Uznaliśmy, że do obowiązków państwa, a może i nas wszystkich, obywateli, należy tworzenie miejsc pamięci. A gdyby tak z równym zapałem tworzyć miejsca zapomnienia?
– Jeśli obdarzysz człowieka miłością – zagadnęła mnie pewna poetka z Bejrutu – czy można podarować mu coś więcej?
Rozmawialiśmy w marokańskim Nadorze. Oboje braliśmy udział w międzynarodowym kongresie poświęconym zagadnieniom pokoju i transformacji ustrojowych. Wydarzenie towarzyszyło XIV Nadorskiemu Festiwalowi Filmowemu. Wśród uczestników kongresu znajdowali się politycy w randze ministrów z Europy, Ameryki Łacińskiej i państw arabskich, ale też literaci i naukowcy. Organizatorom udało się osiągnąć coś w dzisiejszym świecie niezwykle cennego. Stworzyli przestrzeń dobrej komunikacji ponad podziałami ustrojowymi czy kulturowymi, niezależnie od sympatii do tego czy innego globalnego mocarstwa. Pytanie poetki trochę mnie jednak zaskoczyło.
– Nie masz co się spinać – skomentowała, patrząc na moją niewyraźną minę. – Można dać człowiekowi coś więcej niż miłość. To wspólna przyszłość. Dobra przyszłość, ma się rozumieć. W związkach intymnych, ale też na poziomie społeczeństw.
Rzeczywiście, słowa poetki przypomniały mi rozmowę, którą poprzedniego wieczora odbyłem z byłą minister spraw zagranicznych pewnego afrykańskiego kraju. Toczy się tam właśnie krwawa wojna. Pani minister pochodzi z zasłużonej, historycznej rodziny i przebywa obecnie na emigracji w Egipcie. Od pierwszych słów miałem wrażenie, że dobro ojczyzny cały czas leży jej na sercu.
– Uczestniczę w niezliczonych konferencjach i warsztatach dotyczących tak zwanej sprawiedliwości okresu przejściowego – relacjonowała pani minister. – Organizują je szacowne zachodnie instytucje. Zjeżdżają się eksperci światowej sławy, koszty są astronomiczne. Owszem, pada dużo mądrych słów. Ale zastanawiam się, dokąd to prowadzi. Jeśli sprawiedliwość ma polegać na wykluczaniu kolejnych grup zaangażowanych w konflikt, to niedługo całe społeczeństwo zostanie wykluczone. Przecież ci ludzie nie znikną. Nie przestaną żyć obok siebie. Będą sąsiadami, będą posyłać dzieci do tych samych szkół. Trzeba ich zauważyć i okazać im szacunek. Jak bez tego wspólnie żyć?
Być może to właśnie chciała mi powiedzieć poetka: wspólna droga z nadzieją na dobrą przyszłość. Ale czy dobra przyszłość to znaczy pamiętać, co było? Czy może bardziej nauczyć się zapominać?
Pamięć zbiurokratyzowana
Podobne dylematy nie dotyczą wyłącznie odległych krajów afrykańskich. W czasie listopadowej edycji rezydencji Casa Eutopía w Grenadzie, której jestem jednym z inicjatorów, wybrałem się z naszym gościem Albertem, katalońskim eseistą i antropologiem, do Barranco de Viznar. Zarośnięte piniami zbocze okalające zakręt na wąskiej drodze łączącej podgrenadyjskie miejscowości Viznar i Alfacar, to z wyglądu część malowniczego krajobrazu. Tyle że tu, pod ziemią, nadal leżą szczątki kilku tysięcy osób rozstrzelanych przez frankistów w latach 1936-37. Wśród nich światowej sławy poeta Federico Garcia Lorca czy ówczesny rektor uniwersytetu w Grenadzie Salvador Vila, ale także wielu działaczy społecznych, samorządowców, związkowców, czy wreszcie tak zwanych zwykłych ludzi, kobiet i mężczyzn, których faszystowski reżim chciał się pozbyć.
