– z dr Małgorzatą Wątkowską, polonistką, nauczycielką i opiekunką szkolnego koła teatralnego rozmawia Julia Dudek
Julia Dudek: Oficjalne słowniki slangu czy plebiscyty na młodzieżowe słowo roku często spóźniają się o parę miesięcy. Czy zdarzyło się Pani złapać jakieś słowo w momencie jego „narodzin”, zanim zauważyły je media czy ktokolwiek inny?
Małgorzata Wątkowska: Zastanawiałam się nad tym i chyba nie jestem na to specjalnie wyczulona, bo to, co słyszę na korytarzu, jest zwykle nie do powtórzenia w oficjalnej sytuacji. Natomiast myślę, że tak było z „sigmą”, zanim została młodzieżowym słowem roku w plebiscycie. Byliśmy wtedy z kilkoma klasami na wycieczce zagranicznej i wraz z koleżankami po fachu doznałyśmy szoku, gdy młodzież nie podziwiała krajobrazów alpejskich, tylko nagle – bo przejeżdżaliśmy obok banku Sigma – wszyscy w autokarze zawołali „O, Sigma!”. Zapytałyśmy, o co chodzi z tą Sigmą, a chłopcy próbowali nam wytłumaczyć, że jedna z nas jest właśnie takim przykładem „sigmy”. To był chyba jedyny przypadek, o którym mogę powiedzieć, że złapałam słowo u samych jego narodzin. Wcześniej były już „sigma”, „alfa” i tak dalej, tylko ja tego nie śledzę. To zresztą osobna kwestia. Natomiast czasem młodzieżowe słowa w jakimś sensie do mnie wracają, bo są w języku, więc uczniowie ich używają.
A pani korzysta z takich słów?
Rzadko. Nie wchodzą do mojego słownika. Czasem, jak gdzieś je słyszę, to tak, ale wręcz staram się ich nie używać, bo uważam, że język polski gdzieś tam zaczyna przez to tracić piękno i precyzję znaczeń, a to nie jest dobry proces.
Czyli można powiedzieć, że jest granica między rozumieniem slangu uczniów a mówieniem ich językiem. Nie wprowadza pani tego slangu do codziennego obiegu, tylko pozwala mu pozostać kodem młodzieży.
Myślę, że to w ogóle są chyba dwie różne kwestie. Każde pokolenie ma swój własny język albo go szuka. Nie mówię tu tylko o gramatyce czy leksyce, ale o czymś szerszym: o sposobie ubioru, słuchania muzyki etc. Każdy chce się jakoś wyrazić w opozycji do tego, co było, a jednocześnie język pozwala nam się rozumieć w grupie. Jeśli jesteśmy w danej grupie i nie chcemy, żeby rozumieli nas ci starsi: rodzice, nauczyciele, w ogóle ci, od których jesteśmy zależni, to język, którym się posługujemy, stanowi taki bufor bezpieczeństwa. To jeden aspekt sprawy i tutaj bym nie wchodziła w transfer tego języka, z szacunku dla autonomii młodego człowieka, który potrzebuje własnego środka wyrazu. To jest ich język, nie mój, więc dlaczego miałabym im go zabierać?
Z drugiej jednak strony nie żyjemy w próżni. Jesteśmy zawsze w relacji, w jakimś oddziaływaniu, i siłą rzeczy łapiemy słowa i zwroty nie tylko z tego, co czytamy, ale z tego, co oglądamy i jak ktoś do nas mówi. Niektóre sformułowania po prostu chwyta się w sposób naturalny. Jest jeszcze inna kwestia: są dorośli, którzy chcą się zbliżyć do młodego człowieka i uważają, że jeśli zaczną mówić jego językiem, będą przez niego akceptowani i rozumiani. Do pewnego stopnia tak, ale nie zawsze się to sprawdza, bo to jest właśnie rodzaj znaku więzi młodych ludzi w danej grupie, coś, co oni chcą mieć tylko dla siebie.
