Człowiek od wieków marzy o wolności. Jeszcze chętniej opowiada o niej innym. Gorzej, gdy przychodzi z niej skorzystać. Wtedy nagle okazuje się, że wygodniej mieć gotową instrukcję obsługi życia – najlepiej podpisaną przez autorytet, horoskop albo internetowego guru. Dziś o wolności mówi się niemal bez przerwy. Reklamy zachęcają, by „być sobą”, politycy obiecują wyzwolenie od kolejnych ograniczeń, psychologia popularna przekonuje, że najważniejsze jest odnalezienie własnego „ja”. Paradoks polega na tym, że im więcej mówimy o wolności, tym częściej próbujemy uciec od jej konsekwencji. Takie napięcie między wolnością a odpowiedzialnością nie jest jednak wynalazkiem XXI wieku. Już pod koniec XV wieku zmierzył się z nim Giovanni Pico della Mirandola – jeden z najwybitniejszych humanistów włoskiego renesansu. Był arystokratą, erudytą i filozofem, który studiował nie tylko myśl Platona i Arystotelesa, lecz także teologię, tradycję żydowską oraz filozofię arabską. Wierzył, że prawda nie należy wyłącznie do jednej szkoły myślenia, lecz odsłania się tam, gdzie różne tradycje wchodzą ze sobą w dialog.
Największą sławę przyniosła mu Mowa o godności człowieka, napisana, gdy miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Ten krótki tekst bywa nazywany manifestem renesansowego humanizmu. To właśnie w nim Mirandola stawia odważną tezę: spośród wszystkich stworzeń tylko człowiek nie otrzymał z góry określonego miejsca w porządku świata. Otrzymał natomiast coś znacznie bardziej wymagającego – wolność. Mirandola nazywa człowieka „swobodnym i godnym siebie twórcą i rzeźbiarzem”. To jedna z najpiękniejszych metafor renesansu. Charakter nie jest gotowym dziełem, lecz kamieniem, który każdy obrabia własnymi decyzjami. Nie dłutem, lecz wyborami. Wszystkie zostawiają ślad, aż w końcu z tych śladów powstaje ktoś, kim naprawdę jesteśmy.
Dlatego renesansowy filozof porównuje człowieka do kameleona, a nawet do Proteusza – mitycznej istoty zdolnej nieustannie zmieniać postać. Nie chodzi jednak o modne dziś przekonanie, że można być kimkolwiek, jeśli tylko odpowiednio mocno się tego zapragnie. Mirandola nie pisze poradnika motywacyjnego. Pisze o odpowiedzialności. To ważna różnica. Człowiek nie tworzy swojego istnienia od zera. Tworzy siebie moralnie. Może rozwijać rozum, cnotę i kontemplację albo podporządkować życie wyłącznie instynktom. Wolność nie polega na nieograniczonej możliwości wyboru, lecz na zdolności kształtowania własnego charakteru. Obraz kameleona ma jeszcze głębszy sens. W tradycji antycznej nie symbolizował chwiejności ani oportunizmu, lecz istotę nieokreśloną, otwartą na różne możliwości. Inne stworzenia otrzymały od Boga określone miejsce w porządku świata. Człowiek – nie. Stanął wobec pytania, nie wobec rozkazu. Na tym polega nowatorstwo Mirandoli. Zachowuje średniowieczną hierarchię bytów, ale zmienia miejsce człowieka w jej obrębie. Nie jest on kolejnym szczeblem kosmicznej drabiny, lecz jedyną istotą zdolną świadomie się po niej poruszać. Może wznieść się ku temu, co rozumne i duchowe, ale może też dobrowolnie sprowadzić się do życia podporządkowanego wyłącznie popędom. Wolność okazuje się więc nie tyle przywilejem, ile zadaniem. Każdy wybór coś z nas rzeźbi. Nie można pozostać w stanie wiecznej możliwości, ponieważ codzienność nieustannie zmusza do podejmowania decyzji. Proteusz może przybrać każdą postać, ale zawsze musi wybrać jedną.
