Hannah Arend powtarzała, że „myśl polityczna ma charakter reprezentacyjny (…). Idzie o to, że swoje zapatrywania kształtuje, rozważając daną kwestię z różnych punktów widzenia (…). Tu nie następuje ślepy proces przyjmowania czyichś poglądów, ale idzie o to, by być tam, gdzie nas nie ma, to znaczy myśleć inaczej niż nakazuje mi mój własny pogląd”. Te punkty widzenia to również nasze złoto.
„Nie wyrzucaj… Napraw”. Kiedyś to zdanie było na porządku dziennym. Serwis „po babci” przekazywany był z pokolenia na pokolenie, stłuczoną filiżankę cierpliwie klejono, wyszczerbienie wazy czy talerza łączyło się z opowieściami z dzieciństwa, historią rodzinnych przeprowadzek, wydarzeń pięknych, a czasem strasznych. Nie zawsze były to naprawy idealne, ale zachowywały – jeśli nie pełnię funkcjonalności – to przynajmniej sentymentalną wartość, wspomnienie o czymś, co było ważne, o kimś, kto miał znaczenie. Miały wartość, a kiedy indziej wręcz nabierały jej – mimo wad – z czasem. Oczywiście nie wszystkie klejenia były udane… gdy zbyt mocno podziałasz przysłowiową „kropelką”, gdy dobierzesz nieodpowiednie środki, gdy przesadzisz… nic z tego nie będzie. Całość wygląda brzydko, traci kształt, przecieka lub za kilka chwil trzaska znowu, w innym miejscu. Bo naprawiać trzeba umieć.
Owe naprawy do perfekcji doprowadzili Japończycy. Od XV wieku znana jest technika kintsugi – naprawianie potłuczonej ceramiki, wypełnianie pęknięć żywicą z drzewa lakowego zmieszaną ze sproszkowanym złotem. Kintsugi to jednak nie tylko zwykła technika, ale osobna filozofia, która nie ukrywa uszkodzeń, ale podkreśla je tak, by stworzyć nową jakość. Odnajduje piękno w niedoskonałości, pokazując, jak stojąca za nim historia może uczynić przedmiot prawdziwie pięknym i unikalnym. Ta nowa jakość przekracza schemat i oczywistość, otwiera na możliwości, a także wskazuje nieidealność.
Kintsugi uczy akceptowania wad, stawia nas wobec nieuchronności przemijania, a jednocześnie pokazuje, że da się przezwyciężyć życiowe trudności. Uczy swego rodzaju akceptacji zranień, gdzie wszelkiego rodzaju kryzysy, błędy czy traumy zyskują odpowiedź. Nie zaprzeczenie, nie powiedzenie „zdawało ci się”, „to się nie wydarzyło” czy „wymyślasz”… Złoto, którego w kintsugi używamy, aby naprawić stłuczoną porcelanę, reprezentuje odporność, naukę i nowy początek. Ten moment, w którym z trudnych doświadczeń można wyjść silniejszym, trwalszym, ale też z lepiej i jaśniej zaznaczonymi granicami. Nie ma „tego nie było” – było, ale jednocześnie przywiązanie do pewnej wartości tkwiącej w przedmiocie (na nasz użytek również w stanie czy relacji pierwotnej) wskazuje na cenność, którą chcemy ocalić. Cenność powiązaną z jakimś „dla”. Tu kintsugi wskazuje nam także na odwagę (nie mylić z nadzieją), dzięki której coś, co uległo uszkodzeniu, nie jest spisywane na straty. Przeciwnie, mamy tu proces uczący, w jaki sposób można to odbudować, jednocześnie nadając owej wartości nowy sens. To jednocześnie japońska estetyka wabi-sabi dostrzegająca wartość w tym, co pęknięte, niekompletne i ułomne, a w tym wszystkim autentyczne. Kintsugi to również szacunek dla własnych blizn, przypomnienie, że wciąż warto.
