Ćwierć wieku temu zaczynali niemal studencko – z wystawami przygotowywanymi niskim kosztem, pokazami slajdów pod gołym niebem i przekonaniem, że fotografia może być czymś więcej niż tylko obrazem. Dziś Miesiąc Fotografii w Krakowie i Fotofestiwal w Łodzi należą do najważniejszych wydarzeń fotograficznych w Europie Środkowej. Z Krzysztofem Candrowiczem i Tomaszem Gutkowskim rozmawiamy o początkach obu festiwali, przyjaźni, która przetrwała 25 lat oraz o tym, dlaczego krytyczne myślenie o obrazach jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek.
- Krzysztof Candrowicz
- Tomasz Gutkowski
Alicja Myśliwiec: Miesiąc Fotografii w Krakowie pod hasłem „Unreal Estate” kończy się za kilka dni. Dokładnie 18 czerwca zaczyna się łódzki Fotofestiwal. Imprezy od lat wspierają się i pozostają w przyjaźni. Łączy Was ponad 25 lat doświadczeń. Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie? Poproszę o szczegóły.
Krzysztof Candrowicz: Przez dwa lata realizowaliśmy wystawy, które były czasami nawet wycinanymi z albumów i oprawianymi w ramki fotografiami. To były totalnie punkowe i low-costowe edycje festiwalu. Tomek był jedynym i pierwszym gościem, który przyjechał na pierwszą edycję Fotofestiwalu spoza Łodzi, wtedy jako redaktor magazynu o fotografii „Fotopolis”. To były czasy raczkującego internetu.
Tomasz Gutkowski: Zakładałem „Fotopolis”, używając wtedy modemu i kabla. Ostatnio powiedziałem to komuś, kto zupełnie mnie nie rozumiał.
Modemu, który wydawał charakterystyczne dźwięki. Wszyscy wiedzieli, że jest internet. Nasze pokolenie pamięta ten dźwięk.
TG: Wspaniałe wspomnienia. Co robiłem? Po prostu wyszukiwałem informacje, bardzo różne, związane z fotografią i podążałem ich śladem. W ogóle właśnie jako dziennikarz trafiłem nie tylko do Łodzi na Fotofestiwal, ale i do Krakowa. Byłem wtedy dumnym warszawiakiem, teraz jestem również dumnym krakusem. Kiedy pojechałem do Krakowa też na pierwszą edycję, organizatorzy mocno się zdziwili. To było wtedy pospolite ruszenie i premiera formuły podpatrzonej w Paryżu. W przypadku drugiej edycji Miesiąca Fotografii już mieszkałem w Krakowie i pomagałem. I tak już zostało.
KC: Natomiast nasze pierwsze spotkanie to chyba było pod kinem Cytryna.
TG: Tak, siedzieliśmy na schodach.
KC: Prawdziwie studencka atmosfera. Byliśmy wtedy studentami Szkoły Filmowej w Łodzi, Instytutu Socjologii i ASP w Łodzi. Więc siedzieliśmy przy ognisku i rozmawialiśmy ze swoimi mentorami. Był tam Józek Robakowski i wielu innych artystów. Było to dokładnie snucie opowieści przy ognisku. Pamiętam też pokazywanie slajdów na ścianie przed kinem Cytryna. Pytałaś o fotografię wtedy… Fotografia zawsze służyła do tego samego. Starała się łapać to, co ważne – czy to prywatnie, czy publicznie, politycznie, ekonomicznie, społecznie. Na pewno było jej wtedy mniej. Inaczej się na nią patrzyło.
TG: Na pewno większego wysiłku w ogóle wymagało jej tworzenie. I przede wszystkim większej uważności. Choć być może nie… Być może jest wręcz przeciwnie, że teraz w tym zalewie obrazów, propozycji tak naprawdę jest więcej pracy, żeby się przez to przekopać i znaleźć coś interesującego. Coś, co układa się nam w jakąś historię lub może być początkiem jakiejś ważnej narracji. Myślę, że w tym kontekście, czy to analogowo, czy cyfrowo, czy z małą ilością, czy z nadmiarem fotografii, to krytyczne myślenie nas połączyło, Potrzeba głębszej refleksji nad światem i idąca za tym chęć stworzenia miejsca, przestrzeni na spotkania. Na bycie i doświadczanie fotografii. Wydaje mi się, że wszyscy czekają na maj i czerwiec, żeby pojechać do Krakowa i do Łodzi. I to jest chyba niesamowite, że udało nam się to ćwierćwiecze przeżyć.
A:I umówmy się, że „rynek festiwalowy” to jest trochę sport ekstremalny.
TG: Czasem jak nowe koleżanki, koledzy do nas dołączają do zespołu, są zdziwieni i zafascynowani specyfiką tej branży. Generalnie jesteśmy też NGO-sowcami, zaangażowanymi w życie fundacyjne. U mnie dochodzi do tego jeszcze chęć jakiejś takiej walki z wiatrakami, naprawiania trochę systemu, może to w Radzie Społecznej przy ministerstwie czy w Radach Tworzących Strategię dla Kultury, choćby w Krakowie.
