Jak żyć w tylekroć zdobytym Muzeum
Gdzie nieżyjący życia się trzymają
Wbrew rozsądkowi śpiewając Te Deum
By ich coś jeszcze obeszło w tym kraju
Jacek Kaczmarski, „Zwątpienie”
Pokój, aby był trwały, musi spoczywać na solidnych fundamentach. O te jednak trudno. Dużo częściej, obserwując sytuację międzynarodową, dostrzegamy kolejne wojny i konflikty, chwilowe zawieszenia broni, rozejmy, rundy bezowocnych negocjacji, absurdalne żądania którejś ze skonfliktowanych stron czy wreszcie kruchość ustaleń. Ów pokój sypie się, zanim na dobre udaje się wprowadzić go w życie. Bez solidnych podstaw, bez dobrej woli każdej ze stron, bez szeregu zabezpieczeń oraz długofalowej pracy, jaką trzeba wykonać wokół stanowienia i utrwalania pokoju, przesypuje się przez palce. Pokój bez fundamentu, bez pewności, że oto nie tworzymy go jedynie z lęku przed nieszczęściem jeszcze większym niż aktualny konflikt, bez pracy wykonywanej nad kolejnymi elementami pokoju – w tym nad solidną rehabilitacją więzi społecznych i kulturowych – bywa pokojem czasowym, niedoskonałym, niestabilnym, słabym. Wcześniej czy później zawodzi, pozwalając konfliktowi rozgorzeć na nowo, odsłaniając dokładnie te miejsca, które naznaczyła jego niedoskonałość, wzmacniając resentymenty leżące u podstaw uprzedniego konfliktu. W klasycznej już teorii pokój po wojnie powinien być „lepszym stanem pokoju”, dającym szansę na trwałość, zażegnanie uprzednich sporów i niebezpieczeństwa. Musi on również zawierać rozwiązania problemów, które doprowadziły do wojny… Tylko jak to zrobić w Polsce, kraju „przeobrażonych i poobrażanych”? Bo choć oficjalnie nie mamy tu wojny, to co rusz mówimy o tej wewnętrznej, o kraju coraz bardziej rozdartym, o ludziach coraz bardziej od siebie odległych, o widzeniu w drugim raczej wroga niż przyjaciela…
W „Pokoju” – sztuce, którą Szczepan Twardoch napisał specjalnie dla krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego – poszukując pokoju w pokoju podziemnego bunkra, gdzie na granicy terenów wojujących stron spotykają się przedstawiciele dwóch skonfliktowanych stronnictw, Patriotów i Demokratów. Jesteśmy w Polsce, od siedmiu lat trwa rozrywająca kraj wojna domowa, której początkiem są nieuznane przez jedną ze stron wyniki wyborów prezydenckich. Był pokój, jest wojna. Byli sąsiedzi i przyjaciele, są bojówki i gwardie. Była wspólna mapa, jest linia demarkacyjna, która czerwoną linią rozcina ją na niemal równe połowy. Jest przekraczająca wszelkie granice skala podejrzliwości, fundamentalny brak zaufania nawet w sprawach najbardziej podstawowych, poczucie zagrożenia, kontrole możliwe zawsze i wszędzie, a dodatkowo brak chęci wzajemnego zrozumienia stron, brak szacunku czy wreszcie obustronne poczucie moralnej wyższości. Bo przecież „moje racje są najmojsze”, bo moje musi „być na wierzchu”, bo to „oni się zaczęli…”. A jednocześnie jest wiedza o tym, że skala nadciągającego zagrożenia jest taka, że w pojedynkę nikt nie da mu rady.
To moment, który Michael Walzer określiłby jako supreme emergency, czyli chwila, gdy nasze najwyższe wartości oraz nasze zbiorowe przetrwanie są wystawione na najwyższe zagrożenie. Bo choć początkowo ani przedstawiciele stronnictw, ani sama Gospodyni o tym nie wspominają, to właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia. Wróg, wspólny wróg u bram, a zatem potrzeba pokoju okazuje się paląca. Wcześniej… można wykrwawiać, masakrować, niszczyć, nienawidzić, ale gdy mityczna „Polska w potrzebie”, to w imię jej przetrwania można przerwać bratobójczą wojnę. Dokładnie tę samą wojnę, która sprowadziła owo „najwyższe zagrożenie”, bo przecież skłócony i wewnętrznie podzielony dom atakuje się łatwiej, bo jego słabości widoczne są jak na dłoni, bo sukces wobec podzielonych pewniejszy jest niż zwycięstwo wobec silnych. Zatem pada: „musimy się jakoś dogadać”.
„Spotkaliśmy się, aby w drodze kompromisu i porozumienia zawrzeć pokój. Żeby linia rozgraniczenia już nie była potrzebna. Żeby z tych dwóch połówek skleić jedną Polskę” – zaczyna Gospodyni (Dominika Bednarczyk), wcześniej, przed wojną medialna celebrytka, wcześniej nieangażująca się w konflikt, co zgodnie z zasadami sztuki powala jej przyjąć pozycję bezstronnego mediatora. Pokój jest koniecznością. Bez niego ani jedni, ani drudzy nie mają szans, a Polska – do której deklarują miłość, przywiązanie, całą galerię patriotycznych uczuć i trosk – po prostu nie przetrwa. Ich spór (choć mimo oskarżeń i podejrzeń Polski nikt tu na poważnie obcym nie sprzedaje) może mieć efekty gorsze niż Targowica, potencjalnie skutkujące zaborem przez wschodniego sąsiada, czy wręcz wymazaniem jej z mapy Europy. Skoro więc jednym i drugim tak zależy, to – racjonalnie rzecz ujmując – powinni się dogadać. Gdy jednak pada słowo „nienawiść”, gdy emocje sięgają zenitu, trudno jest mówić o racjonalności. A może?
