Gdzie liberalizm dbał o wolność jednostki i usiłował postawić ją poza obrębem wpływów nakazowych innych ludzi, czyniąc panem własnego życia osobistego, tam demokracja usiłowała wpleść tę samą jednostkę w kolektyw obywateli współdecydujących o sprawach rzekomo wspólnych i ustanowić prawo liczebnie silniejszych do kwestionowania owego władania jednostek nad swoimi życiorysami.
Wbrew mocno ugruntowanym dzisiaj pozorom, związki liberalizmu z demokracją nie są oczywiste i bezproblemowe. Nie trzeba nawet przywoływać zamierzchłych epok z historii politycznej, gdy w XIX w. europejscy liberałowie po ustanowieniu powszechnego prawa do udziału w wyborach się sprzeciwiali, zaś liberałowie amerykańscy opierali swoją młodą i rzekomo demokratyczną republikę na systemie konstytucyjnym umyślnie biorącym demokratyczny żywioł w cugle kolegiów elektorskich, reprezentacji stanowych, niezależnego sądownictwa i systemu checks & balances. Przełom tocquevillowski, w postaci ogłoszenia modelu demokracji liberalnej z władzą większości ludu ograniczoną wieloma bezpiecznikami systemowymi, stworzył tylko chwiejny modus vivendi pomiędzy liberalizmem a demokracją, których cele pozostały odrębne, a miejscami konkurencyjne. Gdzie liberalizm dbał o wolność jednostki i usiłował postawić ją poza obrębem wpływów nakazowych innych ludzi, czyniąc panem własnego życia osobistego, tam demokracja usiłowała wpleść tę samą jednostkę w kolektyw obywateli współdecydujących o sprawach rzekomo wspólnych i ustanowić prawo liczebnie silniejszych do kwestionowania owego władania jednostek nad swoimi życiorysami. Konflikt o zasięg demokratycznego władztwa pozostał na stałe wmontowany w debatę o demokracji i jest w gruncie rzeczy nieprzezwyciężalny. Generalnie strona sporu najczęściej będąca w matematycznej większości preferuje demokrację, a strona przeciwna woli liberalizm. Być może to dlatego w USA liberalizm osadził się raczej na lewicy, zaś we Francji na prawicy.
Jednak nie tylko podatność na pokusy dyktatorskie demokracji budzi u liberałów niepokój. Problemem drugim jest jej swoista infantylność w postaci podatności na popieranie irracjonalnych rozwiązań, uporczywe trwanie przy nich, niezdolność do refleksji i korekty błędnych założeń oraz brak zdolności zaakceptowania konsekwencji niefortunnych decyzji, czy nawet rozpoznania ich jako przedmiot własnej odpowiedzialności. Demokracja to wielkie dziecko, które histerycznie żąda niedostępnych rzeczy, dopuszcza się brawury, próbując je mimo wszystko uzyskać, a następnie obarcza winą za opłakane skutki ofiarnego kozła.
Chłodno kalkulujący liberałowie, będąc świadomi popędów tego dziecka i przypisując sobie rolę jedynych dorosłych w pokoju, postanowili więc nie tylko ograniczyć potencjał władczy demokracji, ustanawiając konstytucyjne bariery dla władzy ustawodawczej i wykonawczej, ale także do minimum ograniczyć w państwie sferę realnych działań polityków. Najbardziej podstawowym narzędziem okazały się sądy władne nie tylko obalać irracjonalne ustawy i rozporządzenia owładniętych demokratycznym popędem polityków, ale od pewnego momentu najzwyczajniej zdolne tworzyć prawo. W USA jest dzisiaj jasne, że to sądy, a nie Kongres, są w największym stopniu zdolne tworzyć i modyfikować prawo poprzez precedensy i linie orzecznicze. W Polsce to sądy wprowadziły możliwość rejestrowania małżeństw homoseksualnych. Sądy zaś są obsadzane w sposób pozademokratyczny. Wyborca nie ma nic do powiedzenia w sprawie obsady sądu, nie można sędziów usunąć, a wymogi merytoryczne eliminują większość ludzi z możliwości kandydowania na te urzędy.
Drugim ostrym narzędziem zabranym z rąk demokratycznego oseska są banki centralne i rady polityki pieniężnej. Są one narzędziem wyjątkowo dla dzieci niebezpiecznym, którym łatwo można zrobić sobie krzywdę, a przy tym jednak niestety wyglądają bardzo atrakcyjnie, wobec czego pokusa zabawy nimi jest wielka. Czyż demokratyczna większość byłaby w stanie oprzeć się przegłosowaniu dodruku każdemu takiej góry pieniędzy, jakiej tylko sobie zażyczy? Odebranie wyborcy wszelkiego wpływu na politykę monetarną, a poprzez limity długu częściowo także na politykę budżetową państwa, to zabieg konieczny, aby uchronić demokracje przed samoaplikowanym sobie kryzysem finansowym.
