EUtopijna praktyka zaczyna się tam, gdzie władza traktuje obywateli serio. Wsłuchuje się w nasze lęki, pyta o marzenia, potrzeby, życiowe cele. I angażuje się w tworzenie narzędzi powszechnej partycypacji. W szczególności, nie wyklucza nas z procesów kształtowania kluczowych obszarów życia społecznego i politycznego. W tym reagowania na pełnoskalowe kryzysy takie jak wojny, pandemie czy dywersje hybrydowe.
Europa i świat jako dobre miejsce to politycy, którzy kierują się tymi przesłankami zarówno tworząc programy wyborcze, jak i w trakcie wypełniania powierzonych im funkcji. Krzewią przy tym relacje oparte na zaufaniu oraz poszanowaniu autonomii obywateli wobec państwa. Zachowują powściągliwość regulacyjną.
EUtopia to obywatele, którzy siłę sprawczą budują na podstawie swoich marzeń i potrzeb. To otwarte formy komunikacji – uważnej, nastawionej na tworzenie więzi, która ani sztucznie nie rozdziela emocji i refleksji, ani nie antagonizuje sfer życia prywatnego i publicznego. To wreszcie uspołecznienie w oparciu o łączność z ciałem i przyrodą, szacunek dla wieloznaczności i skromność poznawcza w sensie paradygmatu poszlakowego oraz ograniczonego przywiązania do tak zwanych źródeł i ewidencji.
Ale dlaczego myśląc o EUtopii warto prześwietlić nasze nawyki poznawcze? Ignorując wieloznaczną zmienność świata i za wszelką cenę chcąc go kontrolować, łatwo zahipnotyzować się kolejnymi kryzysami. Im silniejsza jest bowiem wiara, że możemy świat wyjaśnić, przewidzieć i sterować, tym boleśniej odczuwamy zawód, kiedy dociera do nas, że to fałszywa obietnica.
Rozgoryczenie bardzo utrudnia EUtopię. Maluje rzeczywistość w czarnych barwach i dzieli świat na naszych i obcych, czytaj, na przyjaciół i wrogów. Każe być stale czujnym i przygotowywać się na potencjalny atak. Popycha nas w ramiona reżimów bezpieczeństwa oferowanych przez nadgorliwe państwo opiekuńcze.
Rezygnacja wtórna
Dobrym przykładem jest tu okres covidu. Jeszcze zanim wprowadzono odnośne rozporządzenia, wielu ludzi z oburzeniem patrzyło na imprezowiczów, spacerowiczów i innych „nieodpowiedzialnych”. „Zaniepokojeni obywatele” domagali się interwencji policji w parkach, w lokalach, a nawet w prywatnych mieszkaniach. Odżyło donosicielstwo.
Szybko pojawili się też inni, którzy twierdzili, że mają „zbyt dużo świata” i chętnie zwolnią. Wreszcie rzekomo zapanował spokój. Znowu można było, jak w dzieciństwie, marnować czas. Wirus umożliwił jakoby powrót do normalnego rytmu życia, powstrzymał gorączkową ruchliwość i przywrócił wartość domowych gniazd.
Afirmację spowolnienia i akcjonistyczną presję wobec państwa odczytuję jako znaki głębokiego rozgoryczenia. Wielu „zaniepokojonych obywateli” długo przed kryzysem sanitarnym musiało już odczuwać rozdźwięk między własnymi oczekiwaniami i rzeczywistością. Zachwianie równowagi pracy i wypoczynku, dehumanizacja warunków mieszkaniowych i swoiste przegrzanie stosunków społecznych, aby podać tylko kilka przykładów, odczuwane były na tyle wyraźnie, że wirus urósł do rangi mile widzianego narzędzia zmiany. Zablokowana w nas energia jakby znalazła boczną drogę ujścia.
Być może zatem ci, którzy domagali się restrykcji, inni, którzy cieszyli się z domowego zacisza, czy wreszcie flirtujący z teoriami spiskowymi demonstranci w kostiumach jaszczurek, z którymi rozmawiałem pewnego majowego dnia w Berlinie w 2020 roku, mieli sporo wspólnego. Łączyło ich głębokie zagubienie i dojmujący brak wpływu na otoczenie. Zrezygnowani przenosili ciężar sprawczości na państwo postrzegane przez jednych jako zbawca, a innych jako ciemiężyciel.
