„Matka” Stanisława Witkiewicza/ Witkacego w warszawskich teatrach stała się dla mnie doświadczeniem podwójnym. Oglądana w Teatrze Polonia i w Teatrze Ateneum w przeciągu dwóch dni, ujawnia nie tylko różnice inscenizacyjne, lecz przede wszystkim odmienne sposoby myślenia o relacji, władzy i odpowiedzialności. To ten sam dramat, te same słowa, a jednak dwa radykalnie różne porządki sensu. Nie chodzi tu o niuanse interpretacyjne, lecz o zmianę punktu ciężkości całej opowieści. W jednym przypadku mamy świat rozszczelniony i współodpowiedzialny, w drugim – świat skupiony wokół jednego źródła przemocy.
To nie jest zwykła opowieść o matce. To spektakl o uzależnieniach, które nie mają nic wspólnego z alkoholem czy narkotykami (chociaż też…), a wszystko z emocjami, lękiem i potrzebą kontroli. Relacja matki i syna jest tu toksyczna, choć opakowana w język troski, poświęcenia i „dobrych intencji”. Widz szybko orientuje się, że miłość nie jest tu schronieniem, lecz narzędziem. Każdy gest bliskości niesie w sobie potencjał przemocy, a każde słowo może być próbą podporządkowania. To opowieść o relacji, z której nie da się wyjść bez strat.
Nie sposób zrozumieć tego spektaklu bez świadomości, że to dramat Stanisława Ignacego Witkiewicza – Witkacego. Pozorny chaos, przerysowanie postaci i pęknięcie logiki świata nie są inscenizacyjną fanaberią, lecz konsekwentną realizacją jego myślenia o teatrze. Witkacy nie opowiada historii realistycznej, tylko konstruuje świat jako laboratorium ludzkich obsesji, w którym emocje są wyostrzone do granic wytrzymałości. Absurd nie ma tu bawić, lecz demaskować – pokazuje, jak relacje rodzinne, erotyczne i społeczne rozpadają się pod ciężarem własnych napięć. Każda postać jest figurą pewnej postawy, lęku lub uzależnienia, a nie „pełnokrwistym bohaterem” w klasycznym sensie. Dzięki temu spektakl staje się nie tyle opowieścią o jednej rodzinie, ile diagnozą relacji międzyludzkich, które tracą sens, gdy zostają pozbawione wolności.
W Polonii rzeczywistość jest rozchwiana, jakby rozbita na kilka nieprzystających do siebie planów. Każda postać sprawia wrażenie, jakby pochodziła z innej opowieści, mówiła innym językiem i reagowała w innym rytmie emocjonalnym. A jednak ten chaos układa się w spójną, duszną całość, w której absurd nie śmieszy, lecz męczy i uwiera. To Witkacy relacyjny – pokazujący świat, w którym nie ma jednego winnego, bo wszyscy są w coś uwikłani. Widz nie ma tu komfortu wskazania palcem sprawcy, może co najwyżej obserwować mechanizmy wzajemnego zatruwania się bohaterów.
Matka w Polonii, grana przez Krystynę Jandę, jest figurą kruchości i desperacji. Traci wzrok, traci kontrolę nad światem, ale tym silniej próbuje zachować kontrolę nad synem. Jej troska nie jest czysta – podszyta jest lękiem przed pustką, przed byciem niepotrzebną, przed zniknięciem. To matka współuzależniona, która nie potrafi żyć bez syna, a jednocześnie skutecznie uniemożliwia mu samodzielność. Przemoc ma tu formę miękką, lepko rozlaną w codziennych gestach i słowach.
Syn w Polonii, w wykonaniu Tomasza Tyndyka, jest postacią, która celowo drażni widza. Jego bunt jest głośny, nerwowy, pełen emocjonalnych wybuchów, a jednocześnie kompletnie nieskuteczny. Ten rodzaj artystycznego niepokoju – balansujący na granicy irytacji – jest tu świadomym zabiegiem. Widz ma czuć zmęczenie, ma mieć poczucie krążenia w miejscu razem z bohaterem. To syn, który chce uciec, ale każda próba kończy się powrotem do tej samej relacji.
Świat Polonii dopełniają postaci drugiego planu: groteskowe, przerysowane, a jednak boleśnie znajome. Szalona kochanka, brutalna w prostocie gosposia, pasożytnicze figury rodzinne – wszyscy oni tworzą galerię społecznych ról, które funkcjonują obok siebie, nie spotykając się naprawdę. To właśnie ta wielogłosowość potęguje poczucie chaosu i braku wyjścia. Kołysanka śpiewana przez Jandę brzmi spokojnie, lekko chaotycznie, jakby miała ukoić świat, który już dawno wymknął się spod kontroli. Jest próbą uspokojenia, która nie ma szans się powieść.
Ateneum proponuje zupełnie inny klucz. Tu świat zostaje wyraźnie uporządkowany, spolaryzowany, a odpowiedzialność skupiona. Zło ma twarz, imię i konkretną postać. Witkacy zostaje skondensowany do rdzenia relacji, bez rozproszeń i półcieni. To teatr chłodniejszy formalnie, ale przez to znacznie bardziej bezwzględny w przekazie.
Matka w Ateneum, grana przez Agatę Kuleszę, jest jednoznacznie antypatyczna. Nie ma w niej kruchości ani prośby o zrozumienie, nie ma też śladu autoironicznego dystansu. To matka dominująca, opresyjna, konsekwentna w swojej emocjonalnej przemocy. Jej siła polega na chłodzie i logice – na przekonaniu, że wszystko robi „słusznie”. Ta rola nie próbuje uwodzić widza, lecz zmusza go do konfrontacji.