W końcu, po trzecie, jest to, co zwolennicy demokratycznej insurekcji spod znaku MAGA ochrzcili w USA mianem deep state. To stojąca na straży stabilności, przewidywalności, ciągłości i po prostu przetrwania państwa masa urzędnicza, stawiająca opór partyjnym nominatom na stanowiskach ministrów i wiceministrów, gdy tylko uzna, że ich działania wykazują się brakiem rozsądku i odpowiedzialności za państwo, a służyć mają wyłącznie krótkoterminowym interesom partyjnego elektoratu. To ściana, ze zderzenia z którą żywioł demokratyczny rzadko kiedy wychodził zwycięsko.
Zgodziwszy się na hybrydową formułę liberalnej demokracji, ośrodki liberalne – bez zbędnego rozgłosu – przystąpiły do dalszego tamowania naporu demokratycznego żywiołu, wyjmując maksymalnie dużą liczbę zwłaszcza newralgicznych domen państwa poza obręb logiki demokratycznego decydowania, a więc poza obręb realnej polityki. W ten sposób zrodziła się technokracja, model rządzenia opartego na orientacji na założone cele strategiczne i racjonalizacji/optymalizacji środków wdrażanych dla ich osiągania. Model w oczywisty sposób odmienny od dynamiki demokratycznej, odrzucający „listy życzeń” wyborców, pobłażliwie pomijający programy partyjne, wykazujący politykom niemożliwość ich postulatów i skłaniający ich do ich porzucania, „tłumaczący” najsilniej forsowane postulaty świata polityki na własny język, aby je modyfikować, temperować, kanalizować, inkorporować, neutralizować, a nawet symulować ich wdrażanie. Krucha wiara w możliwość trwałego uzyskania poparcia większości dla racjonalnej polityki, niska ocena moralnych kręgosłupów postaci polityki i dominująca nad tym wszystkim troska o utrzymanie państwa na bezpiecznym kursie omijania kryzysowych raf, raz po raz parła wielu liberałów ku technokracji i oddalała ich od przestrzeni politycznego sporu idei.
W tym postępowaniu liberałowie widzieli się utwierdzeni za każdym razem, gdy na różne państwa spadały wielkie polityczne czy gospodarcze kryzysy. Jak trwoga, to do Boga, lecz wobec braku możliwości zaangażowania Boga w prozaiczne sprawy polityczne, trwoga nader często prowadziła do rozwiązań technokratycznych. Gdy kryzys sprokurowany działaniami podążających za zewem demokratycznych oczekiwań polityków stawał się zbyt głęboki, rzucali oni niekiedy ręcznik na ring i nagle ochoczo oddawali swoje ministerialne fotele ekspertom spoza świata polityki. Chyba żaden inny przypadek nie ilustrował tego zjawiska bardziej dosadnie aniżeli oddanie dwukrotnie w latach 1970-72 sterów premierostwa Finlandii Teuvo Aurze, który w obu przypadkach budował gabinety złożone z tzw. bezpartyjnych fachowców („straż pożarna Aury”), lecz sam posiadał polityczny background, reprezentując fińską partię… liberalną (posiadającą szczątkowy klubik w parlamencie). Oczywiście bardziej niedawne przykłady obejmują gabinety eksperckie Mario Montiego i Mario Draghiego w borykających się z fatalnym stanem finansów państwa Włoszech czy rząd Lukasa Papademosa w Grecji obciążonej narobionymi przez polityków długami.
W końcu jednak ludowa strona demokratycznej gry przejrzała liberalne sztuczki. Od kilkunastu lat przez wszystkie przypadki odmieniamy „kryzys liberalnej demokracji”, aczkolwiek demokracja w zasadzie nie jest w kryzysie. Przeciwnie, im bardziej poparcie społeczne dla skrajnie prawicowych populistów rośnie, tym bardziej politycy ci i ich wyborcy stają się zwolennikami demokracji. Kryzys niewątpliwie dotyczy natomiast wszystkich liberalnych elementów politycznego ustroju państw Zachodu, a więc wszelkich ograniczeń dla prostych, arytmetycznych rządów większości.