A skąd bierze się ta obecna dynamika w języku, którym na co dzień posługuje się młodzież? Na ile to naturalna potrzeba każdego pokolenia, żeby mieć własny szyfr, a na ile jest to podyktowane przez algorytmy i media społecznościowe?
Nie jestem tu ani badaczką, ani jakąś szczególną znawczynią przedmiotu. Język jest tworem żywym, tak jak potwierdzają to językoznawcy. Siłą rzeczy rozwija się razem z rzeczywistością. Powstają nowe elementy rzeczywistości i trzeba je jakoś nazwać. Tak jak kiedyś nie było samochodu, a gdy się pojawił, trzeba było wymyślić jego nazwę. Nie stawiałabym tu jakiejś opozycji, tylko wskazała różne czynniki wpływające na rozwój języka młodych ludzi.
A nie sądzi pani, że ten język powstaje teraz szybciej niż wcześniej? Że dawniej taki proces trwał dłużej niż dziś?
Nie ma cywilizacji bez języka, a nasza cywilizacja rozwija się dziś dynamiczniej niż w XX wieku. Od pewnego momentu ludzkość zaczęła przyspieszać, jeśli chodzi o wynalazki, i to siłą rzeczy wpływa też na rozwój języka. Myślę jednak, że jest tu jeszcze coś innego: ta szybkość, z jaką pojawiają się modne słowa, wynika z tego, że ktoś zaczyna ich w ten sposób używać – to kwestia TikToka, Instagrama, a także korzystania ze sztucznej inteligencji i bezrefleksyjnego powtarzania znaczeń przez młodych ludzi.
Na pewno więc dzieje się to szybciej niż kiedyś, bo cywilizacja rozwija się szybciej. Ale to, o czym pani mówi, może też wiązać się z tym, że kiedyś była wyraźna granica między tym, co wypada powiedzieć w przestrzeni publicznej, a co nie i jaki język świadczył o mnie jako młodym człowieku. Jeszcze jakieś 30–50 lat temu modne było czytanie w liceum Dostojewskiego czy francuskich egzystencjalistów, modny był Tomasz Mann niezależnie od tego, czy się go rozumiało. Teraz moda jest na coś innego, więc i język jest inny. Sądzę, że wiąże się to z zatarciem granicy między tym, co prywatne, a co publiczne. Mam swój język i po prostu się nim posługuję.
Osobną kwestią jest to, skąd młody człowiek w ogóle ma czerpać swój język. Jeśli jedynym źródłem polszczyzny jest dla niego Internet, to siłą rzeczy to, co stamtąd płynie, zostanie wchłonięte, tak jak przez czytanie wchłaniamy pewne struktury i słownictwo bez większego wysiłku. Podobnie młody człowiek, który żyje w tym świecie, mówi jego językiem, mniej lub bardziej świadomie.
Wspomniała pani o Dostojewskim i Mannie, co pokazuje, jaka literatura była modna 30–50 lat temu. Chciałabym teraz przejść do humoru młodzieżowego. Dziś opiera się on bardziej na skrótach czy memach. Czy w tym świecie jest jeszcze miejsce na żarty nawiązujące do klasyki? Kiedy rzuca pani na lekcji jakąś aluzję, trafia ona w próżnię, czy trzeba dziś teksty kultury „opakowywać” w coś innego?
Nie jestem tu znawczynią, ale dodałabym, że dwuznaczność czy wieloznaczność słowa jako podstawa żartu pozostaje niezależnie od pokolenia. Natomiast pewne aluzje literackie nie są już przez młodych „łapane” i czasem trzeba je „tłumaczyć”, tak jak trzeba czasem tłumaczyć z polskiego na polski teksty średniowieczne czy Jana Kochanowskiego. To, co natomiast mnie ostatnio zaskakuje, to fakt, że jeszcze kilka lat temu, gdy rzucałam jakimś tekstem z komedii Barei, uczniowie go rozumieli. Dziś już nie. Widzę tu wyraźną przepaść pokoleniową – nie mam już takich „partnerów” do żartu (śmiech), jesteśmy w tym momencie z zupełnie innych kodów kulturowych, nie chcę mówić „epok”.
