Mój dziwny kraj i jego dziwna religia :)

Spróbuję spojrzeć na Polskę i jej religię oczami kogoś zupełnie bezstronnego – niebędącego Polakiem, niebędącego katolikiem, ale nieuprzedzonego, choć i nieszczególnie życzliwego – ani Polsce, ani katolicyzmowi. Jeśli sprzeniewierzę się temu, czyli napiszę tu coś stronniczego, to przegrałem. Proszę jednak nie mylić stronniczości z brakiem życzliwości. Życzliwość nie jest moim obowiązkiem (bo mogę być obojętny, jakkolwiek powinienem doszukiwać się u ludzi raczej dobrej niż złej woli); bezstronność zaś – owszem.

Polska jest państwem wyznaniowym

Polska jest krajem katolickim, jakkolwiek jej mieszkańcy na ogół nie uważają, aby była państwem wyznaniowym. Faktycznie, poza zapisami o wartościach chrześcijańskich (ludzie rozumieją przez to na ogół wartości Dekalogu, tysiąc lat od chrześcijaństwa starszego – ale trudno, aby naród nazywał swój matecznik aksjologiczny „wartościami żydowskimi”) w niewielu ustawach nie ma formalnoprawnych potwierdzeń wyznaniowego charakteru państwa.

Zwykle jednak, mówiąc „państwo wyznaniowe”, mamy na myśli nie tyle istnienie takiego zapisu w konstytucji, lecz pewne fakty – takie jak uprzywilejowana pozycja prawna i fiskalna pewnej organizacji religijnej, finansowanie praktyk religijnych i nauki religii ze środków publicznych, stałą obecność symboliki religijnej w ceremoniale państwowym i w budynkach publicznych oraz obecność doktryn religijnych w oficjalnym dyskursie władz państwowych, wreszcie tak daleko posuniętą niezależność dominującej instytucji religijnej od państwa, że nie ma ono możliwości kontrolowania jej działalności i finansów, tak jak kontroluje ono działalność i finanse wszystkich innych organizacji. Jeśli jakieś państwo spełnia wszystkie lub prawie wszystkie te warunki, jest „państwem wyznaniowym”.

Rzecz jasna, Polska spełnia wszystkie te warunki, a nawet więcej: oprócz wszechobecności religii katolickiej w oficjalnym życiu państwa polskiego, obfitego finansowania przez państwo Kościoła i nauczania religii w szkołach, oprócz przywilejów fiskalnych i ubezpieczeniowych, radykalnego uprzywilejowania (wraz z innymi Kościołami i związkami wyznaniowymi) w reprywatyzacji – Kościół nie może być w Polsce przedmiotem bezpośredniej krytyki, wyjąwszy media niszowe. Nie wynika to z żadnych zapisów, ale ze starannej autocenzury mediów, a nawet autorów. Nie ma mowy o krytyce nie tylko doktryn katolickich (zwanych zwykle Nauczaniem), lecz także biskupów (wyjątkiem są sprawy o pedofilię), nie mówiąc już o papieżu. Postać papieża, a nawet biskupa nie pojawia się nawet w programach satyrycznych. Odwrotnie zaś – jak najbardziej – poglądy z katolicyzmem sprzeczne lub mu niechętne – publicznie potępiane są w jak najostrzejszych słowach ocierających się o język nienawiści, by wspomnieć znaną inwektywę „cywilizacja śmierci”, z grubsza obejmującą współczesną kulturę życia publicznego i kulturę prawną społeczeństw liberalnych.

W normalnym sensie, w jakim bezstronni ludzie używają określenia „państwo wyznaniowe”, Polska jest więc bezspornie takim państwem. Nie próbuje się zresztą specjalnie tego maskować. Krzyże wiszą w sejmie, w pałacach władzy znajdują się katolickie kaplice, religia jest jednym z głównych przedmiotów nauczania w szkołach (jedna, a częściej dwie lekcje w tygodniu od przedszkola do matury dla ok. 80–90% uczniów), Kościół hojnie obdarzany jest gruntami i budynkami. Programy katolickie i propagujące katolicyzm (łącznie z krzewieniem wieści o cudach) w ogromnej liczbie nadawane są przez media publiczne, księża obecni są na wszelkiego rodzaju uroczystościach publicznych i proszeni o opinie we wszystkich sprawach (ciekawostka osobista: nigdy nie uczestniczyłem w programie telewizyjnym, do którego nie zaproszono by księdza). Pisma Jana Pawła II, przypominające te czy inne fragmenty doktryny katolickiej, traktowane są jak wyrocznia, z którą dyskusja jest niemożliwa, sama zaś postać papieża Polaka jest przedmiotem masywnego, nieznającego chyba żadnych granic kultu państwowego (w takiej skali nieobecnego w Polsce od czasów Józefa Piłsudskiego, choć jeszcze chyba większego – bo Stalina i Bieruta jako postacie zbrodniczego reżimu komunistycznego z porównań wyłączam). Co gorsza, prawie nikt nie ma dość odwagi na to, by powiedzieć głośno „kultowi jednostki stop!”, by sprzeciwić się nazwaniu imieniem Jana Pawła II kolejnej ulicy, szpitala czy szkoły. Swoją drogą, zwykle przywódcy nie lubią, gdy stawia się im za życia pomniki i oponują przeciwko temu. Pomniki takie nie sytuują ich bowiem w dobrym towarzystwie. Z Janem Pawłem II było jednak inaczej – nie tylko nie oponował (gdyby był to uczynił, z pewnością zastosowano by się do jego zalecenia), lecz także przychylnie patrzył na rosnący kult swojej osoby. Dla postronnego, nieuprzedzonego obserwatora nie jest to fakt zachęcający do katolicyzmu ani budzący szacunek. Warto pamiętać, że gdy w XVI w. zaczęto stawiać pomniki żyjącym papieżom, stało się to jedną z pobudek dla ruchu reformacji.

Trzeba w tym miejscu przyznać, że skrajnym przejawem ustroju państwa wyznaniowego jest istotny udział instytucji religijnej w stanowieniu prawa oraz w codziennym życiu politycznym, co w Polsce nie jest rutyną. Pomijając kwestię statusu prawa kanonicznego na terenie Rzeczpospolitej, o czym będzie jeszcze mowa, można wręcz powiedzieć, że w Polsce udział ten ograniczony jest tylko do kwestii bezpośrednio interesujących, z takich czy innych powodów, Kościół katolicki. Trudno wszelako sobie wyobrazić, by jakieś życzenie Kościoła w zakresie stanowienia prawa, a zwłaszcza prawnych gwarancji przywilejów kościelnych (odszkodowania za utracony majątek, reprywatyzacja, przywileje podatkowe, ubezpieczeniowe itd.), nie zostało przez władzę ustawodawczą uwzględnione. Co najwyżej w niektórych spornych przypadkach ustawodawstwo po prostu się nie rozwija, gdyż Kościół sobie tego nie życzy. Tak jest w dziedzinie bioetyki, w której przyjmowanie bardziej szczegółowych regulacji mogłoby oznaczać coś więcej (tj. jakieś bardziej elastyczne i różnicujące ujmowanie rzeczywistości) niż bezwzględne zakazywanie takiej czy innej praktyki potępianej przez Kościół.

Jeśli zaś chodzi bezpośrednio o uprawianie polityki przez Kościół (co jest typowe dla państw wyznaniowych, jakkolwiek samo w sobie bynajmniej naganne nie jest), to przynajmniej raz po 1989 r. Kościół odegrał rolę kluczową, a jednocześnie negatywną. Stało się tak w roku 2005, kiedy to w kurii warszawskiej, pod patronatem Kościoła, przed kamerami kościelnej telewizji, zawarto koalicję PiS-u z organizacjami, które trudno było podejrzewać o szczególne cnoty chrześcijańskie.

Wyznaniowy charakter państwa wiąże się jednak przede wszystkim z oficjalnym uznaniem przez państwo Kościoła katolickiego za niekwestionowany autorytet moralny, z którego stanowiskiem się nie dyskutuje. Bezstronny obserwator bardzo się dziwi zwłaszcza temu, że duchowni katoliccy z wyjątkowym upodobaniem i nader często komentują zagadnienia życia rodzinnego i seksualnego, w których to dziedzinach z zasady i z wyboru mają jak najmniejsze doświadczenia osobiste. Jan Paweł II napisał nawet książkę z zakresu seksuologii, w której we wstępie tłumaczy, że wprawdzie nie ma doświadczeń własnych, ale ma wiedzę pochodzącą ze spowiedzi. Broni się tam tezy, że kochanie się z kobietą, która nie jest własną żoną, narusza jej godność i oznacza traktowanie przedmiotowe (tzn. prawdopodobnie na podobieństwo rzeczy). Podobnie zdumiewające teorie są przez katolików głoszone w odniesieniu do innych spraw płci, np. homoseksualizmu. W polskich szkołach naucza się (na lekcjach religii), że czynny homoseksualizm jest „nieładem” (jest to bodajże eufemizm oznaczający „grzech”), i osoby o takiej seksualności powinny się powstrzymać od uprawiania miłości. Być może powstrzymywanie się od seksu jest dla duchownych betką, ale dla większości ludzi nie – przeto, jak zresztą dobrze wiadomo z psychologii, wzbudzanie w dzieciach poczucia winy w związku z homoseksualizmem i odwodzenie od życia płciowego szkodzi ich samopoczuciu i rozwojowi psychoseksualnemu. Tylko w państwie wyznaniowym możliwe jest, by za pieniądze państwa w szkołach publicznych uczyć dzieci, że homoseksualizm jest złem. W tych samych szkołach – z uwagi na znaczenie, jakie mają w nich księża oraz z powodu ogólnie panującej pokory w stosunku do Kościoła katolickiego – nie naucza się prawie wcale o rzeczach tak ważnych, jak pochodzenie i dzieje religii. Trudno też wyobrazić sobie otwarte mówienie (czy to w szkołach, czy to w mediach) o najciemniejszych stronach historii Kościoła, chyba że w kontekście umniejszania ich znaczenia.

W ogólności zadziwia występowanie Kościoła w roli autorytetu moralnego. Przecież Kościół katolicki nie brał udziału, a często gwałtownie przeszkadzał w rewolucji moralnej, która w ciągu ostatnich 250 lat nauczyła nas, że złem jest przemoc fizyczna, a dobrem są: równość, wolność i swobody polityczne, demokracja i jawność życia publicznego. Współczesny Kościół popiera wprawdzie wolność słowa, demokrację itp. wynalazki liberalne, ale czyni to jako spóźniony maruder po wielu latach burzliwego ich zwalczania. Czy to jest pozycja, z której wypada wchodzić w buty autorytetu i mentora moralności publicznej? Podobnie ma się sprawa z przywilejami, z których korzysta Kościół. Czy wypada występować w roli autorytetu publicznego instytucji, która godzi się na status ekonomicznego i prawnego uprzywilejowania, a więc na przykład na ustawowe pierwszeństwo w procesie reprywatyzacji (a kto wie, czy się go wręcz nie domaga), korzystając z dobrodziejstwa całkowitego zadośćuczynienia, podczas gdy osoby prywatne – zgodnie z duchem prawa i nauką chrześcijańską stojące przed każdą instytucją i mające pierwszeństwo przed nimi w kolejności wyrównywania krzywd – nie korzystają z podobnego dobrodziejstwa wcale?