Jednym z ogniw kryzysu liberalnego aspektu demokracji jest nieufność, aby nie powiedzieć „nienawiść” wobec elit. Wyrastająca z dość tradycyjnego pnia, jakim była istniejąca w zasadzie od zawsze zawiść wobec elit w sensie majątkowym, obecnie nienawiść wobec elit całkowicie zmienia charakter. Wraz z przejęciem żywiołu ludowego gniewu przez prawicę z rąk lewicy, razić przestaje pieniądz w rękach elitarnych, dzisiaj rażące są wiedza i intelekt. Niechęci nie budzi multimiliarder Elon Musk, nie dopóki paraduje publicznie w czapeczce i struga przysłowiowego „wioskowego głupka”. Niechęć budzą natomiast profesorowie uniwersytetów, eksperci naukowi, autorzy analiz, pisarze, publiczni intelektualiści i doświadczeni urzędnicy państwowi. Technokratyczne wodzenie za nos demokratycznych popędów przez wiele dziesięcioleci niewątpliwie należy do ogniw współczesnego wypowiedzenia posłuszeństwa elicie intelektu, aczkolwiek zapewne jeszcze większą rolę odegrała rewolucja informacyjna i wykwit pseudowiedzy w postaci influencerów oraz piewców teorii spiskowych. Mądrość rządzenia przestała stanowić dla demokratycznych wyborców istotne kryterium wybierania. Nadmierna mądrość raczej szkodzi wizerunkowi polityków. Oczekuje się od nich coraz częściej autentycznej lub pozorowanej głupoty, brawury, prowokacyjnej pewności siebie i niezważania na następstwa posunięć. Oczekuje się upodobnienia dla przeciętnego obywatela, oczekuje się „de-elityzacji”.
Pierwotne założenie liberałów, aby bronić stabilności państw i gospodarek przed wzburzonymi i nieprzewidywalnymi morzami demokracji za pomocą środka technokratycznego mogło być zasadne. Rzeczywiście elity intelektualne i eksperckie długo budziły wśród obywateli zaufanie większe od trybunów ludowych i innych polityków, a powoływanie rządów „technicznych” w sytuacjach kryzysowych przyjmowano zwykle z poczuciem ulgi i nadzieją. Wraz ze „zmianą pogody” wokół elit intelektualnych nie sposób uniknąć pytania, czy błędem liberałów nie okazuje się obecnie nadmierne zainwestowanie w technokratyczny model zarządzania polityką. Do jakiego stopnia wskazywanie na ekspercki werdykt jako instancję rozstrzygającą w ostateczny sposób spory polityczne i ideowe nie okazuje się aktualnie brzemiennym w negatywne skutki unikiem liberałów przed toczeniem owych sporów w pełni, przed stawianiem wartości przeciwko wartościom, idei przeciwko ideom? Czy liberalne stanowisko i liberalne ujęcie zasad polityki nie ucierpiały w społecznym postrzeganiu wskutek tego, że zamiast stawać na ubitym polu do boju z konkurencją, ubijały idee konkurencji w zakulisowych meandrach stosowanego „imposybylizmu”? Czy stawianie matematyki ponad ideę polityczną nie okazało się w końcu nużące? Czy jeśli dzisiaj liberalne programy budzą nieufność, to nie aby dlatego, że nie są wiązane z wiarą ich proponentów w nie same, a z podstępem swoistej dywersji i zaprowadzaniem ich bocznymi ścieżkami?
Z punktu widzenia współczesnego stanu polityki wątpliwa wydaje się nawet koncentracja na rezultatach, przez tak długi czas będąca jednak przecież fundamentem racjonalizmu w polityce. Kolejnym pokoleniom nie tylko liberałów oczywistym wydawało się, że ostatecznym kryterium oceny podjętych działań politycznych są mierzalne skutki lub poziom satysfakcji obywateli w odpowiednio rozsądnej, dłuższej perspektywie. To stąd brał się impuls, aby demokratycznemu dziecku podbierać groźne zabawki i prowadzić w kierunku co prawda innym niż by chciało, ale ku wynikom, z których samo będzie bardziej zadowolone, nawet jeśli tego otwarcie nie przyzna.