A czy takich przykładów jest dużo, czy to jednak dalej mniejszość? Gdyby porównać sytuację sprzed czterech, pięciu lat z dzisiejszą, jeśli chodzi o żarty nawiązujące do tekstów kultury?
Zdarza mi się to rzadziej niż kiedyś… Niekoniecznie chodzi o konkretny żart czy aluzję, ale w ogóle o punkt odniesienia. Pytam na przykład o polskich aktorów, bo pracuję z prezentacjami, które sama przygotowuję, dobierając odpowiednie zdjęcia. Mam prezentację o Lalce z kadrami z filmu w reżyserii Hasa, gdzie Kazimierę Wąsowską grała Kalina Jędrusik. W jednej klasie zapytałam o jeszcze żyjących aktorów, jak Daniel Olbrychski, który ostatnio gra też w serialach, więc może być łatwiej go rozpoznać. Uczeń zaskoczył mnie w minionym roku, bo rozpoznał Kalinę Jędrusik. To było dla mnie sporym zaskoczeniem, ale to był jeden na setkę.
Będą teraz nowe ekranizacje Lalki, więc może to się odświeży.
Ale to będzie inny zestaw aktorów i inna opowieść, tak jak Anglicy wciąż na nowo ekranizują Jane Austen. Każde pokolenie Brytyjczyków musi mieć opowiedzianą „swoją” Jane Austen.
W szkolnym kole teatralnym, które pani prowadzi, zderza pani klasykę dramatu z codzienną wrażliwością uczniów, przygotowując ich też do konkursów recytatorskich, gdzie liczy się waga każdego słowa i pauza. Czy praca nad rolą albo nad wierszem pomaga uczniom odnaleźć słowa? Czy widzi pani, że poszerza to ich słownictwo, że zmienia się ich codzienny język?
Mam nadzieję, że tak, choć nie mam twardego przykładu. Wydaje mi się jednak, że niektórym zostają frazy. Trzy lata temu robiliśmy fragment Tanga i ten tekst, przynajmniej u grających, jakoś pozostał. Tango jest pod tym względem wdzięczne, bo bardzo łatwo zapamiętać charakterystyczne zwroty z tego utworu.
Myślę, że to jest właśnie ten rodzaj pracy – zetknięcie się ze słowem jest jednocześnie zetknięciem się z sobą samym. Trudno tu uciec od pewnego rodzaju konfrontacji siebie z tym, co jest. Podobnie robiliśmy montaż wierszy Szymborskiej z inną grupą, tak żeby ułożyć z nich określoną opowieść. Uczennice, które w tym grały, potrzebowały czasu, żeby wejść w tekst poetycki i nie deklamować go, tylko za jego pomocą opowiedzieć historię – swoją albo jakąś inną – tak, jak ją czuły.
Brzmi niełatwo.
Na początku były opór i niezrozumienie. Jednym zajęło to więcej czasu, innym mniej. Chodziło o to, żeby odejść od deklamacji na rzecz opowiadania historii. Tam, gdzie się dało, wykorzystałam to, co uczennice wypracowały, bo „Wieża Babel” ma naturalnie dialogiczną formę, więc dobrze się do tego nadawała. To było trudne, bo wymagało od uczennic innego sposobu myślenia, a więc, wracam znów do języka, innego sposobu wypowiadania się niż ten, do którego były przyzwyczajone.
W ogóle uważam, że zajęcia teatralne w szkole, niezależnie od poziomu, powinny być obowiązkowe nie tylko dla uczniów utalentowanych, którzy chcą być aktorami. Dla każdego, ponieważ uważam, że mają funkcję terapeutyczną i ogólnorozwojową, bardzo cenną.