Demokracja jako luksus?
Z perspektywy czasu reakcja na COVID-19 to rodzaj paradoksu. Z jednej strony wolności obywatelskie i procedury demokratyczne zaczęły dewaluować do roli luksusu. Osoby chore, migranci, seniorzy, młodzież, ludzie kultury etc., zaskakująco szybko stawali się ofiarami ich znacznego ograniczania. Tym samym ramy partycypacji obywatelskiej oraz więzi społeczne z całą ich delikatną, złożoną strukturą, zostały poważnie naruszone.
Dla przykładu, w czasie covidu to nie funkcjonariusz państwa musiał udowodnić, że postępuję wbrew obowiązującym regulacjom, tylko ja, że ich nie łamię. Zawieszenie zasady domniemanej niewinności szło w parze z ograniczeniem wolności zgromadzeń, nienaruszalności cielesnej, prywatności, wolności słowa oraz prawa do swobodnego przemieszczania się. Po króciutkiej przerwie wróciła globalna mobilność towarów i kapitału, podczas gdy ludzie mieli jeszcze długie miesiące siedzieć po domach.
Z drugiej strony owo wykluczanie decyzyjne nie doprowadziło do znaczącej presji na zwiększenie partycypacji obywatelskiej. Wiele osób raczej popadło w rezygnację. Inni uciekają poza system.
Tymczasem zamiast zaufania do obywateli i sięgania po zasoby mądrości zbiorowej przy współkształtowaniu współczesnego świata, w polityce rozpleniło się adresowanie rzeczywistości jako serii kryzysów, które „wymagają” kolejnych ograniczeń i radykalizmu. W końcu wiadomo, im więcej kryzysu, tym mniej luksusu…
Brakujące konsensusy
Podobne mechanizmy dochodzą do głosu w kontekście wojny w Ukrainie i, jak powiedział kanclerz Scholz w 2022 roku, epokowego punktu zwrotnego, który niejako zainaugurował nowy wyścig zbrojeń w Europie. Dla przykładu, rządy Polski, Niemiec i innych krajów wyraziły gotowość do wspierania Kijowa w wyszukiwaniu osób ujętych na ukraińskich listach poborowych. Nawet ich siłowego odstawiania na granicę. Jakim prawem?
Podobnie jest z wprowadzaniem powszechnej służby wojskowej, podnoszeniem wydatków na zbrojenia czy kolejnymi pakietami sankcji ekonomicznych. Odnośne decyzje podejmowane są poza konsensusem społecznym. Wiele sondaży wskazuje, że nawet wbrew opiniom większości.
Cierpi również inna kluczowa wartość demokratycznego państwa – wolność słowa. Aktualne ograniczenia wolności słowa w Europie to temat na osobny esej. Dotyczą one rosnącej liczby spraw. Wojny na Bliskim Wschodzie, przenikanie się polityki i wielkiego biznesu (w tym zbrojeniówki), a nawet arbitralne sankcje wobec utworów i ludzi kultury pochodzących z „wrogich” lub „niepodzielających naszych wartości” części świata to niektóre z nich.
Ograniczenia wolności słowa to dziś nie żadna zinstytucjonalizowana cenzura, tylko wielopoziomowe mechanizmy redukowania i wykluczania. To na przykład formalne wiązanie finansowania publicznego z ideową lojalnością beneficjentów (silnie odczuwane np. w Niemczech), podpisywanie różnego rodzaju wewnętrznych kodeksów (np. w mediach) czy różne mniej czy bardziej dyskretne formy unieważniania.
Na tym tle rysuje się kilka zagadnień, które w duchu EUtopii wydają mi się kluczowe. Po pierwsze, to pokój. Pokój to podstawowy warunek dobrostanu społecznego. Inne ważne sprawy to stosunek do globalnej mobilności, tożsamości narodowe, temat kobiet, sposób odnoszenia się do przeszłości i społeczne aspekty pamięci. Wbrew pozorom, wszystkie one są ściśle ze sobą powiązane.
