Pan Tadeusz wracający do arkadii Soplicowa czy Odyseusz skłonny poświęcić wszystko w drodze do Itaki to relatywnie osamotnione przykłady. Zwykle powrót jest pokazywany jako doświadczenie słodko-gorzkie, gdyż radość z odzyskania znanego przenikają różne trudniejsze doświadczenia: odnowione traumy, postrzępione relacje od lat uginające się pod ciężarem niedopowiedzeń, nierzadko poczucie klęski, gdy powrót pod skrzydła domu rodzinnego wiąże się z porażką własnych ambicji związanych z wielkim światem i wielkim miastem i stanowi akt ostatecznej kapitulacji, a niekiedy ważnym czynnikiem jest także refleksja nad przemijającym czasem.
******
Pamiętam, jak jako świeżo upieczony, 7 -letni „absolwent” przedszkola nr 5 zdenerwowałem stróża i musiałem przed nim uciekać susem pokonując, na szczęście bardzo niskie, ogrodzenie.
Pamiętam wkopywanie „sekretów” w trawnikach pod blokami np. przy ul Jesionowej. Wybierało się kolorowe rzeczy, np. płatki kwiatów czy papierki po gumie do żucia, robiło z nich w wykopanym, małym dołku w ziemi kolorowy kolaż i całość przykrywało szybką oraz ukrywało warstwą luźnego piasku. Potem wracało się w to miejsce, aby zobaczyć, jak długo „sekret” przetrwał.
Pamiętam długie, wąskie, kręte i mroczne korytarze piwnic w blokach przy ul. Skłodowskiej, które łączyły jednym ciągiem wszystkie cztery klatki schodowe i w których można było buszować jako mały „bąbel”, przynajmniej zanim po upadku komuny zainstalowano domofony.
******
Język niemiecki nie jest angielskim i naprawdę międzynarodową karierę zrobiło tylko kilka niemieckich słów, które w światowej mowie pochodzącej „od Szekspira” nie znalazły adekwatnych odpowiedników, jak Zeitgeist, Schadenfreude, Weltschmerz czy Wesen. Do tej grupy zalicza się jednak niewątpliwie das Heimweh, które bezpośrednio oddaje pierwotne znaczenie słowa „nostalgia”, w zasadzie nawet lepiej niż potoczne użycie „nostalgii” (która zyskała bardziej rozproszony desygnat znaczeniowy). Pochodzi ono bowiem z języka greckiego jako połączenie słów nóstos („powrót do domu”, a dom to niemiecki Heim) oraz álgos („ból”, a więc „Weh”), co dosłownie oznacza „ból powrotu”. To może się wydawać dwuznaczne, ale w pierwszej kolejności ów ból jest potrzebą tego powrotu, dramatyczną tęsknotą za swoim „pierwszym miejscem”, za środowiskiem własnego wzrastania, rozwoju, dojrzewania i osiągnięcia dorosłości. Za rodzinnym miastem lub rodzinną wsią.
We współczesnym świecie nie ma zbyt wielu reguł indywidualnych migracji, wielu ludzi jest bardzo mobilnych, mieszkańcy różnych miejsc wynoszą się z nich gdzie indziej, za partnerem, za szkołą, za pracą, za marzeniami i perspektywami, za wyobrażeniami – czasami na wyrost – że trawa jest zawsze zieleńsza po drugiej stronie płotu. Jednak, przynajmniej w Polsce, pewna prawidłowość jest czytelna. Wielkie miasta i przyległe do nich miejscowości podmiejskie przyciągają mieszkańców tzw. prowincji. Kryzys demograficzny czy nie – przykładowo Gdańsk na stały dopływ nowych mieszkańców, Polaków z dziada-pradziada, tyle że urodzonych w mniejszych miastach i wsiach różnych regionów kraju, nie może narzekać. Jakość życia, perspektywy, rozwój, czyste jak na aglomerację metropolitarną powietrze – to mocne atuty całego Trójmiasta. Podobne atuty ma także kilka innych, największym miast Polski, oczywiście z Warszawą na czele.