Mirandola był również zdecydowanym przeciwnikiem astrologicznego determinizmu. W XV wieku nie była ona marginesem ani zabobonem. Władcy konsultowali z astrologami decyzje polityczne, lekarze uwzględniali układ planet przy leczeniu, a uniwersytety wykładały astrologię obok filozofii i medycyny. Był to poważny system wyjaśniania świata. Dlatego krytyka Mirandoli nie była atakiem na łatwowierność, lecz na wygodę. Jeśli gwiazdy kierują ludzkim losem, odpowiedzialność za własne czyny łatwo przenieść na kosmos czy fatum. Filozof odpowiada jednoznacznie: gwiazdy mogą wpływać na świat materialny, ale nie rządzą ludzką wolą. To człowiek odpowiada za własny charakter. Nie oznacza to jednak, że Mirandola głosił nieograniczoną samowystarczalność. Jego wizja pozostaje głęboko chrześcijańska. Wolność nie zastępuje Boga. Człowiek współpracuje z łaską, a nie zajmuje jej miejsce. Właśnie dlatego godność nie oznacza dowolności. Wolność ma prowadzić ku dobru, a nie jedynie zwiększać liczbę dostępnych możliwości.
Myśl Mirandoli nie pozostała w renesansie osamotniona. W Polsce podobny sposób rozumienia wolności odnajdujemy u Jana Kochanowskiego. Choć posługuje się językiem poezji zamiast filozofii, dochodzi do zaskakująco podobnego wniosku: o wartości człowieka nie decyduje to, co go spotyka, lecz to, jak na to odpowiada. W Pieśni IX przypomina, że Fortuna rozdaje swoje dary kapryśnie. Raz daje, raz odbiera. Człowiek nie ma władzy nad biegiem wydarzeń, ale zachowuje władzę nad własną postawą. „Lecz na szczęście wszelakie serce ma być jednakie”. To jedno zdanie wystarczyłoby za komentarz do filozofii Mirandoli. Wolność nie polega na kontrolowaniu świata. Polega na panowaniu nad sobą. Za tym przekonaniem stoi stoicka intuicja: istnieją rzeczy zależne od nas i takie, na które wpływu nie mamy. Rozumny człowiek nie traci życia na walkę z losem. Skupia się na tym, co rzeczywiście pozostaje w jego mocy – na własnym charakterze. Kochanowski idzie jednak jeszcze dalej. W Pieśni o dobrej sławie przypomina, że sam rozum nie jest darem danym wyłącznie dla prywatnej wygody. Nieprzypadkowo wcześniej stwierdza: „I szkoda zwać człowiekiem, kto bydlęce żyje, / Tkając, lejąc w się wszytko, póki zstawa szyje”. To mocny sąd, ale nie wymierzony w ludzką naturę. Poeta uderza w świadomą rezygnację z tego, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Zaraz wyjaśnia dlaczego: „Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami: / Dał nam rozum, dał mowę, a nikomu z nami”. Rozum i mowa nie są przywilejem służącym wygodniejszemu życiu. Są zobowiązaniem. Dlatego Kochanowski zachęca do troski o dobro wspólne, obrony prawa i „pięknej swobody”. Wolność nie oznacza życia bez zobowiązań. Przeciwnie – im większą wolność otrzymujemy, tym większą odpowiedzialność ponosimy.
To właśnie odróżnia renesansowe rozumienie wolności od wielu współczesnych wyobrażeń. Dzisiaj wolność utożsamia się często z prawem do wyboru. Renesans pytał przede wszystkim o jakość dokonywanych wyborów. Sama możliwość decydowania nie czyni jeszcze człowieka wolnym. O tym rozstrzyga dopiero sposób, w jaki z tej możliwości korzysta.
