W świecie transakcyjnym współpraca nie musi już udawać wspólnoty wartości. Wystarczy wspólnota interesu i wspólny rachunek kosztów. Dlatego w debatach coraz rzadziej wygrywa pytanie „Kto ma rację?”, a coraz częściej dominuje pytanie „Kto poniesie koszt?”.
Multilateralizm nie umarł, ale my go zabijamy. W oficjalnym języku polityki wciąż żyje na szczytach, w deklaracjach i komunikatach, w których „dialog” brzmi jak zaklęcie mające przywołać utracony porządek. Równolegle powstał jednak drugi świat: mniej uroczysty, bardziej techniczny i paradoksalnie skuteczniejszy. To tam, w korytarzach banków centralnych, w roboczych uzgodnieniach regulatorów i w inżynierii stabilizacji utrzymuje się współpraca, która w sferze politycznej coraz częściej grzęźnie. W finansach rachunek przychodzi natychmiast, dlatego nawet w czasach sporów nikt nie chce testować awarii systemu na własny ekonomiczny i polityczny rachunek.
Współczesną odmianę multilateralizmu najlepiej opisuje „Merkantylizm 2.0”. Nie ten z epoki flot i monopoli, lecz merkantylizm infrastruktury: kontroli technologii, łańcuchów dostaw, krytycznych surowców i przepływów kapitału. Gospodarka przestała być neutralnym tłem geopolityki; stała się jej instrumentem. Państwa konkurują nie tylko o wzrost, lecz także o odporność, o zdolność przetrwania szoków i o prawo do wyznaczania granic zależności (Derisking vs Decoupling). W takim świecie znika wspólny słownik, którym dało się opisywać „globalne dobro wspólne”, a w jego miejsce wchodzi język przewagi, bezpieczeństwa i selekcji partnerów. Wartości nie znikają, ale przestają być uniwersalnym klejem: coraz częściej są narzędziem identyfikacji „swoich” i „obcych”.
Najlepiej widać to na tle szczytu w Davos. Jeszcze niedawno coroczne spotkanie było symbolem globalizacji jako projektu: czasem naiwnego, czasem cynicznego, ale zakładającego, że reguły i instytucje mają sens. Dziś to raczej diagnoza epoki niż obietnica. Doroczne spotkanie Światowego Forum Ekonomicznego w dniach 19–23 stycznia 2026 r. odbyło się pod hasłem „A Spirit of Dialogue”, brzmiąc jak próba utrzymania rytuału w świecie, który rytuałom już nie ufa. „Dialog” staje się słowem zastępczym wtedy, gdy brakuje mechanizmów wykonawczych. A skoro nie ma wykonawstwa, realna współpraca przesuwa się tam, gdzie można ją policzyć i wymusić: w stronę kosztu kapitału, płynności, zmienności i ryzyka.
W tej luce wyrasta Merkantylizm 2.0: nowa gramatyka współpracy, oparta na transakcji i selekcji partnerów. Zamiast uniwersalnych reguł dostajemy fragmentację: mniejsze formaty, kluby „załatwiania spraw”, inicjatywy ad hoc. Jej logika bywa brutalnie prosta: jeśli wielostronne instytucje nie dowożą, tworzy się struktury równoległe, mniej inkluzywne, ale sprawniejsze. Symboliczną ilustracją tej tendencji jest inicjatywa Rady Pokoju, której konstrukcja jest opisywana jako potencjalna alternatywa wobec tradycyjnych kanałów rozwiązywania sporów. Jej pierwszy mandat dotyczy rekonstrukcji Gazy, co jest ściśle powiązane z interesami finansowymi i energetycznymi w regionie Bliskiego Wschodu. Trump otwarcie przyznał, że Rada może zapraszać nawet postacie kontrowersyjne, jak Władimir Putin czy Alaksandr Łukaszenka, jeśli są one „tymi, którzy załatwiają sprawy”. Niezależnie od oceny tego (kuriozalnego) projektu, ważniejszy jest ogólny wniosek: multilateralizm przesuwa się od uniwersalizmu w stronę minilateralizmu, od reguł w stronę transakcji, od „wspólnego dobra” w stronę „wspólnego interesu”.
Najważniejszą cechą Merkantylizmu 2.0 jest zanik wspólnego języka wartości, który charakteryzował epokę globalizacji lat 90. XX wieku. Dzisiejszy świat jest głęboko podzielony ideologicznie, ale pozostaje zintegrowany finansowo. To rodzi paradoks: państwa mogą się nienawidzić politycznie, ale muszą współpracować technicznie, by zapobiec niekontrolowanej zmienności walutowej, która zniszczyłaby ich własne gospodarki. W ten sposób „język rachunków” staje się jedyną platformą porozumienia, a bankierzy centralni – współczesnymi dyplomatami zdolnymi do skutecznego działania.
