To jest esej o przetrwaniu, czyli o naszej historii i histerii, które wzięte razem stanowią rodzaj „emocjonalnej zmory”, która nieustannie dopada Polki, Polaków, Polskę i ciągnie się od wieków. Mam wrażenie, że zza każdego rogu polskiej ulicy, do każdej rozmowy z przyjaciółmi i sąsiadami, w tramwaju, w sklepie, w szkole i w galerii sztuki wkrada się nerwowy niepokój o przetrwanie – nas jako narodu, społeczeństwa i niezależnego państwa. Chcemy w końcu być naprawdę i na serio, a nie budować domów na piasku, by z rozpaczą patrzeć, jak rozmywa je kolejna fala dziejów. Chcemy przestać się bać.
Andrzej Stasiuk w jednym z esejów o Europie, napisanym wspólnie z Jurijem Andruchowyczem, wspominał o nieciągłości historycznej Środkowej Europy. Przejeżdżając przez słowackie ulice, widział tę charakterystyczną wyrwę w architekturze, która polegała na tym, że obok stylowo zachowanych XIX-wiecznych domów wyrastały komunistyczne, oskubane bloki i obleśne garaże z blachy, zmieniając miasta w bezkształtne bezdroża i roztrzaskując w drobny mak planowaną kiedyś racjonalną strukturę. Nasze miasta i metropolie, tylko z małymi wyjątkami, są piękne. Ich fizis jest boleśnie naznaczona wojnami, napaściami, brutalnością, przemocą, mordami i terrorem. Nie bez powodu Wrocław, Europejska Stolica Kultury 2016, wołał w swym sloganie o „przestrzenie dla piękna”.
W naszych miastach pomniki dawnych bohaterów przyćmiewają pochwałę współczesności. Grzebiemy się w pamięci. Próbujemy zadość uczynić przodkom, bo nie mieli radości z życia. Przywołujemy ich do obecności w naszych przestrzeniach publicznych, mimo iż często są tego kompletnie niewarci. Robimy to dlatego, że pamięć była nam zabrana. Całe pokolenia mieszkańców Europy Środkowej żyły w mgławicowej pamięci lub celowej niepamięci, aby nie musieć wspominać pogromów i bolesnych porażek. Dziś histerycznie rekonstytuujemy przeszłość poprzez odtwarzanie historii rodzin, rodów, dziejów babć i dziadków, chłopów i Słowian. Chcemy się przejrzeć w lustrze i zdefiniować. A nasze odbicie rozczarowuje. Wywodzimy się w większości z chłopów pańszczyźnianych i głębokiego analfabetyzmu; jesteśmy społeczeństwem, które utraciło arystokrację, zostało opuszczone przez rząd w 1939 roku, a następnie „uwschodnione” i sowietyzowane przez szpiegów moskiewskich. Zostało europejską sierotą. Władza zdradzała naród wielokrotnie, nawet u szczytu świetności państwa. Jaką mamy gwarancję, że nie zdradzi dzisiaj? Jak można w ogóle uwierzyć władzy?
Czesław Miłosz w Rodzinnej Europie zwracał uwagę na stałość granic państw Europy zachodniej i ich niestałość w Europie Wschodniej. Pisał o Wilnie, które nie mogło i nie może być „pewne siebie”, bo zawsze pada łupem mocarstw, w przeciwieństwie do Paryża, który jednak pozostaje w rękach Francuzów. W naszej części Europy, przetargom politycznym, oprócz Wilna, zostały poddane Lwów, Wrocław, Szczecin, Pomorze, również miasta Górnego Śląska – nie mówiąc już o transferach granic w Rumunii, na Węgrzech, w Ukrainie, Serbii…, itp. Mieszkańcy Europy Środkowej i Wschodniej ciągle na nowo uczą się swojej tożsamości kulturowej. Wiecznie obłaskawiają czas, który jest im dany tu i teraz, ale na pewno nie raz na zawsze. Żyją w histerii przetrwania, bo nie mogą uwierzyć, że państwo „jest ich”. Jak Warszawa. Tam to hasło nagłośniono – choć w nieco innym kontekście. Istotna była i jest idea własności/przynależności, gdyż Polacy byli społeczeństwem totalne wywłaszczonym. Dziś chcą mieć pewność, że posiadają coś, co trwale zapisano w księgach wieczystych na konkretne nazwiska. I że księgi nie spłoną, pozostawiając miliony ludzi w prawnej nicości.
A miasta płoną tuż za naszymi granicami, bo geopolityka jest przekleństwem Polski. W tych skomplikowanych historycznie i politycznie okolicznościach nasi przywódcy leją aktorsko łzy nad Konstytucją bądź okradają ludzi z należnych im funduszy; przehandlowują kraj w nocnych spotkaniach (jak kiedyś na Balu u Senatora), wyzywają się od „komunistów i złodziei” i czują dumę z bezczelności i chamstwa. Doskonale parodiują te chore zachowania kabareciarze, pisarze, dziennikarze i rockmeni. Prawdę powiedziawszy, całe rzesze zdolnych polskich twórców (bo kultura zachowała kunszt i poziom w Polsce!) robią to wyśmienicie, albowiem sarkazm gwarantuje dystans do histerii i jest naszym dobrem narodowym.