Bezpieczeństwo, pokój
Od 11 września 2001 roku postępuje głęboka erozja języka w zakresie bezpieczeństwa. Oswajanie się z kolejnymi konfliktami militarnymi w bliskości Europy oraz spektakularne kłamstwa mające uzasadnić na przykład tak zwane wojny z terroryzmem (zaczynając od fałszowania doniesień o irackiej broni masowego rażenia) zwiększyły poczucie niepewności, ale i podniosły próg aktywacji. Zaangażowanie społeczne wymaga coraz większego poczucia zagrożenia.
Tym bardziej że czas zamachów terrorystycznych jakby minął, natomiast bilans wypada fatalnie. Głównego celu nie udało się osiągnąć: terroryści nadal istnieją. Ilość ich ofiar pozostaje jednak szokująco niska w porównaniu do ofiar „środków bezpieczeństwa” zastosowanych w walce – zabitych, rannych, uchodźców, osób pozbawionych materialnej bazy do życia i straumatyzowanych.
Wojny w żadnym państwie tak zwanej osi zła nie udało się wygrać. Fiasko „interwencji militarnych” rozsadza od środka społeczeństwa interweniujących krajów. Jednocześnie w Afryce północnej, na wschodnich rubieżach Europy i w Azji środkowej powiększa się lista tak zwanych państw upadłych (Irak, Afganistan, Libia, Sudan etc.). Inne są bliskie dołączenia.
Równolegle, zamiast tworzyć społeczne ramy do analizy sytuacji i motywować partycypacyjne zmiany brutalnej, a na dodatek nieskutecznej polityki międzynarodowej, władze naszych krajów kierują uwagę na kwestie bezpieczeństwa. Militarny język zaczyna funkcjonować jako rodzaj samospełniającego się proroctwa. Tak długo, jak próbujemy zapewnić sobie bezpieczeństwo, czujemy, że wojna jest konieczna.
Bo bezpieczeństwo to stan stałej czujności. Nerwowy monitoring idzie tu w parze z wyścigiem zbrojeń (stale trzeba dysponować skuteczniejszymi niż przeciwnik „środkami bezpieczeństwa”), z gotowością do ponoszenia wyrzeczeń, mobilizacją oraz spychaniem na margines innych kluczowych potrzeb ludzkich. Język bezpieczeństwa jest nacechowany dominacją i strachem. Bo bezpieczeństwo to nie to samo, co pokój.
Kiedy zawieramy pokój, sytuacja jest zupełnie inna. Oddychamy swobodnie i kierujemy uwagę na pozostałe potrzeby. Pokój nie wymaga środków bezpieczeństwa, rozładowuje lęki, uwalnia energie kreatywne. W tym sensie celem dobrej polityki powinno być poszerzanie obszarów pokoju, a nie bezpieczeństwa.
Opowieść migracyjna
Paradoksalnie, nośnikami opowieści o dobrej polityce są osoby w różnym sensie wykluczone. W tym tak zwani nieudokumentowani migranci. Łatwo się o tym przekonać, jeśli tylko usiąść z nimi do rozmowy. Jaka ogromna jest energia, która motywuje ludzi uciekających ze swoich ojczyzn, biorących na siebie przedzieranie się przez zapory, w śniegu lub przez pustynię, w niedostępnych lasach czy na prowizorycznych pontonach, często z narażeniem życia. Skąd bierze się ta energia?
Ludzie ci mają przed oczami szczególny obraz miejsca, do którego chcą dotrzeć. To miejsce jest dla nich oazą wolności i kreatywności. To obszar otwartych granic, innowacji, wysokiego standardu życia i poszanowania godności ludzkiej – czyli wszystkiego tego, czego brakuje im w krajach, z których przybywają. Czy zatem Europa, o jakiej marzą migranci, nie jest również Europą naszych marzeń? Nie jest EUtopią, której warto szukać także w imię lepszej przyszłości dla nas samych i dla naszych dzieci?
