Gdy więc mainstreamy polityczne obu państw coraz częściej odwracają się od siebie plecami i uprawiają dąsy, na skrajnej prawicy dzieje się coś nowego, niezwykłego, dotąd w zasadzie niewidzianego. Coś, co budzi niepokój i nieufność, ale potencjalnie może zmienić reguły uprawiania polityki polsko-niemieckiej. Trochę jakby Gomułka i Moczar poszli na wódkę z reakcyjnymi przywódcami ziomkostw, np. takim Herbertem Hupką.
Polityka bywa paradoksalna. Jednym z jej ciekawszych paradoksów jest zjawisko skuteczniejszego wprowadzania w życie zmian lub reform przez tę stronę politycznego sporu, która tradycyjnie była im przeciwna lub przynajmniej niechętna, a nie przez tradycyjnych i często wieloletnich orędowników, adwokatów, aktywistów czy entuzjastów sprawy. Ten polityczny mechanizm ujawnił swoją potęgę i sprawczość zapewne nie po raz pierwszy, ale w sposób niezwykle dobitny i przekonujący, gdy w 1867 r. w Wielkiej Brytanii uchwalono tzw. Drugi Akt Reformy, a więc znaczące poszerzenie czynnego prawa wyborczego, które objęło wtedy liczebnie duże grupy społeczne mieszkańców miast, w tym robotników miejskich. Partia Liberalna od lat postulowała stopniowe dążenie do powszechnego prawa wyborczego, lecz napotykała opór torysów, wpływowych warstw społecznych i ich grup nacisku, a także bardziej zachowawczych koterii w swoim własnym gronie. Gdy jednak za aktem reformy nagle opowiedział się przywódca torysów Benjamin Disraeli i jął się go przeforsowywać w parlamencie, nie było już komu oponować na scenie politycznej. Ewentualne niedobitki sprzeciwu dalece nie miały wystarczających sił, aby jeszcze podnosić skuteczny rwetes.
To zjawisko obserwowaliśmy wielokrotnie w demokratycznej dynamice polityki. Dopóki np. o prawo kobiet do wyboru lub równość praw dla osób LGBT gardłowała tylko lewica (albo wręcz – początkowo – tylko skrajna lewica spod znaku sierpa i młota), reformy te nie miały w zachodniej Europie szans na urzeczywistnienie. We Francji twarzą liberalizacji ustawy antyaborcyjnej stała się polityczka liberalnej centroprawicy Simone Veil, która pomogła uczynić wystarczająco wielką wyrwę w liberalno-konserwatywnym froncie sprzeciwu tamtejszej prawicy. Także ustawy o prawach osób LGBT w Niemczech czy Wielkiej Brytanii były przyjmowane z poparciem licznych polityków CDU/CSU lub torysowskich. Patrząc z drugiej strony, polityka obniżania obciążeń podatkowych, ograniczania biurokracji, deregulacji i elastycznego podejścia do wolności gospodarczej w wykonaniu formalnie socjaldemokratycznych polityków na przełomie XX i XXI w. w Wielkiej Brytanii i Niemczech wzbudziła mniejsze protesty i okazała się łatwiejsza w realizacji niż gdy podobnym kursem usiłowała kroczyć prawica np. Helmuta Kohla czy Jacquesa Chiraca. Prawicowy premier Izraela Ariel Szaron miał większe pole manewru w zakresie ustępstw wobec strony palestyńskiej niż liderzy izraelskiej lewicy. Także w Polsce wprowadzenie liniowego CIT było wykonalne dla lewicowego gabinetu Leszka Millera, a zapewne wzbudziłoby gwałtowne protesty, gdyby usiłował to samo zrobić niedługo wcześniej rząd Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza. PiS, decydując się na 500+ i inne elementy hojnej polityki socjalnej, skutecznie uciszył krytykę swojego rządu ze strony dużej części lewicy.
