Z jednej strony mamy opowieść, która pokazuje naszą odpowiedzialność i nasze bycie w świecie, ale z drugiej przychodzą te momenty, które dla nas były najtrudniejsze, a które jednak w opowieściach brzmią inaczej. Nasz dialog z historią to krytyczne myślenie o faktach, ale również szacunek dla dziedzictwa, nawet tego, którego nie lubimy czy nie rozumiemy. Nie tylko dla tego, co w nim proste i przyjemne, ale także – a może przede wszystkim – dla momentów trudnych.
Monteskiusz powiadał, że szczęśliwy jest naród, którego historia jest nudna. Gdy spoglądamy wstecz, to historii naszej zdecydowanie poskąpiono nudy. Przeciwnie, obfituje w wydarzenia, które nawet po wiekach wzbudzają emocje, są przedmiotem dyskusji. Zarówno te z historii dalszej, jak i bliższej potrafią dzielić, wywoływać niepokój, jeszcze kolejne bywają zawłaszczane politycznie, urastają do rangi założycielskich mitów. Więc może rzeczywiście te narody, których historia jest nudna, są szczęśliwsze? Gdy jednak rozejrzeć się po Europie… i dalej, to trudno znaleźć historyczną nudę. Dla niektórych takową okazują się okresy spokoju, ale przecież i w nich odnajdujemy momenty istotnych zmian społecznych, różnego rodzaju odkryć, wynalazków, nowych teorii i praktyk czy wielopoziomowego rozwoju.
Nie ma nudy
Chciałoby się powiedzieć, że w polskiej historii nie ma jej… jakoś szczególnie, ale to właśnie w owych historycznych zagadkach, niejasnościach, zagwozdkach czy wreszcie sporach tkwią ziarna niezgody, skwapliwie wykorzystywane przez wszelkiej maści polityków (choć może lepiej by było rzec: politykierów). Bo w zasadzie, gdzie nie spojrzeć, punkt zapalny się znajdzie. Sami historycy spierają się nawet o datę i miejsce chrztu Polski, bo choć przywykliśmy powtarzać, że to „na pewno” Gniezno, to wśród kandydatów są również Poznań czy Ostrów Lednicki (a i tak w tym roku będziemy obchodzić 1060. rocznicę tego wydarzenia). Skoro chrzest, to również postępująca za nim chrystianizacja, relacje między Piastami, opłakane skutki rozbicia dzielnicowego i – akurat szczęśliwie – renesans. Tyle że już u jego schyłku na scenę wkracza liberum veto i związane z nim kontrowersje. Dla jednych wyraz pełni wolności, dla drugich paraliż państwa, destabilizacja systemu politycznego, blokada reform i osłabienie Rzeczpospolitej (niektórym śniłby się pewnie powrót tej zasady, a granie nadmiarowym vetem politycznych zachcianek znów psuje nam państwo). I choć Konstytucja 3 maja praktykę tę zniosła, to weszliśmy w okres rozbiorów. I znów spór. Kto zawinił, czy sprawy były do uniknięcia, czy kwestia chwały to czy zdrady. Zabory, a wraz z nimi kolejne narodowe powstanie XIX wieku, co do oceny których nie ma u nas jednomyślności, również bywają kością niezgody. Nie to jednak jest problemem, a raczej zawłaszczanie prawdy i gloryfikacja tej, która danej politycznej opcji bardziej pasuje.
Po odzyskaniu niepodległości wcale nie robi się łatwiej. Bo pozostajemy z dziedzictwem polityki II RP wobec mniejszości (elementy tejże pokutują do dziś), z kontrowersjami wokół ocen moralnych, prawnych czy wreszcie skutków, jakie państwu polskiemu przyniósł zamach majowy. Do tego różnice ocen, gdy idzie o samego Józefa Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego. Tu każdy zaczyna czcić swoich bohaterów, co nie pozostaje bez wpływu na współczesność. II wojna światowa otwiera kolejną puszkę Pandory. Na horyzoncie stosunki polsko-żydowskie (rozpięte od obojętności, przez pomaganie żydowskim sąsiadom – jakby nie było, to Polaków jest najwięcej w gronie Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata – aż po kolaborację z okupantem i sąsiedzkie pogromy, których symbolem stał się mord w Jedwabnem). A tak naprawdę idzie o to, że dobro i zło nie mają narodowości. Mają twarz konkretnego człowieka i moc jego indywidualnej decyzji. Ale dyskutujemy dalej… O sensie Powstania Warszawskiego i strzelania do wroga „z diamentów”, gdzie sami Powstańcy oceniają je bardzo różnie. O żołnierzach wyklętych – w narracji zaadoptowanej przez nacjonalistów, ale też w konkretnych historiach, które rozgrywały się w polskich wsiach i miasteczkach. I znów… o złu. Podobnie ma się rzecz z oceną Akcji Wisła, czy dalej, z obecnością wojsk sowieckich w Polsce i dominacją, w której objęcia pchnęły nas międzynarodowe układy.
