Nie ma sprawiedliwej nierówności między kobietami i mężczyznami. Nie ma sprawiedliwego niewolnictwa. Tak samo nie ma wojny sprawiedliwej.
Zeszłoroczną jesień spędziłem w podróży. Kiedy pod koniec grudnia wróciłem do Berlina, czułem, jakbym odkrywał miasto na nowo. Na ulicach wysyp bilbordów zachęcających do wstąpienia do wojska: „Uwierz w siebie, naucz się ufać innym”. Albo „Dowiedz się, jak dowodzić. W każdej sytuacji”. Albo „Naucz się szanować własne wartości”. Albo „Z nami nigdy nie stoisz w miejscu. Nawet jak stoisz na baczność”. I ten sam dopisek: „Rób to, co naprawdę się liczy. Bo stać cię na to”. Oprócz bilbordów są plansze reklamowe na przystankach, zadrukowane tramwaje czy ekrany na siłowniach. Na głównych placach, jak Alexanderplatz czy Potsdamerplatz, gigantyczne banery pokrywają kilka pięter budynków.
Plakaty to jedno, ale czy życie mieszkańców niemieckiej stolicy toczy się w tym samym rytmie? Postanowiłem sprawdzić. Okres świąt i Nowego Roku spędziłem na spotkaniach z berlińskimi przyjaciółmi, ale też z osobami, których nie widziałem od dawna. Rozmawiałem z ludźmi w różnym wieku, miejscowymi i przyjezdnymi z różnych grup. I gdybym jednym słowem miał opisać emocjonalną panoramę tych spotkań, to powiedziałbym – rozgoryczenie. Zgorzkniali i rozdrażnieni berlińczycy jakby stracili nadzieję na przyszłość. Nie oczekują niczego dobrego od swojego miasta i kraju, nie ufają sobie i innym, dręczy ich poczucie bezsensu i brak wpływu na rzeczywistość.
Stopniowo bilbordy i berlińska panorama zaczęły mi się układać w całość. Nabrałem podejrzeń, że wojskowi marketingowcy zauważyli to, co ja. Ich kampania reklamowa zadziwiająco trafnie wpisała się w rzeczywistość. Przekaz był jasny: Bundeswehra wie, jak ci pomóc. Zapraszamy. I wszystko już będzie dobrze…
***
Czy rozgoryczeni Niemcy w kamaszach są receptą na zbawienie świata? Czy to szansa na dobrą politykę? Wątpię. Niemcy, a szerzej, Europa, nie pierwszy raz w dziejach wiedzą lepiej. Zbroją się po zęby i ruszają na wojnę z resztą świata, z Rosją, z Chinami, a jak się rozpędzimy, to i z USA… Ale po kolei.
Berlińska panorama
Kuchnia w mieszkaniu w kamienicy na Kreuzbergu, około trzydzieści osób, ludzie kultury i wolne zawody. Słucham rozmowy trzech mężczyzn koło czterdziestki. Jeden z nich powtarza, że już dawno przestał ufać państwu. Na przykład nie zaskakują go politycy przyznający, że nigdy nie było i do dziś nie ma dowodów na to, że szczepionki przeciwko koronawirusowi chronią osoby trzecie przed zarażeniem. Ale dla pozostałych dwóch mężczyzn to za mało. Żądają skruchy, choćby nie wiem co:
– Przyznaj, żyjemy w państwie technofaszystów! – naciska jeden.
– Tak bezczelnie kłamać?! Jak z Orwella! – oburza się drugi.
– Ilu ludziom załamano kariery, ilu zapadło na depresje, pokłóciło się z bliskimi na śmierć i życie. Albo uchodzi za bzika. A tym szmatom z rządu ma to ujść na sucho?!
***
To samo mieszkanie, salon, samotna matka z Kijowa rozmawia z nauczycielką szkoły średniej. Matka mieszka w Berlinie od 2022 roku, już nie pobiera zasiłków, prowadzi własną działalność. Opowiada, że w domu rozmawia po rosyjsku ze swoim 12-letnim synem. Z rodzicami w Kijowie też zawsze po rosyjsku, z krewnymi i przyjaciółmi.
– Jak możesz tak postępować?! – poucza ją oburzona nauczycielka. – Nie wstydzisz się? To przecież język morderców i gwałcicieli!