***
A gdyby tak przenieść kintsugi do polityki? Skoro inne japońskie teorie i filozofie tak ochoczo adaptujemy do lokalnych warunków, więc czemu nie tę? W dobie spolaryzowanego społeczeństwa jesteśmy już nie tylko jednym wielkim pęknięciem, ale siecią pęknięć rozchodzących się na kolejne i kolejne tematy. Niektórzy mówią o konieczności „zszywania Polski”, znalezienia jakiejś nici, szansy, choćby jednego wątku, pozwalającego na trzymanie nas razem. Taki bywa jednak wyszukiwany „na siłę”, a wówczas nie będzie trzymać i znów pęknie przy pierwszym kryzysie. Takie „szycie” potrafi uwierać. Metoda łatania złotem wymaga natomiast nie tylko większej sprawności czy wręcz artyzmu, ale także cierpliwości, precyzji i woli długofalowego tworzenia nowej jakości, nowej wartości łączącej wiele tych, w które kiedyś udało nam się uwierzyć.
Wymaga także bycia w samym procesie, gdzie wartości, jakimi winna odznaczać się tu etyka rządzenia – a zatem lojalność, uczciwość, bezstronność, transparentność, odpowiedzialność czy wreszcie swego rodzaju wzajemna uprzejmość (o to paradoksalnie najtrudniej) – należą do unikalnego zestawy obowiązków i powinności, bez których sam proces będzie niemożliwy. Dużo? Być może, ale to właśnie jest nasze złoto. Jeśli dołożymy do niego klejącą „żywicę”, a zatem bezdyskusyjną wartość, jaką jest bezpieczeństwo, potrzebę sprawiedliwości, rozumienie dobra wspólnego czy wreszcie solidarność, którą wciąż umiemy okazywać (choćby w najprostszym odruchu serca), to… jest czym lepić. Już Hannah Arend powtarzała, że „myśl polityczna ma charakter reprezentacyjny (…). Idzie o to, że swoje zapatrywania kształtuje, rozważając daną kwestię z różnych punktów widzenia (…). Tu nie następuje ślepy proces przyjmowania czyichś poglądów, ale idzie o to, by być tam, gdzie nas nie ma, to znaczy myśleć inaczej niż nakazuje mi mój własny pogląd”. Te punkty widzenia to również nasze złoto.
Na tym jednak nie koniec, bo posiadane składniki i wiedza o samym procesie (póki co próbowałam tylko z porcelaną) nie wystarczą. Potrzeba jeszcze wyznaczenia kierunków działań i obszarów, w których najdrobniejsze nawet, ale i te wielkie poprawki/łatanie pęknięć może przynieść skutek. Pierwszą jest założenie – śmiałe, nie przeczę – transformacji, czyli zastąpienia polaryzacji procesem uzdrawiania wspólnoty. Polityka w duchu kintsugi traktuje pęknięcia społeczne jako punkt wyjścia do czegoś istotniejszego. Wchodzimy w zrozumienie drugiej/trzeciej/czwartej strony, a przynajmniej staramy się ją poznać, a nie od razu ocenić. Poznać, zważyć idee i argumenty, by znaleźć bodaj jeden wspólny wątek. Archimedesowy punkt podparcia stóp. I nie jest to niemożliwe.