Decydując się na „nietypowe” działanie, odejście od utartych, wręcz schematycznych dogmatów programowych, liderzy polityczni najpierw „zaskakują” opinię publiczną, zbierają komplementy ze strony swoich tradycyjnych krytyków, a zwolenników stawiają – niejako chwilowo osłupionych – w sytuacji, w której nie wiedzą oni, jak się zachować. Przeciwnicy nie krytykują, bo widzą, że realizowana jest ich agenda (czasami jest to agenda, na której sami wyłamywali sobie zęby od lat, nie uzyskując żadnych postępów). Zwolennicy, gdy już wyjdą z szoku i poznawczego dysonansu, stają przed wyborem: albo odrzucić dotychczasowego lidera i autorytet, do którego są przywiązani (w tym emocjonalnie) i „zbuntować się”, kierując swoje poparcie ku jakiemuś hardlinerowi z zupełnej krawędzi spektrum politycznego, albo przełknąć zmianę spojrzenia, „kupić” uzasadnienie dla zmiany polityki, a w końcu stać się zwolennikiem czy to związków partnerskich, czy to powstania suwerennej Palestyny, czy to niższych podatków dla przedsiębiorców. Gdy następuje to drugie, wywołujący dotąd głęboki spór i konflikty problem polityczny, staje się elementem społecznego konsensusu, a dokonana rękoma wcześniejszych jej wrogów reforma staje się zmianą niezwykle trwałą i zabezpieczoną przed wiatrami polityki, czasami na długie lata, a czasami nawet na zawsze.
***
Kilka ostatnich wydarzeń w polsko-niemieckich relacjach polityków skłania do postawienia nie tyle śmiałej tezy (na tym etapie za wcześnie, aby z tego robić już tezę), co nieśmiałego pytania: czy to skrajna prawica jest siłą zdolną dokonać i domknąć sprawę polsko-niemieckiego pojednania? Byłoby to o tyle „poetyckie”, że to oczywiście skrajna prawica ponosi winę za to, że pojednania w ogóle trzeba szukać (tutaj wina jest po stronie wiadomej niemieckiej skrajnej prawicy z lat 1933-45), a także za to, że dotąd się ono nie udało (tutaj wina jest już rozłożona po obu stronach granicy, lecz po obu spada głównie, odpowiednio na skrajne prawice obojga narodów, które nie ustawały i nie ustają w rzucaniu jej pod nogi kłód). W każdym razie oczywistym jest, że gdy pojednanie polsko-niemieckie ogłaszają politycy socjaldemokratyczni lub umiarkowanego chadeckiego centrum, to rzesze obywateli gotowych to kontestować są niezmiernie liczne. Gdyby pojednanie jednak ogłosili liderzy skrajnych prawic, kto mógłby jeszcze zgłosić weto?
Uwagę o obarczeniu skrajnych prawic winą za nieuzyskanie pełnego pojednania należy zresztą zniuansować. Oczywiście skrajni nacjonaliści z różnych powodów (często wyłącznie wewnątrzpolitycznych) torpedowali wysiłki liderów centrowych z obu państw i raz po raz ponownie wzbudzali wśród obywateli niechęć, resentymenty i uprzedzenia. Praca nad pojednaniem z dzisiejszego punktu widzenia jawi się niczym owa mityczna praca Syzyfa nad transportem głazu na górski wierzchołek, właśnie za sprawą tej „kreciej roboty”. Jednak nie oznacza to, że odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenia i brak uzyskania do roku 2025 pełnego rezultatu wejścia tych relacji w nową epokę z nowymi kontekstami współczesności i wspólnej przyszłości europejskiej spada tylko na owe „krety”. Dużo winy ponoszą także elity umiarkowanej polityki liberalno-demokratycznej lub mainstreamowej. Ta wina wynika z niemocy, nieskuteczności, niekiedy nieszczerości, z ulegania skrajnym narracjom, z tchórzostwa, ze zbytniego bazowania na wielkich gestach i niewystarczającego zaangażowania w pracę u podstaw, w końcu z brudnych interesów. Tak brudnych, jak wiadome rurociągi ułożone na dnie Bałtyku lub jak wykorzystywanie germanofobii jako narzędzia kampanii wyborczej czasami także przez partie demokratów.