Był pochmurny dzień. Odstawiliśmy z Albertem rowery na skraju drogi i wspięliśmy się wąską ścieżką. Po drodze minęliśmy głazy z tabliczkami upamiętniającymi poszczególne ofiary. Są mniejsze lub większe, każda jest inaczej zaprojektowana i przez kogoś innego podpisana. Czasem to osoby prywatne, rodzina, czasem komórka partii czy jakieś lokalne stowarzyszenie. Nie ma żadnego pomnika ufundowanego przez państwo, nie mówiąc o miejscu pamięci czy muzeum. Na skraju niewielkiej przełęczy jest niziutki obelisk z napisem Wszyscy jesteśmy Lorcą. Rosną drzewa, dzikie kwiaty, o tej porze roku także grzyby.
W dniu naszej wycieczki trwały prace ekshumacyjne. Na wytyczonej działce kilkoro pracowników uniwersytetu pędzelkami oraz za pomocą odkurzaczy odsłaniało ukryte kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią czaszki i piszczele. Układ szkieletów wskazywał, że ciała złożono w nieładzie, jedne na drugich. Choć lasek jest pełen trupów, konkretnych, zidentyfikowanych lokalizacji jest zaledwie kilka, informacji też jak na lekarstwo.
Jak ofiary znalazły się w tym właśnie miejscu?
Ostatnie dni Lorci przybliżył nam kilka dni wcześniej urzędnik miasta Grenady, pisarz i badacz jego twórczości. Spotkaliśmy się na skraju miasta w parku pod domem rodzinnym poety, zamienionym na skromne muzeum. W tamtych czasach dom otoczony był gruntami rolnymi.
– Latem 1936 roku Lorca podjął kilka tragicznych w skutkach decyzji – opowiadał nam urzędnik. – Zaczęło się od tego, że w ogóle wrócił z Madrytu do Grenady. Znajomi ostrzegali go, że sytuacja w kraju nie jest dobra. Coś się szykuje. Ale Lorca uparł się, że wpadnie na uroczystość rodzinną i wsiadł do pociągu. Tydzień później puczyści przerwali linie komunikacyjne i transport publiczny przestał działać.
Potem były kolejne chybione decyzje. Przyjaciel namawiał Lorcę, aby nocą razem wyruszyli do Santa Fe. Miejscowość nadal znajdowała się w rękach republikanów, podczas gdy Grenadę w ciągu zaledwie dwóch dni opanowali faszyści. Zaufany przewodnik podjął się przeprowadzić ich nocą. Pisarz odmówił. Przyjaciel wyruszył bez niego. Ostatecznie przedarł się do Madrytu, a potem wyjechał do Meksyku. Przeżył.
Lorca przebywał w domu rodzinnym niecały miesiąc. Był postacią znaną, awangardowy poeta, o postępowych poglądach społecznych, nie ukrywał swojego homoseksualizmu. Falangiści kilkakrotnie go nachodzili, szykanowali domowników, bili. Wreszcie zdecydował się ukryć. Pomoc zaproponował mu jeden z braci Rosales, którzy mieli dobre stosunki z puczystami.
– Samochód wyruszył spod domu o jedenastej w nocy – opowiadał nam urzędnik – Do kamienicy rodziny Rosales w centrum miasta prowadziła tylko jedna droga. Musiał jechać właśnie tędy – mówił, prowadząc nas przez miasto. Dziś w domu Rosales mieści się hotel i restauracja. – W samochodzie był tylko Lorca i kierowca. Wyobrażam sobie, jak się bał. Od lat próbuję przekonać miasto, żeby upamiętnili tę drogę. A tu nic! – żalił się nasz przewodnik. – Tylko ta obskurna tabliczka na bocznych drzwiach hotelu. Właściwie zalaminowana kartka papieru. Czy jest na świecie kraj, który z taką pogardą traktuje jednego ze swoich największych poetów? Prawie sto lat później jego ciało nadal leży w dole z ziemią i nikt nawet nie wie, gdzie dokładnie!