Czy Polska naprawdę jest tak bardzo katolicka?

W myśl doktryny katolickiej należy żyć skromnie i w czystości. Nie wolno się rozwodzić i należy mieć sporo dzieci. Niedozwolone są: aborcja, antykoncepcja i nieskromne zachowanie, pijaństwo zaś jest bardzo ciężkim grzechem. Trudno jednak znaleźć kraj, gdzie tak wiele kobiet pokazuje publicznie brzuchy, a seksualność tak wyziera z każdego kąta. W niewielu krajach jest tyle nierządu, aborcji i pijaństwa. Mało gdzie moralność publiczna stoi tak nisko, a przestrzeń publiczna tak bardzo narażona jest na chuligańską dewastację. W niewielu krajach włóczą się po nocach pijane i rozwrzeszczane hordy, burdele mnożą się w najmniejszych nawet miasteczkach, a cokolwiek zostanie na ulicy lub w parku postawione, niezawodnie zostanie za jakiś czas zniszczone. Kto był w Skandynawii albo w Korei wie, jak wielka może tu zachodzić różnica w poziomie moralności publicznej, i to właśnie rozumianej tak, jak rozumieją to katolicy – w dość ścisłym związku z kwestią czystości i skromności.

Jeśli „bycie katolikiem” oznacza przestrzeganie nakazów moralności katolickiej, to z pewnością katolickość Polski pozostawia wiele do życzenia. Wiemy wszelako, że w odróżnieniu od paru innych religii katolicyzm nie wyklucza, aby grzesznik nadal pozostawał wyznawcą. Trzeba więc jakoś węziej zakreślić kryteria bycia katolikiem. Sądzę, że roztropnie będzie uznać za katolika kogoś, kto, po pierwsze, jest ochrzczony w Kościele katolickim, po drugie, ma pewne niewielkie choćby pojęcie o doktrynie katolickiej, a po trzecie, co najmniej czasami uczestniczy w nabożeństwach.

Faktem jest, że warunek pierwszy spełnia ogromna większość Polaków. Bywa to nawet postawą do głoszenia tezy, jakoby 90% Polaków była katolikami, jak gdyby zapomniano, że do chrztu zwykle nie idzie się z własnej woli. Znacznie gorzej jest z drugim warunkiem. Z moich doświadczeń nauczyciela filozofii wynika, że ogromna większość młodzieży nie zna podstawowych dogmatów katolickich, chociaż uczyła się religii przez wszystkie lata szkoły, nie mówiąc już o słuchaniu kazań. Ci sami młodzi ludzie nie przejawiają też zwykle żadnej gotowości do podporządkowywania się wezwaniom Kościoła w zakresie życia prywatnego, np. powstrzymywania się od seksu przedmałżeńskiego, życia w związkach homoseksualnych czy stosowania antykoncepcji. Nie posiadają żadnej wiedzy o Biblii, nie słyszeli o doktorach Kościoła, a tym bardziej nie wiedzą, jakie są ich poglądy. Nie mają też zwykle żadnego pojęcia o etyce Kościoła katolickiego, wyjąwszy to, że słyszeli wiele razy o godności i „prawie do życia od poczęcia do naturalnej śmierci”. Jeśli chodzi o kryterium trzecie, to faktycznie spełnia je bardzo wielu Polaków. Chodzenie do kościoła na mszę uważają oni jednak zwykle za rytuał społeczny, czyli obyczaj, a więc ich religijność jest raczej kulturowa niż autentyczna. Do tych utartych obyczajów należy również chrzczenie dzieci, stąd nawet osoby obojętne religijnie zwykle dzieci swoje chrzczą, utrzymując w ten sposób tak wysoki odsetek formalnych katolików w społeczeństwie.

Stosując wymienione rozsądne kryteria, należy uznać, że w Polsce jest wielu katolików, jakkolwiek zapewne nie jest to większość społeczeństwa, a na pewno nie jest to większość wśród młodzieży. Daleko nam do tego stopnia katolickości, którym poszczycić się mogą niektóre kraje Ameryki Łacińskiej, a w Europie Malta i Irlandia. Zapewne zresztą osób religijnych będzie w Polsce ubywać, bo takie są tendencje w świecie zachodnim. Na przykład w sąsiednim społeczeństwie czeskim religijność jest marginalna, co zresztą nie powoduje żadnego ubytku w moralności Czechów, a wręcz, zważywszy wyżej wspomniane aspekty życia moralnego, nasi południowi bracia stoją od nas wyżej.

Inna rzecz, że polski katolicyzm jest zupełnie czymś innym niż katolicyzm w takiej na przykład Europie Zachodniej. Dla katolików z Zachodu nie tylko „integryzm” pewnych odłamów polskiego Kościoła, nacjonalizm i ksenofobia, lecz także takie rzeczy jak zbieranie pieniędzy na tacę i nierozliczanie się z nich przed wiernymi albo wycieczki przeciwko homoseksualistom i liberałom są po prostu egzotycznym anachronizmem godnym politowania. (Mam takie wspomnienie: katolicki ksiądz z Australii, bioetyk, mówi do mnie: „Proszę mi łaskawie wybaczyć, jeśli okaże się, że uległem jakimś przesądom i uprzedzeniom, ale słyszałem, że w Polsce w kościołach rzuca się pieniądze na tacę. Czy to może być prawda?”).

O co chodzi w chrześcijaństwie?

Dla osób postronnych i nieuprzedzonych chrześcijaństwo jest bardzo osobliwą religią. Dziwną przede wszystkim dlatego, że nader trudną do zrozumienia, a jednocześnie tak bardzo pewną swych racji, że gotową krzewić się wśród wszystkich ludów kosztem śmierci ich lokalnych wyznań i kultów, jak to stało się i u nas w późnym średniowieczu, gdy rodziła się i krzepła katolicka Rzeczpospolita.

Może najtrudniej zrozumieć niekatolikom, że chrześcijanie oddają cześć boską człowiekowi (Jezusowi), twierdząc jednocześnie, że Bóg jest jeden i że jest niecielesny. Prawdę mówiąc, twierdzą nawet więcej niż to, że pewien człowiek jest Bogiem, lecz że Bóg jest jednością w aż trzech osobach. Ta jedność jest doskonała i absolutna, a ta troistość nie mniej przez to prawdziwa i rzeczywista. Trudno zrozumieć tę tezę i dlatego przedstawiana jest ona wyznawcom jako tajemnica wiary. Inna trudna do zrozumienia rzecz znowu wiąże się z postacią Jezusa. Wyznawca musi zrozumieć, że Jezus był Chrystusem, czyli zapowiadanym w Biblii Mesjaszem, choć przecież żadna odnowa i wybawienie Żydów ani innych narodów wraz z Jezusem ani po jego śmierci bynajmniej nie nastąpiło. Co więcej, chrześcijanie wierzą, że Jezus umarł na krzyżu dla odkupienia win ludzkich wobec Boga, co zakłada, że nieskończenie doskonały Bóg zdolny jest do odczuwania cierpienia i że dla wybaczenia ludziom grzechów sam (bo Jezus jest Nim samym – Synem w jedności z Ojcem) musi siebie przebłagać i złożyć sobie samego siebie w ofierze.

Wiemy, że teologowie tłumaczą te osobliwości wiary na różne sposoby (niektóre nawet znam), ale faktem jest, że zwykli wyznawcy najczęściej nic o tych wyjaśnieniach nie wiedzą. Tym bardziej mają prawo dziwić się postronni, którzy stają wobec osobliwości chrześcijaństwa zupełnie bezradni. Szczególny dreszcz metafizyczny przeszywa zaś niechrześcijanina, gdy styka się z jakże archaicznym i na ogół przecież wypartym już ze zbiorowej świadomości ludów motywem, jaki dochodzi do głosu w rytuale, którego częścią są słowa „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”. W ogólności jest czymś niezwykłym i wprost niewytłumaczalnym, że mitologia starożytnych Żydów, z całą jej osobliwością i historycznymi oraz geograficznymi uwarunkowaniami, stała się podłożem wyobraźni religijnej dla wielu ludów żyjących w wielkim oddaleniu od Palestyny i wszelkiej pustyni w ogóle.

Katolicy wierzą, że Bóg jest jeden, a żaden człowiek (poza Jezusem) nie ma natury boskiej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że – na przekór doktrynie – traktują Matkę Boską jak boginię, a nie człowieka. Zdarza się nawet (i to nierzadko), że katolicy modlą się (choć nie jest to zgodne z nauką Kościoła) do świętych. Ci ostatni także są zresztą osobliwością katolicyzmu. Dlaczego modlitwa do Boga ma być skuteczniejsza, gdy za naszą sprawą orędować będzie jakiś święty? Czyżby Bóg słuchał doradców niczym król? Czyżby trzeba było załatwiać sobie do niego „dojścia” niczym do jakiegoś księcia? Kult świętych – opiekunów i orędowników – czasami przeradza się nawet w kult dygnitarzy Kościoła. W Polsce można wręcz odnieść wrażenie, zważywszy na przykład na liczbę czczonych wizerunków i miejsc nawiedzenia, że większym kultem darzony jest Jan Paweł II niż Jezus. Być może faktycznie nie jest to prawda, niemniej z pewnością w naszym kraju kult człowieka symbolizującego godność narodu polskiego w jakimś sensie rywalizuje z kultem Boga.

O wiele bardziej zrozumiałe od idei religijnych wydają się doktryny filozoficzne i etyczne Kościoła katolickiego. Pochodzą one głównie ze źródeł greckich i reprezentują to, co w nich najlepsze: łączą arystotelesowską metafizykę (teorię substancji) i doktrynę cnót (aretologię) z platońską teorią idei (rozumianych jako myśli Boże) i partycypacji oraz stoicką etyką prawa naturalnego, do czego pisarze chrześcijańscy dołączyli kilka nowych elementów, takich jak nauka o istocie i istnieniu, o transcendentaliach, o sumieniu i cnotach teologicznych. Jako filozof, uczony tych doktryn na KUL-u, muszę przyznać, że pomimo swego synkretyzmu (Platon, Arystoteles, stoicy i neoplatonicy do spółki) należą one do najpiękniejszych zabytków filozofii. Są to jednak właśnie tylko zabytki – nikt poza osobami z racji zawodowych zobligowanymi do ich krzewienia i obrony tych starożytnych i średniowiecznych zabytkowych doktryn nie wyznaje ani nie traktuje poważnie jako aktualnej propozycji teoretycznej. Robią to wyłącznie katolicy, zwykle zresztą duchowni. Choć jest ich wielu, to przecież nic nie zmienia faktu, że są to dziś doktryny podtrzymywane urzędowo, a nie broniące się w wolnej przestrzeni publicznej i akademickiej, a więc pewna formacja niszowa. Wyjątek stanowi przyjęty niedawno w katolicyzmie wątek personalistyczny (w średniowieczu jakoś obecny, ale słabo się zaznaczający), bo podobne przekonania (doktryna o osobie i jej godności) spotyka się w różnych wersjach również wśród protestantów i Żydów.

