Gdy idzie o odporność społeczną, jest ona kompleksowa. Każdy z elementów – reakcja, przetrwanie, adaptacja i wreszcie odbudowa – stanowią o jej jakości, a zatem o sile, z jaką jesteśmy w stanie „się obronić”. Nie tylko militarnie, ale właśnie ludzko, międzyludzko, wspólnotowo. Bo w ostatecznym rachunku – z pomocą państwa i instytucji, a czasem im wbrew – to my musimy zbudować i utrzymać w sobie tę zdolność/siłę.
Słowo „odporność” na dobre rozgościło się w naszym języku. Niektórzy zamiennie używają nawet terminu rezyliencja (od angielskiego resilience), co wielu (w tym piszącą te słowa) przyprawia o ból głowy. Nie warto bowiem komplikować tego, co może być proste i zrozumiałe, ani karmić ludzi słowem, które wydaje im się odległe. Sytuacja jest już wystarczająco niekomfortowa, po co więc dodawać kolejny czynnik niepewności. Odporność, szczególnie w kontekście, o jakim często rozmawiamy, ma być możliwa do osiągnięcia, a zatem i „prosta” do zrozumienia, przynajmniej, gdy idzie o to, czym ma być/jest. Gdy w roku 2024 Ministerstwo Obrony Narodowej ogłaszało projekt „Tarcza Wschód”, w swej podstawowej wersji mający na celu wzmocnienie wschodniej granicy Polski oraz odstraszenie i obronę, wskazywano trzy istotne dlań filary. Mowa była o sile naszej armii, sile naszych sojuszy (te dwa elementy zostawimy jednak na marginesie rozważań) oraz o sile odporności społecznej, to jest zdolności społeczeństwa do przetrwania, adaptacji i odbudowy po wystąpieniu kryzysów. Tych ostatnich możemy wskazać bez liku, bo choć na pierwszy plan wysuwa się zagrożenie wojną, to o odporności społecznej mówimy także w przypadku innych zagrożeń, występujących w czasie pokoju, jak choćby katastrofy naturalne (vide choćby ostatnia powódź). Co istotne, gdy idzie o odporność społeczną, to jest ona kompleksowa. Każdy z elementów – reakcja, przetrwanie, adaptacja i wreszcie odbudowa – stanowią o jej jakości, a zatem o sile, z jaką jesteśmy w stanie „się zabezpieczyć” oraz „się obronić”. Nie tylko militarnie, ale właśnie ludzko, międzyludzko, wspólnotowo. Bo w ostatecznym rachunku – z pomocą państwa i instytucji, a czasem im wbrew – to my musimy zbudować i utrzymać w sobie tę zdolność/siłę.
Mówimy zatem o zdolności reagowania, o niewpadaniu w panikę, o umiejętności działania w sposób mający przynieść poprawę sytuacji lub – co najmniej – jej zabezpieczenie, o sprawczości i wiedzy. O momencie, gdy potrafimy działać i przeciwdziałać, jednocześnie zachowując swoje kluczowe wartości, a nawet przy ich pomocy definiując nasze cele. Kluczowym elementem owej odporności jest jej wymiar społeczny, jest działanie wspólne, gdy potrafimy przezwyciężyć to, co dzieli, gdy to człowiek – niezależnie od swej przynależności politycznej, religijnej czy ideologicznej – staje nam przed oczami jako wartość. Bez tego rozpoznania społeczny wymiar odporności nie może się udać. Bo jeśli odporność jako bezwzględną postawę zakłada wzajemne zaufanie, to jak w niej wyglądamy, patrząc wilkiem na sąsiada? Bo jeśli odporność wymaga silnych więzi społecznych czy zdolności do współpracy, to jak ma ją zbudować spolaryzowane społeczeństwo? Bo jeśli łatwo ulegamy manipulacjom, jesteśmy podatni na propagandę czy dezinformację, to wiedza, jakiej wymaga odporność, nawet nie majaczy na horyzoncie. Podzieleni łatwiej dajemy się oszukać/omamić. Osłabiamy się niejako na własne życzenie. A przecież nikt z nas nie chce popaść w taką czy inną niewolę.