Dziś niemoc centrum staje się wręcz rażąca. Teoretycznie warunki dla uzyskania nowej dynamiki polsko-niemieckiej powinny być najlepsze od wielu lat. Niemiecka polityka chadecko-socjaldemokratycznego konsensusu uznała swój błąd co do rur i – szerzej – co do polityki ślepoty na prawdziwą naturę i cele strategiczne Rosji. O tym, jak straszliwa to była ślepota i głupota, najlepiej mówią pretensje nestorów polityki, którzy z emeryckich zapiecków uparcie, z pełnym zacietrzewieniem i z totalną niezdolnością do weryfikacji swoich dorobków politycznych podnoszą od czasu do czasu głos. Angela Merkel, której długa i nudna książka jest testamentem jej braku wizjonerstwa i przeciętnie udanego zarządzania pogłębiającym się w gospodarczym marazmie kraju, wydaje się w pełni zadowolona ze swojej polityki wobec Kremla. W wywiadzie udzielonym w orbanowskich Węgrzech wydaje się sugerować, że Europa zachodnia mogłaby się dalej pławić w tanim gazie, Gazprom mógłby dalej sponsorować klub Schalke 04 z Gelsenkirchen, a Ukraińcy mogliby dalej żyć bez zachodniej perspektywy i może z jakimś nowym Janukowyczem u sterów, gdyby nie rusofobia Europy środkowej. Jej poprzednik, który zawarł deal z Gazpromem, będąc szefem rządu, a chwilę potem odszedł z polityki prosto na gazpromowy żołd (kto to w Niemczech nazywał wtedy „korupcją”, jak lider liberałów z FDP był uciszany pozwami typu SLAPP), przed komisją badającą te związki jasno stwierdza, że zrobiłby wszystko jeszcze raz tak samo, a winy krachu gospodarki z powodu jej uzależnienia od źródła energii sprzedawanego po cenach dumpingowych (bo będącego narzędziem geopolitycznym, a nie handlowym) bynajmniej na siebie nie bierze. Wzywa do powrotu do handlu z Rosją i zniesienia sankcji na ASAP.
Na tle tych wynurzeń niereformowalnych emerytów, którzy rosyjskiego imperializmu nie dostrzegliby nawet, gdyby ugryzł on ich w cztery litery, szefowie urzędu kanclerskiego po 2022 r. jawią się w korzystnym świetle. Scholz poszedł do Canossy, a Merz wygląda na kogoś, kto właśnie z niej wrócił i rozumie wnioski. Ostatnie oficjalne komunikaty Berlina wobec Polski w zasadzie były znakiem dylematu, za co więc intensywniej przepraszać – nadal za zbrodnie epoki nazistów czy za politykę Schroedera i Merkel wobec Rosji? Jedne i drugie przeprosiny licznie padały, a w Polsce były łapczywie słuchane z uśmiechem satysfakcji na ustach.
Półtora roku po zimnym kuble na głowy niemieckich elit w postaci inwazji Putina na Ukrainę, w Polsce od władzy odsunięto PiS, czyli partię chorobliwego germanofoba Jarosława Kaczyńskiego. Z Kaczyńskim, który wychowanie i socjalizację odebrał w epoce gomułkowskiej i do dzisiaj, bez zażenowania, pozostaje nośnikiem wszelkich jej treści skierowanych przeciwko „reakcjonistom z Bonn”, żadnego pojednania polsko-niemieckiego być nie może. Nawet gdyby Berlin wypłacił Polsce kilka bilionów euro reparacji, a nawet postawił Kaczyńskiemu w centrum Warszawy dwie wieże, to Kaczyński powiedziałby, że wieże są ładne, a po około tygodniu, może dwóch, wrócił do nienawidzenia Niemców. Ja, urodzony w 1979 r. człowiek, który odebrał więc wychowanie i socjalizację w epoce konferencji 2+4, Krzyżowej, uznania granicy przez zjednoczone Niemcy oraz duchowego sojuszu „Solidarności” z pokojowymi rewolucjonistami burzącymi berliński mur, nawet rozumiem i pewną empatię wobec postawy Kaczyńskiego oraz wielu ludzi jego pokolenia posiadam. Moja babka także była więźniem niemieckiego obozu pracy i nie wyszła stamtąd jako okaz zdrowia. Rozumiem więc traumy, ale oczekuję jednak także zrozumienia, że przed nami, naszymi dziećmi i wnukami wspólna przyszłość w centrum Europy i powoli tym wymiarem czas się intensywniej zająć.