Tak czy inaczej są to wszystko całkowicie wyznaniowe poglądy niemające żadnego sensu i znaczenia poza kontekstem wiary w Boga osobowego. Roszczenie, że takie religijne na wskroś i metafizyczne poglądy, zupełnie nieobecne we współczesnym życiu intelektualnym poza Kościołem, mogły stanowić podstawę do stanowienia prawa (a w tym ustanawiania zakazów) dla wszystkich obywateli, również niekatolików, jest nad wyraz aroganckie. Niestety, w Polsce żądania stanowienia praw pod dyktando średniowiecznych doktryn religijno-filozoficznych w rodzaju doktryny prawno-naturalnej jest normą, a pytanie o moralny status wysuwania takich żądań nawet nie pada.

Chwaląc tradycję filozofii katolickiej, muszę jednakże wyłączyć z tego pewne doktryny etyczne (doktryny polityczne i społeczne w rodzaju potępienia pożyczki na procent pomijam, bo nikt ich już na serio nie głosi). Niektóre więc elementy etyki katolickiej wydają mi się bardzo mało przekonujące (także moralnie), nawet w intelektualnych warunkach średniowiecza. Katolik (wykształcony) uważa, że najważniejszym kryterium moralnej wartości czynu jest głos sumienia. Niestety, różnie głos ten brzmi, wobec czego implicite zakłada się, że będzie to nie byle jakie sumienie, lecz dobrze wychowane. Dobrze wychowane sumienie nie jest wszelako produktem wychowawczym liberałów, lecz bodaj samych tylko katolików. Co więcej, chociaż i niekatolik może osiągnąć znaczą doskonałość moralną, to nie może się równać z katolikiem, który otrzymał łaskę cnót teologicznych wiary, miłości i nadziei.

Gdyby tego było mało, mamy tu jeszcze na dokładkę doktrynę prawa naturalnego, którego wykładnia – tak przecież różna wśród zwolenników starej tezy, jakoby coś takiego w ogóle istniało i dawało się intuicyjnie poznawać – zastrzeżona jest raczej wyłącznie dla Kościoła. Nie można sobie przecież wyobrazić, aby ktoś podał coś za prawo naturalne, sprzecznie z doktryną katolicką (np. „niektórzy ludzie są homoseksualni i homoseksualizm jest dla nich dobry”), a Kościół uznał żądanie tej osoby, aby na podstawie tak odczytanego prawa naturalnego stanowione było prawo pozytywne. Nie ma więc w praktyce żadnej różnicy między „prawem naturalnym” a arbitralnym przesądzeniem doktrynalnym Kościoła. Cóż, wiemy już od czasów Oświecenia, że „prawo naturalne” nie jest niczym więcej niż strategią retoryczną, za której pomocą perswadowano najróżniejsze już rzeczy. Trzeba wyjątkowo złej woli, aby ignorować fakt, że pośród autorów wierzących w istnienie prawa naturalnego i jego poznawalność nigdy nie było zgody co do jego treści. Jeśli to nie kompromituje tej doktryny, to czego, u licha, trzeba jeszcze?

Watykan i my

Katolicyzm nie jest lubiany. Prawdę mówiąc, poza buddystami, którzy na ogół o wszystkich mówią dobrze, nie spotkałem nikogo, kto darzyłby katolików sympatią. Generalnie ma się im za złe, że uważają się za lepszych od innych, za depozytariuszy jedynego prawdziwego objawienia. Za to samo nielubiane są zresztą również islam i judaizm. Najbardziej niechętni katolikom są jednak chrześcijanie innych niż katolicyzm odłamów, a to głównie z powodu przekonania katolików, że są chrześcijanami par excellence, a inni wyznawcy Jezusa powinni zjednoczyć się z Kościołem powszechnym pod berłem papieża. Właśnie papiestwo jest instytucją, której niekatoliccy chrześcijanie nie lubią najbardziej i to papieże mają zwykle w świecie szczególnie złą prasę.

Tak, Watykan jest doprawdy wielkim problemem. Jeden z twórców idei tolerancji, John Locke, uważał, że Anglia powinna tolerować wszystko poza ateizmem i katolicyzmem (możemy mu wybaczyć to głupstwo, bo w końcu żył w epoce przedliberalnej). Katolicy bowiem, jak podkreślali zawsze protestanci, a zwłaszcza kler katolicki ma podwójną (a więc fałszywą) lojalność: krajową i watykańską. Cóż, faktycznie trudno sobie wyobrazić, żeby duchowny katolicki nie robił tego, co nakazuje mu władza watykańska, a łatwiej sobie wyobrazić, żeby nie robił tego, co nakazuje władza świecka. W razie konfliktu powinien przedkładać posłuszeństwo Kościołowi i papieżowi nad posłuszeństwo władzy świeckiej, nawet w wolnym i demokratycznym kraju. Czy w świetle tej konstatacji Polska jest suwerennym krajem, a księża są faktycznie jej lojalnymi obywatelami? Jakoś trudno mi sobie wyobrazić w polskich realiach, by jakiekolwiek życzenie Kościoła, zwłaszcza w zakresie jego własnych interesów materialnych, nie zostało przez władze publiczne gorliwie wykonane. To samo dotyczy życzeń płynących z Rzymu. Nie wiem, czy są one formułowane wprost, niemniej przyznacie, że sytuacja, w której powiada się Kościołowi – narodowemu lub Watykanowi – „nie wtrącajcie się w to – to nasza sprawa”, jest raczej fantastyczna.

Z prawnego punktu widzenia Kościół jest państwem (państwem watykańskim – monarchią absolutną) i jego prerogatywy i autonomia na terenie naszego kraju noszą cechy eksterytorialności, gdyż gwarantowane są konstrukcją prawną umowy międzynarodowej, którą jest konkordat. Stanowi on prawo najwyższe po konstytucji, a nawet równe z nią, a Kościół występuje w nim jako suwerenna i równa strona, zgodnie z zasadami prawa traktatowego. Pozycja Kościoła katolickiego nie jest więc pozycją wolnej instytucji w wolnym kraju – wolnej do działania, lecz poddanej prawu krajowemu i kontroli państwowej, jak to jest na przykład w wypadku stowarzyszeń lub związków wyznaniowych, lecz jest pozycją obcego państwa działającego mocą szczególnej prerogatywy na terenie państwa polskiego. Artykuł pierwszy konkordatu, w ślad za Konstytucją RP, stanowi, że „Rzeczpospolita Polska i Kościół Katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne”. Korzystając z państwowego statusu Watykanu, polski Kościół jako swego rodzaju „duchowe terytorium zależne” Watykanu uzyskuje quasi-państwową niezależność, coś w rodzaju eksterytorialności, jakiej nie posiada żadna inna instytucja czy organizacja w Polsce.

Byłby to być może budujący przykład wolności1. Szkoda tylko, że ta niebywała, anarchiczna wprost wolność nie przysługuje innym instytucjom i stowarzyszeniom. Suwerenność Polski jest ograniczona przez konkordat tak dalece, że pośrednio przyznaje zdolność stanowienia skutecznego prawa (kanonicznego) Kościołowi i nakazującego Rzeczpospolitej respektowanie tego prawa. Potwierdza to zresztą polski Trybunał Konstytucyjny, powołujący się na prawo kanoniczne w wyrokach oddalających skargi na ponadkonstytucyjne prerogatywy Kościoła. Jak pisze w swym autorytatywnym komentarzu prawniczym Józef Krukowski: „działania władz państwowych nie mogą rodzić skutków prawnych w porządku kościelnym. Takie skutki mogą wynikać jedynie na podstawie wzajemnego «uznania», zagwarantowanego w odpowiedniej dyspozycji prawnej”. Inaczej mówiąc, Kościół katolicki władny jest sam decydować, czy będzie łaskaw podporządkować się polskiemu prawu i je uznawać. Trudno o bardziej wymowny dowód, że stanowi Kościół katolicki dosłownie niemal „państwo w państwie”.

Konkordat nie tylko ogranicza suwerenność Polski i nadaje Kościołowi i duchowieństwu przywileje, które właściwie wyrywają je spod polskiej jurysdykcji i kontroli takich instytucji jak izby skarbowe czy naczelna Izba Kontroli, lecz także instauruje (wraz z Konstytucją RP i odpowiednimi rozporządzeniami władzy administracyjnej) państwowy system indoktrynacji religijnej, całkowicie opłacany przez rząd polski. Nauka religii jest wprawdzie nieobowiązkowa, ale presja społeczna na dzieci, by na te lekcje uczęszczały, jest bardzo silna. Dotyczy to zwłaszcza małych dzieci, w przedszkolu i pierwszych klasach szkoły podstawowej, które nie uczestnicząc w lekcji, muszą przebywać w innym pomieszczeniu (w świetlicy, w sali innej grupy przedszkolnej), co przez dziecko odczuwane jest jako napiętnowanie i rodzaj poniżającej kary. Nic dziwnego, że wielu rodziców, którzy wcale nie życzyliby sobie, by ich dziecko chodziło na religię, posyła je na katechezy, a co za tym idzie, oddaje je do chrztu i komunii. W ten sposób liczba katolików z pewnością wzrasta.

Trudno zresztą Polakowi formalnie nie należeć do Kościoła, skoro ze wszystkich stron – z radia, telewizji i gazet – bombardowany jest przekazem doktrynalnym. Panuje w Polsce powszechne przekonanie, że wyłamanie się z formalnego przynajmniej katolicyzmu jest trudnym i społecznie ryzykownym przedsięwzięciem – czymś na kształt odmowy udziału w pochodzie pierwszomajowym w czasach PRL-u. Polacy może nie wierzą specjalnie w dogmaty katolickie i katolickie doktryny (których zresztą zwykle wcale nie znają), ale na pewno dali się przekonać do uparcie powtarzanej tezy, że Polska to kraj katolicki i zdecydowana większość społeczeństwa to katolicy. A skoro prawie wszyscy są katolikami, to może lepiej się nie wyłamywać…

Dlaczego Kościół jest aż tak silny?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo nie wiemy nawet, czy Kościół w Polsce to kolos na stalowych, czy glinianych nogach. Przekonamy się o tym dopiero za kilka czy kilkanaście lat, gdy okaże się, czy zajdzie w Polsce proces sekularyzacji podobny do tego, do którego doszło w Hiszpanii albo (w innej postaci) we Francji czy we wspomnianych już Czechach. Jest wysoce prawdopodobne, że tak właśnie się stanie, ale za wcześnie jeszcze, by o tym przesądzać.

Moja teoria na temat siły Kościoła w Polsce jest amatorska i nie należy brać jej całkiem poważnie. Jest to raczej pewna hipoteza badawcza. Sądzę mianowicie, że siła Kościoła wiąże się z jej zakorzenieniem w warstwie chłopskiej, a przywileje Kościoła należy rozpatrywać w kontekście przywilejów chłopów, którzy zwolnieni są w Polsce z podatków, korzystają z wielkich przywilejów ubezpieczeniowych i otrzymują ogromne dotacje państwowe. Narzuca się myśl, że duchowieństwo, wywodzące się w większości z warstwy chłopskiej i mające swe zaplecze głównie na wsi zawdzięcza swe przywileje temuż właśnie umocowaniu społecznemu.