Nieprzypadkowo Mirandola sprzeciwiał się astrologii. W jego czasach uchodziła ona za poważną naukę, z której korzystali władcy, lekarze i uczeni. Filozof dostrzegł jednak coś ważniejszego niż spór o gwiazdy. Dostrzegł pokusę przerzucenia odpowiedzialności na siły zewnętrzne. Jeśli o moim życiu decydują planety, to moje błędy przestają być naprawdę moje. Dziś niewielu ludzi, choć może to być przesadny optymizm, tłumaczy swoje decyzje układem Saturna i Merkurego. Mechanizm pozostał jednak zaskakująco podobny. Coraz łatwiej uznać, że za wszystko odpowiadają okoliczności: algorytmy mediów społecznościowych, środowisko, w którym dorastaliśmy, presja otoczenia czy anonimowe „systemy”, które miały nas ukształtować. Nie chodzi o to, że te czynniki nie istnieją. Istnieją i potrafią wpływać na ludzkie życie bardzo głęboko. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyjaśnienie staje się usprawiedliwieniem. Zrozumienie przyczyn własnych decyzji nie zwalnia jeszcze z odpowiedzialności za ich skutki.
W tym sensie Mirandola pozostaje zaskakująco współczesny. Przypomina, że człowiek nigdy nie jest wyłącznie produktem okoliczności. Każdy z nas żyje w świecie ograniczeń, ale nawet w ich obrębie pozostaje przestrzeń decyzji. To właśnie ona czyni nas odpowiedzialnymi. Dlatego renesans tak wysoko cenił godność człowieka. Nie dlatego, że człowiek jest wszechmocny. Właśnie dlatego, że nie jest. Godność ujawnia się nie w panowaniu nad światem, lecz w zdolności do panowania nad sobą. Każdego dnia człowiek otrzymuje możliwość odpowiedzi na to samo pytanie: kim stanie się dzięki własnym wyborom? Od renesansu minęło ponad pięć stuleci, ale pytanie Mirandoli nie straciło nic ze swojej aktualności. Zmieniły się jedynie nazwy sił, którym przypisujemy władzę nad własnym życiem. Dawniej były to gwiazdy, dziś częściej geny, algorytmy, środowisko czy psychologiczne etykiety. Wszystkie mogą wiele wyjaśniać. Żadne nie zdejmują z człowieka odpowiedzialności za to, kim się staje. Nie oznacza to, że każdy jest kowalem własnego losu w naiwnym sensie. Nikt nie wybiera miejsca urodzenia, rodziny ani okoliczności, które go ukształtowały. Człowiek nie zaczyna życia z czystą kartą. Zawsze otrzymuje jakiś materiał – lepszy lub gorszy. Wolność zaczyna się dopiero od pytania, co z tym materiałem zrobić.
W tym właśnie spotykają się Mirandola i Kochanowski. Obaj przypominają, że godność człowieka nie polega na panowaniu nad światem, lecz na panowaniu nad sobą. Nie obiecują życia wolnego od cierpienia ani błędów. Stawiają znacznie trudniejsze wymaganie: aby nie szukać usprawiedliwień tam, gdzie potrzebna jest odpowiedzialność. Mirandola nie dożył nawet trzydziestu dwóch lat. Nie pozostawił wielkiego systemu filozoficznego ani szkoły swoich uczniów. Pozostawił jednak myśl, która przetrwała ponad pięć stuleci: człowiek nie jest gotowym dziełem. Każdego dnia współtworzy samego siebie. Może dlatego tak chętnie mówimy dziś o wolności, a znacznie rzadziej o obowiązkach, które z niej wynikają. Łatwo domagać się prawa do wyboru. Znacznie trudniej przyjąć, że każdy wybór współtworzy człowieka, którym się stajemy. Mirandola przypomina o tym z prostotą, która po pięciuset latach wciąż brzmi niewygodnie. Wolność nie jest nagrodą ani przywilejem. Jest zadaniem.
A każde zadanie kiedyś trzeba rozliczyć.