KC: No to jest sport ekstremalny, tak jak powiedziałaś. I rotacja. Ilość rzeczy, które robimy, są niezwykłe. Często w instytucjach takimi zakresami zajmują się 3-4 osoby. U nas za każdym razem jest to też konfrontacja z niepewnością dotyczącą tego, co będzie dalej. Długofalowe finansowanie i zabezpieczenie podstawowego bytu organizacji, które od lat funkcjonują, jak tak naprawdę instytucje kultury, to prawdziwe wyzwanie. Więc oczywiście to nie jest łatwe, ale z drugiej strony to jest takie fajne.
A: Owszem. Móc to organizować i spotykać ludzi, i zapraszać, być w pewien sposób niezależnym. No tylko jest to dla ludzi o twardych nerwach, o dużej wrażliwości i dużej wytrzymałości.
KC: I pewnym specyficznym mindsecie. Przeważają ludzie o bardzo specyficznym układzie nerwowym i pewnej specyfice myślenia.
KG: Myślę, że inaczej by się nie dało. A z drugiej strony, dzięki temu odkrywamy cały czas coś nowego. To jest definicja rozwoju. Naszą rolą jest z jednej strony pokazywanie, na co warto zwrócić uwagę, wciąganie do dyskusji. To też nauka uważnego patrzenia, które naszym zdaniem jest wpisane we wspólną misję. Bezrefleksyjne patrzenie prowadzi często do złych rzeczy. Skąd się biorą obrazy? Czemu one takie są? Kto nam je podaje? W jakim celu? To są kompetencje potrzebne tu i teraz.
KC: A szkoła tego często nie uczy. Choć używa się „obrazków” do komunikacji na co dzień, często to działa bezrefleksyjne. Wydaje mi się, że z jednej strony jest rozrywka, ambitne cele, edukacja i możliwość realizowania pasji i cała misja związana z promocją polskiej fotografii na świecie.
TG: Mamy poczucie misji. Odpowiadam na niezadane pytanie. Skąd bierzemy energię i moc, żeby to ciągnąć?
A: To się samo ciśnie na usta.
TG: Jest w tym jakaś misyjność, szaleństwo, ale przede wszystkim determinacja i przyjemność. To jest niesamowita przyjemność pracy i wspólnotowość. Myślę, że bez tego ten cały sport ekstremalny byłby niemożliwy.
KC: Środowisko fotograficzne jest bardzo wdzięczne. Nie ma tam takiej silnej konkurencyjności. Nie ma tam też dużych pieniędzy. Może stąd jest ta wspólnotowość, bo nie ma o co rywalizować. Jest za to ta misyjność, o której mówiliśmy.
TG: Czujemy, że to, co robimy, jest ważne. Kontekst krytycznego myślenia o obrazach jest tak mało obecny w wydarzeniach artystycznych, że mamy jeszcze materiał na kolejne 25 lat.
Każdy festiwal się wymyśla od zera. Nie umniejszając oczywiście festiwalom filmowym, trzeba jednak przyznać, że tego typu imprezy nie produkują filmów. My z kolei jako festiwale fotograficzne sprawiamy, że powstają projekty, które w innych warunkach często by nie zaistniały. To jest nasza ważna misja. My od dwóch sezonów działamy w formule Biennale między innymi po to, żeby móc więcej pracować ze swoimi własnymi produkcjami. Ten cykl coroczny to było szaleństwo, kołowrotek. To też pokazuje drogę ewolucji festiwalu. Zrealizowaliśmy festiwal poświęcony Afryce Subsaharyjskiej, o której wiemy jeszcze mniej niż o Niemczech.
On świetnie zadziałał. Od razu wystawa główna z Pałacu Potockich, którą robiliśmy z Witkiem Orskim pojechała do Muzeum Etnograficznego w Warszawie, stamtąd do Nigerii, do Lagos. A w tym roku jedziemy z nią jeszcze do Ghany.
Mimo że była skierowana do środkowo-europejskiej publiczności, okazało się, że jest to ciekawy temat również poza naszą szerokością geograficzną. Więc to po prostu żyje. Mamy czas się tym zajmować. I to samo zresztą projekt Unreal Estate. Już rozmawiamy z Berlinem. Zespół kuratorski pracuje nad tym, co będzie dalej: jak myśleć o przyszłych kontekstach lokalnych, jak pokazać nasze wystawy w krajach niemieckojęzycznych i dalej. Tutaj mamy też świetną współpracę z Fundacją Współpracy Polsko-Niemieckiej czy z Instytutem Goethego.
Chcemy unikać jednorazowości. Staramy się, aby nasze wystawy nie trafiały do magazynów albo na zniszczenie.