W duchu EUtopii warto zatrzymać się na chwilę przy tej konstatacji. Wziąć głęboki oddech i uśmiechnąć się. Zamiast złości, zaciśniętych pięści i przywracania kontroli granicznych, skierować uwagę na wspólne cele i potrzeby po stronie przyjmującej i oferującej. W ten sposób możemy wykorzystać ową imponującą energię osób migrujących do budowy lepszego świata, a nie trwonić ją na forsowanie drutów kolczastych.
Dobra polityka migracyjna
Nie starczy tu miejsca, aby omówić EUtopijną politykę migracyjną. Biorąc pod uwagę wspomnianą wspólnotę, warto po stronie przyjmującej tworzyć poczucie, że przybywający ludzie są mile widziani. Wtedy emigracja szybko przestałaby wzbudzać niepokoje, frustrację i agresję – po obu stronach.
W kontekście EUtopijnej skromności poznawczej warto też zdać sobie sprawę, że migracja to forma mobilności ludzkiej. Jako taka nie jest sterowalna. Można próbować jej nadawać kierunki, ale zamykanie granic to w najlepszym razie środek skuteczny tylko w bardzo krótkim okresie.
Dobra polityka mobilności (bo to słowo bliższe istocie zjawiska) zaczyna się od nakreślenia intencji. Jakie są reguły przyjazdu, cele i oczekiwania stron. Należałoby je wypracować partycypacyjnie i oprzeć na odnośnym konsensusie w kraju przyjmującym.
EUtopia to także takie prawo, że osoba mobilna nie jest skazana na nielegalną podróż. Może zgłosić się do ambasady i aplikować o legalny przyjazd. W tej formie mobilność byłaby realną strategią utrzymania dobrostanu w krajach przyjmujących i uczciwą szansą dla tych, którzy chcą przyjechać.
Stan świadomości
Na wielokulturowość, podobnie jak na mobilność, polityka ma wpływ ograniczony. Bo co to jest społeczeństwo wielokulturowe? Liczenie osób, które z dalekich stron przyjechały do kraju (albo zostały zawrócone), to spojrzenie krótkowzroczne. Nie o liczby tu chodzi. Wielokulturowość to stan świadomości.
Mogę uważać się za rodowitego Polaka, Niemca czy Hiszpana, ale owa „rodowitość” jest w najlepszym razie formą autoprezentacji. Zależy od tego, ile wiem lub ile chcę wiedzieć o swoich przodkach, o językach, w których mówili i miejscach, z których pochodzili.
Ów stan świadomości odzwierciedla specyficzną wizję kultury. Kultura nie jest systemem zamkniętym z wyraźnie określonymi granicami. W duchu EUtopii to raczej przestrzeń otwarta w procesie nieustannej przemiany. Niczym chmura, którą widziałem kiedyś na przełęczy w Andach niedaleko wenezuelskiej Meridy. Wisiała tak nisko, że mogłem się w niej zanurzyć, ale nie potrafiłem powiedzieć, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy.
Tak rozumiana kultura to stałe negocjowanie kluczowych wartości i reguł komunikacji przez ludzi, którzy, niezależnie od pochodzenia członków ich rodzin, postrzegają siebie jako uczestników tej samej kultury.
Sama wielokulturowość nie jest niewinnym słowem. Opacznie sugeruje bowiem, że istnieją dwa rodzaje światów: jedno- i wielokulturowe. W tym sensie dzieli społeczeństwo, odwołując się do fikcji dotyczącej przodków i przeszłości. A stąd już krótka droga, aby oburzać się na „ciapatych” rzekomo bezczeszczących „nasze kobiety” i ignorować, że #MeToo nie wzięło się od żadnych „ciapatych”, tylko dzieje się codziennie w naszych rodzinach, w miejscach pracy i wypoczynku.
#MeToo i przeszłość rzekomo idealna
#MeToo pierwszy raz w historii na tak masową skalę zakomunikowało raniące doświadczenia związane z kobiecą cielesnością. Jednym z nich jest lęk. Dzień w dzień przeżywany lęk, że moje ciało może paść ofiarą przemocy, wobec której z góry wiem, że jestem bezbronna. To także frustracja i poczucie wykluczenia. To wreszcie maskowanie cierpienia wstydem i milczeniem, mianowanie go roztropnością, skromnością etc., wpajanym kobietom od lat najmłodszych.