W świecie transakcyjnym współpraca nie musi już udawać wspólnoty wartości. Wystarczy wspólnota interesu i wspólny rachunek kosztów. Dlatego w debatach coraz rzadziej wygrywa pytanie „Kto ma rację?”, a coraz częściej dominuje pytanie „Kto poniesie koszt?”. To także powód, dla którego postacie, do tej pory stosunkowo niewidoczne, jak premier Kanady Mark Carney, stają się figurami epoki: symbolizują politykę, która musi tłumaczyć obywatelom nie tyle wizję, ile konieczność, a więc język stabilności, cen, ryzyka i ograniczeń. W tej opowieści „dyplomacja” zaczyna przypominać zarządzanie bilansami: mniej w niej deklaracji o wspólnocie, więcej dyscypliny kosztów, które społeczeństwa czują w portfelu, a sami dyplomaci muszą uczyć się posługiwać finansowo-korporacyjnym językiem w imię nowej „technicznej” dyplomacji.
Ta odsłona multilateralizmu nie rozwiązuje konfliktów i nie ogłasza wielkich manifestów. Ona ogranicza szkody. Nie obiecuje harmonii, tylko dba, żeby infrastruktura płatności, finansowanie handlu, stabilność rynku długu nie zamieniła sporu politycznego w krach gospodarczy. I właśnie tu ujawnia się najbardziej ironiczna cecha naszej epoki – w sferze wartości świat się polaryzuje, ale w sferze pieniądza i ryzyka świat pozostaje skazany na współpracę. Najdroższym „eksportem” potrafi być dziś stabilność, a najcenniejszym towarem importowym zaufanie, że system się nie rozsypie.
To nie jest multilateralizm romantyczny, oparty na wspólnych wartościach. To multilateralizm konieczności, oparty na wspólnym rachunku kosztów. Równolegle, wzmacniając jego skuteczność, osłabia się legitymizację. Gdy najważniejsze decyzje o stabilności i ryzyku podejmowane są za kulisami, debata publiczna łatwo zamienia je w opowieść o elitach sterujących światem poza kontrolą obywateli. Podziemny multilateralizm potrafi więc jednocześnie gasić pożary i dostarczać paliwa dla buntu przeciwko systemowi: im mniej mechanizmy są widoczne, tym łatwiej je demonizować, a im większy deficyt przejrzystości, tym większa podatność na politykę podejrzliwości. To symptom epoki: od uniwersalizmu do ad hoc-owych układów, w których zasady ustępują transakcji. Davos zostało zdominowane przez geopolitykę, napięcia transatlantyckie i poczucie, że świat wchodzi w epokę bardziej transakcyjną niż normatywną. To, co kiedyś udawało wspólnotę reguł, dziś coraz częściej wygląda jak negocjacja doraźnych interesów. Davos stało się więc swoistym reliktem czasów minionych, raportem z epoki fragmentacji i teatrem geopolitycznym.
Multilateralizm przeszedł mutację, a my dopiero uczymy się żyć z jej skutkami. W tle tych projektów stoi prosta diagnoza: tradycyjne instytucje, od Światowej Organizacji Handlu po ONZ, tracą sprawczość, bo nie mają już paliwa w postaci wspólnego języka wartości. Elementem podtrzymującym współpracę nie jest moralne zobowiązanie, tylko wspólny język rachunków. Jednocześnie infrastruktura finansowa będzie wymuszała współpracę, bo awaria jest nieopłacalna. Dziś Davos coraz częściej przypomina zwierciadło fragmentacji: geopolityka stała się fundamentem ekonomii, a nie jej zewnętrznym „zakłóceniem”. Zamiast wiary w uniwersalne reguły słychać rozmowy o deriskingu (w wykonaniu Amerykanów) i decouplingu (w wykonaniu? Europejczyków), polityce przemysłowej, strategicznych sektorach, surowcach, bezpieczeństwie energetycznym. W miejsce wielkich opowieści o otwarciu pojawia się praktyka selekcji: z kim handlować, gdzie inwestować, które technologie chronić, kogo uznać za ryzyko, a kogo za partnera.
Teza o śmierci multilateralizmu jest fałszywa. Jesteśmy raczej świadkami jego metamorfozy w formę bardziej odporną na polityczny (mimo osobowości Donalda Trumpa) chaos, ale jednocześnie mniej przejrzystą i bardziej elitarną. Ten podziemny multilateralizm jest odpowiedzią na świat, w którym oficjalna dyplomacja stała się niewydolna, a wspólne wartości przestały istnieć. Multilateralizm przetrwał nie dlatego, że świat nagle pokochał kompromis, lecz dlatego, że świat nie może sobie pozwolić na koszt pełnej dezintegracji. Przetrwał, ale w innej postaci: mniej normatywnej, bardziej transakcyjnej i bardziej technicznej. A to oznacza, że prawdziwe pytanie na kolejną dekadę nie brzmi: „Czy multilateralizm istnieje?”, tylko: „CDzy nauczymy się go kontrolować, zanim on (paradoksalnie w imię stabilności) zacznie produkować polityczną niestabilność poza czyjąkolwiek kontrolą?”.