Niezależnie od tego, czy Szatan istnieje, czy nie, jego postać po prostu przyciąga uwagę. Być może jest w tym jakaś pokusa, a nie ma nic bardziej diabelskiego od kuszenia. Obraz Szatana prowokuje wszystkich. Zarówno dla wierzących i niewierzących koncept osoby (względnie mocy) ucieleśniającej zło – a przynajmniej tego, co powszechnie jest za zło uważane – skłania do różnorakich refleksji: nad źródłem zła, jego substancjalnością, odmianami zła w działaniu, psychologią moralności, kondycją świata… I nad wolnością także.
Szatan i satanizmy
Postać diabła nie tylko skłania do różnych refleksji, ale prowokuje odmienne postawy. Od zaprzeczenia, przez trwogę aż po… aprobatę. Dziś wielu Szatana czci, podziwia, adoruje, stawia za wzór, i to na przeróżne sposoby. Chciałbym skupić uwagę Szanownych Czytelników na obecność we współczesnej kulturze rozmaitych stanowisk wobec Szatana pozytywnych. Niniejszy tekst poświęcony jest nie tyle o satanizmowi, co współczesnym satanizmom, a moim głównym celem jest pokazanie, jak idea wolności jest konkretyzowana w różnych satanizmach.
Satanizm można rekonstruować na różne sposoby, ale obranie idei wolności za punkt odniesienia wydaje się zasadne. Toć przywódca złych duchów, w sposób całkowicie swobodny miał jako pierwszy zbuntować się wobec niesprawiedliwych rządów Stwórcy. Nie upieram się, że idea wolności jest w satanizmie centralna. Dla niektórych satanistów idea wolności, owszem, jest centralna, jak choćby dla członków Global Order of Satan, którzy o tym mówią w pierwszym zdaniu deklaracji światopoglądowej. Dla innych – nie. Na przykład dla Nikolasa Schrecka, założyciela Werewolf Order (organizacji inspirowanej półmitycznym nazistowskim projektem Werwolf), pierwszorzędne znaczenie miały kult siły i darwinizm społeczny. W tym wypadku uwolnienie „wewnętrznego wilka” z okowów człowieczeństwa ma charakter wtórny. Siła daje wolność. Wolność jest raczej aspektem siły niż czymś centralnym. Co nie zmienia faktu, że i tu wolność odgrywa rolę znaczącą.
Nie chcę pisać o historii Szatana ani o jego obrazach. Kulturowa historia Szatana jest fascynująca: można w niej dostrzec ewolucję od „szatana” w znaczeniu roli polegającej na byciu oponentem człowieka („szatanem” w tym sensie był nazwany anioł, który stanął na drodze Balaamowi), przez niebiańskiego oskarżyciela człowieka przed Bogiem (taki anioł pełniący urząd prokuratora jak z początku księgi Hioba), po „Szatana” jako nazwę własną jednej istoty; przeciwnika samego Boga i władcy złych duchów, a przynajmniej jednego z ich najwyższych władców. Ale to nie jest współczesność, a o współczesność mi chodzi.
Tym bardziej nie zamierzam mówić o obrazach Szatana, a już w szczególności diabła. Bo więcej mamy obrazów i koncepcji diabła/Szatana, niż osób oddających mu cześć. Toć niemal wszyscy teologowie wierzą w istnienie diabła i mają jakiś jego obraz (i kłócili się, na przykład, czy Szatan może być zbawiony), a mocy diabelskich się wystrzegają. Bogusław Wolniewicz, polski filozof, który mówił o sobie, że „jest niewierzącym, ale rzymskokatolickim”, mawiał też, że w istnienie Boga nie wierzy (był agnostykiem), ale w istnienie diabła – owszem. Diabeł był bowiem dla niego metafizyczną siłą, „miłością zła”, która przez człowieka manifestuje się w świecie. Nawet osoby przeczące istnieniu Szatana jako jakiejś osobowej istoty mają jakieś jego ujęcie. Panteistyczny Benedykt Spinoza rozumował tak: skoro Bóg jest wszystkim i cokolwiek istnieje, jest Bogiem lub istnieje w Bogu, to diabeł, jako całkowite przeciwieństwo Boga, musi być niczym. Dosłowną nicością. Zabobonny lud trwożnie mówi o „diable”, ale tej nazwie w rzeczywistości nie odpowiada kompletnie nic. „Diabeł” jest najbardziej pustą spośród nazw. To wszystko jest bardzo ciekawe, ale skupmy się na satanizmie współczesnym.
Ćmy na opak
Ale czemu w ogóle pisać o czcicielach diabła? Rozbrajająco szczerze napiszę: dlatego, że temat jest dla mnie osobiście ciekawy. Gdyby jednak się zastanowić, to można znaleźć kilka powodów.