Kolejnym elementem procesu są złote szwy instytucjonalne – czyli funkcjonowanie instytucji tak, aby obywatel nie tylko mógł się w nich odnaleźć, ale by mógł im zaufać. Sądom, edukacji, systemowi ochrony zdrowia, może nawet mediom, czy wreszcie samym procesom rządzenia, które – jeśli transparentne – mają mieć na celu dobro wspólne. Na poziomie politycznym to także umiejętność przyznania się do błędów, wyznaczenia wyraźnych zasad, w których nie ma miejsca na tuszowanie porażek ani afer. Można działać, zanim politycy strony przeciwnej uderzą z całą mocą, wskazując miejsca błędów, wypaczeń czy nieciągłości, zanim z potknięcia zrobi się afera, zanim z małego pęknięcia zrobi się wielka dziura. Tu nie ma tu miejsca na moralność złodzieja, który płacze „nie dlatego, że ukradł, ale dlatego, że go złapano” i na dodatek obwieszczono to publicznie w blasku fleszy. Nie ma miejsca na „co szkodzi obiecać”… Zamiast buty i ciemnego uporu jest mądre uprzedzenie ataku, w pierwszej wersji mogące przyjąć formę przeprosin, zaś w szerszej – konkret rozliczeń. Jesteśmy ułomni, mamy skazy, ale jeśli chcemy coś posklejać, to nie ma miejsca na zaprzeczanie faktom, zacietrzewienie czy… zwykłe buractwo. Dalej przychodzi odbudowa zaufania – czyli transparentne rozliczenie po kryzysach, wnioski, reformy; wszystko, co czyni państwo, w każdym z jego wymiarów, odporniejszym na kryzysy.
Istotna jest też stabilizacja, naprawa wadliwych elementów zamiast porażającego i często niezrozumiałego dla obywateli burzenia całego systemu po każdej zmianie władzy. Ludzie nie ufają chaosowi, a on jest jednym z czynników stymulujących podziały na swoich i obcych. W tym samym procesie mamy tworzenie ram potencjalnej kohabitacji, ram wznoszących się zarówno ponad tyranię większości, jak i (co może trudniejsze) tyranię mniejszości; zabezpieczenie urzędów, odpolitycznienie życia publicznego w obszarach, gdzie jest to możliwe czy wreszcie budowanie systemów ponad podziałami w dziedzinach takich jak edukacja, nauka, system ochrony zdrowia, system emerytalny, sądownictwo, podstawowe kierunki rozwoju, obronność. To tworzenie tarcz wewnątrz systemu. Żeby nikogo w przyszłości nie podkusiło do robienia głupot.
Nasze złoto klejące społeczeństwo/państwo to także włączanie wykluczonych, czyli dostrzeganie pęknięć w strukturze społecznej: ubóstwa, marginalizacji poszczególnych słabszych grup, wykluczenie ze względu na… (długa by to była lista). Łatanie dziur, przywracanie godności, przypominanie ludziom, że są ważni, że nie są zapomniani, że ich potrzeby nie mogą wiecznie pozostawać na marginesie państwa. Etyka czy filozofia rządzenia, jaką niesie ze sobą kintsugi, to także niełatwa lekcja akceptacji trudnej historii – uznanie jej za fakt, badanie zamiast wyparcia, bo paradoksalnie ta „nieidealność” może wzmacniać, a blizny przeszłości – gdy nie są ukrywane – mogą stać się fundamentami nowej tożsamości narodowej/wspólnotowej. Z tym elementem nam najtrudniej, bo wciąż – w Polsce – boimy się siebie samych, jakby niedoskonałość miała odebrać nam honor. Tymczasem lepsza ona niż historia złożona z potencjalnych ognisk zapalnych, gotowych do wykorzystania przez zacierających ręce tych czy owych. Lepsze złoto niż sieć białych plam.
Nasze „złoto” to również te elementy, na które jesteśmy w stanie się zgodzić, choćby były to najbardziej ogólne ramy stabilnego współistnienia (bo słowo „kohabitacja” bardzo się ostatnio zdewaluowało), to sztuka kompromisu (a z dobrych negocjacji nikt nie wychodzi w 100 procentach zadowolony), to szacunek dla pluralizmu. Wiedza o tym, że pęknięcia są naturalne i nie wszystkie można tak po prostu spiąć. To też umiejętność. Powiedzenie sobie, że nie wszystko i nie zawsze da się naprawić. Nawet płynnym złotem. A jednak… sklejamy, bo w tym co nie-bezpowrotnie utracone, co zachowując swoją ważność i tożsamość może stać się bogatsze, dostrzegamy wartość. Pytanie, na ile potrafimy – wspólnie – dostrzec ja w Polsce.