Poniżana przez stulecia systemu feudalnego klasa chłopska, mająca zresztą oparcie właśnie w Kościele jako swym obrońcy, prawie całkowicie się w XX w. wyemancypowała i ukonstytuowała w niezwykle skuteczną grupę interesu. Potęga chłopska jest imponująca. Świadczą o niej nie tylko wielkie przywileje fiskalne i dotacje (w całej prawie Europie), lecz także „nietykalność” chłopstwa dla władzy politycznej, nawet totalitarnej. Nie dotyczy to wprawdzie ZSRR, ale już na przykład reżimów nazistowskich owszem. Były one (także w okupowanej Polsce) znacznie łagodniejsze dla chłopów niż dla mieszczan.

Podobnie rzecz się miała za komunizmu w Polsce. Wprawdzie nie mógł Kościół działać swobodnie, a wielu księży cierpiało prześladowania, ale też żadna pozapaństwowa struktura nie cieszyła się w tym kraju takim zakresem swobody. Komunistyczne państwo pozwalało (w ograniczonym zakresie) na wydawanie prasy katolickiej, na budowanie kościołów (czasami), zbieranie pieniędzy na tacę, a nawet prowadziło uczelnię katolicką (Akademię Teologii Katolickiej w Warszawie) i puszczało w potoku radiowej propagandy komunistycznej także audycje watykańskie (umiarkowanie przychylne demokracji i własności prywatnej, co z pewnością nie było władzom niemiłe). Trudno sobie wyobrazić, by jakakolwiek organizacja niechętna komunistom (a Kościół z pewnością był takową) mogła tak w Polsce prosperować. Jak mawiał (po winku)

ks. Tischner, „oni (Kościół) zawsze umieli się z nimi (komunistami) dogadać, bo i jedni, i drudzy lubili wypić”.

Coś w tym chyba jest. A może my, liberałowie, powinniśmy się uczyć od Kościoła, jak czynić sobie państwo powolnym? Jakże byłoby pięknie, gdybyśmy zdołali narzucić państwu polskiemu nasz liberalny dogmat: „nie wolno wam stanowić praw ograniczających wolność obywateli, jeśli nie wymaga tego ich własne fizyczne bezpieczeństwo; niechaj każdy – katolik, gej i ateista – żyje po swojemu i nie narzuca swych przekonań i sposobu życia innym ludziom!”. Może, idąc za wskazówką Tischnera, trzeba by wypić z właściwymi ludźmi?

Tekst ukazał się w pierwszym numerze „Liberté!” w roku 2008.

1Oficjalna racja zawarcia konkordatu jest zresztą liberalna – komentarz katolicki powołuje się tu na zasadę wolności religijnej; zob. J. Krukowski, Konkordat polski. Znaczenie i realizacja, Lublin 1999, s. 257.

Chrześcijaństwo nie jest religią masową :)

Człowiek się nie zmienia. Nie istnieje postęp człowieka. Różnica polega tylko na tym, że dziś jeździ samochodem, a kiedyś jeździł konno. Ciągle ma jeden i ten sam problem – cierpi i umiera.

Liberté!: Kim pan jest?

Tomasz Budzyński: Grzesznikiem.

Z nadzieją?

Skoro jeszcze żyję….?

A czy Bóg może istnieć bez religii?

Oczywiście, że tak. Religia jest potrzebna człowiekowi a nie Bogu.

Więc czym jest religijność?

Według mnie to jest przywiązanie do praktyk religijnych.

Czy zjawisko wzmożonego manifestowania tej praktyki, które obserwujemy w Polsce np. po śmierci Jana Pawła II, to religijność czy maska, którą Polacy nakładają na swoje prawdziwe oblicze?

Jest takie powiedzenie: jak trwoga to do Boga. Dla mnie to jest naturalne. Tak samo w przypadku katastrofy, która wydarzyła się 10 kwietnia i w ogóle wobec strasznych rzeczy, które dotykają człowieka. Po katastrofie wiele osób zaczęło się modlić – poszło do spowiedzi i do kościoła. To był wstrząs, a wtedy każdy szuka czegoś, co przyniesie jakieś pocieszenie. Ludzie odczuwają też wzmożoną potrzebę bycia razem, bo we grupie jest raźniej. Nie widzę w tym nic złego – lepiej do Boga niż do wódki.

Ale czy możemy wtedy mówić o prawdziwej religijności? Czy nie jest to hipokryzja?

Nie. To jest normalna reakcja na pewne wydarzenia. Ludzie zachowują się w sposób spontaniczny. Pod wpływem takich wydarzeń ludzie potrzebują kontaktu z Bogiem. Modlą się. Kiedy grunt usuwa się spod nóg człowiek woła: „ratunku!”. Wiadomo – później, gdy ludzie ochłoną i wszystko się uspokoi, nie robią tego w sposób tak ostentacyjny. Przecież człowiek to nie jakiś robot: ma emocje i uczucia. One się w takich sytuacjach mocno manifestują. Nie widzę nic dziwnego w takim zachowaniu.

A jak pan przeżywa żałobę narodową? Bardziej jako chrześcijanin czy jako obywatel?

A jaka to różnica? Jak chyba wszyscy byłem tym wstrząśnięty. Trudno nie myśleć o ojczyźnie, jeśli dzieje się taka tragedia. To jest sytuacja bez precedensu. Jak można przejść nad czymś takim ot tak sobie? Ale dla mnie ta sytuacja ma też pewien głęboko duchowy i metafizyczny charakter. Jest bardzo poważnym znakiem od Boga dla naszego narodu.

Czy takie patrzenie na tę katastrofę nie prowadzi do mitologizacji osób, które w niej zginęły?

Oczywiście, że prowadzi, bo takie straszne wydarzenia przerastają człowieka. To się dzieje w sposób, nie waham się powiedzieć, automatyczny. Ludzie od razu szukają winnego, tworzą teorie spiskowe, bo nie mogą sobie z tym poradzić. Poza tym, to był prezydent, który został wybrany przez bardzo znaczną część społeczeństwa. Ja nie chodzę na wybory, bo polityka mnie brzydzi ale przecież jestem człowiekiem, więc staram się to zrozumieć i współczuć.

Uważa pan, że nasze społeczeństwo jest religijne?

Jak najbardziej, tylko że można być bardzo religijnym i nie wierzyć w Boga. Ta dysproporcja pomiędzy religijnością a wiarą zmienia się niestety na niekorzyść tej drugiej.

Jakie są przyczyny tej zmiany?

Winny jest przede wszystkim sam Kościół.

Jako instytucja czy wspólnota?

To nie ma znaczenia. Mam na myśli głównie postawę kleru. Nie ma znaków wiary. Znakami wiary są jedność i miłość. Chrześcijaństwo polega przede wszystkim na świadectwie. Tego świadectwa nie dają ani duchowni, ani wierni. Ci drudzy czasem bezrefleksyjnie wypełniają ryty, bo tak po prostu są wychowani od małego, ale to jeszcze nie jest wiara.

Może w Kościele brakuje rachunku sumienia. Długo zwlekano z przyznaniem się do błędu za grzechy przeszłości, np. wyprawy krzyżowe i Inkwizycję. Dziś także Kościół nie chce przepraszać za współtworzenie dyktatury generała Francisco Franco.

Każdy powinien robić rachunek sumienia, nie tylko Kościół. Jan Paweł II przeprosił za Inkwizycję. Ale nie za bardzo rozumiem za co Kościół miałby przepraszać w Hiszpanii. Za to, że mordowano księży, palono kościoły i gwałcono zakonnice? Jest dość współczesnych, gorszących skandali.

Za to, że później przez wiele lat współuczestniczył w dyktaturze.

A czy ci komuniści, którzy napadli na Hiszpanię powiedzieli „przepraszam”? Czy komuniści przeprosili za zbrodniarza Lenina? Nie słyszałem.

Jednak pomiędzy Inkwizycją a przeprosinami minęło kilkaset lat. Czy tak wolna reakcja nie osłabia Kościoła?

Kościół istnieje od ponad dwa tysiące lat i nic go tak nie osłabia jak bratanie się z władzą. To jest główny powód, że zapomina o swej podstawowej misji.

Co może zrobić Kościół, żeby to zmienić?

Wypełniać tylko swoją misję, czyli głosić Dobrą Nowinę, że Bóg kocha grzesznika.

Jednak zawsze wiąże się to z jakąś interpretacją.

Chrześcijaństwo polega na świadectwie i naśladowaniu a nie interpretacjach. Chrześcijaństwo to nie jest filozofia. W historii Kościoła jest mnóstwo świętych, którzy takie świadectwo dawali. Święty Franciszek albo – dla nas bliższa – Matka Teresa z Kalkuty. Dziś widzę, że mamy bardzo dużo księży redaktorów, ekonomistów, profesorów, dyrektorów, filozofów a nawet muzyków. Tylko jak jakaś mała wspólnota prosi, aby któryś z nich przyszedł i odprawił Eucharystię to są bardzo zajęci i nie mają czasu. Taka sytuacja panuje w podobno katolickim kraju.

Może to teologia jest problemem?

Teologia to rzecz całkowicie wtórna, bo najważniejszy jest człowiek. Papież miał ogromną charyzmę, on dawał przykład. Ja nie lubiłem zbytnio języka jego encyklik i kazań, w ogóle do mnie nie trafiały. Ale mogłem na niego patrzeć i go naśladować, bo on właśnie posiadał to „coś”. Chrystus nie był teologiem! On uzdrawiał chorych, wypędzał demony i głosił Dobrą Nowinę i to właśnie powinien robić Kościół.

Czy Kościół powinien starać się być atrakcyjny?

Nie, Kościół nie może być atrakcyjny! Tu nie chodzi o to, aby przypodobać się ludziom. To są zupełnie inne kategorie, to są sprawy życia i śmierci.

Estetyka czasami jest bardzo ważna.

Jednak należy odróżnić estetykę od public relations. Kościół powinien być piękny, ponieważ Bóg jest piękny! Jeśli coś jest piękne wewnątrz – będzie też piękne zewnętrznie. Pokazuje to przykład komunizmu, który był wewnętrzną ohydą. To co po sobie zostawił w przestrzeni estetycznej jest również ohydne. Zniszczył i zdegenerował wszystko co mógł. Także krajobraz. Bierdiajew określił Lenina jako „geniusza chamstwa”. Dusza ludzka musi się jakoś wyrazić zewnętrznie. I wyraża się poprzez sztukę i kulturę materialną. Proszę zobaczyć, jakie piękno panowało w średniowieczu! Dostojewski powiedział że „piękno zbawi świat”. Człowiek, gdy wchodzi do chrześcijańskiej świątyni powinien czuć się tak, jakby przekraczał jakieś niebiańskie przedsionki. Malarze ikon pracowali tak, aby otworzyć ludziom okno na rzeczywistość nadprzyrodzoną. Aby mogli zobaczyć niebo. W przeszłości świątynie tworzyli najwybitniejsi artyści. Dziś jest, niestety, inaczej i bardzo nad tym boleję.