Kogoś może pociągać aura tajemniczości i mroku związana z ruchami satanistycznymi. Wiecie, okultyzm, czarne msze, te sprawy. Są wśród nas dusze, które są niczym ćmy na opak – lgną do ciemności zamiast do światła. Są ludzie, których bardziej fascynuje zło niż dobro. Nie oznacza to oczywiście złej woli i akcesu w rytualnym mordowaniu dziewic. Chodzi po prostu o pewną wrażliwość i o łatwość, z którą sprawy mroczne i ponure przyciągają uwagę niektórych osób. Znam ludzi, którzy kilka razy czytali Piekło z Boskiej komedii, ale nigdy Czyśćca ani Nieba. Bo nudne. Nie dziwię się i rozumiem, w końcu w niebie jest tak pięknie, że tego nie da się opisać, natomiast w piekle…
Trzeba przyznać, że satanizm walnie przyczynił się do roztoczenia tej aury mroku. Sataniści od wieków ukrywali się przed spojrzeniem władz państwowych i kościelnych, niezależnie od tego, czy to, co robili i to, w co wierzyli, było autentycznie złe czy nie. A skoro się ukrywają, to mają coś do ukrycia… Czyli pewnie spiskują! W istocie, część satanistycznych grup miało konspiracyjny charakter i opierało się na planowaniu przestępstw. Nie brak satanistycznie umotywowanych organizacji terrorystycznych. Kroniki kryminalne pełne są zbrodniarzy robiących coś dla chwały Szatana, a przynajmniej tłumaczących się, że musieli słuchać diabelskich podszeptów. Większość seryjnych morderców to psychopaci, ale psychopatia ma to do siebie, że dotknięte nią osoby rzadko kiedy „słyszą głosy”, które każą im zabijać w imię Lucyfera.
Oczywiście nie każda grupa oskarżana o spiskowanie w imię Szatana była oskarżana słusznie, co wiemy od czasów procesu templariuszy i afery Léo Taxila. Podczas moralnego niepokoju w USA z lat 80. ubiegłego wieku (tak zwane „Satanic Panic”) udokumentowano 12 tysięcy niepopartych dowodami oskarżeń o przygotowywanie i udział w rytualnych mordach i gwałtach. Nie wykazano, że istnieje jakieś satanistyczne podziemie, które na skalę narodową i światową systematycznie dokonywało przerażających czynów. Ale prawdziwi zbrodniarze wykorzystywali czasy moralnej paniki. „Przyozdabiali” miejsca gwałtów na satanistyczne kaplice, by zmylić trop policji i osłabiać wiarygodność zeznań ofiar…
Jawne tajemnice
Niemniej, mnóstwo satanistów w ogóle nie kryje się ze swoją działalnością. Sporo, może nawet większość grup satanistycznych nie ma charakteru konspiracyjnego czy nawet sekretnego. Zwłaszcza w czasach Internetu na wyciągnięcie ręki. „Chcesz się dowiedzieć, w co wierzą sympatycy Antona Szandora LaVeya? Chcesz zapisać się do Kościoła Szatana? Nic prostszego, wejdź na naszą stronę www, wypełnij formularz i wyślij na adres…”. Oczywiście z trzema szóstkami.
Samo słowo „okultyzm” wywodzi się od „skrywania”, ale dostęp do okultystycznych treści jest banalnie prosty. Jako wielki fan Egzorcysty z 1973 roku szukałem niedawno informacji na temat filmowego Pazuzu. I przypadkiem trafiłem na forum, które w samej nazwie wzywa do stania się żywym bogiem. Ot, ambicje. Bez żadnej rejestracji można nie tylko zobaczyć wzór na stworzenie pieczęci Pazuzu (jak się można domyślić, tego prawdziwego), inkantacje przywołujące „króla złych wiatrów” i doświadczenia po inwokacji demona pustyni, ale także wiele innych rzeczy, w tym zapytania o istoty gotowe pomóc w karierze wyścigowej i zaklęcia miłosne mające przywrócić swojego eks. Mało? Wejdźże, Czytelniku, na portal Reddit. Tam bez trudu znajdziesz subfora zajmujące się praktykowaniem demonolatrii, gdzie ludzie dzielą się poradami w przywoływaniu 72 duchów Goecji, opowiadają, jak demony im pomogły w życiu i czy faktycznie Belial jest taki bezwartościowy, jak o nim mówią. Wielu satanistów zresztą w istnienie Szatana nie wierzy, więc przywoływać go nie próbuje.
