy ci, którzy utrudniają życie demokratycznie wybranemu władcy, ograniczając jego możliwości decyzyjne – wprowadzając „imposybilizm”. Tego demokratura znieść nie może.
Stąd okres władzy wierzących w demokraturę to okres bezustannego dewastowania porządku instytucjonalnego – bardzo trudny do naprawienia. To coś jak próba zrobienia akwarium z zupy rybnej. Co gorsza, następcy zwykle nie mają wielkiej motywacji, by szybkich napraw dokonywać – któż lubi ograniczać samego siebie. Do tego pozostałości po poprzednikach też tego nie ułatwiają. Stąd i postępy bywają powolne – jak obecnie w Polsce, czy zapewne za chwilę na Węgrzech. Choć tam będzie o tyle łatwiej, że zwycięzcy mają większość konstytucyjną. Co ciekawe, jednak podejście do instytucji demokratury utrzymuje się tylko tak długo, jak sama jest u władzy. Jak tylko znajdują się w opozycji, zaczynają celebrować każdą możliwość ograniczania władzy swoich przeciwników.
Jednak ostatecznym testem, czy wyznawcy demokratury są demokratami, jest to, czy poddają się jedynemu werdyktowi, jaki uznają – wyborom. Hitler działał dokładnie według tych zasad i doprowadził kraj do totalitaryzmu. To samo zrobił Putin. Trump wysłał swoich zwolenników na Kapitol po przegranych wyborach. Jednak Kaczyński i Orban swoją przegraną uznali, nie próbując specjalnie forsować narracji o sfałszowanych wyborach. Jakkolwiek daleko mi do nich pod niemal każdym względem, nie mogę odmówić im demokratycznej natury. Nawet jeśli demokratyczne boisko starali się mocno przekrzywić na swoją stronę.
Demokratyczną naturę natomiast można zakwestionować u tych, którzy z demokracji chcą wyłączyć wolę większości. Zwłaszcza jeśli im się ta wola nie podoba. Zwłaszcza kiedy ta wola jest obiektywnie błędna i szkodliwa. Zwłaszcza jeśli kłóci się z naszymi wartościami. Bo jak już pisałem, demokracja to fatalny system nie gwarantujący optymalnych, ani nawet dobrych rozwiązań. Kluczem w demokracji jest debata i przekonywanie. O tym „strona demokratyczna” często zapomina, oznajmiając ex cathedra swoje mądrości i dziwiąc się, że lud nie spija słów z ich ust. Elity w demokracji są absolutnie niezbędne, ale ich głos nie waży więcej niż głos całej reszty. Ich rolą jest przekonywać, edukować – i nie obrażać się, kiedy im się to nie udaje. Zaś narzucanie swoich poglądów będzie powodować reakcję rosnącego oporu. To sprzyjać zaś będzie siłom populistycznym – gotowym realizować „wolę ludu”, eliminować wpływy elit, a przy okazji realizować swoje plany ideologiczne. Niech i to będzie przestrogą dla demokratów.