I nawet, gdy owa niewola ma się ku końcowi, to znów jest trudno. Bo dyskusje wokół postaci Wojciecha Jaruzelskiego, Lecha Wałęsy, bo niekończące się kłótnie o ocenę stanu wojennego, rozmów w Magdalence, porozumień sierpniowych. Póki czysto akademickie, to wszystko w porządku, od tego przecież mamy akademię. Gdy jednak przechodzą w spory ideologiczne i dyskusje ad personam, niosą wiele więcej niż tylko zamęt. Gdy antagonizują – w każdej z przywołanych wyżej spraw – do poziomu, gdzie w członkach tej samej wspólnoty zaczyna się dostrzegać wrogów, gdy nie ma miejsca na dialog, za to jest na eskalująca nienawiść… Wówczas nie ma miejsca na rzetelny dialog z historią. Nie ma nawet miejsca na sensowną, poważną politykę ani na powiedzenie: „Tej lekcji wciąż nie odrobiliśmy”. W każde z tych miejsc sączy się zło, a wraz z nim rozpuszcza się nasze bezpieczeństwo.
Sztuka kompromisu
Jest też oczywiście Okrągły Stół. Mebel dialogu, który stał się kością niezgody. Emocje na nowo podgrzał pod koniec roku Karol Nawrocki, demonstracyjnie wyprowadzając symbol dialogu i niełatwego kompromisu z Pałacu Prezydenckiego. Pytanie o to, gdzie jest miejsce stołu, to osobna historia. Tak, należy do wszystkich Polek i Polaków, a wszyscy powinni mieć szansę oglądania go, czy szerzej, dostępu do niego. Ale zamiast znów antagonizować, Prezydent mógł otworzyć Pałac, ruszyć z serią debat różnych środowisk na nowo przy Okrągłym Stole. Kopia Stołu doskonale opowiada historię w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, a kolejna jego replika stojąca przed ECS służy temu, czemu powinna, czyli dialogowi. Nic nie stało na przeszkodzie, by podobnie stało się w warszawskim Muzeum Historii Polski, gdzie Stół ma znaleźć swój nowy dom.
Jednak Prezydent wybrał (znów) prawicowość na sterydach, dodatkowo z kiepskimi notami za styl. Fakt, prawica od dawna potępia rozmowy przy Okrągłym Stole i zarzuca ówczesnej stronie opozycyjnej – Lechowi Wałęsie, Bronisławowi Geremkowi, Adamowi Michnikowi, Tadeuszowi Mazowieckiemu i wielu innym (powinna zatem i Lechowi Kaczyńskiemu) – rodzaj zmowy z komunistami i doprowadzenie do wielu późniejszych patologii. Można odnieść wrażenie, że prawica oczekiwałaby raczej zbrojnego, krwawego zapewne powstania, a nie politycznego kompromisu, którego ani woli, ani praktyki jak nie rozumiała, tak i dziś nie rozumie. Tymczasem przy stole – a zatem w miejscu, gdzie tradycyjnie praktykujemy dialog, wspólnotę, a wreszcie i właściwe „przy stole” zachowanie – opozycjoniści zasiedli nie naprzeciw swoich dogadanych przyjaciół, ale naprzeciw tych, którzy ich inwigilowali, aresztowali, bili, którzy nasyłali na nich milicję i sprawowali wobec nich niesprawiedliwość, naprzeciw tych, którzy winni byli indywidualnych i zbiorowych tragedii. A jednak dialog wygrał, choć nie była to sytuacja prostego zaufania. Ta – jak mówił później Ryszard Kapuściński – negocjowana rewolucja, stała się światowym fenomenem, o którym pamięta się na całym świecie. Jakąż więc legitymację ma lokator Pałacu, by dopuszczać do zsypania wszystkich tych nazwisk do foliowej torebki i ciepnięcia historii byle gdzie? Gdy ogłaszał „koniec postkomuny”, to siła jego głosu nie brzmiała nawet niczym pamiętne „Sztandar wyprowadzić!” Mieczysława Rakowskiego, zaś do szczerości niegdysiejszego radosnego wybuchu Joanny Szczepkowskiej, mówiącej „Proszę Państwa, dzisiaj skończył się w Polsce komunizm” zabrakło… w zasadzie wszystkiego. Manifestacje, nawet te polityczne, też muszą mieć klasę, a od – było nie było – historyka chciałoby się spodziewać minimalnie więcej.
Po pierwsze szacunek
Czesław Miłosz pisał: „Szanuj nabyte umiejętności, o dziecię Europy”, i to właśnie była opowieść o ciągłości opowieści, o dziedzictwie materialnym i niematerialnym, w którym obecni są wielcy mistrzowie, kultura, wartości, ale też istota opowieści jako takich. Miłosz pisał swój wiersz w roku 1946, tuż po wojnie, w Nowym Jorku, dostrzegając te umiejętności, których „nauczyła nas groza”, których de facto nauczyła nas ta niezbyt nudna, a raczej z jednej strony porażająca, z drugiej zaś rozwijająca historia. Każda postać dziedzictwa jest jedną z nich. Z jednej strony mamy opowieść, która pokazuje naszą odpowiedzialność i nasze bycie w świecie, ale z drugiej przychodzą te momenty, które dla nas były najtrudniejsze, a które jednak w opowieściach brzmią inaczej. Nasz dialog z historią to krytyczne myślenie o faktach, ale również szacunek dla dziedzictwa, nawet tego, którego nie lubimy czy nie rozumiemy. Nie tylko dla tego, co w nim proste i przyjemne, ale także – a może przede wszystkim – dla momentów trudnych. Pięknie jest bowiem pamiętać, trudniej upamiętniać, a najtrudniej odrobić historyczne lekcje i wejść w mądry, nieantagonizujący dialog z naszą przeszłością.