I to jest fascynujące. Można negować istnienie Szatana, lecz nie satanistów. I sataniści są wśród nas, czy nam się to podoba, czy nie. Stąd warto mieć świadomość, czym satanizm właściwie jest i jaki jest jego stosunek do wolności, o ile w przyrodzie występują takie stworzenia jak „satanizm w ogóle”. Satanistą może być twój ulubiony kolega z biura, może być nim właściciel warzywniaka, oficer specjalizujący się w wojnie psychologicznej, bogaty i biedny, wierzący i niewierzący, nikomu nieznany odludek i gwiazda szwedzkiego metalu. Twój sąsiad – łysy, z długimi włosami lub krótkimi – też może być satanistą, a tobie się zawsze wydawało, że był to po prostu rezolutny indywidualista, który bardzo nie lubi Kościoła. Starsza para satanistów, głównych postaci z horroru Wszystko dla Jacksona wyglądała dość zwyczajnie, a ich motywacje były aż nazbyt ludzkie (pomijając różne elementy nadnaturalne w filmie).
Jak się okazuje, satanistą może być też opiekun społeczny. W lipcu tego roku we Wiedniu pewna dwunastolatka wyskoczyła z okna, ponieważ przyszedł do niej mężczyzna z wytatuowanym pentagramem na czole i doczepionymi różkami (sic!). Szybko powstały między nimi napięcia, nie wytrzymała, skoczyła. Przeżyła. Dziewczyna była ofiarą długotrwałej krzywdy, trafiła do opieki społecznej, ale w wyniku traumy zaczęła bać się mężczyzn. Mimo jasnej instrukcji, że dziewczyna nie czuje się bezpiecznie w ich towarzystwie, z opieki społecznej wysłano do niej mężczyznę. Z rogami. I pentagramem na czole. Dziewczyna wyskoczyła ze strachu przez okno nie z powodu strachu przed Szatanem czy satanistami, ale przed mężczyznami. Ale umówmy się: rogi i pentagramy wcale nie pomogły. Te rzeczy powszechnie kojarzą się z siłami zła, więc mogły tylko pogorszyć sytuację, gdy dziewczyna napotkała przedstawiciela grupy, która jej się kojarzy jako zła. Niesmak zostaje.
Przyznam, że osobiście do zainteresowania się satanistami skłoniły mnie ich wzajemne oskarżenia. Satanizm satanizmowi nierówny, ale umówmy się szczerze – w powszechnej świadomości satanizm nie kojarzy się dobrze. Tak ogólnie, raczej nie ma dobrej opinii. Dlatego bardzo mnie rozbawiło, gdy po raz pierwszy usłyszałem słowa w stylu „ci z Kościoła Szatana ściągają na nas, prawdziwych satanistów, złą opinię”. W obrębie samych satanistów spotkamy się ze stanowiskami, że ci czy tamci „nie zasługują” na nazywanie siebie satanistami. Ale po rozbawieniu przyszła refleksja: no dobra, ale czym tak naprawdę jest satanizm? Na czym polega „prawdziwy” satanizm?
Sympathy for the Devil
Można iść po linii najmniejszego oporu i uznać, że satanizm to doktryna satanistów, a satanistą jest każdy, kto jest powszechnie za satanistę uważany. Nie zaszlibyśmy jednak daleko, gdyż poglądy w tym zakresie bywają skrajnie różne i jawnie fałszywe, bo opierające się na fake newsach. Po wielu wiekach polowań na czarownice nie można traktować satanizmu jako poglądu, który wystarczy określić „z zewnątrz”, pomijając samoidentyfikację, o ile zależy nam na rzetelności. Takie podejście jest chybione: toć starożytni gnostycy oskarżali pierwszych chrześcijan o czczenie diabła (bo przecież Jahwe chełpił się, że stworzył ziemię, a przecież dobry, czysty Bóg z materią nie może mieć nic wspólnego), a w pierwszym wieku nowej ery chrześcijanie byli prześladowani w Rzymie za… ateizm, czyli bezbożność (w końcu odmawiali czczenia boskiego cezara).
Fakt, że satanizm w ogóle jest czymś kontrowersyjnym i kontrkulturowym, też nie ułatwia tworzenia jasnych podziałów. Czemu kontrowersyjnym – to wiadomo i o tym była już mowa. Kontrkulturowym zaś dlatego, że jakby nie patrzeć, satanizm w takiej czy innej postaci jest opozycyjny wobec religii Abrahamowych, te zaś mają światową dominację. O ironio, biorąc pod uwagę fakt, że Szatana nazywa się „władcą tego świata”.
Etymologia słowa „satanizm” również nie pomaga, ponieważ wyraz ten powstał dopiero w wieku XVI we Francji (satanisme) i był używany przez wiele stuleci do piętnowania przeciwników jako tych złych. Co zabawne, to chrześcijanie nazywali innych chrześcijan „satanistami”, ponieważ ci drudzy byli oskarżani o oddalanie się od Boga, a tym samym, jako schizmatycy i heretycy, zbliżali się do Diabła, a może nawet już działali zgodnie z wolą piekieł. Przez wiele lat „satanistą” był po prostu człowiek niemoralny, który odszedł od „prawdziwego” chrześcijaństwa. Dopiero w wieku XIX „satanistą” zaczęto nazywać po prostu ludzi żyjących immoralnie (czyli nie zwykłych grzeszników), a także czcicieli Szatana. Co ciekawe, osobne słowo oznaczające czarnoksiężnika czczącego Diabła pojawiło się już w XVII-wiecznej Szwecji, ale brzmiało „sathanister”.