Zatem, jeśli odporność zakłada przyswojenie sobie określonej wiedzy i zwiększenie naszych kompetencji – począwszy od najprostszych spraw związanych z umiejętnością reagowania na podstawowe zagrożenia, udzielania pierwszej pomocy, przez wypracowanie określonych zachowań w sytuacjach kryzysowych, aż po szersze już umiejętności, jak choćby radzenie sobie z dezinformacją, rozpoznawanie różnorakich zagrożeń, czy wreszcie „plan na kryzys” – to pierwszy ruch należy tu do każdej i każdego z nas. Można bowiem tworzyć najlepsze nawet programy, wydawać książki czy poradniki (vide choćby https://www.gov.pl/web/poradnikbezpieczenstwa/wspolnie-dbamy-o-nasze-bezpieczenstwo2), tworzyć ustawy (vide wyczekana i przyjęta prawie rok temu Ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej), ale odporności społecznej państwo nie przyniesie nam na tacy. Jasne, może dostarczyć narzędzia, jednak odporność nie wydarzy się bez naszego udziału. Bo w panikę wpada nie państwo, tylko człowiek, bo stres paraliżuje nie państwo, a pojedynczego człowieka, bo każda strata, każde zagrożenie dotyka nas osobiście, dopiero w dalszej kolejności zataczając kręgi, wpływając na kolejnych i kolejnych spośród nas. Odporność społeczna jest jak… mur oporowy, którego funkcjami są powstrzymanie, stabilizowanie, modelowanie i zabezpieczenie. Prosta analogia, w której takie mur tworzymy nie sami, ale właśnie we wspólnocie. I będzie on tak silny, jak jego najsłabszy element. Budowanie odporności w warunkach, gdy jest ona konieczna, nie jest zatem przypadkiem, ale świadomym wyborem zaczynającym się od „ja”, ale wymagającym współpracy z kolejnymi „ty”.
Odporność to również umiejętność adaptacji do określonych warunków. Wiąże się z nią nierozerwalnie akceptacja nowej rzeczywistości. Jasne, przeważnie nie jest ona tak dobra czy tak komfortowa, jak ta, do której przywykliśmy, ale… przychodzi. Bywa nieuchronna. Niesie ze sobą nowe warunki, staje się sytuacją, do której możemy podejść na wiele sposobów. Bo owszem, można rwać włosy z głowy i rozpaczać nad tym, co utracone, można się bać tego, co nieznane. Można też – jakkolwiek to trudne – zaakceptować zmianę i wchodząc w proces przystosowania, podjąć próbę stworzenia nowej jakości. Adaptacja nie jest wszak zjawiskiem nowym – w codzienności przechodzimy ją przecież nieraz, gdy życie zmusza nas/gdy sami wybieramy bycie i funkcjonowanie w zmienionych warunkach. Nowa praca, nowe środowisko, nowy związek. Stres. Katastrofy naturalne. Każda z postaci wojny. Wciąż na nowo rozpalane konflikty. Życie w niepewności. W każdej z tych sytuacji uczymy się siebie samych i od siebie nawzajem, znajdując w okolicznościach opcje „dla nas”. Czasem to sposób na przetrwanie, kiedy indziej jakościowa zmiana, prowadząca do „tego nowego”, z którym trzeba będzie sobie poradzić, w którym trzeba będzie dalej żyć.
By się nam udało, konieczne jest zaufanie. Do siebie samego/samej, do najbliższych, do wspólnoty, do instytucji czy wreszcie do państwa. Zaufanie rozchodzące się jak kręgi po wodzie, obejmujące kolejne i kolejne obszary naszego życia, świata, aktywności, działania. To najprostsze, jak wtedy, gdy w czasie pożaru nie sprawdzamy za każdym razem, czy w podanym przez sąsiada wiadrze z wodą faktycznie jest woda, czy może benzyna. Zaufanie, w którym – w kryzysie – nie zakładamy czyjejś złej woli. Przeciwnie, chcemy wierzyć, że „ten drugi” jednak nie zawiedzie. Obok poczucia sprawczości to czynnik, bez którego po prostu nie możemy sobie poradzić.
Czas na budowanie naszej odporności jest teraz, w okresie względnego spokoju. Jeżeli bowiem myślimy o różnych wymiarach naszej niepodległości, to nie ma co oglądać się na zagrożenia urojone czy dokładać do katalogu tychże nowe, coraz to bardziej absurdalne pomysły, oparte bądź to na dezinformacji, bądź na teoriach spiskowych. Nie ma co szukać wrogów tam, gdzie ich nie ma. Warto być uważnym, ale nie można być po prostu głupim. Prawdziwych zagrożeń naprawdę nam wystarczy. Tymczasem autentyczna wolność od strachu, nie-podleganie tego rodzaju złu – a taką ma być odporność społeczna – to odpowiedzialność. To aktywność, a nie bierne przyglądanie się, co też „państwo” przyniesie nam na tacy. To nie tylko – za Tadeuszem Mazowieckim – prawo do decydowania o sobie, ale także nasz codzienny obowiązek.