Zrobię teraz mały przeskok, ale zostańmy jeszcze przy teatrze. W trakcie bycia opiekunką koła naukowego miała pani okazję być także opiekunką grupy uczniów, którzy występowali w Linguea in Scena.
W edycji, o której mówili uczniowie, posługiwali się tekstem Don Kichota, Cervantesem. Byliśmy w literaturze. Uczniowie wiedzieli, a zarazem nie wiedzieli, co mówi partner.
Pojechała dziesiątka uczniów, o ile dobrze pamiętam, z drugich i trzecich klas. Ci, których uczyłam, i ci, których nie uczyłam, ale znałam z zajęć koła teatralnego czy zastępstw. Opowiem o trojgu z nich. Pierwszy – uczeń, który rok temu, gdy przyszedł po świadectwo maturalne, podszedł do mnie i podziękował za ten wyjazd do Turynu, mówiąc bardzo górnolotnie, że zmienił on jego życie. Dał mu sposób myślenia, który pozwolił uwierzyć w siebie i w swoje możliwości. Był mi za to niezmiernie wdzięczny, choć ja nie widzę u siebie tak wielkich zasług.
Druga uczennica, jego koleżanka z klasy. Spotkałam ją kiedyś w wakacje w kawiarni, gdzie wtedy pracowała, już jako absolwentka. Nie od razu ją poznałam, bo zmieniła nieco wygląd, ale za to ona mnie rozpoznała. Też wspominała ten wyjazd do Turynu, ponieważ moi uczniowie zaprzyjaźnili się wtedy z grupą hiszpańską i do dziś utrzymują kontakt, odwiedzają się nawzajem; ona sama akurat wybierała się wtedy do Hiszpanii.
Dla trzeciej uczennicy ten wyjazd był dużym wyzwaniem, ale dał jej bardzo wiele, bo ktoś dostrzegł jej możliwości i talent i nie byłyśmy to my, opiekunki grupy, tylko reżyser, który dał jej najwięcej scen w przedstawieniu. Ola mówiła nie tylko po polsku, ale też po włosku, choć wcześniej się tego języka nie uczyła. Z tego, co wiem, nadal rozwija się artystycznie, i to naprawdę cieszy.
Ten wyjazd dał uczniom, myślę, znacznie więcej niż to, o czym powiedziałam. Dał też sporo w sferze językowej, bo w tej grupie chyba nikt nie miał jako drugiego języka obcego włoskiego (ktoś uczył się hiszpańskiego), a musieli się dogadać między sobą i zrozumieć reżysera, który mówił po angielsku i włosku. To było podstawowe wyzwanie, i myślę, że nie ma lepszej okazji do nauki języka obcego niż taka sytuacja.
Druga sprawa, i to zrobiło na mnie ogromne wrażenie: wizja reżyserska zakładała część muzyczną i taneczną oraz właściwie trzech Don Kichotów i trzech Sancho Pansów, z wykorzystaniem różnych fragmentów przygód bohatera. Na przykład: był Hiszpan grający Don Kichota, mówiący swoją kwestię po hiszpańsku, a jego Sancho Pansa był Włochem; Włoch z kolei był sparowany z Irlandczykiem; a nasz Igor, który grał Don Kichota, miał za Sancho Pansę Francuza. Brzmiało to dość ciekawie, w zależności od dynamiki między aktorami i tego, na ile byli skłonni uczyć się nawzajem swojego języka. Francuz potrafił nawet zrobić grę słów z „zamkiem” po polsku i po francusku.
Byłam pod dużym wrażeniem, że potrafili zagrać scenę i wypowiedzieć swoją kwestię, gdy partner mówił zupełnie innym językiem. To było dla nich duże wyzwanie, ale poradzili sobie świetnie. Próba przekroczenia bariery językowej była wtedy trudniejsza niż byłaby dziś. Teraz mamy sztuczną inteligencję, wtedy był najwyżej Google Translate, i to jeszcze nie w takiej formie jak dziś. Ale wspierali się wtedy po prostu.