Satanizm może być religijny, ale nie musi. Bywa niekiedy poglądem filozoficznym, światopoglądem, może mieć charakter ideologiczny. Tak czy owak, musi być poglądem. Ale co łączy wszystkie satanistyczne poglądy?
Satanistą oczywiście nie jest ktoś, kto wierzy w istnienie Szatana. Gdyby tak było, to papież byłby satanistą, ale nie Anton Szandor LaVey, czarny papież Kościoła Szatana. Siłą rzeczy, satanizm nie może polegać na wierze w Szatana (czy wierze Szatanowi), albowiem skoro nie wierzy się w istnienie Szatana, to tym bardziej nie wierzy się Szatanowi.
Warunkiem niezbędnym do bycia satanistą jest pewna sympatia wobec Szatana, a mówiąc językiem mniej emocjonalnym: dodatnia ocena tej postaci. Ale żywienie aprobaty wobec Szatana to zbyt mało. Nietrudno wyobrazić sobie wierzącego, który w Szatanie widzi tę siłę, „która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni” i jako tako docenia rolę Szatana w Bożej ekonomii zbawienia. Wielu romantycznych poetów czuło pewną sympatię wobec Szatana i zrozumienie dla jego buntu, ale koniec końców byli pokornymi sługami Bożymi, nie diabelskimi.
Tak więc ocena Szatana musi być dodatnia, ale to nie wystarczy. Kto chce mienić się satanistą, musi dodatnio oceniać Szatana, ale ze względu na to, kim Szatan jest, co symbolizuje i jakie zasady reprezentuje. Nie może być satanistą ktoś, kto docenia przeciwnika Boga właśnie ze względu na to, że w ostatecznym rachunku sprzyja Bogu.
Satanista musi więc cenić Szatana ze względu na niego samego, autonomicznie. Musi więc Szatana podziwiać, traktować go jako wzór i drogowskaz życiowy. I jako takiego musi Szatana „czcić”. „Cześć” to może nienajlepsze określenie, ponieważ sugeruje religijne poddanie się wyższej sile, natomiast sataniści, ze względu na swoją naturalną buntowniczość, zazwyczaj należą do ludzi którzy „nie klęczą”. Nie każdy zresztą satanista zaprząta sobie głowę „kultem”: jedni tak robią, bo są tymi co „nie klęczą”, drudzy, bo są całkowicie niereligijni, a jeszcze inni – bo Szatanowi na własnym kulcie nie zależy. Można się zgodzić na określenie „satanista to osoba czcząca Szatana”, ale tylko wtedy, gdy „cześć” miałaby oznaczać „wielkie poważanie, darzenie wielkim szacunkiem”.
Prawdziwa cześć dla Ojca Kłamstwa
W powyższym znaczeniu satanistą jest ktoś, kto wyznaje satanizm. Może to brzmi jak banał, ale banałem nie jest, bo powyższa charakterystyka pozwala uznać za satanistę tylko osoby, które się z satanizmem/Szatanem identyfikują. W przeciwnym razie mielibyśmy inflację pojęcia satanizmu, bo satanistami byliby przede wszystkim ci, których inni za satanistów uważają.
Wyznawcą satanizmu jest ktoś, kto jest przekonany, że poglądy, wartości i postawy reprezentowane przez Szatana są słuszne i prawdziwe. Ale co miałoby znaczyć „reprezentowane przez Szatana”? Wszystko zależy od tego, czy satanista traktuje istnienie Szatana na serio.
Potrafimy się przejąć czynami i postawami zarówno postaci rzeczywistych, jak i fikcyjnych. Ideały pierwotnego chrześcijaństwa są równie szlachetne, niezależnie od rzeczywistego istnienia Jezusa. Nie brakuje zresztą ateistów bardziej chrześcijańskich niż niejeden wierzący. W związku z tym satanizm zwykło się dzielić na teistyczny i nonteistyczny (zamiennie: ateistyczny). I trudno się do tego podziału przyczepić, bo jest klarowny i dotyka rzeczy istotnych. Satanista teistyczny wierzy w faktyczne, rzeczywiste istnienie Szatana, natomiast nonteistyczny nie wierzy. Satanista nonteistyczny oddaje Szatanowi poważanie i szacunek, ale jako tworowi zbiorowej wyobraźni, który wyraża postawy godne naśladowania. Który symbolizuje pewne wartości, którym według satanisty należy się szacunek (przynajmniej od niego samego).
