Dziecięce zabawy stanowią odbicie naszych marzeń. Ktoś chce być Robin Hoodem, strażakiem, lekarzem, żołnierzem, wielkim budowniczym, kreatorem światów, inny wybiera może mniej spektakularnie, ale wyborem kreśli jakiś pomysł na daleką, daleką przyszłość… Ktoś jeszcze marzy o byciu księciem z bajki, łowcą przygód, pogromców bardziej już metaforycznych smoków, księżniczką w wysokiej wieży (choć i książęta, i wieże już zupełnie inne), odkrywczynią światów, nauczycielką, pisarką, pieśniarką, pilotką, tą, co wynajdzie… W dzieciństwie bawimy się, przyjmując konkretne role, które – być może, choć niekoniecznie – znajdą swój oddźwięk w przyszłym życiu. Oczywiście nie jeden do jeden, ale wydobywają z nas cechy znaczące, dla nas istotne, zakorzeniające się. Bo wciąż marzymy. Ja na przykład od dziecka chciałam się bawić w… wiedźmy z Makbeta… Bo nie wieszczyły, a wiedziały, tkały los, znały przyszłość. Decydowały.
Dziecięce nawyki też potrafią pozostać z nami na długo, nawet jeśli bywamy nimi zaskoczeni. Drobne, niepozorne czasem gesty, w których rozpoznajemy siebie, w których widzą nas bliscy, które – bo i tak bywa – stają się anegdotyczne. Sposób, w jaki trzymasz kubek, jakby był czymś więcej niż naczyniem, odruchowe liczenie schodów, stawanie na co drugą płytę chodnikową, jakby wciąż grało się w klasy, zamiłowanie do określonego koloru, którego nigdy nie potrafiłaś porzucić, tkwiąca wciąż z tyłu głowy potrzeba, by mieć „swoje miejsce” (choć niekoniecznie fizyczne). Te wszystkie momenty, gdy odnajdujemy się, gubimy się, szukamy, odnajdujemy na nowo oraz odkrywamy „to nowe” w sobie, w otaczających nas ludziach, w świecie. Są i dziecięce lęki, które zmieniają znaczenie. Nie chodzi o strach przed ciemnością, a raczej o strach przed utratą kontroli. Przed byciem niezauważonym, niewystarczającym, niedocenionym. Wszystkie te, nad którymi pracujemy, ale i te, co pozostają pozornie niezauważone, a na pierwszym plan wybijają się w najmniej chcianym/oczekiwanym momencie. Lęki co zmieniają kostium, zakładając coraz to nowsze maski codzienności. I tak… potwór zamiast pod łóżkiem czai się w kalendarzu.
Szczęśliwie zostaje w nas ciekawość. Nawet gdy świat nie sprzyja, to wcale nie tracimy jej najłatwiej. A może – przy odrobinie szczęścia i uważności – nie tracimy jej do końca. Prawda, dziecko pyta, bo świat jest dla niego nieustannym „dlaczego”, podczas gdy dla dorosłego bywa ciągłym „po co”. W tym przesunięciu ginie coś ważnego: ta wspaniała, świeża i niezwykle przecież mądra chęć dowiedzenia się więcej. Bez kalkulacji, bez lęku, bez pozostającej z tyłu głowy myśli, że głupio by było wyjść na naiwnych. A przecież ciekawość wcale nie musi być pierwszą ofiarą dorosłości. Nasze „nie wiem” nie oznacza porażki, jeśli staramy się zrozumieć, zaś odkrywanie tego, co nowe (a bywa, że i przyglądanie się czemuś dawniejszemu na nowo) pozwala nam na rozwój. Jest szansą bycia dłużej i lepiej, bez stagnacji, skamienienia w lękach, zastania samych siebie w miejscach, gdzie nigdy nie chcielibyśmy być. To nie naiwność, a otwartość. To szansa, którą dajemy sami sobie, by pełniej żyć; by „dlaczego?”, ale też „jak?”, „skąd?”, „dokąd?”, „jak długo?” i… wiele innych, nie oznaczały wiecznego powrotu tego samego, ale nowe otwarcia różnych, wartych rozwijania, odkrywania i poznania historii.
To drzwi do wyobraźni, która też towarzyszy nam od dziecka. Do snów i obietnic złożonych samym sobie, tych „do dotrzymania”. To wreszcie pamięć – znów „od dziecka” – o ludziach, miejscach, rzeczach ważnych i całkowicie nieistotnych, o trosce i jej braku, odwadze i tchórzostwie, o pierwszych zachwytach, co zostają z nami i obrzydzeniach (jak kożuch na mleku), co sprawiają, że żołądek podchodzi nam do gardła. To pamięć o zapachach, spojrzeniach w oczy, sposobie, w jaki ktoś wymówił nasze imię. Te wszystkie rzeczy, które wracają do nas w najmniej spodziewanych momentach… i nagle czujemy, że jesteśmy znowu tam, gdzie wszystko było prostsze, choć wcale nie było.
Jest w końcu dziecięca sprawczość. To przekonanie, że może się wszystko. Że wystarczy chcieć. Że nie ma, że „się nie da”. I choć dorosłość weryfikuje ową moc, to czasem – w pisaniu, w myśleniu, w rozmowie – wraca taka myśl: „A może jednak?”. To jest najczystsza forma sprawczości, jaką mamy. Od zawsze. Od dziecka…