A z czego to wynika?

Jest to bezpośredni wpływ komunizmu, który zdegenerował otaczającą nas rzeczywistość w tym także rzeczywistość duchową. Skutki tego systemu są dalekosiężne i trwają niestety do dziś.

Józef Tischner pisał o Homo sovieticusie.

Tak, zgadzam się z tym całkowicie. Wszystko wokół Homo sovieticusa jest brzydkie. Oglądałem niedawno na TV Kultura film Bałabanowa „Ładunek 200”, pokazuje on w sposób bardzo realistyczny życie w ZSRR w połowie lat osiemdziesiątych. Jest to jeden z najpotworniejszych filmów, jakie widziałem w życiu.

A może Kościół powinien stać się elementem popkultury? Próbuje to zrobić Szymon Hołownia.

Dla mnie takie programy są wprost żałosne. On chce na siłę udowodnić całemu światu, że katolik to też fajny i nowoczesny koleś. Mnie nie interesuje popkultura i fajność, mnie interesuje perła ukryta w ziemi. Takie programy tę perłę jeszcze bardziej zakrywają.

W Polsce Kościół to Tygodnik Powszechny i Nasz Dziennik. Widzi pan szansę na pogodzenia tak odległych od siebie środowisk czy musimy się pogodzić z tym, że mamy w naszym kraju dwa osobne środowiska?

Proszę wybaczyć ale to jest jakieś straszliwe uproszczenie. Ja osobiście nie przyznaję się do ani jednego, ani do drugiego z tych środowisk. To może nie jestem w Kościele?

A w tych środowiskach nie ma sprzeczności?

Nie, a są wręcz czasami bardzo do siebie podobne, bo zajmują się zbytnio moralizatorstwem i polityką zamiast Ewangelią.

To tylko kwestia interpretacji, o której mówiliśmy?

Tu jest pewne nieporozumienie, bo chrześcijaństwo nie jest religią masową. Chrześcijaństwo w ogóle nie jest religią w sensie naturalnym. Jest doświadczeniem zmartwychwstałego Chrystusa, który przynosi człowiekowi wolność. Chrześcijaństwo nie jest moralizmem tylko wolnością.

Pan słucha czasem Radia Maryja?

Nie.

A czyta Tygodnik Powszechny?

Dość rzadko. Ostatnio jak opublikowali wywiad ze mną.

Nie uważa pan, że po 1989 roku w polskim Kościele brakuje autorytetów, takich jak księża Tischner, Twardowski, Wojtyła czy Wyszyński?

Jan Paweł II na pewno. Ale takich ludzi jest znacznie więcej i bez nich w ogóle Kościół by nie istniał, bo Kościół opiera się na autorytecie. Na naśladowaniu Chrystusa. I albo się tego Ducha ma, albo się go nie ma. Tego nie można sobie tak po prostu wziąć. To jest dar i łaska. Jak sól, której nie potrzeba wcale tak wiele, aby przyprawić potrawę. Sól też sprawia, że potrawa nie gnije i nie psuje się. Dotyczy to całej współczesnej kultury. Chrystus powiedział do apostołów: wy jesteście solą ziemi. Problem jest tylko wtedy, gdy sól traci smak.

Nie ma żadnej różnicy między Kościołem w czasach komunizmu a Kościołem dziś?

Oczywiście, że jest. Jednak jest to spowodowane inną rzeczywistością polityczną. Wtedy nie można było powiedzieć tego, co się myśli, bo można było trafić do więzienia. Nasz kraj nie był wolny, bo panował diabelski i totalitarny system. To była reakcja na rzeczywistość w której się wtedy żyło. Ludzie pragnęli słowa otuchy i szukali go właśnie w Kościele. Gdzie niby mieli ją znaleźć? Kościół im pomógł. Wielu księży poniosło za to męczeńską śmierć.

Mówi pan, że teologia i interpretacja jest niepotrzebna. Neguje pan w ogóle sens pośredniczenia pomiędzy Bogiem a człowiekiem?

Potrzebne jest świadectwo a nie teologia! To jest prawdziwe pośrednictwo. Bóg przychodzi i mówi do człowieka przede wszystkim poprzez fakty jego życia. To jest Słowo Boga skierowane do człowieka. Filozofia jeszcze nikogo nie zbawiła.

Może w takim razie religii nie są potrzebne świątynie?

Ludzie gdzieś muszą się gromadzić, bo kościół jest wspólnotą. Słowo, Eucharystia i Wspólnota. Na tych trzech rzeczach opiera się wiara. Komuniści w ZSRR burzyli albo zamykali cerkwie. W wielu z nich tworzono potem muzea ateizmu, bo szczytem i ukoronowaniem ewolucji miał być Homo sovieticus.

Zgromadzeniu musi również ktoś przewodniczyć, a wtedy najczęściej staje się w jakiś sposób interpretatorem i pojawia się ten problem, o którym pan mówił.

Nie wiem, czy akurat najczęściej, ale oczywiście, że zdarzają się wypadki, kiedy zajmują się tym ludzie nieodpowiedni. To jest wielki dramat, bo ci ludzie wzięli klucze poznania, sami nie weszli a innym nie pozwolili wejść. Na szczęście wszystko można zweryfikować w konfrontacji z Ewangelią. Po owocach ich poznacie – to wszystko widać gołym okiem i nic się nie ukryje. Biskup czy proboszcz jest od tego, aby tak jak Chrystus oddawał swoje życie za owce.

A czy Ewangelia mówi wszystko o problemach, które wynikają w związku z nowoczesnością?

Człowiek się nie zmienia. Nie istnieje postęp człowieka. Różnica polega tylko na tym, że dziś jeździ samochodem, a kiedyś jeździł konno. Ciągle ma jeden i ten sam problem – cierpi i umiera. Warto, choć raz dziennie, zadać sobie pytania: po co żyję? po co się urodziłem? jaki to wszystko ma sens? Człowiek tym różni się od małpy, że może zadawać sobie takie pytania. A odpowiedź wcale nie jest prosta.

W związku z tym bardzo często pada zarzut, że chrześcijaństwo jest religią ludzi słabych.

Żaden człowiek nie jest jednowymiarowy. Ludzie tak samo są zdolni do rzeczy niesamowicie cudownych i wzniosłych jak i do najpodlejszych świństw i zbrodni. Raz jest słaby, a kiedy indziej jest mocny. Dotyczy to każdego człowieka. Bo każdy z nas jest niewolnikiem, a życie ciągłą szamotaniną pomiędzy tymi skrajnościami. Ale wcale tak być nie musi.

Może bliżej panu do chrześcijaństwa sprzed dwóch tysięcy lat niż do tego współczesnego?

Od 16 lat razem z moja żoną jesteśmy we wspólnocie Drogi Neokatechumenalnej, która istnieje we współczesnych katakumbach. Jej specyficzny ryt przypomina chrześcijaństwo pierwszych wieków. Jest to miejsce dla takich jak ja. A ja żyję tu i teraz.

Teraz toczy się dyskusja związana z krzyżem, który został wystawiony przed Pałac Prezydencki. Uważa pan, że powinno się go przenieść czy zostawić?

Nie rozumiem – komu ten krzyż ma przeszkadzać? Przecież zdecydowana większość społeczeństwa deklaruje się jako chrześcijanie, prezydent również. Jak w takim razie może przeszkadzać im krzyż? A może żyjemy w jakimś paranoicznym państwie Mrożka?

Może przeszkadzać tej mniejszości, która jest niewierząca.

To na czym polega ta demokracja? Istnieje wolność słowa?

Demokracja powinna też szanować prawa mniejszości.

Nie mam nic przeciwko prawom mniejszości, ale czy mniejszość mogłaby też uszanować prawa większości?

Dla pana krzyż jest wyłącznie symbolem religijnym czy również kulturowym?

Chrześcijaństwo w Europie ma ponad dwa tysiące lat. Dzisiaj Unia Europejska odcina się od tego. W projekcie konstytucji Unii Europejskiej jest mowa o dziedzictwie cywilizacji greckiej i myśli oświeceniowej. O chrześcijaństwie ani słowa. Jest to szczyt hipokryzji. Oni chyba przechodzą obok tych katedr i wmawiają sobie, że wybudowali je kosmici. A może zasłaniają oczy? Tak samo myślą o kantatach Bacha i obrazach Rafaela? Chyba mamy tu do czynienia z jakimś orwellowskim dwójmyśleniem.

To również przeszkadza Kościołowi?

Kościołowi to nie przeszkadza, ale te działania prowadzą wprost do prześladowań. A to już w historii Kościoła nic nowego.

Czy naprawdę laicyzację społeczeństwa, którą przeprowadza Unia Europejska, powinno się nazywać „prześladowaniem”?

Słowo laicyzacja kojarzy mi się z ZSRR.

Jednak być może winny jest Kościół, który chce zbyt wpływać na państwo. Czy uważa pan, że moralność religijna powinna być tożsama z prawem?

Przepraszam, czy w przykazaniach: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie kłam, jest coś złego? Czy ktoś wymyślił coś lepszego niż Dekalog? Może uczynią to dla nas ci „mędrcy”, którzy przechodzą obok katedry Notre Dame i udają, że jej nie ma?

Czy jeśli według nauki chrześcijańskiej eutanazja jest grzechem to Kościół powinien narzucać całemu społeczeństwu – także osobom niewierzącym – własną moralność? Dlaczego ateiści nie mogą sami dokonać wyboru?

Czy ateistom przeszkadza przykazanie: nie zabijaj?

Może przekonywać wiernych, ale całemu społeczeństwu pozostawić wolność wyboru.

Jak wolność wyboru można sprowadzić do tego, aby decydować o życiu człowieka? Wolność zabijania starców i dzieci? Dla mnie byłby to szczyt barbarzyństwa. Takie prawa narzucały ludziom jeszcze niedawno totalitarne systemy: komunizm i faszyzm.

Można być katolikiem, ale dopuszczać to, że w całym społeczeństwie istnieją ludzie, którzy nie chcą kierować się wyłącznie moralnością narzucaną przez religię. Jeśli tak nie jest – moralność przestaje być moralnością, a staje się prawem.

Tylko że prawo ustalają ludzie, a ludzie kierują się moralnością. Jakie prawo ma być w państwie gdzie 80 procent uważa się za katolików?

Nadal wyobraża pan sobie raj jako miejsce, w którym spaceruje pan z żoną, dziećmi i psem?

Przechadzam się po pięknym ogrodzie z żoną i dziećmi. Obok stoi mój Dom. Jestem bardzo prostym człowiekiem i tak wyobrażam sobie raj.

Chociaż podobno wolałby pan, żeby to była wieś a nie miasto.

Tak, zdecydowanie wieś. Miasto nie jest do życia.

A czy zbawienia dostąpią tylko chrześcijanie?

Nie. Wszyscy ludzie.

Piekło jest puste?

Wolałbym, aby było puste. Chrystus nikogo nie potępił. Ale jest pewien problem, bo człowiek jest wolny i może potępić się sam.

Szatan też zostanie zbawiony?

Tego nie wiem.

