Mam dziś do omówienia sprawę pozornie błahą. Jedno wyrażenie. Dwa słowa. A za nimi — cały świat założeń, które warto wywietrzyć, zanim zrobi się nam w głowie zbyt duszno. Chodzi o płeć przeciwną.
Zacznijmy od tego, co robi słowo „przeciwna”. W polszczyźnie „przeciwny” to nie jest neutralny opis kierunku, jak w „przeciwna strona ulicy”. To słowo niesie ładunek. „Przeciwnik” to ktoś, z kim walczymy. „Przeciwieństwa” to bieguny, które się odpychają. „Wiatr przeciwny” to ten, który nie pozwala dopłynąć do celu. Mówimy: Czy masz coś przeciwko? Przeciw czemu jesteś? Czy to twój sprzeciw? Kiedy więc mówimy „płeć przeciwna”, nieświadomie uruchamiamy całą tę semantyczną armaturę. Płeć jako wróg. Płeć jako przeszkoda. Płeć jako coś, co stoi nam na drodze.
Może ktoś powie, że przesadzam. Przecież nikt tak nie myśli. Ale właśnie tak działa język – cicho, niejako za plecami świadomości. Konotacja nie pyta o pozwolenie. Ona po prostu siada przy stole i zaczyna zjadać nam z talerza. Weźmy kilka sytuacji.
Wyobraźmy sobie ojca, który rozmawia z synem – lat czternaście – o pierwszych uczuciach. „Wiesz, synu, kiedy zaczniesz interesować się płcią przeciwną…”. I już w pierwszym zdaniu, zanim zdążył powiedzieć cokolwiek mądrego, wbudował w głowę dziecka model świata, w którym miłość zaczyna się od opozycji. Są strony przeciwne sobie. Romantyzm jako zimna wojna. Zaloty jako manewry na linii frontu. A w środku przechadza się jednooki Grzegorz Braun.
Albo weźmy terapeutę, który prowadzi sesję z parą w kryzysie. Partnerzy siedzą naprzeciwko siebie i faktycznie, w tej chwili są sobie przeciwni, to niezaprzeczalne, ale terapeuta mówi: „Jak pan reaguje, kiedy obecna tu płeć przeciwna wyraża niezadowolenie?”. Para patrzy na siebie spode łba – płeć przeciwna czemu? Szukają w umysłach, czemu są przeciwni. Kiwają głowami. Coś się właśnie utrwaliło. Nie pomogło.
Tylko czy jedno słowo naprawdę może tyle zrobić?
Może. I mamy na to dowody – nie z gabinetu językoznawcy, lecz z laboratorium. W 2011 roku psychologowie Paul Thibodeau i Lera Boroditsky opublikowali w piśmie „PLOS ONE” wyniki eksperymentu, który warto znać na pamięć. Badanym dawali do przeczytania krótki raport o przestępczości w fikcyjnym mieście. Połowa uczestników czytała, że przestępczość jest w nim „bestią atakującą spokojnych obywateli”. Druga połowa – że jest „wirusem infekującym kolejne dzielnice”. Treść raportu: identyczna. Liczby: te same. Tylko ta jedna metafora była różna.
Efekt? Ci, którzy czytali o bestii, znacznie częściej proponowali rozwiązania siłowe – więcej policji, surowsze wyroki, twarde działania. Ci, którym podano metaforę wirusa, chętniej sięgali po „leczenie”: programy społeczne, edukację, prewencję. Co ważne, kiedy ich zapytano, dlaczego tak zdecydowali, prawie nikt nie wspomniał o metaforze. Wszyscy sądzili, że odpowiadają na fakty. A odpowiadali na słowa.
Thibodeau i Boroditsky nazwali to „lingwistycznym zaproszeniem do myślenia”. Metafora nie mówi wprost, co masz sądzić. Ona tylko pokazuje ci drzwi. Ale jeśli drzwi mają napis „wróg”, to wiesz już, że za nimi czai się coś groźnego.
Wróćmy więc do naszego wyrażenia. „Płeć przeciwna” to właśnie takie drzwi. Z bardzo wyraźnym napisem. A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś – odważny, może nieco ekscentryczny lingwistycznie – mówi: płeć dopełniająca. I oto zmienia się wszystko.
„Dopełniająca” pochodzi od „dopełnienia” – i nie chodzi tu tylko o gramatykę, choć gramatycy mogą się cieszyć. „Dopełniać” to znaczy: czynić pełnym. Uzupełniać to, czego brakuje. Tworzyć całość z części. W matematyce dopełnienie to nie przeciwieństwo, to reszta zbioru, bez której zbiór jest niepełny. W muzyce harmonia dopełniająca to ta, która sprawia, że akord brzmi, jakby miał swój koniec.
„Płeć dopełniająca” sugeruje więc, że ta druga strona może cię dopełnić. Że jest komplementarna. Jak helisa DNA. „Może dopełnić” brzmi jak komplement albo jak niepokojąca zależność ontologiczna, zależnie od tego, kogo zapytamy. Ale w każdym razie nie sugeruje wojny.
Popatrzmy jeszcze na zatrzymany kadr syna z ojcem. „Kiedy zaczniesz interesować się płcią dopełniającą…” – i już jesteśmy inaczej. Jest ciekawość, jest otwarcie, jest jakiś ekumenizm potrzeb. Syn może nie zrozumieć słowa „dopełniająca”, ale przynajmniej nie zacznie swoich pierwszych miłosnych doświadczeń z poczuciem, że wchodzi na pole minowe z przeciwnikiem.
Oczywiście są i pułapki
„Płeć dopełniająca” zakłada, że płci się wzajemnie dopełniają, co jest piękne, ale bywa problematyczne w świecie, który niczym wszechświat w szybkim tempie rozszerza swoje rozumienie tożsamości poza binarny model. Można zapytać: a co, jeśli ktoś nie chce być dopełniany? Chce być po prostu sobą? W pełni? I tu język po raz kolejny przyłapuje nas na gorącym uczynku: każde słowo, które wybieramy dla opisania relacji między płciami, jest też propozycją ontologiczną. Jest cichą tezą o tym, czym człowiek bywa i czego mu potrzeba.
Może więc zamiast szukać jednego idealnego wyrażenia, warto zatrzymać się przy samym problemie: że język, którym opisujemy innych ludzi, kształtuje to, jak ich traktujemy. Że „przeciwny” i „dopełniający” to nie tylko przymiotniki – to instrukcje obsługi.
Na koniec mała historia, zupełnie prawdziwa
Pewien mój znajomy, wracając z randki, powiedział do przyjaciela: „Ona myśli zupełnie inaczej niż ja o emocjach. Dzięki temu z nią widzę rzeczy, których bym sam nie dostrzegł”.
Nie użył ani słowa o tym, że to płeć „przeciwna”, ani „dopełniająca”. Ale powiedział dokładnie to, o co w tym wszystkim chodzi: być w stanie widzieć, słyszeć więcej, czuć więcej.
Język najpiękniej działa wtedy, gdy jest mu za ciasno w gotowych formułach. Tak ciasno, że musi wyjść z pudełka i spróbować myślenia na własny rachunek.