Żyjemy więc dzisiaj w absurdalnym świecie. Miasto, które miało być szczytem cywilizacyjnego rozwoju, stało się szczytem umiejętności przemiany. Bo przemieniło wielopokoleniowe tętniące życiem domy w patodeweloperskie osamotnione klitki. Bo przemieniło ludzką twarz usług, listonosza czy kasjerki w maszyny. Bo przemieniło nasze życie w komfortowe egzystowanie, polegające na wypełnianiu konkretnych zadań. Nawet miłość pozwoliliśmy zmonetyzować ,,efektywniejszym” aplikacjom randkowym. Bo wielkie miasto nie akceptuje nieefektywności.
Wiele rewolucji przeszliśmy już jako społeczeństwo. Na wielu zmianach już skorzystaliśmy. Do wielu udało nam się już przywyknąć. Żadnej z nich jednak nie przyjęliśmy z dobrodziejstwem inwentarza. Każda kolejna odkryta technologia, każdy kolejny naukowy przełom nie tylko wspomógł nasze funkcjonowanie, ale wniósł też wpływ na naszą codzienność. Zmienił zasady naszej społecznej gry. Przemianował nasze życie.
Jedną z tych zmian jest migracja do największych miast. Warszawa, Kraków, Poznań, Gdańsk czy Łódź stały się beneficjentami otwarcia się Europy na wpływy Zachodu w latach dziewięćdziesiątych. Młodzi opuszczają swoje małe miejscowości na studia i na stałe już pozostają w tej ,,Wielkiej Piątce”. Gdy więc mówimy o kulturze miasta, musimy powiedzieć o wielkiej przemianie, jaka wyróżniła nasze pokolenia. Bo zarządzanie miastem jest dzisiaj zarządzaniem tą przemianą, tym kulturowym upadkiem wartości pokolenia Z.
Czasy komunistycznych rządów w Polsce nie kojarzą nam się dzisiaj jednoznacznie źle. Gospodarczy upadek i wszechobecna bieda zmuszały lokalne społeczności do zacieśniania relacji. Bo jeśli system nam nie pomaga, to sami musimy pomagać sobie. Społeczności były zamknięte, bo system wiązał nas do konkretnego miejsca. A skoro byliśmy przywiązani do jakiegoś miejsca, to trzeba się w nim było jakoś urządzić. Dla mnie symbolem tego urządzenia są domowe kasety, a na zapisanych na nich nagraniach kłęby papierosowego dymu, muzyka i sąsiedzi zgromadzeni w jednym mieszkaniu, korzystający z jedynego na piętrze telewizora podczas imprezy. Relacje sąsiedzkie sięgały o wiele głębiej, a pozyskanie jakiejkolwiek wartościowej odzieży uruchamiało wtórny rynek wymiany i szereg spotkań.
Otwarcie się na świat zachodni ożywiło w Polsce gospodarkę. Po kilkudziesięciu latach podniósł się poziom naszego życia i otworzyły się drogi do innych miast. Nową pożądaną rzeczą stała się możliwość studiowania w wielkich miastach, otwierających mieszkańcom drogi, a wręcz autostrady rozwoju. Kumulacja siedzib wielkich firm i całego handlu w ,,Wielkiej Piątce” wykrwawiły miasta powiatowe. Młodzież woli dzisiaj osiedlać się w dużych miastach, a rynek to wykorzystuje.
Pierwszym z przykładów jest patologiczny deweloperski chów klatkowy, który w dużych miastach nazywa się wynajmem chyba tylko ,,dla zmylenia przeciwnika”. Zamykamy się w małych mieszkaniach, obłożeni masą obostrzeń, jakie nakładają na nas odcinający kupony właściciele. Mieszkamy w klitkach. W klitkach, które przez właścicieli najchętniej powinny być przeznaczone jedynie do noclegu. Życie towarzyskie nie ma prawa (i realnej możliwości) toczyć się tam, więc przenosi się siłą rzeczy na neutralny grunt, gdzie odbywa się na zupełnie innych zasadach. Nie znamy już też swoich sąsiadów. Żyjemy w wyraźnym odizolowaniu od wspólnot mieszkaniowych. To odizolowanie opłaca się oczywiście właścicielom, którym łatwiej jest narzucać warunki w pojedynczych relacjach, aniżeli walczyć z koalicją najemców. To zmierza do patologicznego wyparcia najbliższych stosunków sąsiedzkich. Często nie wiemy, kto jest za ścianą. W mocno zurbanizowanych miejscach żyją setki obcych sobie ludzi na bardzo małym terenie.