Syn w Ateneum (Adam Cywka) jest zupełnie inną figurą niż w Polonii. Spokojniejszy, bardziej wycofany, mniej histeryczny, jakby wcześniej pogodził się z porażką. Jego absurd nie ma formy krzyku, lecz cichego rozpadu. To postać, która nie walczy już o autonomię, lecz stopniowo ją traci. Ten brak gwałtowności czyni jego los jeszcze bardziej przygnębiającym.
Najmocniejszym rozwiązaniem Ateneum jest jednak utożsamienie syna i ojca. Ojciec nie funkcjonuje jako osobna postać, lecz jako projekcja – możliwa przyszłość syna, jego cień i ostrzeżenie zarazem. To rozwiązanie z pogranicza rozdwojenia jaźni, w pełni zgodne z witkacowską wizją rozpadu podmiotowości. Konflikt przestaje być wyłącznie relacyjny, staje się wewnętrzny. W Polonii ojciec istnieje jako osobna, absurdalna figura świata; w Ateneum cały dramat zostaje zamknięty w jednej psychice.
Równie znaczący jest motyw kołysanki. U Jandy – miękki, dezorientujący, nieco chaotyczny, jakby miał uśpić czujność. U Kuleszy – swojski, niemal ludowy, osadzony w „domowości”, która okazuje się najbardziej opresyjna. Ta różnica podkreśla sens obu spektakli: Polonia pokazuje przemoc jako efekt wzajemnych uwikłań, Ateneum – jako coś, co rodzi się w tym, co bliskie, znane i pozornie bezpieczne. Kołysanka staje się tu nie uspokojeniem, lecz narzędziem władzy.
Ale i inni aktorzy budują ten spektakl z równą precyzją i bezlitosną konsekwencją. W Polonii Katarzyna Gniewkowska jako szalona kochanka – podstarzała, a jednocześnie wciąż rozpaczliwie poszukująca namiętności – balansuje między śmiesznością a tragiczną samotnością, pokazując kobietę, która nie godzi się na własne znikanie. Krystyna Janda w roli matki, tracącej wzrok, lecz nie tracącej potrzeby działania „dla dobra syna”, gra postać, w której fizyczna słabość tylko wzmacnia emocjonalną dominację. Jej troska jest natarczywa, a każde kolejne „chcę pomóc” brzmi jak próba zatrzymania kontroli nad cudzym życiem. Małgorzata Rożniatowska jako gosposia, powtarzająca z uporem, że „dziecko trzeba było bić, zanim urosło”, wnosi do spektaklu brutalną, ludową logikę przemocy jako metody wychowawczej, przerażająco oswojoną i pozbawioną refleksji. Agnieszka Skrzypczak gra infantylną żonę-prostytutkę, postać jednocześnie naiwną i wyrachowaną, jakby nie do końca rozumiała reguły świata, w którym funkcjonuje, ale świetnie wyczuwała, jak z niego korzystać. Jarosław Boberek jako ojciec żony – pasożyt – jest odpychający w swojej bezczelności i roszczeniowości, a jednak konsekwentny i logiczny w egoizmie, który stał się jego jedyną strategią przetrwania. Całość dopełnia Bartosz Waga w roli ojca, postaci jakby wyjętej z absurdalnej bajki, zawieszonej między groteską a metaforą, która dodatkowo rozszczelnia realistyczny porządek spektaklu. Razem tworzą świat postaci, które są przerysowane, ale nie przypadkowe – i właśnie dlatego tak niepokojąco prawdziwe.
W Teatrze Ateneum role drugiego planu są pomyślane jako element jednego mechanizmu, a nie zbiór odrębnych charakterów. Zofia Domalik (Zofia Plejtus/ Lucyna Beer) buduje postać chwiejnej emancypacji, rozdartej między pozorem autonomii a realną zależnością, Ewa Telega (Dorota/ Józefa Baronówna Obrock) wnosi chłodny dystans i społeczną kalkulację, a Janusz Łagodziński (Apolinary Plejtus/ Wojciech de Pokorya-Pęcherzewicz) gra figury-maski, celowo przerysowane i funkcjonalne. Kluczowy jest jednak zabieg grania wielu ról przez jednego aktora – to nie popis, lecz teza inscenizacyjna, że tożsamości są wymienne, a dramat dotyczy nie jednostek, lecz mechanizmów władzy i zależności. W przeciwieństwie do Polonii, gdzie wielość postaci rozprasza odpowiedzialność, w Ateneum ta multiplikacja kondensuje sens i domyka świat w klaustrofobicznym układzie bez wyjścia.
Te dwa przedstawienia nie rywalizują ze sobą. One się uzupełniają i komentują nawzajem. Polonia mówi: wszyscy jesteśmy uwikłani, nikt nie jest niewinny. Ateneum odpowiada: ale zawsze istnieje ktoś, kto trzyma władzę. Dopiero zobaczone razem odsłaniają pełnię sensów „Matki”.
Dlatego warto zobaczyć obie inscenizacje – nie po to, by wybrać lepszą, lecz by porównać dwa sposoby czytania tego samego dramatu. To rzadki przypadek, gdy podwójne doświadczenie teatralne staje się kluczem interpretacyjnym. „Matka” oglądana x 2 pokazuje, jak pojemny, niepokojąco aktualny i wciąż groźny potrafi być Witkacy. I jak bardzo teatr zależy od tego, gdzie postawimy punkt ciężkości.