***
Zimowy spacer nad Szprewą, pewna artystka i ja. Kobieta spędza całe dnie w pracowni, gdzie tworzy wielkoformatowe rzeźby. To jest jej świat. Żywi się mrożonkami i nawet w największy zimowy mróz jeździ rowerem, bo ma dość ciągłych zaczepek w komunikacji. Najgorzej jest w metrze i s-bankach. Rzeźbiarka jest drobną kobietą i zwyczajnie się boi. Opowiada mi jeszcze, jak od ponad dwóch lat męczy ją kontrola pewnego berlińskiego banku publicznego. Swego czasu, tak jak wielu artystów w kraju, otrzymała za pośrednictwem banku kilkaset euro z funduszu przeciwdziałania COVID-19. Teraz co chwila przychodzi pocztą nowe wezwanie: coś się znowu nie zgadza, ma dosłać kolejny dokument, udowodnić, że była uprawniona do świadczenia. Pisze odwołania, konsultuje z doradcami podatkowymi, szuka kwitków sprzed lat.
– Czy te moje 700 euro ma dla Bundesrepubliki aż takie znaczenie? – pyta. – Traktują mnie jak złodziejkę! Nie mówiąc o tym, że całe postępowanie kosztuje już więcej, niż to, co mi przyznali.
***
Lunch z berlińskim przedsiębiorcą. Jemy pizzę w dzielnicy Wedding.
– W Niemczech składki na ubezpieczenie społeczne są jedne z najwyższych na świecie – mówi mężczyzna. – Co mi radzisz, gdzie najlepiej wyemigrować? Polska, Hiszpania, jakie tam są stawki?”.
Przedsiębiorca opowiada o styczniowej awarii prądu w południowej części Berlina.
– Środek zimy, całe pięć dni bez prądu!
Na ulicach walają się kupy przepalonych petard, stacja metra Seestraße, obok której przechodzi codziennie, od lat w remoncie.
– Jedna jedyna linia, dwa peroniki, cztery wyjścia. Jak ten kraj zarządza moimi podatkami? Znajomy, który pracuje w publicznej stacji radiowej, z pewnością chętnie by mu to wyjaśnił.
***
Kawiarnia w dzielnicy Charlottenburg, popołudnie:
– Zdecydowana większość prezentowanych przez nas audycji to robota freelancerów – opowiada. – Autorzy, prezenterzy, redaktorzy, nawet technicy są na samozatrudnieniu. Jeśli policzyć ich czas pracy, wychodzi stawka grubo poniżej płacy minimalnej. Za to nieliczni ze stałą umową cieszą się przywilejami. Owszem, zdarzają się zaangażowani. Ale większość się nie przepracowuje. I bez rozwalenia systemu nie da się ich ruszyć. Jesteśmy funduszem emerytalnym z podpiętą radiostacją.
***
Zaprzyjaźniona lokatorka publicznej spółdzielni mieszkaniowej w dzielnicy Pankow odwiedza mnie w domu. Opowiada mi swoją historię:
– Dobre pięć lat temu zgłosiłam administratorce problemy z parą sąsiadów na klatce. Były awantury, groźby, przemoc. Na zmianę z resztą sąsiadów wzywaliśmy policję co najmniej raz w tygodniu. Jednak policja też nic nie może. Próba mediacji zakończyła się fiaskiem. Spółdzielnia chowała głowę w piasek. W końcu zaskarżyłam spółdzielnię. Próbowali mnie zastraszać. Na przykład księgowali własne koszty procesowe jako zaległy czynsz. Wyobrażasz sobie? Ostatecznie sąd przyznał mi rację. Ale ja mam dosyć. Spółdzielnia to przecież majątek publiczny. Tymczasem zamiast na potrzeby mieszkańców trwonią pieniądze na prawników. Po latach awantur i sądu ledwo żyję. Chcę wyjechać z tego kraju!
***
Historie lekko zmodyfikowałem, aby uchronić bohaterów przed identyfikacją. Ale bezsilność, frustracja i gorycz tych ludzi są prawdziwe. Łączą się z poczuciem dysfunkcjonalności państwa. Jakby zawisła nad nami szara, gęsta chmura. Poruszamy się po omacku, zagubieni i bez nadziei, że kiedykolwiek się przejaśni.
Kiedy oczekiwania rozjeżdżają się z rzeczywistością i doskwiera nam poczucie krzywdy, gorzkniejemy. Stajemy się zatwardziali, myślimy, czujemy i działamy tunelowo. Jeśli coś nam się nie udaje, próbujemy to wymusić, choćby siłą. Także militarną. Więzi społeczne ulegają erozji, zanika zaufanie do drugiego człowieka. Zamiast kierować się empatią i szacunkiem, chowamy się za surową moralnością i coraz bardziej restrykcyjnym prawem.