Lorca przebywał w domu Rosales zaledwie kilka dni. Podczas gdy jeden z braci ukrywał poetę, innemu pomysł najwyraźniej się nie spodobał. Lorca został zadenuncjowany i aresztowany. Dziś w budynku tymczasowych władz faszystowskich miasta, gdzie przetrzymywano wielu internowanych, mieści się wydział prawa uniwersytetu. O zdarzeniach tamtego okresu wspomina niewielka tablica pamiątkowa ufundowana przez uczelnię.
W Grenadzie są dwa masowe groby ofiar faszystowskiego terroru. Cmentarz komunalny na tyłach Alhambry i właśnie Barranco de Viznar. Najpierw przewożono ludzi do starego młyna, kilkaset metrów od dzisiejszego zagajnika. Strażnicy dobierali grupy po kilka osób i eskortowali pieszo. Polna ścieżka wiodła trawersem obok kilku wiejskich domów, które stoją tam do dziś. Później przecinała szosę i prowadziła w las.
Wspólnota miejsca
W trakcie spaceru śladami Lorci rozmawialiśmy o rodzinach ofiar. Jedni domagają się dziś ekshumacji, organizują zbiórki, piszą petycje. Inni kategorycznie mówią nie. Potomkowie samego Lorci od dawna deklarują, że nie interesuje ich odnalezienie jego ciała. Ani nawet oddawanie próbek DNA do identyfikacji.
Ale pamięć o zbrodniach tak zwanej hiszpańskiej wojny domowej nie ogranicza się do rodzin rozstrzeliwanych. Co na przykład z mieszkańcami domów, które znajdowały się między młynem a doliną? Pod ich oknami codziennie przechodzili ludzie prowadzeni na śmierć. Codziennie słyszeli wystrzały, krzyki, odgłosy kopania rowów. O czym myśleli? Co się dla nich zmieniło, kiedy skończyła się dyktatura Franco? Czy w tamtych czasach stali po stronie Republiki i bali się o swoje życie? A może sympatyzowali z nową władzą, ale nie popierali zabijania? Czy podzielili się wspomnieniami z dziećmi, z wnukami?
Są też pytania, które dotykają emocji. Skoro już mowa o mieszkańcach tych domów, co wtedy czuli? Strach, niemoc, złość, upokorzenie, a może zadośćuczynienie? A dziś, co czują? Jak chcieliby się z tym obejść? Czy ich rodziny w ogóle chcą pamiętać, ich dzieci, wnuki? Co konkretnie?
Osób związanych z miejscem pamięci w Barranco de Viznar jest oczywiście dużo więcej. Co z więźniami zmuszanymi do kopania rowów? A wreszcie ci, którzy strzelali, dlaczego to robili? Co wiedziały ich rodziny, wtedy, dziś? A może byli wśród nich Marokańczycy lub tak zwani Rifeni z okolic Nadoru, którzy ledwie dekadę wcześniej sami byli ofiarami kolonialnej interwencji? Dla przypomnienia: Hiszpania prowadziła wtedy okrutną wojnę wymierzoną w ludność współczesnego Maroka. Rifeni do dziś zastanawiająco często zapadają na raka w konsekwencji bombardowań gazem musztardowym, w tym systematycznego trucia ujęć wody pitnej, żywności i upraw. Czy strzelając w Barranco de Viznar czuli, że wyrównują krzywdy?
Podobnych miejsc jest na świecie dużo. W hierarchii okropności, o ile by taką tworzyć, Barranco de Viznar nie zajmuje też szczególnie wysokiej pozycji. Mimo tego, jego pejzaż geograficzny i emocjonalny obejmuje bardzo różnych ludzi uwikłanych w bardzo różne konteksty. Pokazuje, jakie trudności piętrzyłyby się przy tworzeniu takiego miejsca pamięci, w którym potencjalnie wszystkie związane z nim osoby czułyby się zaopiekowane. Cytując afrykańską panią minister, czułyby się zauważone i respektowane. Innymi słowy, jak upamiętniać w taki sposób, aby po powrocie do domu, czy to właśnie będzie Viznar, nieco dalej Grenada, albo nawet rifeński Nador, nikt nie chciał patrzyć na sąsiada spode łba i nie zastanawiał się, komu wsadzić nóż między żebra?
