Gdy popatrzeć na starożytność, dialog był czymś powszechnym. I idzie nie tylko o zwykłą rozmowę, fundamentalną wszak formę komunikacji, o wymianę myśli, idei i poglądów pomiędzy Ja a Ty, ale szerzej, o metodę poszukiwania prawdy. Niekoniecznie tej leżącej na wierzchu, odkrytej i jasnej, po którą wystarczy sięgnąć ręką, ale raczej tej, do której należy z mozołem docierać, aby zbudować wiedzę i praktykować na ówczesny sposób rozumianą cnotę. Mowa tu o greckim ἀρετή – areté i łacińskim virtus, o dzielności i sprawności, stałej dyspozycji człowieka ku czynom moralnie dobrym. Czynom, które nie dzielą, nie wykluczają, nie zwodzą, nie uchybiają niczyjej godności. Czynom prowadzącym ku właściwemu funkcjonowaniu tak jednostki, jak i dalej rozpoczynającej się od każdego Ja i Ty wspólnoty, a wreszcie i państwa czy jego instytucji. Na każdym z tych kroków budowanie odbywa się w duchu i praktyce dialogu, porozumienia. Nie targu, nie bezproduktywnego przekrzykiwania się, awantury, ideologizacji czy anarchii, a faktycznie wypracowanej zgody.
Dialog z drugim człowiekiem, jaki praktykował Sokrates, sam siebie określający mianem „położnika prawdy”, rozmówcę miał prowadzić właśnie ku tej ostatniej. Ku dostrzeżeniu, jak sprawy mają się naprawdę. Bez cieni i niedopowiedzeń, choć bywało, że prawda wyłaniała się z morza pytań, zaskoczeń i wątpliwości. Taki już urok dialogu, stanowiącego poszukiwanie tego, co dla nas istotne w każdym z porządków indywidualnej codzienności, wspólnotowości czy życia publicznego. Dialog zmienia, Dialog uczy. Ma wyprowadzić z mroku przesądów, błędów, przedzałożeń. Ma wyprowadzać na światło. Konfrontuje nas z tym, co trudne, zalęknione, kłamliwe, zdradliwe, pogmatwane, złe. Nie jest prostą sumą pytań i odpowiedzi, ale również wszystkim, co wydarza się między dialogującymi. Ma zakładać szacunek i minimalną – tak na początek – otwartość na drugiego, ciekawość tego, co inne, a niekoniecznie z automatu wrogie. I nie idzie o to, by niczym magiczna różdżka prostował nam drogi, by nasze „Eureka” rozbrzmiewało tak głośno, że obudzi cały blok. Takie odkrycia mogą być cichsze, pozostawiać w nas ślad, dawać do myślenia, otwierać oczy, budzić głód dalszych poszukiwań. Nie idzie o to, by wymieniane słowa dawały absolutną pewność, bo taka balansuje na granicy niemożliwości, ale by stawały się szansą na wspólne poszukiwanie, a w jakiejś perspektywie na mniejsze i większe porozumienia. Czasem wymagające długich debat, analiz, ton dokumentów i ciężkiej pracy, kiedy indziej prostsze i szybsze niż moglibyśmy się spodziewać.
Dialog zakłada odpowiedź. Tym razem naszą. Wymaga uważnego słuchania, dopuszczenia, że czyjś głos nie ma trafiać w próżnię, ale do naszych uszu. Tymczasem… „Mało pytających. Dużo wszystkowiedzących. Jeżeli już ktoś pyta, warto poświęcić mu uwagę, bo to człowiek poszukujący, zastanawiający się, starający się coś zrozumieć, a jakże to rzadki teraz przypadek. Zwraca uwagę, że jeżeli dziś się w towarzystwie o czymś mówi, prawie nie zdarza się, aby ktoś powiedział – nie wiem, nie mam pojęcia, przeciwnie – wszyscy zabierają głos, mówią ex cathedra, twierdzą, upierają się przy swoim, monologują” – pisał Ryszard Kapuściński. I tak w kółko. I na każdy temat. Wręcz z przyzwyczajenia. Przypatrujemy się sobie niczym z drugiego brzegu rzeki, krzyczymy do siebie/o sobie, jakbyśmy stali na szczytach odległych gór, bawimy się w głuchy telefon, zniekształcając prawdy, którym coraz trudniej przebić się przez to ciągłe perorowanie, przez medialny szum, przez tony dezinformacji, przez złość i zacietrzewienie tych czy innych.
Na ten Nowy Rok… więcej pytających, czytających, słuchających w nas. Więcej dialogu. O historii i nie tylko.