Bardzo ciekawe. A co pani dało obserwowanie, jaki wpływ ma taki projekt i jak oddziałuje na grupę? Bo będąc opiekunką grupy, chyba rezonuje pani z nią, a ona z panią, więc podejrzewam, że ma to spory wpływ.
Byłyśmy po prostu przy nich. Zwłaszcza w dniu przedstawienia, gdy pojawiały się nerwy i trema, nasza pomoc była wtedy naprawdę potrzebna. Projekt był tak pomyślany, że różne grupy były zróżnicowane wiekowo, w większości pełnoletnie, w przeciwieństwie do naszej grupy niepełnoletnich uczniów. Po prostu siedziałyśmy i patrzyłyśmy, jak to przebiega, przechodząc między naszymi podopiecznymi rozmieszczonymi w różnych miejscach, bo nie wszyscy grali role aktorskie. Troje śpiewało, w tym ten wdzięczny uczeń, dla którego było to ważne doświadczenie życiowe, w grupie śpiewaczej z dwiema koleżankami. Jedna z dziewczyn walczyła świetlistym mieczem w efektownej scenie, wybrana chyba też ze względu na warunki fizyczne: wygląd i ruch. Inne dziewczyny tworzyły grupę taneczną. Każdy był w to jakoś zaangażowany.
To się zawsze jakoś przeżywa, trzyma się kciuki, żeby wszystko dobrze poszło. Czasem chce się coś podpowiedzieć, czasem jest się o coś pytanym. Myślę, że to jakieś wzajemne oddziaływanie, choć trudno wskazać konkretną sytuację. Ja ich podziwiałam. Dla mnie to było też doświadczenie przełamania bariery językowej z porozumiewaniem i okazja, by zobaczyć, jak można pracować teatralnie. To było dla mnie niezapomniane przeżycie. Myślę, że złożyło się na to kilka rzeczy: po pierwsze język i jego przekraczanie; po drugie – złapanie kontaktu z grupą dziesięciu osób, z których właściwie tylko dwoje znałam z lekcji, reszty niezbyt; po trzecie – zobaczenie warsztatu i metody pracy, odnalezienie się w innym środowisku, zobaczenie, jak w ogóle można coś takiego zorganizować. Udało nam się przy okazji zobaczyć też Turyn i Mediolan, bo tak wypadał lot, więc też aspekt poznawczy.
A czy zauważa pani, że w języku codziennym zmieniło się nie to, jakich słów używamy, ale to, jaką wagę im nadajemy? Czy w ogóle widzi pani takie zmiany na przestrzeni lat?
Nie wiem, czy są takie konkretne słowa, bo wchodzimy tu w kwestię samego znaczenia, zmiany znaczenia, kontekstu i tego, kto to znaczenie nadaje. Mam tu na myśli na przykład mocny wulgaryzm na „j”, który staje się dziś tylko przerywnikiem i nie czuje się już mocy, jak mówią znawcy, jaką kiedyś niósł, choć równocześnie tworzą się różne konstrukcje, które mają go zastąpić.
Na pewno są jakieś badania i ustalenia na ten temat, ale myślę, że to, jakie znaczenie przypisujemy komunikatowi i jak go formujemy, zależy od tego, kto go wypowiada, w jakim celu i co tak naprawdę ze sobą niesie. Czy to kwestia informacji? A może emocji? Jak napisał Antoine de Saint-Exupéry – „Mowa jest źródłem nieporozumień”. To bardzo łatwo się zdarza: gdy ludzie rozmawiają, ktoś może rozumieć dane słowo zupełnie inaczej niż ten, kto je wypowiada. Więc jak mają się zrozumieć? Albo używa słów z jakąś wagą, o której Pani mówi, a która dla kogoś innego nic już nie znaczy.