Zapominać dobrze
Przyzwyczailiśmy się, że w reakcji na przemoc z przeszłości do obowiązków państwa, a może i nas wszystkich, obywatelek i obywateli, należy tworzenie miejsc pamięci. I to jest OK. Ale chciałbym coś dodać. Gdyby tak z równym zapałem tworzyć miejsca zapomnienia?
Zapominanie nie jest przeciwieństwem pamiętania. To nie dysfunkcja pamięci, jej słabość czy brak. Nie chodzi też o wulgarne wypieranie cierpienia. Tym bardziej, że przecież na okrągło o czymś zapominamy. Zapominalstwo bywa mile widziane, zależy od sprawy. I od konkretnych potrzeb ludzkich. Szacunek wobec tych potrzeb oznacza, że warto śledzić, jak zmieniają się one z biegiem czasu.
Jeśli pamiętanie jest rodzajem sztuki, elementem edukacji i polityki, to zapominanie też powinno. Zapominanie tworzy miejsce na nowe, na kreatywne, na dobre. Nawet jeśli postrzegać pamięć jako rodzaj zobowiązania, to powinien nadejść taki moment, kiedy z zobowiązania się wywiązałem. I mogę podjąć kolejne. Czy istnieje coś, co warto pamiętać w nieskończoność? Kto konkretnie miałby wtedy pamiętać i dlaczego? W tym sensie zapominanie to etyczna praca pamięci. Pozwala uszanować wykonane zadanie – rozpoznać, obdarzyć uznaniem i szczęśliwie zakończyć.
To właśnie uznaniu i pamięci poświęcił swoją ostatnią, napisaną przed śmiercią książkę sławny filozof francuski Paul Ricoeur. Ricoeur zwrócił uwagę, że uznanie jest słowem pokrewnym rozpoznaniu. Filozof odwołuje się do francuskiego reconnaissance, które łączy trzy znaczenia. Kiedy coś rozpoznaję, to odnoszę się do tego, co już znam. Mam to „zapisane” w pamięci, zatem mogę uznać za znajome. Po drugie, w sensie że uznaję coś za prawdziwe. I wreszcie darzyć coś lub kogoś uznaniem oznacza odczuwać wdzięczność i szacunek.
Ricoeur zwraca uwagę, że reconnaissance odnosi się także do nas samych. Zamiast kartezjańskiego „myślę, więc jestem”, mamy tu raczej „wspominam, więc jestem”. Jak to rozumieć? Pamiętam, co kiedyś zrobiłem, również w świetle wydarzeń tak zwanych historycznych, i potrafię to rozpoznać. Dotrzymuję także słowa, czyli podjęte zobowiązania określają moje kolejne działania. Tworzą dobrą przyszłość. Jako człowiek niejako cały czas wspominam (przeszłość) i składam obietnice (na przyszłość). W tym celu angażuję pamięć, ale koniecznie potrzebuję też zapominać.
Przy okazji Ricoeur jakby w duchu EUtopii zachęcał do budowania więzi społecznych w oparciu o uznanie. To wyzwanie rzucone tożsamościom, które aktualnie rządzą naszym uspołecznieniem. Dziś, aby ustalić, kim jestem, spoglądam, jacy są inni i podkreślam swoją odrębność. Ścigam się w obłędnym tunelu strachu, kto namnoży więcej różnic. Emancypuję się. Ricoeur nie ma wątpliwości, dokąd to prowadzi: żyjemy w społeczeństwie wiecznie zalęknionych obcych.
Pamięć zbiorowa zbudowana na tożsamościach działa podobnie. Niby dużo się już o tym mówiło, ale postęp jest niewielki. Wojny światowe to nadal Niemcy, którzy napadają na Polaków, Żydzi mordowani w obozach, Romowie, Ukraińcy, Rosjanie, Francuzi. Ale jeśli zapytać, o kogo tak naprawdę chodzi, okazuje się, że ani „my” dobrze nie wiemy, ani „oni”.
