W starym kalendarzu, jeszcze z czasów średniowiecza maj i marzec to jedyne nazwy łacińskie – przy czym marzec pochodził od boga Marsa, a Maj od Mai – resztę Słowianie nazwali sobie sami, obserwując przyrodę i pracę na roli. Dziś rolnicy, grupa na KRUS-ie mało dorzucająca do wspólnej kasy, nie wyznaczają nam rytmu społecznego a zbieranie czerwi, kwitnienie lip czy wrzosów lub żniwa robione sierpem to zamierzchła przeszłość.
Jako 20. gospodarkę świata stać nas na nowe nazwy miesięcy. Nowe, bardziej nowoczesne, pokazujące, co w trawie piszczy, oddające synchronizację w działaniach społecznych.
W starym kalendarzu, jeszcze z czasów średniowiecza maj i marzec to jedyne nazwy łacińskie – przy czym marzec pochodził od boga Marsa, a Maj od Mai – resztę Słowianie nazwali sobie sami, obserwując przyrodę i pracę na roli. Dziś rolnicy, grupa na KRUS-ie mało dorzucająca do wspólnej kasy, nie wyznaczają nam rytmu społecznego a zbieranie czerwi, kwitnienie lip czy wrzosów lub żniwa robione sierpem to zamierzchła przeszłość.
Kalendarz rolniczy powinien zamienić się w kalendarz konsumpcyjno-kulturowy, oddając to, co społeczeństwo uznaje za „definiujące” dla danego miesiąca.
Tak więc w lipcu brzęczało łąkowe towarzystwo, w sierpniu brzęczały sierpy, padały kłosy i tak już zostało. W październiku zżęty tym sierpem len międlono i zostawały paździerze. Nasi przodkowie nie patrzyli w niebo ani w gwiazdy, tylko z nosem przy ziemi starali się przetrwać. Dość tego. Stać nas na więcej – podobnie jak rewolucjoniści we Francji chcieli odrzucić stary porządek, tak i my z tą postawą z nosem bruździe glebowej nie oderwiemy się i nie poszybujemy w rankingach.
Jak zatem te miesiące można by nazwać dzisiaj? Nie patrząc na pole, ale na to, co dziś naprawdę definiuje nasz rok. To nie jest tylko zabawa, ale raczej pytanie, czym się staliśmy w postindustrialnej rzeczywistości.
Styczeń – w dawnym rozumieniu od styku starego roku z nowym – dziś jest miesiącem, w którym pół narodu robi sobie detoks po świętach i kupuje karnet, z którego skorzysta do połowy lutego. Możemy mieć więc detokień – jeśli patrzymy na start nowego roku. Mniej więcej w styczniu te wszystkie postanowienia noworoczne mijają, więc to odpowiedni horyzont czasowy – od detoksykacji po sylwestrze po detoks od tego co zatruwało nam życie w poprzednim roku.
Luty to oczywiście ferioń. Bo cóż innego definiuje luty? Ruchy feriowe, którym podporządkowana jest logistyka w szkołach i pracach. Każdy rodzic sprawdza, kiedy te ferie i zaczyna roszady dyżurów i żonglerkę wyjazdową.
Marzec – niby od Marsa, ale ludowo zawsze kojarzony z marznięciem. Taki miesiąc na przeczekanie – już po feriach, jeszcze nie ciepło. Myślimy o wyjeździe gdzieś, ale właśnie byliśmy na feriach. Marzymy. Może nawet zostać marzec od tych marzeń ściętej głowy. Poza tym w marcu główne wydarzenie to dzień kobiet. Ze względu na problemy demograficzne i ucieczkę kobiet do miast, marzą one o partnerach, a mężczyźni pozostawieni na prowincji marzą wzorem manosfery o państwowym przydziale kobiet, których po maturze zrobiło się w okolicy jakby mniej… Niechby i został marzec.
Natomiast kwiecień to miesiąc, w którym pół Polski jeździ do wulkanizatora zmieniać opony na letnie. Nie kwiaty nas dziś definiują, a sezonowa wymiana ogumienia. Oponiarz byłoby dobrym przypomnieniem – jak listopad – co się wtedy dzieje. Alternatywnie rozliczeń, jeśli mielibyśmy zaznaczyć powszechne kontakty z urzędem skarbowym.
Maj zaczyna się od Triduum grillowego. Oficjalnie rozpoczynając sezon. Tu jesteśmy zsynchronizowani. Pierwszy długi weekend, pierwszy dym z podwórka, pierwsza kiełbasa spadająca między ruszt. Grillaj albo grileń oddawałyby społeczny wymiar poświęcony temu miesiącowi.
Czerwiec to, bez większej dyskusji, maturalnik. Wszystko staje, cała Polska wstrzymuje oddech nad arkuszem z matematyki, a w tle słychać dzwonek zwiastujący koniec roku szkolnego. Szkolne czerwie mają kilka miesięcy, żeby się przemienić w studenckie motyle. Choć zaczynają się w maju, a wyniki są w lipcu, ale można by je w całości przenieść na czerwiec, żeby się dzieciarnia czegoś jeszcze zdążyła douczyć.
Lipiec, w który właśnie wchodzimy, to po prostu urlopień. Wiele par po raz pierwszy jest dłużej ze sobą razem i to bywają dramatyczne chwile. Nagle się okazuje, że miasta bez tych wszystkich ludzi działają i są przejezdne i zadajemy sobie pytanie, czy ta reszta, która wyjechała, naprawdę do czegoś się przydaje, skoro wszystko działa. Urlopień z przyczyn klimatycznych może dryfować do stania się ukropieniem, ale na razie ta właśnie działalność zaprząta dzielnych Polaków zwiększających nasz polski PKB.
