Czy idea otwartego społeczeństwa ma jeszcze swoje miejsce w dzisiejszym świecie? Jakie cztery siły o wykładniczym wzroście rządzą obecnie światem? I jak pogodzić wartości i wizję Europy z tymi, które wyznają inni kluczowi gracze geopolityczni? Leszek Jażdżewski rozmawia z Markiem Leonardem, współzałożycielem i dyrektorem Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych (ECFR), pierwszego paneuropejskiego think tanku.
Leszek Jażdżewski (LJ): Jak łączy Pan swoje ostatnie spostrzeżenia ze swoją życiową misją oraz podstawową misją Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych, które opierają się na wspieraniu otwartego społeczeństwa?
Mark Leonard (ML): To nie jest łatwy czas dla wielu osób, zwłaszcza tych, które wierzą w projekt oświeceniowego otwartego społeczeństwa w Europie, ponieważ współczesny świat nie przestrzega zasad, które przedstawiano nam jako te, które będą obowiązywać. Wiele osób próbuje sobie z tym radzić na różne sposoby. Porządek światowy, porządek oparty na zasadach lub liberalny porządek międzynarodowy istniał, ponieważ opierał się na pewnym zestawie relacji władzy, a Stany Zjednoczone były ostatecznie jego strażnikiem. Stany Zjednoczone nie zawsze trzymały się zasad leżących u podstaw porządku opartego na zasadach, ale zasadniczo stanowiły dla niego zabezpieczenie. Wiele krajów na całym świecie godziło się z tym, nawet jeśli nie do końca im się to podobało.
Stopniowo potęga amerykańska na świecie uległa osłabieniu. Z jednej z dwóch dominujących supermocarstw w okresie zimnej wojny, Stany Zjednoczone stały się jednobiegunową, hegemoniczną potęgą tuż po zakończeniu zimnej wojny, a obecnie są najpotężniejszym krajem na świecie, ale już tylko jednym z wielu mocarstw. Nie są już w stanie utrzymać dotychczasowego porządku, ponieważ napotykają opór ze strony innych mocarstw, takich jak Chiny i Rosja, a także wielu średnich mocarstw, które chcą, by ich głos był słyszalny, oraz grup spoza struktur państwowych. Ruchy takie jak Huti są w stanie zablokować Morze Czerwone. Iran, choć nie należy do wielkich mocarstw świata, może zablokować Cieśninę Ormuz. Już samo to doprowadziło do kryzysu legitymizacji i skuteczności tego porządku.
Kiedy na prezydenta wybrano Donalda Trumpa, doszło do pełnej rewolucji amerykańskiej przeciwko porządkowi kierowanemu przez Stany Zjednoczone, ponieważ część amerykańskiego społeczeństwa już w niego nie wierzy i uważa się za główne ofiary tego porządku. W związku z tym w Stanach Zjednoczonych przestał istnieć konsensus społeczny. A to dopiero początek. Na świecie dzieje się wiele innych rzeczy, które podważą fundamenty tego porządku. Nie chodzi o to, czy nam się to podoba, czy postrzegamy to jako coś pozytywnego; po prostu wydarzenia nas wyprzedziły.
Wkraczamy w okres braku porządku, który to stan różni się jednak od chaosu. Chaos ma miejsce, gdy istnieje porządek, a ludzie łamią zasady. Brak porządku ma miejsce, gdy świat idzie naprzód, a zasady nie mają już takiego samego wpływu na to, co się dzieje, nie pozostawiając wspólnych ram do dyskusji na temat bieżących wydarzeń. Właśnie w tym miejscu znajduje się obecnie świat. Istnieje obawa, że reakcją Europejczyków będzie próba zachowania porządku, który już nie istnieje, lub nadzieja na pojawienie się kolejnego porządku. Tymczasem, zamiast skupiać się na porządku, Europejczycy powinni skupić się na swojej sprawczości. Istnieje wiele działań, które można podjąć, aby zachować wartości i interesy w świecie pozbawionym porządku.
Można utrzymać enklawy porządku. W Europie może istnieć porządek oparty na zasadach, a Europejczycy mogą podwoić swoje wysiłki, aby uczynić go bardziej stabilnym i bezpiecznym. Można podjąć działania, które zwiększą odporność poszczególnych krajów, a o te wartości można walczyć na różne sposoby. To główny temat mojej książki – jak mieć realistyczne spojrzenie na współczesny świat, jednocześnie promując wartości i interesy, w które się wierzy. Europejczycy mają spore szanse na rozwój otwartych społeczeństw i zasad, ale tylko wtedy, gdy przyjmą zupełnie inny sposób myślenia niż ten, który dominował przez ostatnie kilkadziesiąt lat, kiedy opieraliśmy się na liberalnym porządku międzynarodowym opartym na zasadach.
