Rok minął jak z bicza trzasnął. Ledwo co odliczaliśmy minuty do końca 2024, a już planujemy, gdzie witać 2026. Rok pełen słów, obietnic, wydarzeń. Dla jednych rok wielkiego wyborczego rozczarowania, dla innych powodów do radości. Rok, w którym więcej było pytań niż odpowiedzi, a możliwe scenariusze często spełniały się w swej najbardziej ekstremalnej/zaskakującej wersji. Wzrosty i spadki w sondażach, partyjne horyzonty, projekty wielkie i małe, postęp lub wsteczność, to, co osobiste, skonfrontowane z życiem publicznym. Zagadki i zadania do rozwiązania. Próby, sukcesy, błędy. Wszystkie moje, Twoje, Nasze.
Rok faktów i rok sondaży. Tych, w których raz za razem, rok za rokiem wyrażamy nasze lęki i nadzieje dotyczące nie tylko funkcjonowania sceny politycznej, działania instytucji, czy wreszcie takich a nie innych (zmiennych) preferencji, ale tych, które określają horyzonty naszego życia/bycia. To oczekiwania skonfrontowane z możliwościami. Badania odzwierciedlające niedostatki – począwszy od mieszkalnictwa, sądownictwa, służby zdrowia, przez stan praw człowieka i zwierząt, aż po oczekiwane kwestie osobiste, a nawet nasz udział w kulturze czy samoocenę dobrostanu. Wszystko pomierzone, czasem tylko wskazujące na zaskakujące rezultaty. Plan i… los.
Czy warto zdawać się na ten ostatni? A może lepiej brać sprawy we własne ręce? Każda z opcji znajdzie zapewne zwolenników. Czas kolejnych, nawarstwiających się niepewności i kryzysów jednych zagnał do wróżek, tarocistów, wszelkiej maści „analityków” obiecujących niczym za dotknięciem magicznej różdżki naprawić nasze życie, nadać mu sens i cel. Inni wybrali świadome kształtowanie własnego życia, autorstwo, a nie podróbkę czy produkt życiopodobny; a zdawanie się na przypadek, cudzą wolę, ślepe poddanie się działaniom przychodzącym z zewnątrz włożyli między bajki. I nie chodzi o to, aby nie marzyć, ale o to, by myśleć.
Są i tacy, co się poddali. Powtarzają, że fatum im ciąży, a Mojry wcześniej czy później i tak utną każdą nić. W efekcie trwają w bezruchu, jakby w zawieszeniu pomiędzy tym, czego pragną, a tym, czego nie mogą. Pomiędzy każdym, nie zawsze słusznie pętającym działanie „nie wolno”, a kolejnym „na to jednak sobie pozwolę”. Pomiędzy falami przenikających do kości strachów (bo wojna, bo choroba, bo niepewność, bo odporność się sypie, a dezinformacja wydaje się nie do rozpoznania), tkwią w bez-decyzjach, które w ostatecznym rozrachunku poranią tych, których tak uparcie chcieli chronić.
Są i ci, co powtarzają, że „goni nas czas”. Albo na różne sposoby ścigają się z czasem, raz próbując go oszukać, a kiedy indziej oswoić. Opcja druga wydaje się lepsza, bo daje szansę na „pokojową współpracę” i zgodę z samym/samą sobą, przynajmniej w możliwym zakresie. Tu koło fortuny jest niczym oczko puszczone przez „los” albo zabawa z przypadkiem i zaskoczeniem, który może przynieść spodziewaną rewolucję, albo chociaż odświeżenie przykurzonej codzienności.
Tu w każdej ze spraw możemy wybrać, nawet jeśli ścieżka miejscami prowadzi przez krainy nie do końca jeszcze znane. Stając na rozstaju dróg, stając przed wyborem, stając wobec problemu albo wyzwania… wybieramy. I tak rok za rokiem. I nie ma alternatywy dla codziennego wyboru. Zawsze jest jakieś „albo-albo”. I choć przyjemnie się wierzy w światłocienie, a czasem sytuacje, kolejność podejmowanych działań wymusza tempo przemieszczania się lodowca w miejscu, gdzie oczekiwalibyśmy prędkości światła, to ostatecznie… wybieramy. Politycznie, społecznie, relacyjnie, po prostu ludzko. A wszelkie „może”, „kiedyś” to nie rozwiązania, tylko gra uników. Cisza jest tchórzostwem, kapitulacją wobec nieoczekiwanego. Nie wiruje na kole fortuny, chyba że sami je takim stworzymy.