Sierpień zmienił swój materialny wymiar na duchowo-kulturowy. Żniwa kulturalne na festiwalach skłaniają mnie do nazwy festiwalnik. Jeden po drugim występują w przyrodzie, na polach i błoniach, gromadząc tłumy ludzi. Jak widać, kiedy ich nie ma w mieście, miasto nadal działa, więc również można sobie zadać pytanie, czy oni są potrzebni i czy muszą wracać. To by znacznie zmniejszyło wejście w kolejny miesiąc, który objawia się tłokiem i zagęszczeniem inwektyw w środkach masowego przekazu, kiedy zrelaksowani Polacy wracają z wypadów na wczasy, na których odpoczęli w swoich stadłach.
We wrześniu głównie nakłada się na dzieci plecaki, lecą one z rodzicielskich wyżyn na barki młodocianych, więc ten opad plecaków zasługuje na nazwę typu: plecakopad, który przygniata zdezorientowane końcem wakacji dzieci.
W kolejnym miesiącu wracają studenci. Studencień by tu pasował, ale jednocześnie banki obsypują nas ofertą lokat i chcą, byśmy oszczędzali, dając im pieniądze. Tu trzeba by przyjrzeć się silniej naszej społecznej krzątaninie, ale wydaje mi się, że wypełnianie się knajpianej pustki rozkwitającą studenterią, która ratuje polską branżę piwowarstwa, jest godne zauważenia jako zjawisko w czasie.
No i coś, co do tej pory było listopadem, ale działania różnych służb sprawiają, że liście już nie zalegają na ulicach i nie zaprzątają nam też za bardzo głowy. Ponieważ w tym miesiącu opada nie tyle liść, co nastrój, to w centrum społecznego życia i na stołach w telewizji śniadaniowej objawia się jesienna deprecha. Z nor wychodzą wygłodniałe stada medialnych psychoterapeutów, które grasują na ofiary w mediach społecznościowych. Oto nadchodzi depresień. Wzmożony pobór witaminy D, powłóczenie nogami, część osób nie pokazuje się w pracy. Co prawda bez nich również wszystko działa, więc też należałoby się zastanowić, czy w ramach ograniczania tłoku w tramwajach nie dołożyć ich na kupkę wizytujących festiwale i osób wyjeżdżających na urlopy. To przerzedzenie populacji znacznie zmniejszyłoby kolejki do lekarzy. Krótkie dni, szare niebo, czas między odwiedzaniem cmentarzy a pierwszymi nerwowymi zakupami na gwiazdkę, kiedy nowa frustracja wyciągnie nas z depresyjnego dołka.
I dochodzimy do niego – gwiazdkowiec. Wraz z początkiem miesiąca w mieście pojawiają się choinki w szacie zimowej – czyli w lampkach i łańcuchach, jako niewolnicy w wielkim konsumpcyjnym teatrze świąt, gdzie trzeba przede wszystkim dużo kupić, żeby pokazać prawdziwą moc zaniedbanej w ciągu roku relacji. Ten miesiąc bez reszty należy do jednego wydarzenia – do wigilii. Kiedyś istotne były święta, czyli czas między 25 i 26 grudnia – dziś to raczej tzw. dni wolne na trawienie po wigilii. To dzień przedświąteczny stał się właściwym momentem celebracji i pewnie stanie się wolny od pracy, żeby rodziny patchworkowe zdążyły odwiedzić wszystkie swoje życiowe ślady.
Mamy więc dwanaście nowych nazw. I proszę zobaczyć, co się stało, kiedy je wszystkie ułożymy w rządku. Może wydawać się to przypadkowym zestawem żartów, ale niechcący wychodzi portret rytmu społeczeństwa. Nowoczesnego, które wyrwało się ze wsi i zaliczyło awans społeczny.
Nazwałem miesiące od tego, co kupujemy, na co się zapisujemy i z czego się wypisujemy. Detoks po świętach. Opony na zmianę. Grill na powitanie wiosny. Wyprawka szkolna. Prezenty pod choinką. Nawet ferie – przecież nie są zjawiskiem przyrody, są produktem kalendarza urzędowego. Przestaliśmy żyć w naturze. Nie mamy z nią wiele wspólnego – choć ona o sobie przypomina zmianami klimatycznymi.
Tak wygląda nasza roczna dwunastnica. Jesteśmy właśnie po pierwszej połowie. Czy wygrywamy? Czy to na miarę naszych aspiracji i ambicji? Dawni Polacy walczyli z naturą, by przetrwać. Dziś to natura walczy z nami, by przetrwać. My zaś walczymy z kalendarzem korporacyjnym i własnym samopoczuciem.
Ten mały językowy eksperymencik pokazuje coś, co może warto zapamiętać: żyjemy w świecie, w którym nazwy najbardziej trwałe i oczywiste, jak sierpień, lipiec, wrzesień — stały się abstrakcyjne. Język nie jest pomnikiem przeszłości – może być też jej dziennikiem. Pomyślny zatem, jak chcemy, żeby miesiąc przed nami się nazywał – co może być naszą główną aktywnością, do jakiego projektu się odnosi – i nazwijmy go tak. Inaczej nasze myślenie będzie dryfowało po starej ścieżce, która pochyla nas nad bruzdą gleby, zamiast zadzierać nam głowy wysoko w niebo.