Problem polega na tym, że choćby nie wiem jak słuszne wartości i prawo nie przywracają poczucia sprawczości. Raczej szerzą ślepotę, prowadzą do nienawiści i barbarzyńskiej hekatomby. Zamiast w duchu EUtopii śmiało budować lepszy świat, polityka podyktowana zgorzkniałym rygoryzmem spełnia funkcję substytutu. Nie tylko w dziedzinie obronności. Redukuje także stosunki międzynarodowe do rangi sesji terapeutycznej, podczas której zamiast współkształtować świat, próbujemy ukoić własne urazy i lęki.
Po co nam prawo międzynarodowe?
Dobrym przykładem jest nasz stosunek do prawa międzynarodowego. Jak wiadomo, jego podmiotami są suwerenne państwa w rozumieniu określonego terytorium, na którym mieszka stała ludność i które jest zarządzane przez spójną władzę zwierzchnią. Jednak, mimo że doświadczenia od 1945 roku na całym świecie – od Korei, Wietnamu, przez Iran, Angolę, Chile, Bałkany, Afganistan, aż po Ukrainę i Wenezuelę – dostarczają niezliczonych przykładów tego, że prawo międzynarodowe jest nieustannie łamane, a granice państw, suwerenność i lokalne władze ignorowane, to prawo międzynarodowe nadal stanowi non plus ultra politycznych debat świata globalnej północy.
W swoim obszernym eseju z lutego 2025 r. Magdalena M. Baran zastanawia się, czym jest pokój sprawiedliwy. Według niej rodzaj najmniejszego wspólnego mianownika to zapewnienie bezpieczeństwa osobom objętym konfliktem, odzyskanie skradzionego mienia i pociągnięcie agresora do odpowiedzialności. Baran wskazuje także na ściganie sprawców, odszkodowania i zadośćuczynienie, a także odpowiednią politykę pamięci. Do tego dochodzą niezależność, integralność, samostanowienie i porządek międzynarodowy, a domyślnie także edukacja.
Jednak tego rodzaju podejście zakłada określoną wizję tego, co uznajemy za powojenny stan pożądany. Zachodzi pytanie, jaki jest punkt przywracania systemu? Czy w sensie dobrego powojnia prawo międzynarodowe spełnia tę rolę?
Zapewnienie bezpieczeństwa ludności jako cel polityki pokojowej nie wzbudza wątpliwości. Ale już kwestia mienia jest złożona. Aby daleko nie sięgać, 80 lat po II wojnie światowej Polska i Niemcy nadal toczą zaciekłe spory na temat tego, co i dlaczego miałoby zostać zwrócone. Zarówno na szczeblu politycznym, jak i wśród obywateli obu państw nie ma zgodności. Przeciwnie, wiele wskazuje na to, że mimo dekad gigantycznych wysiłków włożonych w pojednanie, temat reparacji wojennych w nadchodzących latach zagrozi stosunkom między oboma krajami. Po co więc trzymać się nierealistycznego postulatu i liczyć na cud między Ukrainą i Rosją?
Inne kwestie także wzbudzają wątpliwości. Kto dokładnie ma pociągać do odpowiedzialności i kogo? Na mocy jakiego prawa? A przede wszystkim, jak w międzyczasie budować pokojowe współżycie, skoro doświadczenie pokazuje, że rozliczenia ciągną się dziesiątkami lat? I raczej powodują niesmak i rozczarowanie, a nie umacniają więzi społeczne. Jaką miarą mierzyć przywrócenie suwerenności, skoro globalne zależności gospodarcze i polityczne sprawiają, że dziś żadne państwo nie jest naprawdę niezależne?
Podobnie jak w przypadku Baran, również propozycja zawieszenia broni na Ukrainie opracowana przez byłego zastępcę sekretarza generalnego ONZ Michaela von der Schulenburga i innych odwołuje się do prawa międzynarodowego. Jak twierdzą autorzy, trwały ogólnoeuropejski porządek bezpieczeństwa i pokoju powinien potwierdzać suwerenność, integralność terytorialną i niepodległość Ukrainy. Mowa jest co prawda o przesunięciach terytorialnych, ale i o międzynarodowych gwarancjach.
Na pierwszy rzut oka tego rodzaju projekty wydają się sprawiedliwe. Ale powtórzę pytanie: czy wydzielone terytoria współczesnych państw, stała ludność i monopole władzy, które są domyślnym stanem docelowym planowanego powojnia, rzeczywiście są owym dobrym światem, w którym chcemy żyć?