Do czego w takim razie służy Dekalog?

Aby zobaczyć Boga i Człowieka.

Rozmawiali:

Marek Korcz

Jan Radomski

Wolność podzielona (część 2) :)

Za stwierdzeniem, że wolność jest podzielona kryją się dwie sprzeczne konsekwencje. Pierwsza, że istnieją odmienne, rywalizujące jej rozumienia, każde stanowiące spójną całość. Druga, że nie może ona zaistnieć w pełni, choć nie w znaczeniu, jakie wynika z powiedzenia „nigdy całej wolności nie traci się od razu”, lecz z powodu zaszytych w samej wartości wolności niedających się rozwiązać niewspółmierności stojących na drodze do jej pełnego urzeczywistnienia.

Strach ogranicza wolności. Ma on jednak wiele odmian i nie każda jest jej wrogiem. Może wynikać z wielu różnych powodów – działań wojennych czy terrorystycznych, przemocy fizycznej, katastrof naturalnych, ciemności, pająków, małych zamkniętych przestrzeni, głębokiej wody, wysokości, niepowodzenia, jazdy na rowerze czy rollercoasterem. Tak samo jego podłoże może być odmienne – rzeczywista sytuacja, w której człowiek się znajduje, nieprzyjemne doświadczenie z przeszłości, ale i coś wyimaginowanego. Niektóre zagrożenia są jak najbardziej słuszne i uzasadnione. Inne mogą być trudne do przełamania, choć nieco irracjonalne. Z tego powodu w psychologii odróżnia się strach i lęk, jeden jako w pełni uzasadniony, drugi nie mający silnych podstaw. Oba jednak wywołują podobne reakcje w ciele człowieka, wpływając na myślenie.

Strach polityczny

Strach czy lęk indywidualny, ograniczając daną osobę – rezygnującej z tego powodu ze wspinania się po górach czy chodzenia na basen – nie jest problemem politycznym. Nie jest nim również, choć już wiąże się z etyką, wzbudzanie emocji w celu pozyskiwania klientów – nieużywanie tego produktu, niekorzystanie z tej usługi źle się dla ciebie skończy; kup więc, przyjdź. Wzbudzanie strachu zyskuje wymiar polityczny w momencie wywoływania silnych obaw wśród grup społecznych, dużej liczby obywateli, gdy przekłada się to ich decyzje zarówno polityczne, jak i prywatne. Sytuacje, w których wspólnota mierzy się z niebezpieczeństwem, takim jak napaść wojenna czy klęska naturalna, znoszą lub ograniczają wolność. Są jednak na tyle namacalne, że bez większych problemów ograniczenia stają się zrozumiałe i akceptowalne, tym bardziej, że przypisuje się im charakter czasowy, a po zażegnaniu kryzysu wolność zostanie przywrócona. 

Szczególnie złowieszczo przedstawiają się natomiast sytuacje, w których strachy i lęki społeczne są wywoływane celowo przez osoby, którym na tym zależy, by osiągać swoje cele. Na ludzi przesiąkniętych obawami i niepokojami, poszukujących bezpieczeństwa, uciekających zatem od niedogodności związanymi także z wolnością, łatwiej się wpływa. Bez większych trudów przedstawia się swoje rozwiązanie jako jedyne właściwe, a siebie jako jedynego gwaranta mogącego urzeczywistnić pożądany stan. 

Są jednak sytuacje, w których trudno jednoznacznie określić na ile dana sytuacja jest wyimaginowanym zagrożeniem a na ile rzeczywistym niebezpieczeństwem. Co więcej, nikt chyba nie chciałby sprawdzić ostatecznie jej potencjalności. Możliwość wojny, klęski żywiołowej czy dojście do władzy zagrażających wolności ugrupowań zachęca czy wręcz wymusza działania profilaktyczne, w tym ostrzeganie i przygotowanie społeczeństwa na ich wypadek. Tego wymaga odpowiedzialność. To z kolei wpływa na wzmożenie poczucia strachu czy lęku wśród ludzi. Gdy najgorsze nie przyjdzie, trudno orzec, na ile prewencyjne środki zadziałały, a co za tym idzie, na ile rozbudzane niepokoje były uzasadnione, a na ile nie. To wielki problem polityki, bo doświadczenie to przekłada się na późniejsze podobne wydarzenia.

W nowożytności, jak pokazał Reinhardt Koselleck w pracy o świecie mieszczańskim, pojawił się jeszcze jeden szczególny rodzaj strachu poddanych czy obywateli – państwo absolutystyczne oparte ostatecznie na arbitralnych decyzjach mające monopol na stosowanie przemocy. Nad obywatelami zawisła więc groźba jej użycia, źródło strachu, lęku, obaw czy niepokoju. Stąd niechęć do państwa, upatrywanie w nim ciągłego zagrożenia, a niekiedy wręcz wroga. To właśnie z tego myślenia, podszytego mniej lub bardziej mającymi podstawy lękami, zrodziła się koncepcja nie tylko ograniczonej władzy – samoograniczającej się, uwiązanej konstytucją i prawami, równoważących się ośrodków ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych oraz obecności instytucji pośredniczących między machiną państwową a jednostką – ale państwa minimalnego. W nim obszary władzy przynależnej rządzącym powinny być zredukowane jedynie do zapewnienia niezbędnego porządku, w którym ludzie dbaliby już całkowicie sami o swoje sprawy.

W tym podejściu ukryta jest obawa przed arbitralnością władzy. Z tego powodu najlepsza wiedza, dane, badania mogą jedynie ich utwierdzać lub ukierunkowywać, jednak rzadko są całkowicie jednoznaczne, bezdyskusyjne – zwolennicy państwa minimalnego uważają, że arbitralność powinna znajdować się po stronie jednostek. Nie dziwi więc, że za wroga uznają oni nawet niewątpliwego liberała, a jednocześnie najbardziej znanego decyzjonistę, Johna Meynarda Keynesa. To, co Carl Schmitt odnosił do prawa i sfery politycznej, a więc wprowadzanie stanu wyjątkowego, w którym obowiązujące reguły prawne są zawieszane, by oddalić niebezpieczeństwo i przywrócić stan normalny i dotychczasowy porządek, brytyjski ekonomista odnosił do gospodarki. Interwencjonizm państwowy miał działać w dwóch przypadkach. Pierwszym, gdy pewien obszar gospodarczy nie może spełniać swojego zadania bez koordynacji państwa. Drugim, gdy sytuacja ekonomiczna zagraża lub może zagrażać funkcjonowaniu nie tyle systemowi gospodarczemu, co politycznemu i liberalnemu państwu, choćby przed tymi, którzy chcieliby nadużywać interwencjonizmu. Nic dziwnego, że ani Schmitt, ani Keynes nie byli i nie są lubiani przez wielu dzisiejszych liberałów.

Skoro wybrana władza i państwo muszą podejmować decyzje zabezpieczające przed zagrożeniami i niebezpieczeństwami, co może wzmagać poczucie strachu wśród obywateli, powinni komunikować je na tyle dobrze, mieć na tyle silne podstawy, by nie mogło to być odbierane jako rządzenie strachem i poprzez strach. A już na pewno by nie były to działania zmierzające jedynie do ograniczenia wolności ludzi, choćby w najbardziej szczytnych celach. W końcu to one stają się podstawą, uzasadnieniem antywolnościowych polityk. To z dobrych intencji ludzie je kupują, gotowi są za nimi podążać, utożsamiać się z nimi, a nawet uznawać za swoje. Zło na ogół jest czynione w imię dobra lub pod jego przykrywką.

Wielość wolności czy wolność w wielości

Często na sztandarach politycznych można znaleźć wolność. Przychodzi więc jej głosicielom tłumaczyć, dlaczego to jest ta prawdziwa i dlaczego głosiciele fałszywej jej się sprzeniewierzają. Z tym mierzyli się nowożytni myśliciele wolności, partie polityczne i ruchy społeczne przez ostatnie 400 lat. Stąd zaczęto dookreślać, o jakie wolności chodzi. I tak pojawiała się wolność republikańska (Harrington) i liberalna (Locke), wolność starożytnych i nowożytnych (Constant), wolność pozytywna i negatywna (Berlin), wolność podyktowana polityką wiary i polityką sceptycyzmu (Oakeshott), wolności formalne i realne (Aron). 

Wszystkie te koncepcje i przeciwstawienia, choć wyraźnie się różniące, mogły i mogą wprowadzać w pewne zakłopotanie. W końcu w każdym przypadku mowa o wolności. Nie dziwi, że w praktyce polemizowano lub oskarżano przeciwstawne koncepcje nie tylko o promowanie rozwiązań niezgodnych z wolnością, ale wręcz będących jej przeciwieństwem. Z tego powodu wytaczane były i są najcięższe działa: tyrania, dyktatura, despotyzm, feudalizm, faszyzm, komunizm, totalitaryzm etc. Wszystko, co wiąże się lub kojarzy z przemocą, uciskiem, ciemiężeniem, terrorem, nękaniem, bezprawiem, niezależnie czy są wynikiem działań (w tym słów) jednostki, mniejszości czy większości. Również takie zabiegi mogą jednak powodować zakłopotanie. Zamiast rozjaśniać, zaciemniać kwestię wolności, prowadzić do pomijania niektórych jej wymiarów, nawet jeśli stojących w sprzeczności z pozostałymi.

Przyjrzyjmy się niektórym zasadom stawianych wysoko przez główne podejścia w polityce: liberalizmowi, republikanizmowi, konserwatyzmowi i podejściu lewicowemu. Każde z nich wiąże się z arbitralnym wyborem pewnych zasad stawianych wyżej niż inne, w których z kolei upatruje zagrożenia dla wolności. Niekiedy spotkać się można z niezgodnością czy niekonsekwencją w ramach danej szkoły, co tylko pokazuje, jak złożonym i pogmatwanym problemem jest wolność i tłumaczy, dlaczego nie potrafimy ostatecznie sobie z nim poradzić, co nie jest – jak chcieliby niektórzy – wynikiem tylko głupoty, złej woli, braku cnoty.

Wolność liberalna

Zacznijmy od bogatej tradycji liberalnej, najczęściej kojarzonej z wolnością i mającej ją na najbardziej poczesnym miejscu na sztandarze. Liberalizm zrodził się jako odpowiedź na problem konfliktów religijnych, ale także nowego podejścia do człowieka, jakie pojawiło się w XVII w. Za jego prekursorów uchodzą tak bardzo różniący się filozofowie jak Hobbes, Spinoza i Locke. Zresztą koncepcja tego ostatniego jest polemiką z tym pierwszym. Autora Lewiatana nieco warunkowo włącza się do tradycji liberalnej, bo co prawda dopuszczał formy władzy wybieranej przez lud czy arystokrację, jednak najwyżej cenił monarchię absolutną, a to ze względu na konieczność arbitralnych decyzji i rozstrzygnięć jakiejkolwiek władzy. Do tego dochodziła kluczowa w jego koncepcji konieczność podporządkowania się publicznie obowiązującemu wyznaniu wyznaczonego przez władcę. Dopuszczał jednak, i to był pewien przełom, możliwość wyznawaniu dowolnej konfesji w zaciszu swojego domu. To nie mogło być ścigane, nie można było za to karać. Była to ułomna lub szczątkowa forma wolności sumienia i wyznania, w dobie wojen religijnych trwających od 150 lat problemu zasadniczego.