Jest jeszcze inny podział, na który warto zwrócić uwagę. Dla większości satanistów Szatan jest postacią reprezentującą pewne zasady o charakterze przedchrześcijańskim. Nie czczą więc Szatana opisywanego przez chrześcijańską ortodoksję i dogmatykę, gdyż uważają, że chrześcijaństwo wypaczyło prawdziwy obraz Szatana, względnie wypaczyło zasady życia, które Szatan – jako symbol – reprezentuje. Garść przykładów: wedle członków Świątyni Seta, prawdziwym imieniem Szatana jest Set, któremu wyznawcy zazdrosnego Jahwe „dorobili gębę” i dosłownie (metafizycznie?) dorobili rogi. Dla wyznawców Zakonu Dziewięciu Kątów istoty demoniczne mają więcej wspólnego z odwiecznymi, quasilovecraftowymi siłami chaosu niż z typowym wyobrażeniem zastępów diabelskich w piekle. Z kolei Anton Szandor LaVey nie wierzył w istnienie Szatana, lecz – trochę po nietzscheańsku – traktował Szatana jako symbol odwiecznych ideałów natury, ideałów dla elitarnych, ambitnych i silnych, które to mentalność stada spotwarzyła jako „zło”. Ot, rekapitulacja Z genealogii moralności.
Nie brak też satanistów, wedle których opis Szatana, który daje chrześcijaństwo, jest zasadniczo poprawny. Dla nich Szatan jest z grubsza taki, jak go opisuje chrześcijaństwo, tylko że powinno się jego obraz interpretować inaczej: te cechy, za które chrześcijanin odrzuca Szatana, są wedle satanisty godne podziwu.
Jest pokusa (czyżby diabelska?), by „prawdziwym satanizmem” nazywać klasycznie rozumianych „wyznawców Szatana”, którzy oddają mu religijny hołd, wierzą w jego istnienie i odprawiają mroczne rytuały. Na ile bowiem chrześcijański jest ktoś, według kogo Jezus nigdy nie żył? Nie ulega wątpliwości, że dla rzeszy osób, skoro Jezusa nie było, to zbawienie przez Jezusa odbyć się nie może, więc nie warto wierzyć. A jednak wiele osób trzyma się ideałów chrześcijańskich, nie żywiąc nadziei na życie wieczne. No i od XIX w. chrześcijaństwo liberalne było czymś. Najprościej uznać „satanistyczność” za pewne spektrum, w którym obraz świata jednych satanistów jest bogatszy o przekonania dotyczące rzeczywistości pewnych istot (Świątynia Seta, Zakon Dziewięciu Kątów), a drugich – uboższy (Kościół Szatana, Świątynia Sataniczna). Ale obie „frakcje” znajdują się na tym spektrum, tylko w różnych miejscach i na różne sposoby.
Jeśli o mnie chodzi: satanizm jest światopoglądowo obcy, nie podzielam go. Dlatego „prawdziwym satanizmem” są albo wszystkie satanizmy (bo spełniają kryteria bycia satanizmem), albo żadne z nich (bo nie są słuszne „w ogóle”). Dlatego wszelkie spory między satanistami traktuję jako „spory w rodzinie”: nie moja sprawa, ale piekielnie pysznie się o tym czyta.
Wolność ponad prawem
Gdy zacząłem – w ramach pracy badawczo-dydaktycznej – interesować się problematyką etyczną wokół obywatelskiego nieposłuszeństwa, studiowałem różne prace poświęcone kwestiom definicyjnym. To sprawa kluczowa, bo jeżeli mamy jakkolwiek uzasadniać sprzeciw wobec prawa, to musimy przyjąć pewne kryteria słusznego oporu obywatelskiego wobec niego. A wszelka dyskusja nad kryteriami opiera się na definicji. Jakby na to nie patrzeć, obywatelskie nieposłuszeństwo można zamanifestować tylko jako obywatel, który generalnie respektuje system prawny, ale sprzeciwia się wybranemu przepisowi lub kilku przepisom. Gdyby sprzeciwiał się całemu systemowi prawa lub jakiejś jego gałęzi, byłby to opór raczej rewolucyjno-radykalny.
W trakcie swoich lektur dostrzegłem, że nie wszystko, co nazywa się „obywatelskim nieposłuszeństwem”, na takie miano zasługuje. Oczywistym przykładem są anarchiści, którzy, mimo iż skądinąd są obywatelami jakiegoś państwa, to ich bunt wobec prawa nie jest obywatelskim nieposłuszeństwem, gdyż nie sprzeciwiają się prawu jako obywatele takiego państwa czy innego. Jest czymś innym. Nie jest obywatelskim nieposłuszeństwem, jest po prostu nieposłuszeństwem wobec prawa.