Co więcej, nikt nigdy nie jest tylko sprawcą. Jakkolwiek okropne to się może wydawać, sprawcy też miewają dzieci, które kochają ze wzajemnością. Czynią dobro w tym sensie, że istnieją grupy ludzi, które ich czyny uznają za swoje dobro. Czasem jest to dobro oparte na krzywdzie, a czasem równoległe do krzywd. To, co dla jednych bywa powodem do dumy, innym przynosi cierpienie.
W tym sensie pamięć oparta na tożsamości ma skłonność do wartościowania jednych kosztem drugich. Nie pomaga przerwać spirali wykluczania. Przeciwnie, jako proces ujednolicania jest rodzajem gwałtu na innych, ale i na sobie samym. Kumuluje agresję i generuje kolejne fale przemocy.
Ricoeur wyciąga z tego jeszcze inny ciekawy wniosek. Postuluje, żeby uznanie jako podstawa ładu społecznego nie pomijało także relacji człowieka samego ze sobą. Wzajemne uznawanie spełnia bowiem jeszcze jedną ważną funkcję. Jest procesem wyodrębniania się każdego z nas nie w świetle różnic, ale podobieństw. Z szacunkiem, bez destrukcyjnych efektów tożsamościowych emancypacji.
Będąc w Nadorze nie zapytałem, czy afrykańska pani minister czytała Ricoeura. Ale miałem nieodparte wrażenie, że szła jego tropem. Zamiast drążyć budowaną na tożsamościach sprawiedliwość, czy nie lepiej przepracować konflikt w oparciu o wzajemne uznanie?
Przemijać uważnie
Podarować komuś dobrą przyszłość to oczywiście metafora poetycka. Jestem wdzięczny jej autorce, bo zainspirowała mnie do napisania tego tekstu. Na przykładzie Barranco de Viznar odkryłem kolejne warstwy pejzażu pamięci związanego z tym miejscem. Choć na pozór nie wygląda, sięga on aż na drugi brzeg morza śródziemnego, a pewnie i dalej. Roztacza się ponad podziałami ustrojowymi, kulturowymi, niezależnie od sympatii do tego czy innego globalnego mocarstwa. Myślę, że każde miejsce pamięci ma taki właśnie charakter.
Jaki z tego wniosek? EUtopijna polityka pamięci, która łączy, a nie dzieli, idzie w parze z polityką zapominania. O czym warto pamiętać, a co zapomnieć, zmienia się w czasie. Stale podlega negocjacjom, zależy od miejsca i od człowieka. Warto to dostrzegać i szanować. Im większa różnorodność form pamięci, im większa swoboda zapominania, tym mniejsza szansa na rozgoryczenia i mściwość.
Za Ricoeurem mamy tu również zachętę do włączenia żałoby w pracę pamięci. Wspólnemu przeżywaniu żałoby towarzyszy bowiem wzajemne uznanie. Przebycie żałoby otwiera drogę przebaczenia postrzeganego jako dar. Darczyńcą kieruje w tym wypadku przekonanie, że obdarowany, nawet jeżeli teraz uchodzi za wroga, kiedyś zostanie przyjacielem. Tego rodzaju wybaczenie szanuje (uznaje) ból, ale się na nim nie zatrzymuje. Nie konserwuje cierpienia, bo kieruje się ku lepszej przyszłości.
EUtopijne zapominanie nie jest zatem żadnym obrazoburstwem. Nie odnosi się do zdarzeń z przeszłości, ale do znaczenia, jakie mają one w teraźniejszości i ze względu na dobrą przyszłość. Jest wrażliwe na zmiany tego znaczenia. Zarówno intencjonalne, jak i wynikające ze swoistej natury pamięci – upływu czasu, innych bodźców, nowych pokoleń etc. EUtopijne zapominanie nie chce też wywoływać w nikim cierpienia. Wspiera powstawanie bezpiecznych przestrzeni żałoby i pojednania. Zachęca, aby świętować pamięć na równi z zapominaniem i czerpać z nich nadzieję. Bo pamiętać można tylko coś, co ulega zapomnieniu.
* EUtopijny cykl esejów ukazuje się równolegle po niemiecku w „Berliner Zeitung” i po hiszpańsku w meksykańskim „Conspiratio”.