Niechętny liberalizmowi myśliciel, jakim był, Schmitt dostrzegł w tym początek procesu liberalizacji. Jego zdaniem rozróżnienie tego, co prywatne i tego, co publiczne musiało doprowadzić do zwycięstwa człowieka nad poddanym. Krok ten zrobił Spinoza, który w Traktacie teologiczno-politycznym głosił już wprost, że nie tylko wolno każdemu myśleć, co mu się podoba, ale także mówić to publicznie. Ta wolność słowa służy również sile państwa, porządkowi publicznemu oraz bezpieczeństwu społecznemu, które nie ma już opierać się na strachu. Celem jest wolność wydobywająca potencjał ludzi, gdy tylko nie zagraża im władza ani sami sobie nawzajem, przed czym państwo ma zabezpieczać oraz gdy nie są nastawieni buntowniczo do władzy. To bowiem prowadziłoby do złamania umowy społecznej, w której każdy zrzekał się działań wyłącznie według własnego widzimisię. Jedyne co zdaniem Spinozy powinno podlegać ograniczeniu prawa, to działania i postępki. Pokładał on bowiem wiarę w miłosierdzie i sprawiedliwość ludzi, w końcu dla niego wszystko było bogiem (o wielu cechach judeochrześcijańskich) i z tego powodu konieczne (necesytaryzm). 

To był jeszcze czas, gdy wolność była rozpatrywana w odniesieniu do judaistycznej i chrześcijańskiej koncepcji wolnej woli i związanej z nią kwestii słabszego bądź silniejszego determinizmu. Nowożytne podejście skupione wyłącznie na warunkach wolności dopiero powstawało, choć kwestia teologiczna była w nim stale obecna. Jeszcze Locke w Liście o tolerancji za warunek dotrzymywania umów, tak ważny dla liberalizmu, uznawał wiarę w Boga, z tego powodu nie ufał przysięgom ateistów oraz katolików. Tym ostatnim z powodu podlegania dwuwładzy, państwa i papieża. Nie zajmował się specjalnie kwestią wolnej woli jako niewiele wnoszącą. Uznawał natomiast, że człowiek rodzi się wolny, a jego umysł to tabula rasa zapisywana doświadczeniami oraz nabywaną wiedzą. Za kluczową uznawał ograniczoną władzę istniejącą za zgodą rządzonych.

Taka władza ma szczególne zadanie w postaci ochrony własności. Ta jest dla liberałów ważna, ponieważ stanowi podstawę oraz gwarancję wolności i niezależności. Służy bowiem zapewnieniu i zaspokojeniu podstawowych potrzeb egzystencji człowieka i jego rodziny. Rodzina, z czego liberałowie zdają sobie sprawę, choć nie zawsze chętnie to podkreślają, wysławiając wolność jednostki i jej samodzielny wpływ na sukcesy („każdy jest kowalem własnego losu”), odgrywa ważną rolę. Nieprzypadkowo skrajni liberałowie gospodarczy często głoszą również tradycyjne wartości. Oparte na nich społeczeństwo i podkreślenie znaczenia rodziny stanowią w ten sposób pewien obszar bezpieczeństwa i stabilizacji w ryzykownym obszarze gospodarczym, za jakim się opowiadają. Nawet jeśli rodzina nie daje pełnego bezpieczeństwa ekonomicznego, to może wspierać finansowo czy choćby emocjonalnie, a może i również motywacją. Stabilność życia prywatnego pozwala poświęcić się w pełni aktywności zawodowo-zarobkowej, a dzięki temu oddać się też najbliższym. Tak przynajmniej można odczytać poglądy liberałów, zwłaszcza tych konserwatywnych czy tradycjonalistycznych. Pod językiem wychwalającym jednostki skrywa się pewien niepokój, że nie całe życie, niepewne i obarczone ryzykiem, może spoczywać na barkach pojedynczego człowieka oraz pragnienie, by przynajmniej częściowo takie było. Życie prywatne we współczesnych społeczeństwach, wbrew temu co konserwatywni liberałowie by sobie życzyli, wcale nie jest mniej niestabilne niż zawodowe. Dlatego lewica, również poszukująca pewnego minimum stabilizacji życia człowieka przy daniu przestrzeni wolności, staje po stronie łatwiejszej do uregulowania i wyegzekwowania niż życie uczuciowe i rodzinne sfery gospodarczej i państwa. Drzemiąca w ludziach potrzeba ryzyka i eksperymentowania z jednej strony oraz stabilizacji i bezpieczeństwa z drugiej może przejawiać się w różnych dziedzinach. Na tym opiera się millowska koncepcja experiments in living, niezbędny przejaw korzystania z wolności.

Liberalizm często oskarżany jest o tendencje antydemokratyczne. Co prawda Locke głosił niezbędność zgody rządzonych dla rządzących, ale po pierwsze koncepcja ta powstała, gdy mało kto wyobrażał sobie powszechne prawo wyborcze, więc niejako uznawała, że może liberalna władza bez pełnej demokracji. Po drugie, nadal nie oznaczało to, że wszyscy będą zadowoleni z takiej władzy, a już Hobbes zauważał, że póki nie występuje ruchawka zdolna obalić władzę, cieszy się ona niejako poparciem. Po trzecie i najważniejsze, liberałowie dostrzegali, że wolności mogą być ograniczone lub nawet zniesione również przez rządy republikańskie czy demokratyczne. W ostateczności wolności zawsze pozostają wolnościami, niezależnie czy mamy do czynienia z monarchią czy z republiką. Zwłaszcza dla tych liberałów, którzy w każdej władzy widzą zagrożenie. To doprowadzało do białej gorączki republikanów.

Liberalizm polityczny bywa przyćmiewany przez liberalizm gospodarczy. Ten już całkowicie może być niezależny od rodzaju władzy, byle prowadziła politykę zgodną z jego zasadami. Choć najchętniej liberałowie gospodarczy mówią, by rząd nie prowadził polityki gospodarczej. Ten niuans pokazuje jak bardzo niechętni są oni polityce jako takiej, nierozerwalnie związanej z arbitralnością. Poza tym uznając, że zostawienie spraw własnemu biegowi jest również polityką podkreśla się, że to jednak państwo ma kompetencje w sferze gospodarczej, w tym interwencjonistyczne, i tylko samoograniczenie rządzących sprawia, że obowiązuje wolność gospodarcza. Nie jest to więc wchodzenie na obszar, na który państwo nie ma prawa się zapuszczać.

W liberalizmie gospodarczym jeszcze wyraźniej ujawnia się niezależność od zasad demokracji. Dobrobyt i wygoda ludzi jako efekt wolnego rynku i kapitalizmu (choć ten nawet niektórzy libertarianie uznają za zagrożenie dla tego pierwszego) mogą zostać tak samo osiągnięte przy władzy absolutnej i ograniczonej, zarówno monarchicznej, republikańskiej, jak i demokratycznej. Wydaje się, że również wolność jest czasami na wyrost podkreślana w przypadku działalności gospodarczych. Co prawda, możliwość jej założenia jest niewątpliwie z nią związana, lecz prowadzenie już niekoniecznie ma z nią tyle wspólnego, ile by się chciało i ile się jej przypisuje. Arbitralnie można ustalać zasady i podejmować decyzje dotyczące przedsiębiorstwa, ale nie jest to jeszcze działanie w zgodzie z wolnością. Może być zresztą przejawem pańskości, narzucaniem swojej woli, niekoniecznie zgodnie z duchem wolności, innym. Rozwiązaniem tego problemu byłoby – podobnie jak w sferze publicznej – wspólne decydowanie, ale w takim modelu zarządzanie przedsiębiorstwem mogłoby być ciężkie i nie najbardziej efektywne. W takim przypadku na kim spoczywałaby odpowiedzialność za efekty, skoro za własność odpowiada właściciel, a nie wszyscy decydujący? To właśnie ten dylemat pchał myślicieli lewicowych w stronę uspołecznienia własności, zakładających optymistycznie, że wspólnotowe decyzje nie mogą sprzeniewierzać się wolności. Z drugiej strony nieprzypadkowo pojawiło się powiedzenie „nasz klient, nasz pan” czy angielskie „the customer is king”. W prowadzeniu działalności gospodarczej często jest się związanym pańską wolą klienta, jego oczekiwaniami i potrzebami, jego arbitralnymi decyzjami. Widać to wyraźnie zwłaszcza przy zindywidualizowanych projektach czy działaniach. Czasami można odnieść wrażenie, że mówienie o wolności gospodarczej przedsiębiorców jest formą pocieszenia i bronią w sytuacjach, gdy pomimo wszelkich niedogodności arbitralną decyzją państwa jeszcze uszczuplane są przychody i dochody lub dokładane prace administracyjne.

Od Hobbesa dla liberałów wolność jest przede wszystkim czymś negatywnym. Wynika z braku ograniczeń, zwłaszcza fizycznych, przymusu, zakazu, użycia siły lub chociażby jej groźby. Dopiero urzeczywistniając ją, dbając o nią, działa się dla dobra publicznego. 

Liberalna niechęć do polityki – najlepiej, gdyby inni nie mieszali się do życia jednostki, tak jak mnie nie interesuje życie innych, a przecież o wymiarze wspólnotowym jest polityka – w swej karykaturalnej formie przybiera niekiedy formę mirażu ucieczki od niej. Niezajmowanie się sprawami publicznymi, zostawienie ich rządzącym, przynajmniej do momentu, gdy nie naruszają wolności, pozwala nie tracić czasu na przyjemności własne. Stąd liberalizm zakłada również wolność od polityki. To jest natomiast nie do przyjęcia w republikańskiej koncepcji wolności.

Wolność republikańska

Republikanizm to olbrzymia, nieco dziś zapomniana na rzecz liberalizmu i demokracji, tradycja. Często nawiązująca, choć czasem zbyt bezpośrednio, do starożytności. W niej poszukująca wzorców. Tu skupmy się jednak na jego nowożytnych obliczach.

Choć Machiavellego nie interesował problem wolności, można u niego odnaleźć pewien jej zalążek, żyjącym w XXI w. bliższy niż odnajdywany u XVII-wiecznych liberałów. Zwrócił na niego uwagę Isaiah Berlin. Chodzi o rozdzielenie religii i polityki, uwolnienie tej drugiej spod wpływu pierwszej. Na początku XVI w. Florentczyk wprost głosił, że decyzje podejmowane z perspektywy religijnej niekoniecznie są dobre politycznie, a mogą wręcz być szkodliwe, przynosić odwrotne skutki od zamierzonych. To, co dobre w polityce z punktu widzenia religii może być natomiast uznawane za niemoralne. Są to więc dwa niezależne obszary życia. Wojny religijne, które nastąpiły niedługo potem i naznaczyły półtora stulecia, wychodziły jakby z odwrotnego założenia. Machiavellego jednak nie interesowali ludzie, a jedynie władcy, rzeczywiści decydenci, dlatego źródeł nowożytnej republikańskiej wolności należy szukać w siedemnastowiecznej Anglii.