KC: Ważnym aspektem jest też kontekst festiwalizacji kultury, nazywanej często festiwalozą. Fotofestiwal traktujemy jako całoroczny research na jakiś temat. I ten kontekst krytycznego myślenia jest tu kluczowy. Ale te wystawy później krążą pomiędzy instytucjami. I tutaj kolejna rzecz, która nas bardzo łączy. Od 25 lat promujemy polskich twórców i twórczynie za granicą. Więc jesteśmy obecni na innych festiwalach, w muzeach, sieciach europejskiej fotografii. Praca ma więc charakter całoroczny. Choć oczywiście mówimy o różnych drogach ewolucji i rewolucji w obrębie całej struktury festiwalowej.
A: Kiedy powstał pomysł, żeby Fotofestiwal tworzył kolektyw, nie dyrektorzy a kolektyw?
KC: Po 15 latach festiwalu przeszliśmy transformację, która nam pokazała, że działamy od samego początku jako kolektyw. Więc te role „dyrektorskie”, które pełniliśmy, były absolutnie fikcyjne. Od 2015 roku jesteśmy demokratyczną, horyzontalną strukturą, która oczywiście ma swoje plusy i minusy. Nie romantyzujemy kolektywów. Otwarcie mówimy o tym, że na przykład proces podejmowania decyzji jest wydłużony dwukrotnie.
Jeśli jest jeden dyrektor artystyczny, mówi wprost: robimy lub nie robimy. I jutro projekt jest w trakcie realizacji lub nie. U nas proces wymaga konsensusu.
TG: Podręczniki do zarządzania trochę się rozbijają u was. Ja mam to szczęście, że otwarcie mówię, że ja się na fotografii nie znam. Znam się na organizowaniu, łączeniu, załatwianiu i robieniu tak, żeby się zgadzało. A pracuję po prostu z superfachowcami – czy to rada programowa, czy goście, kuratorzy. W przypadku Show-offu to indywidualne osoby, które razem pracują. Ale na koniec możesz wskazać jedną osobę, o której powiesz: to jest Dyrektor Artystyczny. On podejmuje decyzje. Ale warto pamiętać, że festiwal to żywy organizm. Uważam, że za każdym razem wymyślamy się od nowa. Za każdym razem tworzymy całą treść od zera. Za każdym razem to jest ta sama budowlanka, te same transporty. To samo pisanie, tłumaczenie, redagowanie, montowanie. To ta mniej romantyczna strona. Też fajne, ale teraz jesteśmy w środku, w ogniu samym. Jestem megaszczęśliwy, że pracuję z takim zespołem.
KC: To fajna, zgrana ekipa. W przypadku Łodzi i Krakowa tym największym paliwem jednak jest przyjaźń. Pojawiają się różne kryzysy, nawet w trakcie produkcji festiwalu.
Rozwiązujemy je na bieżąco i to umożliwia nam przeżycie 25 lat. Niemalże w tym samym zespole. Wiadomo, że jest też fluktuacja. Staramy się odmładzać nasz zespół. Tak, żeby struktura festiwalu oddawała wielopokoleniowy charakter i żeby wnieść dużo nowej energii do festiwalu.
TG: Ja pracuję jeszcze z moją żoną, która jest naszą projektantką od lat. Kiedyś była naszą praktykantką. Przejechała z Hiszpanii dawno temu i została. Na pewno jest to połączenie pasji, ale też wiedzy. Ktoś musi to po prostu zorganizować. Mówię to bez żadnej przekory, że ja się uważam za robotnika kultury, zawodowego organizatora, którego rolą jest stworzenie sytuacji, żeby artyści mogli tworzyć. I póki co się udaje. Zapraszamy do Krakowa i do Łodzi w czerwcu.
KC: Fotofestiwal zaczyna się 18 czerwca i przez 10 dni będziemy świętować 25 urodziny, rozmawiać z artystami i zatrzymywać się przy sztuce, która daje do myślenia. Zapraszamy.





Miesiąc Fotografii w Krakowie
Jeden z najważniejszych festiwali fotograficznych w Europie Środkowej, organizowany od 2003 roku przez Fundację Sztuk Wizualnych. Wydarzenie prezentuje najciekawsze zjawiska współczesnej fotografii i kultury wizualnej, łącząc wystawy, spotkania, debaty oraz działania edukacyjne. Festiwal słynie z odważnych tematów społecznych i politycznych, a także z produkcji autorskich projektów, które później trafiają do instytucji i galerii w Polsce i za granicą.
Fotofestiwal w Łodzi
Powstały w 2001 roku Fotofestiwal jest jednym z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych festiwali fotografii w Polsce. Tworzony przez kolektyw kuratorski, od początku stawia na niezależność, eksperyment i międzynarodową współpracę. Program obejmuje wystawy, premiery nowych projektów, wydarzenia edukacyjne. Festiwal konsekwentnie buduje przestrzeń do rozmowy o współczesnym świecie poprzez obraz, wspierając jednocześnie polskich fotografów i fotografki na arenie międzynarodowej.