Polska tkwi w histerii – wielopoziomowej i wielopostaciowej. Panicznie boimy się chorób, burz i nawałnic, kierowców i komorników. Z chorobliwą uwagą śledzimy złe wiadomości i czytamy reklamy farmaceutyczne. Nie ufamy lekarzom, sąsiadom, ZUS-owi. Pomstujemy na nauczycieli i wkładamy dzieciom do ręki telefony najnowszych generacji, tracąc z nimi kontakt psychiczny. Napawa nas lękiem zepsucie Zachodu, ale jednocześnie kochamy niemieckie samochody, francuskie kosmetyki, modę na operacje plastyczne i nie wyobrażamy sobie wakacji bez plaży w Grecji. Boimy się przetworzonego jedzenia, nieczystej wody i ubrań z tworzyw sztucznych. Nie wiemy, czy żegnać się jeszcze przed posiłkiem, czy to już ciemnogród. Rozdźwięk między pokoleniami urósł w Polsce do kryzysów rodzinnych. Uczyć się języków obcych czy nie, bo przecież „Polacy nie gęsi”…, no, ale głupio nie wiedzieć, jak „jeść nożem i widelcem” we Francji. A w ogóle, to węgierski bratanek Orban wykazuje nieznaną nam hardość, stając okoniem wobec Unii Europejskiej (bo Zachód zabrał mu kiedyś Siedmiogród, a potem narzucił migrantów). Nie jest w Polsce ceniona postawa zinterioryzowania strat i budowania trwałych sojuszy w celu wzmacniania międzynarodowych partnerstw na przyszłość. Podziwiamy buńczucznych autokratów.
Dziś czy wczoraj? Pamięć czy przyszłość? Odwieczne polskie pytania… Pozostajemy w bipolarnej pułapce czasu, cierpiąc na historyczną dwubiegunówkę, skutkującą głębokimi podziałami politycznymi, ponieważ nie potrafimy się odnaleźć w świecie post-liberalnym, który nie daje prostych rozwiązań i nie wskazuje jasnych hierarchii. Nie wiemy, czego chcemy. Nazywam to stanem „niejasności epistemologicznej”, która jest źródłem polskiego cierpienia i powodem wielu nieporozumień. Jesteśmy społeczeństwem niedojrzałym do zglobalizowanej rzeczywistości. Zaawansowane demokracje wkraczają dziś w fazę erozji procedur i kryzysu przywództwa, podczas gdy Polska pozostaje na etapie budowania zrębów demokracji, neurotycznej obrony tożsamości narodowej oraz bratobójczych walk o „zdrady moskiewskie”. Sąsiadując ze społeczeństwami wysoko rozwiniętymi, porównujemy się do nich, pozostając mentalnie w fazie przejściowej. Nikomu nie ufamy. Na przykład, jaka jest odpowiedź na pytanie: kto nam dziś bratem, a kto wrogiem? Nie wiem. Nawet najlepiej życzących nam sojuszników bezpardonowo krytykujemy. Kto jest mądrym polskim politykiem? Nie wiem. Inteligentnych, znających świat i języki obce, doświadczonych liderów nazywamy „zdrajcami” i „komunistami”. W ogóle non stop się wyzywamy. Podobno najlepiej by było, żeby przyszedł jeden mądry i zrobił porządek. To zjawisko nazywam z kolei infantylizmem poznawczym, a wzmacnia je kościół katolicki, stosując retorykę umniejszania zdolności samodzielnego myślenia człowieka i niezależności personalnej. Jednoosobowa władza, zwykle autorytarna, niszczy, zastrasza, manipuluje i podporządkowuje. Od tych sytuacji uciekliśmy… Zatem, o co chodzi?
Metaforycznie rzecz ujmując, Polska zdaje się być krajem, który siedzi na kozetce u psychoterapeuty, ale niestety dopiero zapoznaje się z terapią, czyli procesem samozrozumienia. Histeria polska to nerwicowe rozedrganie emocjonalne, które jest podszyte dysfunkcyjnością formatów przeszłości, traumą utraty i brakiem poczucia sprawstwa. Współcześni Polacy, przy wielu swoich wspaniałych cechach, mają „zszargane” nerwy świadomością bycia przegranym, wykorzystanym, „sprzedanym, ale też własną kłótliwością, żądzą zemsty i odwetu, niekonsekwencją i chwiejnością nastrojów. Przykład wojny w Ukrainie dobrze to obrazuje. Społeczeństwo polskie okazało uciekinierom ukraińskim w 2022 roku niezwykłą pomoc. Oddało im swoje mieszkania, domy, wykazało wsparcie. Trwało to niedługo, gdyż akurat wtedy trzeba było sobie przypomnieć Wołyń, polski IPN musiał się pokłócić z ukraińskim, a rząd zradykalizować strategię polityki zagranicznej wobec wschodniego sąsiada. Nie potrafimy utrzymać stabilności w relacjach. Nie wytrzymujemy ciągłości emocji pozytywnych. Dlaczego? Bo prędzej czy później wychodzi z nas negatywizm oraz niezrekompensowany uraz psychiczny, który generuje agresję.
Czy nie należy wreszcie przestać histeryzować? Należy. Należy dokonać zbiorowego, autentycznego samouleczenia ze zmór przeszłości, co nie oznacza natychmiastowej łaski odwagi. Trzeba wypracować na nowo swoje poczucie wartości i stanąć w dojrzałości, czyli postawie akceptacji słabości, ułomności i siły. Czy jesteśmy zdolni zachowywać równowagę, czyli jak definiują to pojęcie słowniki – „stabilny układ przeciwstawnych sił”? Tak, pod warunkiem, że przekujemy lęk w działanie. Nikt za nas tego nie zrobi. W rozmowach z sąsiadami, przyjaciółmi, w tramwaju i w galeriach sztuki musimy pokonać strach, czyli samych siebie, vide zadbać o swoje psychiczne i ontologiczne zrównoważenie. Zalecałabym przy tym: zero reklam farmaceutycznych i więcej dobrych wiadomości. One krążą w eterze, niezauważane przez dziennikarzy. Świat nie jest czarno-biały, życie nie ma tylko złej strony. Warto zdrowieć szybciej, inni na nas czekają.