Dlatego dość typowym zjawiskiem stało się „wysysanie” przez te metropolie młodych, wchodzących w dorosłość mieszkańców średnich i małych miast powiatowych. To im właśnie najczęściej rodzinne miasta stwarzają – poprzez np. całkiem mocną szkołę średnią i niezłą ofertę kulturalno-infrastrukturalną – warunki do rozwoju na tyle dobrego, aby po maturze sięgnąć po więcej. Skutkiem jest odpływ tych ludzi nie tylko na 3-5 lat studiów, ale na zawsze. To w pewnym sensie „naturalna” droga dla tysięcy młodych Polek i Polaków każdego roku.
To także moja droga. Co prawda w moim przypadku przenosiny do Gdańska z oddalonej o niewiele ponad 60 kilometrów Kościerzyny były powrotem rodziny na łono Trójmiasta, jako że z Gdańska i Gdyni pochodzili moi rodzice, dziadkowie w obu tych miastach przeżyli prawie całe dorosłe życie, a ja byłem jedynym pokoleniem Beniuszysów, które nie w Trójmieście spędziło lata młodości (bo dzieci oczywiście znów są Gdańszczanami). Tym nie mniej, opcja powrotu do siebie po studiach była, ale pod koniec V. roku pojawiła się perspektywa lukratywnej pracy w Gdańsku i tak oto się dokonało. Wyprowadziłem się z mojego domu na stałe, jak typowy małomiasteczkowy student.
Nie chcę być źle zrozumiany. Poniższe słowa nie powinny być odebrane żadną miarą jako krytyka wobec Gdańska i Trójmiasta, ani nie jako jakiekolwiek wotum nieufności wobec tych miast, a już na pewno nie jako wyraz niechęci wobec nich. Wysoce cenię sobie Gdańsk, mam wobec niego wiele sympatii, doceniam możliwości, które mi stworzył. Owszem, tak duże miasta siłą rzeczy mają wady. To zgiełk, hałas, ścisk, pośpiech wyrysowany na twarzach większości mijanych ludzi, a przede wszystkim niekorzystne warunki transportu. Zapchane środki komunikacji publicznej i polityka miasta skierowana przeciwko samochodom, której symbolem jest obowiązkowe tworzenie przez zmotoryzowanych pięknej flagi Polski po zmroku każdego 11 listopada przy każdej większej arterii (już wyjaśniam: chodzi o to, że stoją w kilometrowych korkach, gdzie po lewej mamy tych jadących w naszą stronę – białe światła – a po prawej tych jadących w odwrotnym kierunku – czerwone światła; oczywiście ta „flaga” tworzy się nie tylko 11 listopada, a w każdy dzień, przynajmniej w każdy roboczy). Ale zalety dalece przeważają. Wszyscy je znamy: to m. in. kolosalna oferta kulturalna, przestrzeń do niemal nieograniczonego rozwoju intelektualnego, największe szanse na rozwój zawodowy, a także „szybkie życie” dla tych, którzy taką dynamikę lubią, a to większość młodych ludzi.
******
Pamiętam, że najlepsze lody włoskie, bardzo śmietanowe, sprzedawano (i nadal się sprzedaje) w małej lodziarni przy ul. Młyńskiej koło rynku.
Pamiętam – rzecz dzisiaj nie do pomyślenia – jak, jako może 10-12-latki, całymi latami, graliśmy z kolegami w „squasha” o boczne elewacje bloków przy ul. Skłodowskiej 36 i 38. Ten drugi to był przez pewien czas „mój blok”. Albo elewacja była tak gruba, że ludzie tego nie słyszeli, albo rzadko bywali w domu, albo łaskawie rozkładaliśmy uderzenia piłki równomiernie po różnych piętrach, czyniąc nasz „sport” znośnym. Może jeden raz nas ktoś stamtąd przegonił.