W każdym razie odsunięcie Kaczyńskiego na rzecz Tuska wydawało się kolejnym sprzyjającym czynnikiem dla relacji obustronnych. Plany były szerokie: przywrócenie regularnych konsultacji międzyrządowych, polubowne rozwiązanie sporu o reparacje, odkurzenie Trójkąta Weimarskiego, nawet nowy traktat o przyjaźni i współpracy. Dzisiaj zostały z tego właściwie głównie te regularne konsultacje, po których media już niemal rytualnie donoszą o wzajemnym rozczarowaniu rozmowami. Zamiast pozostałych elementów mamy kontrole na wspólnych granicach, niepoważne oskarżenia o podrzucanie sobie nawzajem imigrantów (imigranci to – jak wiadomo w obu krajach – coś złego, straszliwego, czego się trzeba wystrzegać niczym hałd śmieci) i zdumiewające zdumienie, że Polska nie przeprowadzi ekstradycji do Niemiec Ukraińca, rzekomego sprawcy wysadzenia rur Nord Stream, którego w Polsce wszyscy (w tym niezawiśli sędziowie) postrzegają jako wojennego bohatera, któremu należy się order, a nie przestępcę, któremu należy się proces i więzienie.
Liderzy polityczni obu państw, wywodzący się z chadeckich, ludowych i socjaldemokratycznych partii, a więc z już naprawdę hardcorowego unijnego mainstreamu, są sobą nawzajem dramatycznie rozczarowani. Jedni myśleli, że narracja PiS jest prawdziwa i Tusk będzie spełniał ich życzenia. A tymczasem nie jest prawdziwa i nie będzie spełniał. Drudzy myśleli, że sytuacja geopolityczna na wschodzie wszystko zmieniła, Polska będzie automatycznie w centrum kształtowania polityk europejskich, zwłaszcza że to u nas demokratom udało się pogonić populistów (do niedawna byliśmy jedyni tacy w Europie, ale właśnie tego samego dokonała Holandia i nie jest to już taki ewenement). A tymczasem o pozycję w sporach europejskich trzeba nadal zabiegać, nawet jako polski demokrata i pogromca PiS-u; nie ma nic za przeszłe zasługi.
***
Gdy więc mainstreamy polityczne obu państw coraz częściej odwracają się od siebie plecami i uprawiają dąsy, na skrajnej prawicy dzieje się coś nowego, niezwykłego, dotąd w zasadzie niewidzianego. Coś, co budzi niepokój i nieufność, ale potencjalnie może zmienić reguły uprawiania polityki polsko-niemieckiej. Trochę jakby Gomułka i Moczar poszli na wódkę z reakcyjnymi przywódcami ziomkostw, np. takim Herbertem Hupką.
„Polacy nie za bardzo darzą szacunkiem niemieckich polityków, ale tutaj mamy duży wyjątek”, tak polityczka Konfederacji zapowiedziała polityka AfD, Thomasa Froelicha, w swoim podcaście. Jakiś czas później Froelich – który mówi bardzo dobrze polsku (nie wiem, czy to powinno uspokajać czy wręcz przeciwnie) – był gościem szefa polskiej skrajnej prawicy Sławomira Mentzena w ramach imprezy „Piwo z Mentzenem” w Szczecinie. Ku entuzjastycznym reakcjom zgromadzonych zwolenników Konfederacji panowie porozmawiali na takie tematy, jak np. ochota AfD na przyłączenie „miast takich jak Szczecin” do Niemiec.
Dlaczego nagle politycy partii rewanżystowskiej, neonazistowskiej, negującej znaczną część niemieckich win z okresu II wojny światowej, w której szeregach znajdują się tysiące aktywistów w otwarty sposób wielbiących Adolfa Hitlera, spotykają się z pozytywnym przyjęciem ze strony zwolenników polskiej prawicy, a więc polskich nacjonalistów, od lat odmawiających zbliżenia z Niemcami właśnie z powodu tych win, które AfD po części neguje? Dlaczego odnoszą się z sympatią do ideowych spadkobierców narodowego socjalizmu, a z niechęcią do niemieckich ideowych spadkobierców ludzi, którzy byli przez nazistów prześladowani: socjaldemokratów, liberałów czy chadeków? To wydaje się być bez sensu i takim by było, gdyby polska prawica nadal tkwiła w swoim stosunku do Niemców w tym miejscu, gdzie tkwi Kaczyński, czyli wyłącznie w przeszłości. To jednak właśnie się zmienia.