Nie dotyczy to tylko Ukrainy. Nie znam ani jednego państwa na świecie, którego system polityczny i gospodarczy wraz z granicami zostałby ukształtowany przy współudziale odnośnej ludności w oparciu o zasadę samostanowienia. Przeciwnie, współczesne państwa powstały przy użyciu przemocy, manipulacji, w oparciu o zbrodnie, wywłaszczenia i wyzysk sąsiadów w kraju i za granicą. Współczesne prawo międzynarodowe ostatecznie konserwuje ten stan rzeczy. Jeśli akurat nie jest łamane, służy jako narzędzie utrzymywania niesprawiedliwości.
Proponuję zadać sobie kilka szczerych pytań: Czy podmioty prawa międzynarodowego, czyli państwa w opisanym znaczeniu, mogą istnieć w sposób inny niż fundamentalnie niesprawiedliwy? Czy owa leżąca historycznie u ich podstaw krzywda nie ukształtowała ich na tyle silnie, że blokują trwały pokój i dobrą politykę?
W duchu EUtopii myślę, że to właśnie z tego poziomu trzeba zacząć działać. Kaja Kallas, wysoka przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych, lubi powtarzać, że mamy dobre prawo [międzynarodowe], tylko nie mamy środków, aby je egzekwować. Czy rzeczywiście jest ono takie dobre? A nawet jeśli, skoro w praktyce nie działa praktycznie od początku swojego istnienia, czy nie czas pomyśleć, czym je zastąpić?
W tym celu zachęcam do szukania inspiracji poza globalną północą. Na przykład w Hawanie.
Nasi ludzie na Kubie
W latach 2012–2016 w Hawanie, z wyłączeniem opinii publicznej, trwały kolumbijskie rokowania pokojowe. Ich uczestnicy byli zgodni co do warunków ich pomyślnego zakończenia. Po pierwsze, wzajemny szacunek. Proste zachowania: gesty, uśmiech, uważne słuchanie. Żadnych obelg, żadnych „faszysta”, „terrorysta”. Rozmawiać o przyszłości, nie przeszłości. Krótko mówiąc, zacząć od przemiany języka wojny w język pokoju. I często po prostu głęboko oddychać.
Mimo że rozmowy prowadzili wysokiej rangi przedstawiciele stron, nie zabrakło elementów ludzkich. Na przykład rodziny członków FARC mogły przyjechać do Hawany. Wielu spotkało się po długich latach rozłąki. Zaproszono również ofiary, które opowiedziały o swoich cierpieniach. W tym sensie negocjacje miały możliwie horyzontalny, egalitarny charakter.
Osobną kwestią było formułowanie realistycznych celów. Sergio Jaramillo, jeden z negocjatorów, relacjonował: „Staraliśmy się unikać słowa pojednanie. Uznaliśmy, że to zobowiązanie przekracza nasze siły. Mówiliśmy o współżyciu [convivencia]”.
Szczególną uwagę zwracano też na wymiar sprawiedliwości. Owszem, wielu ludzi oczekuje uznania, przeprosin i zadośćuczynienia, także ukarania sprawców. Ale jakie nadać temu ramy prawne? Negocjator Manuel Cepeda mówił tak: „Prawo karne nie jest dobrym narzędziem budowania pokoju. Jednocześnie trudno zawierać pokój poza wymiarem sprawiedliwości. Pytanie, jak skutecznie odbudować więzi społeczne, które wojna zniszczyła na wielu płaszczyznach. Sprawiedliwość dla pokoju musi kierować się zupełnie inną logiką [niż sprawiedliwość karna]”. Druga lekcja z Hawany jest zatem taka, że trwały pokój wymaga nowych ram prawnych.
„Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się na zmianę sposobu myślenia”, powiedział sędziwy Fidel Castro w rozmowie z kubańskimi studentami w 2010 roku, niejako antycypując przebieg rokowań. Czy jesteśmy gotowi otworzyć drzwi percepcji?
Być może sprawa nie jest aż tak trudna, jak by mogło się wydawać. Sama Baran sceptycznie podchodzi do status quo i podkreśla, że trwały pokój nie polega na jego przywróceniu. Von der Schulenburg i jego współpracownicy również snują śmiałą wizję jednolitej architektury bezpieczeństwa od Vancouver po Władywostok. Czy oboje poczuliby się zaskoczeni, że stoją w jednym szeregu z Fidelem Castro?