Dialogi i monologi. To nimi stoi sztuka Twardocha, którą wyreżyserował wspólnie z Robertem Talarczykiem. To dzięki nim opinie stają się racjami, a opowieści każdego z bohaterów konstruują obraz ówczesnej/współczesnej Polski. Obraz, który na pozór znamy, a tak naprawdę dopiero przeglądając się w nim niczym w zwierciadle, z potrzaskanych kawałków widzimy całość. Różne poziomy relacji, dzięki którym pomału orientujemy się, kto jest kim, dla kogo i z jakich powodów ta „polsko-polska wojna” naprawdę się zaczęła. Wśród Patriotów mamy Zdzisława (Tadeusz Zięba), Jana (Mateusz Janicki) i Marię (Marta Konarska), po drugiej stronie Piotra (Marcin Kalisz), Hannę (Karolina Kamińska) i Katarzynę (Agnieszka Judycka-Cappuccino). Polskie typy, oblicza, twarze, gęby. Każdy we własnej opowieści, w mapie polskich bólów, błędów, mitów, emocji, wypaczeń, w matni opowieści, które dzielą zamiast łączyć, wartości, co nie muszą się wzajemnie wykluczać, a jednak – podane w zideologizowanej wersji – szukają dziury w całym, podkreślając najmniejsze nawet „ale”, jakie może pojawić się wobec „tej drugiej” strony. My i Oni, swoi i obcy, wrogowie i przyjaciele, zdrajcy i patrioci… Twardoch opowiada te różnice, co przebiegają nie tylko na mapie, ale także wokół rodzinnych stołów. Nie ocenia, nie różnicuje, nie stawia się w roli sędziego, rozjemcy, propagatora którejś ze stron. Po prostu dając im głos, tworzy swoisty katalog postaw, znanych wszak z codzienności. Takich ludzi mijamy każdego dnia, znamy ich, zamykamy w memach, rozpoznajemy jako bliskich lub dalekich. To nie symetryzm, to diagnoza, na początku i końcu której nie znajdziemy prostej recepty, ale nieuchronnie zbliżającą się przyszłość.
Twardoch doskonale rozgrywa swoje postaci. Prowadząc nas między opowieściami, pokazuje, kto jest kim. Ich odmienność, zakotwiczenie we własnych historiach, przedwojennych opowieściach, narracjach propagandy, moralnościach, ucieczkach, akceptacjach, w mitach i faktach, pozwala widzom to zrozumieć. Pomaga też rozeznać się w owych postawach, nie tylko na deskach teatru, ale również przenieść je w codzienność, gdy patrząc dookoła, widzimy dokładnie takich ludzi, do których nie musimy z uporem odwracać się plecami. Bo… wolność nie jest jedna i ani nie jest czyimś niewolnikiem, ani nie opowiada się po czyjejś stronie. Jest przy każdym i w każdym z nas, a – co równie istotne, a nie dla wszystkich jasne – nie można jej nikomu narzucić. W sztuce powraca pytanie, które wprawdzie nie pada na głos, ale zawieszone jest w ukrytym dla nas offie… Pytanie o nienawiść. Monolog każdej z postaci ma je w tle. Kiedy, jak, dlaczego zaczęliśmy się nienawidzić. Jak to narastało? Gdzie są korzenie owego zła, które podzieliło nas na niemal organicznym poziomie, pozwoliło na nowe definiowanie, a przez to zawłaszczenie prawd i wartości? Jak to się stało, że niegdysiejsi przyjaciele potrafią powiedzieć „On się za mną przyjaźnił, jak go tylko znałem”, po czym okazywać sobie fundamentalną wzgardę, wprowadzając ją w miejsce, gdzie kiedyś, choć może najdawniej temu, zrodziła się więź i zaufanie?
***
Pytanie, jak to się wszystko zaczęło? Pierwsza zapalna iskra. W political fiction Twardocha, ale też u nas, w tej prawdziwej Polsce? Czy znajdziemy punkt dla spotkania, moment inny niż wymuszony przez czyhające na nas zagrożenie? A może nawet wówczas, gdy już będziemy gotowi wyciągnąć rękę do zgody, wszystko ostatecznie rozbije się o czyjeś poczucie wyższości, niezrozumienie, brak zaufania, wyimaginowaną wyższość jednych nad drugimi, czy – jak u Twardocha – o gów**any szczegół? Kiedyś, mimo fundamentalnych nawet różnic, możliwy był okrągły stół. Dziś Szczepan Twardoch, z perspektywy pokoju w bunkrze, stawia pytanie o możliwy pokój, a tak naprawdę jednym i drugim pokazuje ich twarze, te, co powinny zapraszać do dialogu, mimo pretensji i zranień znajdować przestrzeń do tego, by siebie o coś wzajemnie oskarżyć, ale i pozwolić być sobie za coś wdzięcznymi. Pytanie, czy to jeszcze możliwe…
„Pokój”
Tekst: Szczepan Twardoch
Reżyseria: Robert Talarczyk, Szczepan Twardoch
Scenografia: Marcel Sławiński, Katarzyna Sobańska
Muzyka: Jerzy Mączyński
Kostiumy: Dagmara Walkowicz-Goleśny
Reżyseria światła: Marcel Sławiński
Video: Bartłomiej Domagała, Michał Sułkowski
Inspicjent: Marcin Stalmach
Producentka: Izabella Oleś
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Premiera: 18.06.2025