Podobny charakter ma satanistyczne podejście do wolności. Wolność jest wysoce ceniona w satanizmie, ale wolność ta jest dosyć antynomiczna. Jej stałym rysem jest opór wobec prawa (z greckiego: anty + nomos). Nic dziwnego, skoro patronem satanistów jest pierwszy, który zbuntował się wobec samego Stwórcy. Satanista nie musi dążyć do władzy nad światem, ale nie lubi czuć niczyjej władzy nad sobą. Satanista nie czuje potrzeby bycia wiernym zasadom, które stoją ponad nim, lecz o wierność sobie. Zasada postępowania dla satanisty powinna być zgodna z jego Ja, a niekiedy nawet – powinna być zgodna z własnym Ja. Nieważne, czy to „Ja” miałoby być empiryczne (wolność negatywna), czy transcendentalne, głębokie, „prawdziwe” (wolność pozytywna).
Z punktu widzenia teologii jest to oczywiście grzech pychy. A pycha jest grzechem wyjątkowym: jest to jeden z siedmiu grzechów głównych i od pychy zaczął się bunt Lucyfera przeciwko Stwórcy. Wedle ciekawego poglądu Tomasza z Akwinu, w pewnym sensie każdy grzech jest pychą (mówiąc językiem technicznym: każdy grzech jest formaliter pychą). Nieważne bowiem, czy grzeszymy cudzołóstwem, obżarstwem, chciwością czy symonią, naruszamy prawo Boże, bo na tym polega grzech. Grzesząc, stawiamy własne prawo (po grecku: auto + nomos), prawo ludzkie, ponad Boskie. Dlatego akt pychy jest grzechem par excellence, jest bezpośrednim wywyższeniem się ponad Prawodawcę. Tak jest z punktu widzenia teologii. Satanista zamiast mówić o „grzechu”, mówiłby o byciu sobą.
W czarnych mszach i wszelkich aktach bluźnierstwa zawsze chodzi o wolność jednostki, która bierze w tym udział. Oczywiście, dla jednych (np. członków Świątyni Satanicznej) chodzi o zamanifestowanie osobistych wolności i swobód. Dla drugich chodzi o pogardę dla ograniczających dogmatów dominującej religii. Dla trzecich chodzi o zerwanie więzi z chrześcijańskimi normami społecznymi, dla kolejnych chodzi o wezwanie mocy, które pozwolą jednostce uczynić więcej… Zawsze chodzi jednak o wolność i jej zwiększenie.
Wolność przeciw prawu?
Jak można łatwo dostrzec, takie podejście do wolności może oznaczać częste konflikty z prawem. To prawda: może, ale nie musi. Gdy wejdzie się na różne fora internetowe poświęcone satanizmowi i demonolatrii, możemy spotkać masę reguł dla forumowiczów typu: „Bądź uprzejmy i miły”; „Nie postuj pornografii”; „Nie zachęcaj do samookaleczeń”; „Rasizm i homofobia nie będą tolerowane”. W wolności satanistycznej nie chodzi o przeciwstawianie się prawu (czy jakimś normom społecznym) dla samego aktu przeciwstawienia się. Prawo bowiem jest dobre, gdy jest zgodne z moimi zasadami. Alternatywnie: gdy w moim interesie leży przestrzeganie go. Satanista może i jest w służbie zła, ale nie głupoty, w końcu od wieków diabła przedstawiano jako sprytnego…
Czy taki stosunek do prawa jest wyjątkowy dla samego satanizmu? Niekoniecznie. Wśród samych anarchistów mamy różne postawy wobec prawa: poza illegalistami, dla których łamanie prawa w imię jednostkowych interesów jest równie oczywiste jak oddychanie, mieliśmy anarchistów, którzy nakazywali łamać prawo w imię szerzenia idei anarchistycznych (stąd zamachy na monarchię). Ale prawo prawu nierówne. Pierre-Joseph Proudhon, ojciec anarchizmu, powiedział słynne zdanie „anarchia to porządek”. Praw, które wyrażają życie wspólnoty i ze wspólnoty bezpośrednio wyrastają, należy przestrzegać. Prawo odgórnie narzucone przez zwierzchność państwową trzeba łamać, bowiem powinno być uzgadniane między wspólnotą a jednostką. Bez żadnych pośredników.