Czasem mówi się, że najczulszym sejsmografem zmian społecznych jest właśnie język. Gdyby miała pani nazwać swój dzisiejszy „alfabet codzienności”, ten, którym posługujemy się w szkołach, na ulicach i w domach, co według pani w nim dziś dominuje? Ciekawość drugiego człowieka? Pośpiech, bo cały czas patrzymy na zegarki i gdzieś pędzimy? A może lęk przed niezrozumieniem?
Jest język oparty na kalce i schemacie. Wynika to z mojego doświadczenia jako osoby, która sprawdza „radosną twórczość” licealistów, gdy pięćdziesiąty raz czyta się dokładnie to samo sformułowanie…
To znaczy, że oni myślą dokładnie tak samo?
To raczej odtworzenie jakiegoś tekstu, opracowania, nauczenie się schematu na pamięć. Dokładnie tak. Więc jak coś wychodzi poza schemat, poza kalkę, to rezonuje. Dlaczego to, co schematyczne, nie „współgra”? Bo pojawia się automatycznie i często, powtarzane w przestrzeni, są takie sformułowania, które wykreślam z uporem maniaka.
To jest moja obserwacja, nie jakieś uogólnienie, do którego nie roszczę sobie prawa, ale wydaje mi się niebezpieczne to, że młodym ludziom zaczyna brakować słów w ich języku ojczystym, żeby nazwać to, co myślą i przeżywają. Uczą się bardzo intensywnie, i dobrze, angielskiego, ale nie mają tych słów po polsku, więc w momencie, gdy trzeba coś nazwać czy scharakteryzować, tłumaczą to najpierw na angielski, a dopiero potem na polski. Miałam kiedyś taką sytuację przy charakterystyce Skąpca, gdy uczennica powiedziała: „mam przymiotnik po angielsku, jak to powiedzieć po polsku?”
Stąd ta schematyczność i kalka, o której mówię. Język codzienności, skrótów i niedopowiedzeń, typowy dla codziennych sytuacji, staje się jednak dużym problemem, gdy przekłada się na pracę intelektualną, jak napisanie dłuższej wypowiedzi w języku ojczystym na jakiś temat. Trzeba wtedy rozwinąć myśl, wyjaśnić ją tak, żeby ktoś zrozumiał, a na to, tak jak pani zauważyła, trzeba mieć czas. Tak jak trzeba mieć czas, żeby zbudować relację, nie zbuduje się jej bez komunikacji, bez podjęcia wysiłku, a to jest czynnik, który współczesności umyka.
Czyli można powiedzieć, że nasz współczesny alfabet idzie trochę na łatwiznę, czy to zbyt daleko idące stwierdzenie?
Myślę, że po prostu człowiek idzie na łatwiznę. Najgorsze, czego można od ucznia wymagać, to myślenie.
Pytanie, czy tylko od ucznia, czy jako społeczeństwo w ogóle wchodzimy w tryb, w którym chcemy wszystko szybko, w jak najmniejszej liczbie słów, i żeby było już zrobione. Czy to kwestia tylko młodzieży, czy rozmawiając ze znajomymi czy kolegami z pracy też nie czuje pani takiej kalki, że te same sformułowania się powtarzają? Albo że w ostatnich latach w codziennym języku pojawia się dużo więcej terminów terapeutycznych, jak „bezpieczna przestrzeń” czy „narcyzm”, słów, których wcześniej nie używało się w codziennej mowie?
Terapeutyzujemy się, właśnie tak. To się dzieje, bo jak mówiłyśmy wcześniej, znowu wchodzimy na poletko teorii języka i jego rozwoju, w którym nie czuję się zbyt pewnie. Ale w tej relacyjności między językiem a obrazem świata myślę, że działa tu po prostu sprzężenie zwrotne: w jaki sposób tworzymy rzeczywistość w języku, a zarazem jak ten język oddaje rzeczywistość wokół nas. Element socjologiczny i kulturowy zawsze się tu pojawia, bo nie można mówić o samym bycie, jakim jest język, bez jego użytkowników. Nie możemy jednak wysuwać tego na pierwszy plan, a robimy tak, bo jesteśmy wygodni: nie idziemy nad rzekę bić kijankami w prześcieradło, tylko wkładamy pranie do pralki automatycznej, skoro ona powstała z potrzeby ułatwienia. Jeśli mam więc do dyspozycji jakąś strukturę, i jestem jej świadoma, to mogę ją wykorzystać, nie muszę wyważać otwartych drzwi. Ale jeśli zatrzymam się tylko na tym, to gdzie jest wtedy mój rozwój, mój własny język?