Skrajne prawice obu państw w narracjach dla swoich wyborców oczywiście uwypuklają przeszłość, ale pragmatycznie skupiają się w coraz większej mierze na przyszłości i zaczynają rozumieć, że są dla siebie potencjalnymi sojusznikami. W Szczecinie Froelich, jakoś tam wymijająco zbywszy pytanie o chrapkę na Szczecin i inne dziś polskie miasta, podkreślał, że jego partia jest najbardziej propolską siłą w Niemczech, że wielu Niemców polskiego pochodzenia na nią głosuje i że AfD szalenie zależy na dobrych relacjach z polską prawicą. Alternatywa dla Niemiec jest pod wielkim wrażeniem dorobku rządów PiS w odniesieniu do podporządkowywania sądów władzy wykonawczej czy ograniczaniu siły rażenia wolnych mediów, jako że sama się w Niemczech z tym boryka i marzy o uzależnionych w przyszłości od rządu AfD sądach i mediach. Oczywistym polem współpracy skrajnych prawic jest walka z migracją do Europy, stopniowa deportacja już w Europie obecnych imigrantów, zwalczanie islamu, ograniczanie wpływów Brukseli i zwijanie procesu integracji europejskiej w imię osiągnięcia „Europy narodów”. Są także zjednoczeni w fascynacji Donaldem Trumpem i wspieraniem jego geopolitycznej agendy. Może nie z PiS, ale na pewno z Konfederacją i środowiskiem prezydenta Karola Nawrockiego łączy AfD niechęć wobec Ukrainy i (w różnym stopniu) rusofilia. Lista wspólnych spraw do załatwienia jest więc długa.
Na najtrudniejszym z pól, czyli na polu polityki pamięci, także czynione są pierwsze kroki ku nawiązaniu nici porozumienia. Czy rzecznicy ofiar Hitlera i orędownicy częściowej rehabilitacji III Rzeszy mogą się kiedyś dogadać? To wydaje się niewykonalne. Ale – jak pokazał wyjazd promotora prezydenckiej kandydatury Nawrockiego i jego bliskiego współpracownika, prof. Andrzeja Nowaka, bo Bundestagu na konferencję o polityce pamięci wobec Polski, organizowaną przez klub poselski AfD – obie strony mogą się porozumieć w zakresie druzgocącej krytyki pod adresem wysiłków elit mainstreamowych na polu polityki pamięci. Nowak podnosi (z tym nawet dość trudno, tak co do zasady, dyskutować), że AfD to dziś najsilniejsza partia Niemiec, lider sondaży i prawdopodobna przyszła partia władzy, więc przedstawiciele Polski muszą z nią nawiązywać pewne nici dialogu czy wymiany. Inna sprawa, że relacja profesora z jego wyjazdu wydaje się sugerować, że w swoim wystąpieniu nie tyle uderzył ostrzem gwałtownej krytyki w uprawiane przez AfD wybielanie spuścizny III Rzeszy, co uzewnętrzniał swoje polskie żale pod adresem politycznych wrogów AfD, czyli polityków CDU, SPD lub Zielonych. Nawet jeśli nie zawarto więc sojuszu, to ustalono fakt posiadania wspólnych wrogów…
AfD rośnie w siłę w Niemczech i być może kroczy po władzę. Na razie wszystkie pozostałe partie, także CDU/CSU, wykluczają koalicję z nią na poziomie federalnym. Czy to podejście się utrzyma, gdyby Alternatywa jeszcze wzrosła w siłę i miała za sobą np. 35% wyborców – być może czas pokaże. W Polsce skrajna prawica spod znaku PiS już rządziła, a rok 2027 niesie ze sobą widmo objęcia rządów przez pełen wachlarz partii z tego narożnika – PiS-u wzmocnionego jedną, a może nawet dwoma Konfederacjami. Także tą z „koroną” w nazwie. Jeśli taka konstelacja – równoczesne rządy skrajnych prawic w Warszawie i w Berlinie – by kiedyś nastąpiła, to hasła „współpraca polsko-niemiecka”, „tandem polsko-niemiecki”, „zbliżenie polsko-niemieckie” czy nawet „polsko-niemieckie pojednanie” zyskają dramatycznie inne desygnaty znaczeniowe niż dotąd. Czyżby wzajemne wybaczenie sobie win dziadów i pradziadów miało nastąpić na gruzach Unii Europejskiej zburzonej wspólnie przez Polaków i Niemców? Czy liberalnie zorientowani Polacy i Niemcy przyjmą kiedyś pojednanie, w tej innej formie, ze zgrozą?