Pamiętam pizzę z „szynką”, a tak naprawdę z mielonką w pizzerii Mammarosa na rynku. Dzisiaj tam dostanie się pizzę z prawdziwą szynką, ale mielonka nadal jest w menu. Ja zawsze ją wybieram. Żaden inny smak nie jest dla mnie bardziej swojski od tej przeładowanej na bogato składnikami pizzy.
Pamiętam, jak postawiony przez rodziców wokół żywopłotu siatkowy płot był tak strasznie wysoki, że okoliczni wyśmiewali go jako „obóz koncentracyjny”. A chodziło o to, aby nasz stary kocur korzystał z ogrodu, ale nie wychodził poza…
******
Kilka lat temu, jakoś po 40-tce, uświadomiłem sobie, że straszliwie żałuję i że emocjonalnym ciężarem dla mnie jest fakt, że nie mieszkam w Kościerzynie. Nostalgia w znaczeniu Heimweh uderzyła we mnie szeroką falą. Pierwszym objawem było zapewne upodobanie do książek i filmów zawierających motyw powrotu do domu po latach. Z nich rzadko oczywiście wyłania się jednorodny obraz nostalgii. Pan Tadeusz wracający do arkadii Soplicowa czy Odyseusz skłonny poświęcić wszystko w drodze do Itaki to relatywnie osamotnione przykłady. Zwykle powrót jest pokazywany jako doświadczenie słodko-gorzkie, gdyż radość z odzyskania znanego przenikają różne trudniejsze doświadczenia: odnowione traumy, postrzępione relacje od lat uginające się pod ciężarem niedopowiedzeń, nierzadko poczucie klęski, gdy powrót pod skrzydła domu rodzinnego wiąże się z porażką własnych ambicji związanych z wielkim światem i wielkim miastem i stanowi akt ostatecznej kapitulacji, a niekiedy ważnym czynnikiem jest także refleksja nad przemijającym czasem. To perspektywa m. in. bohatera Powrotu do Garden State. Nierzadko powrót jest zdominowany przez negatywne odczucia i nawet stanowi ogniwo zemsty na dawnych krzywdzicielach, jak w przypadku Myrtle Dunnage z Projektantki czy Klary Zachanassian w Wizycie starszej pani. Oczywiście wszystko to przebija Stephen King w To, który portretuje powrót do Derry grupy byłych mieszkańców, którzy straumatyzowani dziecięcym doświadczeniem starcia z bestią strzegącą tylnego wejścia do czeluści piekieł, zazwyczaj przyjmującą postać klauna Pennywise’a, wracają, aby zmierzyć się z jego „ponownym przyjściem”. King w zohydzaniu powrotu do rodzinnego miasta doszedł naturalnie do ściany.
Nie brakuje ludzi, którzy z różnych powodów do rodzinnego miasta wracać nie lubią. Najczęściej to pragmatyczna decyzja, związana po prostu z tym, że nostalgia ich nie dosięgnęła, a mieszkają daleko. Czasami żywią niechęć, bo dom rodzinny i lata młodości wspominają nie najlepiej. Nie wszystkie wspomnienia warto pielęgnować. Takie powroty do domu mogą wiązać się autentycznymi lękami i stresem, wobec których lepiej jest zostać w miejscu samodzielnie do życia wybranym. Oczywiście istotnym aspektem są relacje z ludźmi, którzy zostali. Przede wszystkim z rodziną, niekiedy z rówieśnikami, aczkolwiek tego rodzaju zadry w większości przypadków z perspektywy lat okazują się szczeniackie i nieistotne. Jednak, oczywiście, pewne spotkania po wielu latach milczenia muszą być krępujące, jak generalnie krępująca jest styczność