Owe doświadczenia uwidaczniają się nawet przy okazji pozornie banalnych spraw. Wyrazem tego lęku jest na przykład kwestia ubioru. Pytanie „co dziś na siebie założę?” to dla mężczyzny prosta decyzja. Dla wielu kobiet ta sama decyzja rozpada się na liczne wątki, które trzeba z góry wyjaśnić:
Czy będę wracać do domu sama czy z kimś? Po ciemku? Będę jechała autobusem? Raczej w tłoku czy może w pustym pojeździe? Będę wracała ścieżką na skróty czy nadłożę drogi oświetloną ulicą? Czy idąc do toalety publicznej, będę miała koleżankę, która pójdzie ze mną? Nie mówiąc o ubiorze w kontekście przebywania w bliskości osób, które mają tendencję do zachowań podpadających pod #MeToo. W otoczeniu zawodowym, rodzinnym czy w przestrzeni publicznej.
Do niedawna owe doświadczenia nie były praktycznie obecne w świadomości społecznej. Nie były też adresowane w polityce. Opisanemu lękowi towarzyszyła zatem głęboka samotność i w efekcie cała gama strategii „oswajających” to, co nigdy nie powinno mieć miejsca.
Wyśrubowany kult kobiecego ciała dodatkowo komplikuje sprawę. Działa jak dychotomiczny brat bliźniak lęku o „przedmiot kultu” – jedno potęguje drugie. Innymi słowy, współczesny świat urządzaliśmy głównie my, mężczyźni, jak nam było dobrze i niekiedy, łaskawie, jak wyobrażaliśmy sobie, że byłoby w nim dobrze kobietom. Masowe świadectwa #MeToo świadczą o ciężkich krzywdach, jakie uwarunkował ten świat.
Swoistą perfidią jest tu sublimacja niezbędnej w kontekście #MeToo przebudowy życia społeczno-politycznego w kierunku podsycania innej struktury lękowej: wspomnianego strachu przed „obcymi”. „Obcy” rzekomo przynoszą zło do „naszego”, przedtem fajnego i bezpiecznego świata. A przecież co najmniej połowa ludzkości nie podziela nostalgii za naszym dawnym światem. Codzienność z okresu zanim pojawili się „ciapaci” wcale nie była dla niej ani fajna, ani bezpieczna.
Hańba katedr i pałaców
EUtopijny reset stosunku do przeszłości to nie tylko kontekst #MeToo. Kilka lat temu pewna biblioteka szkolna w Barcelonie za jednym zamachem pozbyła się dwustu „niepoprawnych” książek z przeszłości, takich jak Czerwony kapturek czy Śpiąca królewna.
Czy był to przykład skrajnej cenzury, czy krok konieczny na drodze ku lepszemu światu? Światu, w którym na przykład kobiety nie są przedmiotem owego dwuznacznego kultu ciała? Nawet w bajkach nie są spychane do roli wyidealizowanych obiektów westchnień, a potem stają się ofiarami przemocy wyrastającej z tej właśnie odczłowieczającej idealizacji. A mężczyźni nie muszą odgrywać ról książąt, rycerzy czy zbawców, które choć niekiedy napawają dumą, przecież przynoszą złość, rozgoryczenia i głębokie niezadowolenie z samych siebie.
Jeśli przyjrzeć się uważniej, problemem są nie tylko biblioteki, ale także katedry, pałace i inne tak zwane zabytki, które do dziś podziwiamy. Wszystkie one były budowane w sytuacji ucisku kobiet oraz wyzysku, kalectwa, a nawet śmierci rzesz przymuszanych do pracy przy nich ludzi. Zachodzi podejrzenie, że rewolucyjny impuls czyszczenia historii musiałby objąć ogromną ilość kanonicznych wytworów kultury.