Od Bagdadu przez Bejrut do Rabatu
Doświadczenia wojny i pokoju to oczywiście też świat arabski. Na listopadowym kongresie pokojowym w Nadorze, w którym uczestniczyłem , mówił o tym Ziad Chebib. Były burmistrz Bejrutu rozróżnia pokój negatywny, czyli taki, który prowadzi do zakończenia wojny, i pokój pozytywny. Ten ostatni polega na transformacji społecznych, politycznych i gospodarczych aspektów wojny w ich pokojowe odpowiedniki. Dla Chebiba pokój negatywny jest rodzajem zimnej wojny. Zimna wojna domowa nęka dziś nie tylko Liban, ale i wiele innych krajów regionu.
Marokański naukowiec Mustapha El-Karichi zwraca natomiast uwagę na to, że istnieje rodzaj globalnej rywalizacji, kto i na jakich warunkach zaprowadzi w danym regionie pokój. W tym kontekście pokój jawi się jako abstrakcyjna idea narzucana z góry, często właśnie w celu utrwalenia dyskryminujących praktyk międzynarodowych. Taki pokój nie będzie trwały. Jednocześnie wygórowane oczekiwania i rodzaj totalizującego hermetyzmu wypierają cenne, lokalne inicjatywy.
W myśl latynoskich tradycji także arabscy goście kongresu podkreślają, że pokój to nie tylko akt woli politycznej, ale realne procesy zrównoważonego rozwoju. W tym kontekście były minister spraw wewnętrznych Jordanii Samir Habashneh mówi o konieczności niwelowania nierówności społeczno-ekonomicznych. Jeśli chce się przekonać do pokojowego współistnienia ludzi, którzy z bronią w ręku dążyli do realizacji celów politycznych, trzeba zaoferować im realną perspektywę lepszego życia. Muszą uwierzyć w dobrą przyszłość dla nich i ich rodzin, poczuć szacunek i odzyskać nadzieję.
Aby osiągnąć trwały pokój, trzeba rozpoznać głębokie przyczyny konfliktu i uczciwie się z nimi zmierzyć. Trzeba na nowo ukształtować dobro wspólne. Zamiast masowo karać winnych, lepiej partycypacyjnie tworzyć warunki współpracy w oparciu o realne potrzeby konkretnych ludzi w tak zwanym terenie, perspektywy rozwoju i mobilność. Bo to nie wojna i niestabilność polityczna są przyczyną napięć społecznych, ale odwrotnie.
W ten sposób dobry pokój w sensie EUtopii to część nowego porządku świata. Zmiana sposobu myślenia, o której mówił Fidel Castro, oznacza wyjście poza własne uwarunkowania kulturowe i narodowe. To poszanowanie różnorodności potrzeb ludzkich i form organizacji politycznej poza wyższościowym rygoryzmem moralnym. Nie ma trwałego pokoju bez nowego porządku społecznego i ekonomicznego.
EUtopijna koegzystencja narodów oznacza zatem pokój uniwersalny. Taki pokój przynosi korzyści stronom w równym stopniu. Z zasady obejmuje wszystkich obywateli i cały zakres życia społecznego. Jego ultima ratio nie są choćby najpiękniejsze paragrafy, ale przynależność do jednej i tej samej wspólnoty ludzkiej.
Jednym z warunków powodzenia tak rozumianego pokoju jest oczywiście edukacja. W szkołach, mediach, w popkulturze i w życiu codziennym powinniśmy wreszcie przestać przedstawiać wojnę i przemoc jako chwalebną część natury ludzkiej. Musimy zacząć opowiadać o wojnie taką, jaka jest. Wojna to czas cierpienia i zbrodni. Nie ma wojny sprawiedliwej. Tak samo jak nie ma sprawiedliwej nierówności między kobietami i mężczyznami lub sprawiedliwego niewolnictwa.
Zmiana sposobu myślenia to również uznanie faktu, że roszczenia terytorialne, konsolidacja władzy czy suwerenność często stoją na przeszkodzie pokoju. Zamiast pielęgnować rozgoryczenie, rozpaczać nad niewydolnością systemu, porażką państwa czy nieprzestrzeganiem praw, zamiast na frustracji obywateli cynicznie budować obronność, powinniśmy szukać alternatyw. Nie czekajmy na kolejną tragedię wojny, tylko pilnie zacznijmy szukać nowych form organizacji społecznej.
* EUtopijny cykl esejów ukazuje się równolegle po niemiecku w formie listów otwartych do kanclerza Merza w „Berliner Zeitung” i po hiszpańsku w meksykańskim „Conspiratio”.