z osobą dawniej doskonale znaną, ale przecież już tą samą, skoro minęło przykładowo 20 lat… Powrót do domu to konieczność stawienia czoła różnym tego rodzaju realiom, czasem to powrót na miejsce, gdzie się zbłaźniliśmy tak, że do dziś pamiętamy wstyd, czasem rachunek sumienia, gdy sami skrzywdziliśmy kogoś właśnie tam, czasem odżycie frustracji związanych z rozmyślaniem nad alternatywnymi ścieżkami, których nie obraliśmy. W końcu, powrót do miasta rodzinnego po bardzo wielu latach może być także rozczarowaniem, gdy okazuje się, że to już nie to samo miejsce, a więc zdajemy sobie sprawę, że miasto naszej młodości już faktycznie nie istnieje. Nie tylko z prozaicznych powodów takich, jak zmiany urbanistyczne czy zlikwidowane sklepy i lokale, do których byliśmy przywiązani. Ale także dlatego, że zmiana pokoleniowa wywarła swoje piętno, zmieniły się zwyczaje czy tryb życia, przez co zaginęły nam stare punkty orientacyjne. Oczywiście sami także, po dekadach życia w metropolii, przyjeżdżamy z bagażem nabytej obcości, która może uderzać w bezpośrednich kontaktach. Tak jak czuliśmy się nieco „parweniuszami” (ale też ludźmi o bardziej realistycznych oczekiwaniach) zaraz po wyprowadzce na I. rok studiów, tak teraz możemy nieświadomie uderzać wielkomiejską „wyższością”, budząc nieufność i napotykając na bariery przed przyjęciem z powrotem.
******
Pamiętam jedyny w swoim rodzaju zapach we wnętrzach kościoła Zmartwychwstańców. Połączenie zapachu świec z wszechobecnym obiciem z ciężkiego drewna. Kiedyś luterański, potem oczywiście katolicki, ale siłą architektury zachował wiele z pierwotnego ducha.
Pamiętam jak niestrudzenie, po lekcjach, przemierzałem całe miasto wzdłuż i wszerz w swoich wysiłkach zostania poliglotą. Angielski był na ul. Legionów Polskich, niemiecki na Os. Tysiąclecia, a francuski na ul. Małej Dworcowej. Czasem wszystkie trzy lekcje bywały w ten sam dzień. Miasto niby małe, ale (przy braku wtedy autobusów, dziś już są) trzeba się było nachodzić.
Pamiętam przyspieszające tętno za każdym razem, kiedy mijałem blok-punktowiec przy ul. Reymonta, w którym mieszkała ona, obiekt nastoletnich westchnień o nieziemskiej burzy loków. Przecież zawsze była szansa, że akurat będzie wychodzić z domu i uda się jej powiedzieć „cześć”.
******
Pomimo tych wszystkich „ale” nostalgia za miejscem urodzenia i powroty doń – niekoniecznie na stałe, ale i na kilka dni czy godzin – są w psychologii uznawane za źródło generalnie pozytywnych przeżyć emocjonalnych. Poprawiają nastrój, zwiększają poczucie pewności siebie, w sposób zdecydowany konsolidują indywidualną tożsamość, wzmacniają poczucie przynależenia oraz satysfakcji ze swojego miejsca w relacjach społecznych, nadają wręcz egzystencjonalnego sensu życiu. To swoiste „ładowanie baterii” przed powrotem do życia w miejscu wybranym, do codzienności i jego trudów. To unikalny „urlop”. Nawet jeśli takie wizyty okazują się żałobą nad utraconym miejscem i smutkiem wobec upływu czasu, to jednak natychmiast zagłusza je wdzięczność, że to wszystko w ogóle się wydarzyło.