Spuścizna przeszłości, spuścizna przemocy
Od wieku siedemnastego i Thomasa Hobbesa nauczyliśmy się myśleć, że człowiek człowiekowi wilkiem. Tylko umowa społeczna, w której niejako zrzekniemy się owej wilczej natury na rzecz państwa, ratuje nas i naszą cywilizację przed tym, abyśmy się nie pozagryzali (tak zwany monopol państwa na legalną przemoc fizyczną).
Kłopot w tym, że ten monopol od zawsze był fikcją. Owszem, wojsko, policja, sądownictwo, to wszystko reguluje za nas państwo. Ale jak z przemocą domową? Seksualną? Rasizmem? Antysemityzmem? Karami cielesnym? Pracą przymusową? Państwo pozostaje tu zadziwiająco bierne.
Do dziś istnienie wiele rodzajów przemocy, przed którą umowa społeczna w sensie Hobbesa nie chroni. Okazało się, że jest to obietnica bez pokrycia. Nie zabezpieczyła ogromnej większości ludzi przed brutalną przemocą w sercu naszych rzekomo cywilizowanych społeczeństw. Co więcej, oszukała wielu z nas i uśpiła naszą czujność.
Zamiast zatem palić książki czy burzyć katedry, warto w duchu EUtopii potraktować je jako memento. Jako wskazówki, w którą stronę już nie warto iść. I warto sięgnąć do źródła:
Każdą, choćby najbardziej szacowną umowę można wypowiedzieć. Można renegocjować. Kierując się ograniczonym zaufaniem do tekstów, można nawet dojść do wniosku, że nie tędy droga. Że umowy rozumiane jako sztywny zespół reguł nie są dobrym narzędziem do organizowania zmiennego z natury życia społecznego i politycznego.
Co warto pamiętać
Pierre Nora, sławny francuski historyk i badacz pamięci zbiorowej, zwraca uwagę na rozróżnianie dwóch pojęć: historii i pamięci. Każdy z nas pamięta na swój sposób. I ma prawo postępować zgodnie z tym, co konkretnie pamięta. Pamięć można oczywiście współdzielić z innymi ludźmi, ale żywa natura pamięci pozostaje ta sama: kapryśna, dziurawa i jednostkowa.
Natomiast historia to narzędzie władzy. Jest wytworem organów państwa, jego urzędników, archiwistów i historyków. Należąc do wszystkich, nie należy do nikogo. Jest skostniała, planistyczna, zarządzana z góry. To przeciwieństwo żywej natury pamięci. Nora stawia śmiałą tezę. Twierdzi, że historia służy państwu do niszczenia pamięci jego obywateli.
W duchu Nory EUtopia zachęca do obdarzenia większym zaufaniem własnej pamięci. Zwraca uwagę, że instytucjonalna historia z jej rytuałami ma tendencję do problematycznych uogólnień. Wbrew pozorom tablice pamiątkowe i obchody rocznicowe są obosieczne. Ich walory edukacyjne czy forma zadośćuczynienia ofiarom idą w parze z umacnianiem resentymentów: zawziętości, lęków i rewanżyzmów. Mają tendencję do tworzenia fikcji o przodkach i przeszłości. Utrudniają pojednanie, tworzenie więzi i dobre współżycie.
Przeszłości mówimy bye, bye
EUtopia zachęca do generalnego rozluźnienia związków polityki z przeszłością. W odniesieniu do konkretnych tragicznych epizodów z historii zachęca do stymulowania pojednania. Nie określa, jak szybko miałoby ono nastąpić. Zamiast rytualizacji dramy ułatwia jednak zadawanie konkretnych pytań. Najpierw samemu sobie: Czy chcę wybaczyć? Czy mam na to siłę? Kogo obejmuje moje poczucie krzywdy, ale i pojednanie: sprawców? ich dzieci? wnuki? wszystkich obywateli państwa, z którego pochodzili sprawcy?
EUtopijny postulat przywrócenia obywatelskiej sprawczości obejmuje zatem wezwanie do zaufania indywidualnej pamięci. Nie podnajmujmy jej organom państwa. Śmiało sięgajmy do jej zasobów, komunikujmy z innymi i podsuwajmy lustro pod nos politykom i publicystom, którzy tworzą historię rzekomo przemawiającą w imieniu naszej pamięci.