Oczywiście mamy szerokie spektrum różnych satanistycznych postaw wobec prawa. Świątynia Sataniczna jako organizacja religijna mocno angażuje się w aktywizm i próbuje drogami instytucjonalnymi wywrzeć swój wpływ. Całkiem sporo rzeczy robią „na legalu” i transparentnie. Ale w sercu nadal mają bunt, albowiem dla nich (według F.A.Q. strony thesatanictemple.com): „Szatan jest symbolem Wiecznego Buntownika sprzeciwiającego się arbitralnej władzy, zawsze broniącego osobistej suwerenności nawet w obliczu nieprzezwyciężalnych przeciwności”. Druga (!) zaś z Fundamentalnych Zasad Świątyni Satanicznej głosi: „Walka o sprawiedliwość jest ciągłym i niezbędnym dążeniem, które powinno górować nad prawami i instytucjami”. To tłumaczy się samo. Dla założyciela Kościoła Szatana prawdziwy satanista jest inteligentnym egoistą i wie, kiedy prawa należy przestrzegać, a kiedy nie. Tylko człowiek o mentalności stada przestrzega prawa zawsze i wszędzie (Immanuelu Kancie, wybacz.). Ale prawdziwy głupiec łamie prawo dla samego łamania prawa, nawet gdy przynosi mu to szkodę. Mamy też Zakon Dziewięciu Kątów, który jest jedną z najniebezpieczniejszych organizacji terrorystycznych i ekstremistycznych na świecie. Satanizm Zakonu jest połączeniem teistycznego satanizmu z ideologią neonazistowską i tradycjami pogańskimi. W jego ramach wolność jest wywalczona – wywalczona w walce z samym sobą oraz z normami społecznymi, dlatego członkowie Zakonu powinni angażować się w brutalne praktyki tępiące „słabych” i siejące chaos w stęchłej tkance społecznej. Według Zakonu bestia nie tkwi w sercach ludzi. Ona jest sercem każdego człowieka. I musi być uwolniona, bo chaos jest brzydką prawdą, której nie chcą widzieć słabi i ceniący ład społeczny. Dlatego chwalmy rytualne morderstwa i gwałty.
Antynomiczny charakter wolności w satanizmie bywa również inspirowany okultyzmem. Magia jest pewnym zespołem praktyk i przekonań, których celem jest zmiana rzeczywistości poprzez manipulacje siłami nadnaturalnymi i naturalnymi. Przez wiarę stawiamy siebie w roli petenta, który prosi, błaga siły wyższe o interwencje. Ten, kto rzuca czary, steruje, nakazuje, manipuluje, rozkazuje. Nie bez powodu mówimy, że się „włada” magią. Ci sataniści, którzy oddają się okultyzmowi (zazwyczaj są to sataniści teistyczni), traktują magię jako środek realizacji swojej wolności: jako środek służący usuwaniu pewnych przeszkód lub jako instrument pozwalający zrealizować własną wolę. Alternatywnie: najważniejsze prawo ma stanowić wola maga. Okultyzm może być przejawem antynomiczności, z gruntu opozycyjnego stosunku do prawa, ale tylko pod pewnym względem. Aby to rzetelnie wyjaśnić, należy odwołać się do różnicy między Ścieżką Prawej Ręki a Ścieżką Lewej Ręki.
Lewica i prawica albo: czy okultyzm jest liberalny?
Stosunek satanizmu do okultyzmu bywa różny. Wiele grup satanistycznych, zwłaszcza teistycznych, zaangażowanych jest w praktyki okultystyczne i traktuje je jako formę kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi. Skoro siły nadprzyrodzone istnieją, to muszą też być jakieś formy kontaktu z nimi. Dla nonteistycznej Świątyni Satanicznej nie ma czegoś takiego jak sfera nadprzyrodzona, gdyż „wierzą w naukę i rozum”. Wszystkich, którzy u nich szukają sposobu na sprzedanie duszy i wywołanie demonów, proszą, by szukali gdzie indziej.
Bardziej złożony jest stosunek LaVeya do magii. Wedle założyciela Kościoła Szatana, Szatan oczywiście nie istnieje (dokładnie tak), ale magia jest rzeczywista. Magię dzielimy na większą i mniejszą. Nie na dobrą i złą, bo taki podział to zabobon mas. Cała jednak magia według LaVeya w dużym stopniu przypomina psychologię stosowaną. Czym bowiem jest magia? Jest to „zmiana sytuacji lub zdarzeń zgodnie z własną wolą, które przy użyciu zwyczajowo (oryg. normally) akceptowanych metod byłyby niezmienne”. Nie brzmi to specjalnie „magicznie”. Jak można się przekonać, magia większa to rodzaj psychodramy („rytuału”), który ma oczyścić ducha i skanalizować energię emocjonalną w imię realizacji woli satanisty. Magia mniejsza z kolei polega na manipulacji wizerunkiem, zręcznym mówieniu tego, co rozmówca chce usłyszeć i stosowaniu odpowiednich technik komunikacji. (A mówili, że PR to fach z piekła rodem…) Koniec końców, magia dla LaVeya powinna mieć cele realistyczne, ponieważ opiera się na tych samych siłach, którymi zajmuje się nauka, czyli siłach naturalnych. LaVey dodaje, że magia opiera się na prawach i energii, której nauka jeszcze nie poznała i nie uznała; nauka i magia zajmują się tym samym i opierają się na tych samych źródłach, ale w różnych zakresach.