Miejsce pochodzenia zawsze kształtuje tożsamość człowieka. Absolutnie nie ma innego wyjścia. Oczywiście niekiedy negatywnie, poprzez usilne zaprzeczanie swojej pierwotnej tożsamości, które bywa niesione przemożnym pragnieniem emancypacji na własnych warunkach i w oparciu o samodzielnie wybrane elementy modyfikacji poczucia własnego „ja”. W większości przypadków jednak pozytywnie, jako element rdzeniowy, wokół którego narastają dalsze warstwy płynące z późniejszych etapów życia. To poczucie przynależenia gdzieś, którego w zasadzie nie sposób wymazać. To odruchowa solidarność, przywiązanie do ludzi, istotny czynnik porządkujący nasze ordo caritatis, automatyczne rozumienie symboli, znaków, gestów, kontekstów. Moja żona ma cztery siostry, wszystkie one – jak ja i oczywiście ona – pochodzą z Kościerzyny i wszystkie mają mężów spoza Kościerzyny. Mam niekiedy wrażenie, że pewne drobiazgowe niuanse językowe tamte pary muszą sobie doprecyzowywać. My nie musimy. Za każdym razem i natychmiast wszystko jest jasne; wręcz słychać, jako robiło „klik”. Kościerzyna jest w nas i nią emanujemy. Dumnie.
******
Pamiętam zdumiewająco smaczne obiady w szpitalnej stołówce, gdzie komercyjnie stołować mógł się każdy, a ojciec – jako lekarz – szczególnie ją sobie upodobał. Puree ziemniaczane podawano tam w gałkach, niczym lody.
Pamiętam papierowy dziennik naszej klasy w liceum, który jako zaawansowany w językach obcych uczeń nosiłem między salą od angielskiego a salą od niemieckiego, gdy klasa pracowała w mniejszych grupach. I w którym ze dwa razy sam usprawiedliwiłem sobie nieobecność robiąc długopisem plus z kreski pionowej (mam nadzieję, że to się przedawniło…).
Pamiętam stare, skrzypiące, pochodzące z prababcinego „odzysku” wersalki ustawione w rudymentarnym wnętrzu Texas Pubu, gdzie grano ciężką muzykę lub bluesa i gdzie przyłażących kilka razy w tygodniu 16-latków z punkerskich klimatów nie pytano o dowód przed sprzedażą piwa. Dzisiaj to elegancki klub muzyczny, wszystko idzie do przodu.
Pamiętam, jak z kolegami, jako grupka pijanych 17-latków wlekliśmy się w samym środku nocy wzdłuż wylotowej szosy na skraj miasta, gdzie w stacji benzynowej Giga-Therm całodobowo sprzedawano odgrzewane hamburgery z sosem majonezowym – idealne do konsumpcji w stanie „wskazującym na spożycie” i o drugiej czy czwartej nad ranem.
Pamiętam, a w zasadzie nie pamiętam, jak przez dwa lata chodziłem do tego samego liceum z moją o dwa lata młodszą, przyszłą żoną. Poznaliśmy się po studiach, ale wcześniej przez te dwa lata zapewne setki razy mijaliśmy się na korytarzu dość niedużego przecież LO. Żadne z nas drugiej połówki z tego okresu nie pamięta. Czy to nie dziwne?
******
W Kościerzynie jest grób moich rodziców. Ktoś może, upraszczając, powiedzieć, że stąd cała moja nostalgia. To ważne, ale to nie wszystko. Moi najbliżsi leżą też i w Gdańsku, i w Gdyni. Myślą, która utożsamiła mi wejście moich emocjonalnych relacji z miastem rodzinnym w nowy, nostalgiczny etap, było uświadomienie sobie, że jest i na zawsze pozostanie ono jedynym miejscem na Ziemi, w którym znam każdy kamień, każdą cegłę, każdy krawężnik i każde drzewo. Gdyby tylko ktoś mi asystował i zapewnił, że uchroni mnie przed wejściem pod koła samochodu czy ciężarówki, byłbym w stanie z zamkniętymi oczami dojść tam z każdego punktu A do każdego punktu B (aczkolwiek w zeszłym roku odkryłem powstanie nowej ulicy, wzdłuż której powstało wiele nowych domów wielorodzinnych, więc może nie do końca bym już potrafił). To miejsce bezpieczne, przewidywalne, całkowicie oswojone. To dom.
A w perspektywie emerytury, nadal dość odległej, ale już mniej odległej niż pierwszy dzień w pracy, może warto pomyśleć, aby do domu wrócić. Dlaczego nie?