Tymczasem współczesna polityka w coraz mniejszym stopniu ogląda się na rezultaty. Wyborcy uznali, że jutro nigdy nie nadejdzie, a polityka to teatr wyłącznie czasu teraźniejszego. Nie liczą się ciągi przyczynowo-skutkowe, liczy się wyłącznie spektakl. Liczą się aktualne „zwycięstwa”, obojętnie jakie koszty przyniosą. Liczy się ogłaszanie sukcesów, a nie ich mierzenie i faktyczne zachodzenie. Liczy się „zaoranie” przeciwnika, a nie treść słów użytych w tym celu. W polityce wysokie oceny zyskuje zdolność przepełnienia wyborców splotem pozytywnych uczuć w czasie rzeczywistym, a nie zaprojektowanie wieloetapowej strategii realizowania zadań. Liczy się kreślenie zamierzeń, ich realizacja jest bez znaczenia. W tym środowisku droga technokracji jest drogą ku klęsce.
Co więcej, liberalizm stracił swoisty monopol na merytokrację. Po krótkim okresie wojny wypowiedzianej przez ludowy ruch MAGA i jego europejskich naśladowców wszelkich formom deep state czy „Katedry” (elitom intelektualnym), w którym mogło się wydawać, że oto mamy do czynienia z rzeczywistym powstaniem społecznych dołów przeciwko „jajogłowym” szczytom, stało się jasne, że Pareto i tym razem będzie mieć rację, jako że rewolta MAGA jest starciem elity z elitą na plecach ludu. Następne kroki ustrojowej rewolucji w czasie po Trumpie już są projektowane przez nowe korporacyjne elity, łączące potęgę największych fortun współczesnego świata z kolosalną przewagą technologiczną nad resztą ludzkości. To oni chcą zastąpić intelektualistów i ekspertów w roli twórców nowego ładu, w którym demokratyczna będzie tylko fasada. A za nią realna władza o dyktatorskich rozmiarach ma przypaść nowej elicie merytokratycznej, a więc dysponującej kluczową wiedzą w realiach XXI w. Ci ludzie już dostrzegli w sobie samych „najcenniejsze jednostki” i przyznali sobie „naturalne prawo” do zarządzania światem. Ich ideologiczny model stanowi nowatorski mix libertarianizmu z reakcyjnym faszyzmem, ale jego praktyka zarządzania i rekrutacji będzie z gruntu technokratyczna i elitarna. Z łona MAGA wyrasta stwór podobny do tego, do zwalczania którego MAGA się zrodziło. Pokonawszy liberalnych technokratów, lud Trumpa wyniesie do władzy technokratów zrodzonych w środowisku big tech? I przyjmie ze spokojem to, że w miejsce elity traktującej lud jako mało pojętne dziecko pojawi się nowa elita traktująca go jako zagrożenie, zbyteczny balast i „biomasę” wymagającą kontroli, ucisku i pozbawienia praw?
Potencjalne wpadnięcie przez nową prawicę w pułapkę własnego elityzmu może być dla liberalizmu szansą na odwrócenie logiki ideologicznego starcia. Po raz pierwszy od z górą stu lat pojawiają się warunki nakreślenia liberalizmu jako idei ludowej, będącej w stanie rezonować szeroko wśród mas społecznych. Nie tylko z tego prostego powodu, że przysłowiowi Peter Thiel, Elon Musk, Jeff Bezos czy Sam Altman lada moment okażą się wspólnymi wrogami liberałów i ludu, a nic nie zbliża do siebie ludzi bardziej niż wspólne zagrożenie. Postulaty uszkodzenia ich modeli biznesowych czy obarczenia ich majątków kolosalnymi zobowiązaniami wobec wspólnoty będą szybko zyskiwać na popularności.
Jednak u swoich podstaw liberalizm jest dzisiaj w gruncie rzeczy katalogiem bardzo popularnych społecznie idei i postulatów – być może tak bardzo popularny jak dzisiaj nie był nigdy poza końcówką XIX w. Niepopularny jest sam label, ale nie liberalne idee. Wolność osobista, możliwość wyboru szkoły czy zawodu, partnera, miejsca zamieszkania, wolność wypowiadania się na tematy polityczne i społeczne, wolność wyznania i sumienia, prawo do podróżowania, zasada „żyj i pozwól żyć innym”… Jeśli wyjąć poza nawias kwestie migracji, wszystkie kluczowe idee liberalne znajdują dzisiaj poparcie większości – bardzo często są to wartości podzielane także przez wyborców skrajnej prawicy, a politycy z tego narożnika nierzadko wprost wartości liberalnych bronią. Skoro tak, to może czas zerwać z elitarnym myśleniem oraz przezwyciężyć strach wobec werdyktów większości i przyjąć, że liberalizm (pod inną nazwą) jest dzisiaj ideą ludową? Pozwolić, aby w pułapkę elityzmu wpadła teraz libertariańska prawica i obserwować, jak jej trup spływa najbliższą rzeką?