Wielkie tradycje okultystyczne powielają rozróżnienie na Ścieżkę Prawej Ręki oraz Ścieżkę Lewej Ręki. Niekiedy różnicę oddaje się, mówiąc o „białej/ dobroczynnej magii”, którą przeciwstawiano „czarnej/ złośliwej magii”. Wielu okultystów odrzuca ten podział jako błędny, oparty na konwencjach i przesądach. Magia służy głównie realizacji woli maga, a dobro i zło są w tym wszystkim wtórne. Według nich lepiej skupić się na sposobach działania obu Ścieżek niż na moralnej kwalifikacji ich celów. Wielu magów zresztą korzysta z obu Ścieżek jednocześnie, zależnie od potrzeb. Nie bez powodu Bafometa przedstawiano z dwoma rękami.
Nie ma tu ostrych granic, jedynie typologiczne opozycje. Ścieżka Prawej Ręki widzi boskość jako coś na zewnątrz siebie, do czego mag może się zbliżyć. Ścieżka Lewej Ręki kładzie nacisk na samoubóstwienie, boską samorealizację. Ścieżka Prawej Ręki akceptuje pewne zasady i prawa (np. społeczne, karmiczne). Ścieżka Lewej Ręki opiera się na transgresji i łamaniu tabu. Ścieżka Prawej Ręki dba o ład i mu służy. Ścieżka Lewej Ręki zamierza zmienić status quo oraz ma charakter emancypacyjny. Ścieżka Prawej Ręki oddziela od siebie porządek ducha, duszy i ciała, jakkolwiek są ze sobą związane. Ścieżka Lewej Ręki oddaje się praktykom integrującym wszystkie poziomy człowieczeństwa, np. w tantrycznej magii seksualnej. Zbytecznie dodawać, że satanizmowi jako takiemu bliższa jest Ścieżka Lewej Ręki, o ile, rzecz jasna, satanista okultyzm traktuje poważnie.
Można zapytać: czy praktykowanie ścieżki Lewej Ręki jest liberalne? W liberalizmie nadrzędne znaczenie ma wolność rozumiana negatywnie, czyli jako brak przeszkód w działaniu ze strony innych ludzi, grup społecznych i instytucji. Moja wolność spada w takim stopniu, w jakim w moim życiu pojawiają się przeszkody wywołane przez czyjąś wolę. Choroby, traumy, wypadki, zasoby materialne, to wszystko stanowi przeszkodę w działaniu, ale dopóki nie jest to intencjonalnie wywołane przez innych ludzi, to nie można mówić o ograniczaniu wolności jednostki. Podkreślał to Isaiah Berlin: ubóstwo nie jest ograniczeniem wolności w sensie negatywnym, chyba że czyjeś ubóstwo jest zamierzone przez jakieś siły wrogie jednostce (co na przykład głoszą marksiści, traktując ubóstwo jako formę opresji). Zgubienie kluczy nie jest utratą wolności, ale utratą wolności jest bycie ofiarą kradzieży przez złodzieja, który nie chce, byśmy do domu weszli.
W takim razie czy można rzucać czary „z repertuaru” Ścieżki Lewej Ręki? Z jednej strony można, jeszcze jak. Wolny kraj. Ale jeżeli magia działa i praktykujący Ścieżkę Lewej Ręki robi coś w sposób złośliwy, z naruszeniem norm społecznych (np. nie krzywdź, nie oszukuj, etc.), to zsyłanie chorób, nieszczęśliwych wypadków i tym podobnych jest po prostu ograniczeniem wolności innych jednostek. W przypadku manipulacji jest ograniczeniem jeszcze bardziej perfidnym niż na przykład przy zsyłaniu biegunki, bolesnego kłucia w piersi czy psucia się lodówki. Załóżmy, że rzucam urok na znaną mi osobę, by mnie pokochała, a która wcześniej mnie odtrąciła. Gdyby zaklęcie się udało, naruszyłbym czyjąś osobistą sferę w sposób rażący. Zmuszałbym kogoś do realizacji mojej woli, „omijając” wolę tej osoby. Jest to naruszenie czyjejś swobody w sposób jeszcze gorszy niż dosypanie narkotyku do napoju. Rzucanie uroków bliższe jest praniu mózgów niż intoksykacji ciała, dlatego jest gorsze.
Tak więc praktykowanie Ścieżki Lewej Ręki jest w takim stopniu niezgodne z respektowaniem wolności w sensie liberalnym, w jakim świadomie i w sposób zamierzony ograniczamy czyjąś swobodę działania. Można powiedzieć: no dobra, ale przecież magia nie działa i okultyzm to dziedzina bzdur. No, pewnie tak. Ale powiedzmy sobie szczerze: nie podałbym ręki komuś, kto nieszkodliwie wbijałby igły w laleczkę z moją podobizną. Szkody nie było, ale wola zaszkodzenia – była i jest.