LJ: Dlaczego wskazał Pan tzw. „4C”, czyli kapitał, klimat, chipy i cywilizacje (ang. capital, climate, chips, civilizations) jako cztery czynniki wykładnicze, które wywierają wpływ na globalną równowagę sił?
ML: Posługuję się tą grą słów, aby pokazać, że zamiast przechodzić przez fazę porządkowania, obecnie znajdujemy się w fazie eksplozji, w której wszystko ulegnie rozpadowi. Twierdzę, że istnieją cztery wielkie siły strukturalne, które zmieniają układ sił na różne sposoby, a także w dość fundamentalny sposób wpływają na funkcjonowanie świata. Ogólnie rzecz biorąc, analizuję je po kolei.
Znany nam od czasów Karola Marksa kapitalizm jest po prostu podatny na kryzysy, ale obecnie jest to jeszcze bardziej widoczne niż w czasach Marksa ze względu na stopień, w jakim świat jest ze sobą powiązany poprzez te skomplikowane zależności, a także sposób, w jaki są one wykorzystywane jako broń. Dlatego wiele różnych krajów próbuje przekształcić więzi, które nas łączą, w narzędzia do sprawowania władzy nad sobą nawzajem, co prowadzi do znacznie większej niestabilności i fragmentacji.
Drugim czynnikiem są zmiany klimatyczne, które nie tylko powodują chaos poprzez ekstremalne zjawiska pogodowe i zmiany klimatu, zmuszające wielu ludzi do opuszczenia swoich domów i prowadzące do masowych migracji, lecz także prowadzą do przebudowy globalnej gospodarki i kształtują nowych zwycięzców oraz przegranych.
Trzecie C dotyczy chipów, co dla mnie jest synonimem wszystkich nowych technologii, które wywracają do góry nogami sposób funkcjonowania naszych gospodarek, społeczeństw, a nawet tego, co to znaczy być człowiekiem – technologii takich jak sztuczna inteligencja i informatyka kwantowa – a także tworzą nowych zwycięzców i przegranych oraz nową geopolityczną fragmentację świata.
Kolejnym czynnikiem są cywilizacje, które symbolizują głębokie zmiany demograficzne. W 1950 roku większość ludności świata mieszkała w Europie i Ameryce; teraz najwięcej osób będzie mieszkać w Afryce i Azji. Wraz ze zmianą układu sił między tymi różnymi blokami demograficznymi, coraz bardziej będą one dążyć do tego, by mieć wpływ na to, jakie zasady i kultury będą traktowane priorytetowo, co doprowadzi do powstania różnych koncepcji nowoczesności. W związku z tym będzie to świat znacznie bardziej pluralistyczny niż ten, o którym myśleliśmy w ramach oświeceniowych, uniwersalistycznych paradygmatów, które dominowały w ostatnich dziesięcioleciach.
LJ: Jaka jest różnica między Pana koncepcjami „architektów” i „rzemieślników” i dlaczego skuteczniejsze jest dostosowywanie się do zmieniającego się globalnego krajobrazu w charakterze rzemieślników, a nie poleganie na wielkim projekcie architektonicznym?
ML: Uważam, że tym, co w największym stopniu dzieli świat, nie będzie już podział na demokracje i autokracje czy na Wschód i Zachód, ale raczej różne podejścia do kwestii obowiązującego porządku. Wyróżniam dwa modele: model architektów, w którym zaczyna się od wielkiej wizji tego, jak powinien wyglądać świat, a następnie opracowuje się sposób jej urzeczywistnienia poprzez zestaw zasad i instytucji, które nadają jej życie i kształtują interakcje między różnymi państwami i jednostkami. W pewnym sensie wzorem dla tego modelu są Amerykanie po II wojnie światowej oraz Europejczycy, którzy stworzyli wszystkie instytucje na kanwie umowy z Bretton Woods, a następnie całą serię różnych instytucji, które powstały po zakończeniu zimnej wojny.
Innym sposobem myślenia o świecie jest podejście typowe dla rzemieślników. Zamiast myśleć, że można kształtować świat zgodnie ze swoimi wielkimi planami, próbuje się zrozumieć, jak świat działa, dokąd zmierza, i należy się do tego dostosować. Nie buduje się nowych struktur od podstaw, ale adaptuje się stare struktury. Nadaje się im nowe przeznaczenie. Improwizuje się. Testuje się różne rozwiązania. Jeśli się sprawdzają, kontynuuje się je. Jeśli nie, próbuje się czegoś innego.