Nasze relacje w mieście zmienia, a właściwie niszczy postępująca cyfryzacja. O ile w mniejszych miastach jesteśmy w stanie wypracować sobie pewne relacje, choćby w tak podstawowy sposób, jakim jest pójście na zakupy, o tyle w wielkich marketach uroczą panią Krysię na kasie każdego dnia zastępujemy kasą samoobsługową. Dlaczego? Bo ona nie pyta. Wypełnia jedynie swoje kluczowe zadanie, jakim jest sprzedaż konkretnego artykułu. Pokolenie Z nauczyło się traktować wszelkie relacje i stosunki zadaniowo. Nie interesują już nas wymiana plotek u fryzjera, bo nie funkcjonujemy w małych społecznościach i się nie znamy. Nie dochodzi do nas listonosz, tylko InPost, który pakuje paczki do małych skrzyneczek i co najwyżej dziękuje nam za skorzystanie z usługi za pomocą emotikona. Wreszcie, nauczyliśmy się w dużych miastach strasznej rzeczy, zdigitalizowaliśmy i w pełni skapitalizowaliśmy miłość. Skoro na studia idziemy się uczyć i nie poznajemy się na domówkach, bo te już nie istnieją, to wymyśliliśmy nowy sposób poznawania ,,towarzyszy życia”. ,,Przeklikujemy” sylwetki naszych potencjalnych partnerów, często opierając się na powierzchownym pierwszym wrażeniu, jakie budzi w nas jedno zdjęcie. Cały więc album naszych przeżyć, emocji, charakteru, umiejętności itd. zamyka się w jednym zdjęciu, zrobionym być może w złym świetle, złego dnia. Ten sposób wyboru stał się kolejnym z uproszczeń, jakie stosujemy, żyjąc w wielkim mieście. Bo na bardziej skomplikowane budowanie relacji nie tylko nie mamy ochoty, ale i czasu.
Żyjemy w kilku oddzielonych od siebie murem sferach. Pierwszą z nich jest praca. Zupełnie jednak inna, aniżeli kiedyś. W PRL-u praca była przypisana do człowieka i w danym zakładzie co do zasady spędzało się całe życie. Tam powstawały przyjaźnie na lata. Współpracownicy jeździli z rodzinami na wspólne wakacje i spędzali razem wiele wydarzeń. Nowy świat przyniósł nam zupełnie nowe podejście. Wielość możliwości zawodowych, jakie prezentuje nam duże miasto, pozwala dzisiaj nie przywiązywać się do zakładu pracy na zawsze. Skoro na rynku funkcjonuje dzisiaj wiele różnych firm, to możemy spokojnie zdobywać w wielu z nich doświadczenie i poznawać zupełnie różne perspektywy, nabywać różne umiejętności i ozdabiać ciągle swoje CV kolejnymi przedsiębiorstwami i zangielszczyzowanymi sztucznie nazwami stanowisk, tworzących złudzenie egzotycznego charakteru naszego dotychczasowego zatrudnienia. Skoro więc nie przywiązujemy się sznurem do miejsca pracy, to za bezsensowne uznajemy rozwijanie relacji z innymi współpracownikami. Stawiamy określone godziny naszej dyspozycyjności, których nie przekraczamy, a po pracy odcinamy się od tego miejsca. Bo w wielkich miastach w pracy zawodowej nie rozmawia się o sprawach prywatnych, bo to zupełnie inna sfera. Po pracy zamykamy się w swojej bańce. Bańce, którą moglibyśmy określić dzisiaj strefą komfortu. Bo całe życie w wielkim mieście toczy się w naszej strefie komfortu, a jej przełamanie zwyczajnie się nie opłaca. Nie zagadujemy do współpasażerów w autobusie, bo to marnowanie czasu. Odkryliśmy znacznie prostszą metodę poznawania znajomych. Możemy tych potencjalnych znajomych filtrować na wiele sposobów. Aplikacje, które mamy dzisiaj od wszystkiego, pozwalają nam wybrać widełki wzrostu, zainteresowań, religii itd. Eliminujemy jakikolwiek element zaskoczenia. Wszelką dopaminę ściśle powiązaną z emocjami, jakie odczuwamy, poznając spontanicznie nowe osoby. Bo tę dopaminę zastępuje nam dzisiaj masa aplikacji.
Mijamy się więc na ulicy, kompletnie nie zwracając na siebie uwagi. Wyrobiliśmy w sobie tę obojętność, zabiliśmy wszelką wrażliwość. Pędzimy po tym wielkim mieście wielkimi maszynami od jednego zadania do drugiego, każde z nich odhaczając w przeznaczonej mu specjalnie aplikacji. Zupełnie zapomnieliśmy, że to, co nazywamy życiem, toczy się pomiędzy tymi zadaniami i ma ludzką twarz. Twarz kasjerki Krysi, która chce się pożalić, że wczoraj umarł jej ojciec. Twarz listonosza Bartka, który chce się pochwalić swoim nowym ekspresem. Twarz emeryta Gienka, który jeździ jako pasażer autobusem i chciałby pożyć życiem innych, posłuchać ich problemów i poznać ich przeżycia.