A czy ta ewolucja języka bardziej panią fascynuje, czy raczej niepokoi z perspektywy polonistki?
Na pewno fascynuje. To samo w sobie ciekawe zjawisko, choć nie jestem językoznawczynią i nigdy szczególnie się tą dziedziną nie pasjonowałam. Ci, którzy się nią zajmują i ją badają, myślę, że żyją w bardzo ciekawych czasach.
Czy mnie to niepokoi? Sama ewolucja i zachodzące zmiany są potrzebne, bo świadczą o jakimś rozwoju. Niepokoi mnie natomiast to, o czym już wcześniej wspomniałam: że nawet jeśli młody człowiek, mówię tu z perspektywy nauczycielki, podejmie już wysiłek myślenia, okazuje się, że brakuje mu słów, by tę myśl wyrazić. Słowacki pisał, parafrazując, że chodzi o to, żeby język oddał to, co pomyśli głowa, a to jest bardzo trudne.
Wydaje mi się, że w tym przyspieszonym czasie, gdy nie zastanawiamy się nad tym, czy używamy słów w tym znaczeniu, jakie faktycznie posiadają, być może właśnie o to chodziło w pytaniu o „wagę” słów, dostrzegam pewien rodzaj niebezpieczeństwa: że ludzie mogą stać się takimi automatami, posługującymi się, jak u Orwella, uproszczonym językiem, w którym następuje rozmycie znaczeń. Uważam, że dla człowieka i dla stworzonej przez niego kultury może to być w jakiś sposób destrukcyjne. Ale czy będzie to kwestia apokalipsy, czy nowego początku, to pokaże czas. Zobaczymy, co jeszcze wymyśli sztuczna inteligencja.
A gdyby miała pani ułożyć swój prywatny, jednosłowny mikroalfabet na dzisiejsze czasy, jakie słowo wybrałaby pani na literę „A”?
W jakim sensie mamy tu rozumieć „alfabet”? Podstawowy, uporządkowany zbiór, do którego mogę sięgnąć, żeby opisać rzeczywistość? A czy to ma być mój opis rzeczywistości, czy jej ocena?
Ja rozumiem ten „alfabet codzienności” raczej jako zestaw słów, których używamy na co dzień, żeby opisywać rzeczywistość wokół nas.
Czyli od jakiego słowa na A bym zaczęła taki alfabet? Zaczęłabym od słowa: „adekwatne”. Dlatego że w tej rzeczywistości coraz trudniej o zgodność.
To bardzo enigmatyczna odpowiedź, czy mogłaby pani ją rozwinąć?
Chodzi o tę trudność, żeby oddać to, co myślę i co odbieram, przy pomocy właściwego słowa, właściwej konstrukcji, i to nie tylko na poziomie adekwatnym, zgodnej z rzeczywistością konstrukcji, ale też we właściwym kontekście, wobec osób, o których mówiłyśmy wcześniej: że rozmawiamy z kimś, jesteśmy w określonych emocjach, w określonym momencie. Nie tylko chodzi tu o stosowność, choć i o nią w tej rzeczywistości coraz trudniej.

dr Małgorzata Wątkowska – nauczycielka języka polskiego z wieloletnim i różnorodnym doświadczeniem, pasjonatka literatury i teatru. Publikowała na łamach „Ruchu Literackiego” oraz „Tekstów Drugich”. W kręgu jej naukowych zainteresowań pozostają zagadnienia z zakresu intertekstualności, pisarstwa autobiograficznego oraz neurodydaktyki.