Pod wieloma względami wzorem dla rzemieślników w ostatnich kilku dekadach są Chiny, ponieważ wkroczyły one na światową scenę w porządku, którego nie stworzyły, i dlatego próbowały się do niego dostosować. Były bardzo aktywne w niektórych istniejących już instytucjach. Stworzyły nowe struktury, takie jak BRICS i Szanghajska Organizacja Współpracy. Zamiast myśleć, że będą w stanie kontrolować cały globalny porządek handlowy, Chiny opracowały różne sposoby dywersyfikacji swoich relacji, aby zbudować inicjatywę „Jeden pas i jedna droga”, łączącą je z wieloma innymi krajami. Nie wymyśliły one transformacji węglowej, ale zrozumiały, że ona nastąpi i że warto zainwestować zasoby, aby stać się liderem w dziedzinie paneli słonecznych i pojazdów elektrycznych, tak aby uzyskać korzyści z tej zmiany porządku.
To zupełnie inne podejście do funkcjonowania. Zamiast zakładać, że można wszystko kontrolować i tworzyć struktury, zastanawiasz się, jak się dostosować i znaleźć się w sytuacji, w której możesz czerpać korzyści z tego, co się dzieje. Można stwierdzić, że jest to podejście charakterystyczne dla Chin, biorąc pod uwagę fakt, że ulubionym zwrotem chińskiego prezydenta jest mówienie o wielkich zmianach, jakich nie widziano od stulecia. Podczas gdy Europejczycy i Amerykanie często mówią o zachowaniu porządku, Chińczycy myślą o świecie, który pogrąży się w chaosie, oraz o tym, jak mogą z tego chaosu skorzystać i znaleźć się w sytuacji, w której będą w stanie przynajmniej przetrwać, a może nawet na tym zyskać.
LJ: Biorąc pod uwagę Pana liczne podróże i badania dotyczące Chin, jakie kluczowe perspektywy dotyczące chińskiego spojrzenia na porządek światowy są obecnie pomijane przez zachodnich analityków?
ML: Jest wielu znakomitych analityków zajmujących się Chinami, ale kiedy patrzymy na świat, zaczynamy z dużym bagażem własnych przekonań i często próbujemy patrzeć na niego przez pryzmat znanych nam schematów. Dlatego też, gdy patrzymy na Chiny stające się niezwykle ważną światową potęgą, przeciwstawiającą się zachodnim instytucjom i tworzącą nowe organizacje, takie jak BRICS i Szanghajska Organizacja Współpracy, zakładamy, że próbują one stworzyć sinocentryczny porządek światowy, który wyglądałby jak amerykańska dominacja, której właśnie doświadczyliśmy, ale byłby po prostu porządkiem konkurencyjnym.
Z pewnością prawdą jest, że Chiny nie są zadowolone z roli Zachodu i zachodniej dominacji w instytucjach globalnych. Zdecydowanie przeciwstawiają się temu na wiele różnych sposobów i budują bardzo bliskie relacje z Rosją oraz innymi graczami, którzy są równie niezadowoleni ze świata kierowanego przez Zachód. Celem tego nie jest stworzenie porządku, który wyglądałby jak porządek amerykański. Nie chodzi im o to, jak zapewnić globalne dobra publiczne w taki sposób, w jaki zapewniały je Stany Zjednoczone. Nie interesuje ich, jak radzić sobie z wielkimi wyzwaniami, takimi jak utrzymanie otwartych szlaków morskich na różnych kontynentach czy pełnienie roli gwaranta bezpieczeństwa w różnych regionach.
Znacznie więcej uwagi poświęcają temu, jak Chiny mogą znaleźć się w sytuacji, w której będą silne i potężne, będą miały kontrolę nad własną przyszłością i będą bardziej odporne na wydarzenia w różnych częściach świata. Taki jest cel wielu instytucji, które tworzą Chińczycy. Jest to perspektywa znacznie bardziej egoistyczna niż perspektywa Stanów Zjednoczonych. Jest ona również bardziej elastyczna, mniej strukturalna, znacznie bardziej oportunistyczna i improwizacyjna.
