Wciąż żyjemy w cieniu wojny. Choć od zakończenia II wojny światowej minęło prawie 81 lat, to co rusz echem wracają niedokończone zagwozdki powojnia – politycy prawicy co rusz grają kartą winy i kary, wspominając rozliczenia czy reparacje wojenne, jakie Niemcy mieliby być winni Polsce, przy okazji produkując tony resentymentu. W historycznym i politykierskim dyskursie wracają spory o odpowiedzialność – szczególnie tę niechętnie przyjmowaną – o zbrodnie jednych na drugich, zbrodniarzy, co dla niektórych stają się bohaterami, miejsca pamięci, wagę takich, a nie innych postaw. W Polsce powojnie wciąż dzieli, choć mogłoby być już historycznie dopracowaną kartą, w której nie chodzi o proste rozliczenie z gatunku „winien/ma”, ale o narrację, co skonfrontowawszy nas ze światem wartości, pozwala na budowanie silniejszego i rozsądniejszego centrum.
Jednak powojenne emocje i fakty wciąż potrafią dzielić, stanowiąc przy tym narzędzie polityczne, chętnie wykorzystywane przez prawicę, by różnić, jątrzyć, umacniać niebezpieczną narrację, która nie sprzyja budowaniu odporności społecznej. I niby II wojna się domknęła, a jednak pozostałe elementy źle poprowadzonego/rozegranego powojnia kładą się cieniem na naszej codzienności, podbijając narrację o „wrogu i przyjacielu”, a także wplatając w nasze polityki niepewność, kto jest kim.
Patrząc choćby z tej perspektywy (choć przypadków podobnych nie brak na świecie), kończenie wojen wcale nie jest łatwe. Nie wystarczy – jak chciałby Donald Trump – trochę postraszyć, tupnąć nogą, podpisać stworzoną na kolanie umowę, uścisnąć rękę w Gabinecie Owalnym, udawać, że wilk może być syty a owca (pozornie) cała, interesy de facto wyprowadzając na zewnątrz. Gdy myślimy o sprawiedliwym i długotrwałym pokoju, to nie ma tu prostego przepisu, który pozwoliłby szybko połączyć ze sobą kilka składników i ze spokojem czekać na „właściwy”, oczywisty efekt. Nie ma tu też miejsca na eksperymenty.
Kończenie wojen jest trudne, rozłożone w czasie, zaś powojnie to proces wymagający dobrej (!) woli każdej ze stron, stosownych uzgodnień, rozliczeń, planu na osądzenie winnych, reparacji wojennych, zabezpieczenia interesów ofiar agresji, a nie roszczeń agresora, zabezpieczenia granic możliwych do obrony. Powojnie – ius post bellum – czas sprawiedliwego pokoju ma dać państwom, społeczeństwom i wspólnotom szansę na coś więcej: na powrót do normalności w możliwym dla nich zakresie i właściwym dla nich tempie, pozwalającym na nadanie porządku, bezpieczeństwo, odbudowanie odporności społecznej. To również czas, którego elementem jest wielopoziomowa rehabilitacja polityczna, społeczna i kulturowa. Wiązanie tych wszystkich nitek, brutalnie przerwanych przez wojnę, a w codzienności stanowiących osnowę normalności, bycia wśród innych bez lęku, z nadzieją na zaufanie i współpracę. Na to wszystko, bez czego nie funkcjonują nasze wspólnoty, instytucje i demokracje jako takie, bez czego znacznie łatwiej nam wpaść w ręce autokratów.
Powojnie nie wydarza się samo z siebie, z dnia na dzień. Może dziś – wobec nowych wojen, w wersji hybrydowej czy informacyjnej – jest nawet trudniejsze, bo w jakimś sensie starożytne si vis pacem para bellum oznacza dziś ciągłą czujność, nabywanie umiejętności radzenia sobie z kolejnymi niebezpiecznymi wyzwaniami, w jakimś sensie z wojną, co „czai się za rogiem”. To również zawieszone w powietrzu pytanie, na ile, jakimi sposobami i za jaka cenę – jako obywatele – jesteśmy w stanie tego pokoju bronić. Skoro wojna – każda wojna – „odsyła do niedającej się pojąć, a potencjalnie niebezpiecznej różnicy między światem, jakim go sobie urządziliśmy, a tą konfrontującą nas ciągle na nowo nieprzezwyciężalną innością”, to szukamy tego, co ocala, co zostaje. Bo „dopiero gdy skonfrontujemy nasze pojęcia i nasze wartości z czymś, co jest od nich radykalnie różne, dowiemy się, ile są warte” (ten Michalski). Powojnie, ten sprawiedliwy pokój, oznacza również przyglądanie się temu, co ocalało… wokół nas i w nas. Na co wciąż jesteśmy gotowi, stając wobec wartości, wobec niebezpieczeństwa, wobec konieczności mierzenia się z najtrudniejszymi wyzwaniami. Koniec końców, powojnie – również to, które należy projektować dla Ukrainy – dotyczy każdego z nas.