Ma to swoje zalety i wady, ale w obecnym okresie, w którym tak wiele się zmienia i w którym stosunki sił ulegają ciągłym przesunięciom, takie podejście prawdopodobnie sprawdzi się lepiej niż próba stworzenia rozbudowanego systemu instytucji globalnych i nakłonienia krajów o bardzo konkurencyjnym nastawieniu, pozbawionych stabilnych wzajemnych relacji sił, do przestrzegania wspólnych zasad.
LJ: W globalnym krajobrazie coraz bardziej zdominowanym przez silne projekty cywilizacyjne, takie jak MAGA, Chiny, Rosja i Indie, jak Unia Europejska wpisuje się w te ramy, balansując między uniwersalnymi wartościami wewnętrznymi a pluralistycznym podejściem na arenie międzynarodowej?
ML: Jestem wielkim fanem – a właściwie więcej niż fanem, bo to zbyt banalne określenie – ale jestem też wielkim beneficjentem tego, jak Europejczycy wykroczyli poza etnonacjonalistyczne koncepcje swojej tożsamości. Moja rodzina to niemieccy Żydzi. Byliśmy największymi ofiarami Europy, która popadła w tego rodzaju etnonacjonalistyczną wizję świata. Bardzo cenię sobie fakt, że w wielu krajach europejskich ludzie promują tożsamość obywatelską, a nie etniczną, i stawiają demokrację w centrum swojego poczucia tożsamości. Teraz czeka nas wielka walka o obronę tych wartości, wartości otwartego społeczeństwa, tej znacznie bardziej obywatelskiej koncepcji naszej tożsamości, i powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby stawić czoła tym wyzwaniom w Europie.
Uważam również, że dobrze jest wierzyć w prawa człowieka na arenie międzynarodowej. Nie sądzę, aby prawa człowieka powinny zależeć od koloru skóry czy miejsca urodzenia. Istnieje wiele różnych sporów na ten temat, ale prawa są konstruktami politycznymi wynikającymi z szeregu relacji władzy i są one zdobywane w konkretnych kontekstach politycznych. Różne kraje i różne części świata będą prowadzić swoje debaty w różnym tempie, a wiele praw, które cenimy, oraz konkretna równowaga między nimi są w dużym stopniu zależne od innych kwestii i są ściśle związane z naszą historią.
Prawa te są bardzo podatne na zagrożenia i są one podważane w wielu krajach europejskich; widzieliśmy to na Węgrzech, a także w Polsce. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką musimy zrobić, jest podjęcie walki o te prawa w naszych społeczeństwach, gdzie dysponujemy środkami do tego niezbędnymi, i próba ich ochrony. W 2005 roku napisałem książkę zatytułowaną „Why Europe Will Run the 21st Century” („Dlaczego Europa będzie rządzić XXI wiekiem”), która miała charakter bardzo uniwersalistyczny. Obecnie zdaję sobie sprawę, że było to prawdopodobnie błędem. Musimy zrozumieć nie tyle, że są to złe prawa i że inni ludzie niekoniecznie ich pożądają, ale że w świecie, w którym władza jest znacznie bardziej rozproszona, powinniśmy być może przyjąć bardziej eksceptacjonistyczną postawę, zdając sobie sprawę, że istnieje zestaw praw i norm, które wyłoniły się z trudnych zmagań w naszych własnych społeczeństwach, i powinniśmy starać się je chronić i utrzymać.
Możemy pomagać ludziom w innych częściach świata i możemy się za czymś opowiadać, ale nie mamy takiej samej legitymacji, by mówić innym, jak mają żyć, jak mamy, domagając się praw dla samych siebie. Dlatego powinniśmy zacząć od tego, by spróbować urzeczywistnić te prawa w kontekście europejskim i być nieco bardziej pokornymi w naszych relacjach z innymi częściami świata. Nie oznacza to, że nie powinniśmy zabierać głosu w różnych sprawach, ale nie sądzę, byśmy powinni stawiać się w sytuacji, w której sprawiamy wrażenie, że uważamy się za moralnych arbitrów, którzy mogą decydować, co jest dobre, a co złe oraz co jest ważne dla innych.
Niniejszy podcast został wyprodukowany przez Europejskie Forum Liberalne we współpracy z Movimento Liberal Social i Fundacją Liberté!, przy wsparciu finansowym Parlamentu Europejskiego. Ani Parlament Europejski, ani Europejskie Forum Liberalne nie ponoszą odpowiedzialności za treść ani za jakiekolwiek wykorzystanie niniejszego podcastu.
Podcast jest dostępny także na platformach SoundCloud, Apple Podcast, Stitcher i Spotify
Z języka angielskiego przełożyła dr Olga Łabendowicz
Czytaj po angielsku na 4liberty.eu