Od razu mamy w niej polemikę z raczkującym liberalizmem. Jeden z głównych przedstawicieli myśli republikańskiej, James Harrington uważał, że tylko równość obywateli przy stanowieniu prawa może zagwarantować wolność nie tylko państwu, ale i człowiekowi. Jak zauważa współczesny badacz zajmujący się angielską myślą republikańską w czasach Hobbesa Quentin Skinner, uznaje ona, że to zaangażowanie obywatelskie chroni przed popadnięciem w niewolę. Jest to w pełni możliwe jedynie w republice, a nie w monarchii. Udział w życiu publicznym jest też uzasadnieniem, że nawet gdy jest się w mniejszości czy opowiada się za przegranym rozwiązaniem, nie oznacza to utraty wolności. Ma się ją, póki można decydować, można zabierać głos i nie zależy to od czyjejś arbitralnej decyzji, co jest znacznie łatwiejsze przy rządach nielicznych lub jednostki, choćby jedynie charyzmatycznej.

To właśnie punkt w największym stopniu różniący podejście do wolności liberałów i republikanów. Dla pierwszych liczy się jedynie brak ograniczenia, drudzy widzą ograniczenie już w samej możliwości ograniczenia. Znana polemika Hobbesa z Harringtonem właśnie tego dotyczyła. O ile ten pierwszy nie widział różnicy między życiem w Konstantynopolu pod panowaniem sułtana a w republice Lukki, o tyle ten drugi uważał, że już sam fakt zdawania się jedynie na wolę czy kaprys satrapy ogranicza wolność, wpływa na wolność poddanych. Obywatele republiki natomiast, już z racji współudziału w tworzeniu praw – zdaniem nowożytnych republikanów – nie muszą czuć się zagrożeni. Z perspektywy XXI w. widać w tym pewną naiwność, którą w pewnym stopniu antycypowali liberałowie. 

Mamy tu więc do czynienia z wielkim politycznym dylematem wolności, czy w jednej wolności można znieść inną – zachować wszystkie inne, pozbawiając się politycznej wolności wyboru czy uznając pierwszeństwo tej ostatniej, zgodzić się na ograniczenie w jej konsekwencji innych. Dla republikanów, którzy jednak nie godzą się na znoszenie wolności i widzących zabezpieczenie przed tym w powszechnym udziale obywateli w polityce, liczy się nie tylko to, jakie prawa obowiązują, ale również w jaki sposób zostały ustanowione. To dla nich szczególnie ważne, ponieważ – inaczej niż w liberalizmie – nie wywodzą ich źródeł z praw naturalnych, lecz są wynikiem wyłącznie decyzji obywateli. To właśnie w tym akcie ustanowienia tkwi ich moc, dlatego też dla tradycji republikańskiej tak ważne są przymioty twórców prawa, takie jak cnota czy roztropność. Od tych nabytych i wyuczonych cech zależy dobre ustawodawstwo sprzyjające wolności. 

W bardziej współczesnych czasach elementy wolności republikańskiej odnajdujemy u Alexisa de Tocqueville’a, Hannah Arendt oraz Philipa Pettita. Tocqueville, XIX-wieczny francuski arystokrata łączony jest właśnie z republikanizmem. Tak właśnie postąpił Paweł Marczewski w monografii jemu poświęconej. Francuz zwracał uwagę na niebezpieczeństwo popadnięcia w republice w tyranię większości, zwłaszcza w jej demokratycznym wydaniu. Zabezpieczenie przed tym widział w dobrowolnych stowarzyszeniach. To dzięki udziałowi w instytucjach pośredniczących między jednostką a państwem, udział jednostki w polityce, w której musi uwzględniać głos innych wolnych jednostek sprawia, że człowiek wkracza w świat pełnej wolności. Jednostka więc nie jest, jak chcieliby to widzieć niektórzy liberałowie, całkowicie autonomiczna, nie realizuje wyłącznie własnych pragnień. W wolności jest coś bardziej ze sztuki niż naturalnych uprawnień, dlatego też napawał Tocqueville’a niepokojem nieuchronny jego zdaniem proces demokratyzacji, w którym zatracone zostanie rozróżnianie artystycznego rzemiosła od pospolitych uniesień i ich form wyrazu, co dostrzegał również w przemianach w literaturze czasów demokracji. To z tego powodu obawiał się tyranii większości. Uważał, że jedynie poprzez działalność publiczną mogą ludzie nabrać ogłady, cnót, roztropności niezbędnych dla zachowania, pielęgnowania i realizowania wolności własnej i innych. Jak konkluduje Marczewski, według Tocqueville’a wolność polityczna może wydawać się jedynie niepotrzebnym ciężarem, nieprzynoszącym szczególnych korzyści, zwłaszcza materialnych ani realizacji jednostkowych zamierzeń, poza jednym – byciem wolnym.

Podobnie na sprawę wolności patrzyła Arendt. Wolni jesteśmy tylko z ludźmi, a nie bez nich czy pomimo nich. W Korzeniach totalitaryzmu przestrzegała, że indywidualizm prowadzący jednostkę do osamotnienia wystawia ją na niebezpieczeństwo sił politycznych, populistów, charyzmatycznych liderów i państwa, starających się rozwiązać jej problemy, a ona może dostrzegać i pokładać w nich jedyną nadzieję na zmianę swojej sytuacji. Zabezpieczać przed tym miały wszelkie wspólnoty i organizacje pośredniczące, w których człowiek żyje i uczestniczy. Ponadto, podobnie jak Tocqueville uważała, że człowiekiem staje się człowiek dzięki polityce, rozmowie, dyskusji publicznej, może czasem nieco nużących. To właśnie słowa, w przeciwieństwie do przemocy, są właściwym narzędziem politycznym. Narzędziem, o które należy dbać. To również łączyło ją z republikanizmem, który – idąc za Marczewskim – opiera się na słowach i ich możliwościach, a nie „magicznych” zwrotach i obrazach charakteryzujących nierepublikańskie społeczeństwa. W takim ujęciu wolność słowa w większym stopniu niż u Spinozy wiąże się z odpowiedzialnością. Nie jest bowiem umocowana w naturalnym porządku, zabezpieczona wiarą w miłosierdzie, lecz wynika z ludzkich zdolności niemal artystycznych.

Między innymi to sprawiło, że Philip Pettit doszedł do wniosku, że „ceną wolności jest wieczna czujność”. Pomóc w tym ma koncepcja wolności jako nie-dominacji. Dominacja to posiadanie pewnej władzy i możliwość ingerencji w sposób arbitralny, co w jego przypadku odnosi się do selektywności decyzji, tego, kogo oraz w jaki sposób czy w jakim stopniu ma ona dotyczyć. Dominacja prowadzi do zawężenia lub pogorszenia pola wyboru z dostępnych możliwości związanych z oczekiwanymi zyskami oraz zyskami rzeczywistymi. Z podejściem liberalnym łączy je przeświadczenie, że ingerencja nie musi być wynikiem złej woli, a może nawet być podejmowana w dobrej wierze. Działania przemocowe pozostają jednak działaniami przemocowymi, niezależnie od oceny moralnej – zauważa Pettit. 

Kluczowy jest kontekst, jego rozpoznanie oraz możliwość rzeczywistej ingerencji władzy, grupy czy drugiej osoby. Ingerencja może być mniej lub bardziej intensywna, obejmować większy lub mniejszy zakres spraw. Dominacja natomiast nie wymaga, by dochodziło do ingerencji, sama jej możliwość decyduje o relacji dominujący-zdominowany. Pettit podkreśla również, że istnieje ingerencja bez dominacji, wtedy, gdy jest ona wynikiem ogólnych, równych zasad powstałych z uwzględnieniem interesów wszystkich interesariuszy. Taka ingerencja, choć oparta na ustanowionej arbitralną decyzją zasadzie, jest niearbitralna w rozumieniu nieselektywności. Ideałem republikańskim jest tu więc życie we wspólnocie, wśród innych, a żadna z osób nie może arbitralnie (selektywnie) ingerować w dokonywane wybory innych. Każdy więc podmiot posiada władzę nad swoimi działaniami, w tym pozwalającą mu na zapobieganie krzywdom doznawanym ze strony innych.

Wolność lewicowa

To dobry punkt, by przejść do kolejnej tradycji związanej z wolnością, którą nieco niezgrabnie określam lewicową. Niewątpliwie największe piętno odcisnął na niej Marks, to do jego pism odnosili się późniejsi myśliciele, politycy i aktywiści, traktując je ze szczególnym nabożeństwem, nawet jeśli krytykowali, albo przeinaczali, wykorzystując do swoich partykularnych celów. Kończyło się to często na przemocy, choć przecież niemieckiego filozofa zajmowała przede wszystkim kwestia wolności, zwłaszcza najgorzej położonych. Temat to nie nowy w dziejach nowożytnej Europy. 

Gdy swoją koncepcję kształtował Hobbes, gdy tworzyli swoje broszury angielscy republikanie, działał i pisał również Gerrard Winstanley, przywódca ruchu diggerów (kopaczy). Uważał on, że wolność w republice oznacza przede wszystkim wolne użytkowanie ziemi, zabezpieczające środki do życia każdemu obywatelowi. Oznaczało to zniesienie jej własności. Występował więc przeciwko właścicielom ziemskim, prawu własności i prawnikom mu sprzyjającym. Także klerowi, ale to ze względu na wpajanie ludowi zgubnej teologii odrywającej go od spraw ziemskich. W swoim Programie ustroju wolności postulował zniesienie handlu i pracy najemnej, dobrowolne korzystanie z płodów ziemi według potrzeb. Jest w tym pewien rys lewicowego myślenia o wolności, który znajdziemy później u Marksa i socjalistów. Choć niemiecki filozof nie znał Winstanleya odkrytego dopiero pod koniec XIX w. Do tego aktywisty-myśliciela wówczas chętnie sięgali jako swojego poprzednika również anarchiści. Słowem wszyscy ci, którzy jedynie w radykalnym przeobrażeniu stosunków społecznych widzieli możliwość wprowadzenia wolności. 

Na lewicy więc dominuje podejście wywrotowe, a ideał relacji międzyludzkich wiąże się ze zmierzaniem do tego, co w człowieku najbardziej pierwotne (choć rozumienie tego się zmieniało), nie zduszone przez kulturę. Na tym właśnie polega ich koncepcja wyzwolenia, tym mierzy się postęp. Stąd wyżej stawia się małe lokalne spółdzielnie rolnicze niż wielkie zakłady produkujące żywność na cały świat. Z tego powodu wypływa również niechęć do konwencji społecznych, zwłaszcza blokujących możliwość wyrażania człowieka takim, jakim dana osoba jest. To też popycha lewicę do komitywy z psychologią i ograniczeń jednostki z niej wypływającej, podczas gdy liberalizm skupia się głównie na ograniczeniach fizycznych i prawnych.

Nie zawsze najwięksi myśliciele najlepiej wyrażają istotę rzeczy, o którą im chodzi. Ginąć ona może w skomplikowanych konstrukcjach, trudnych pojęciach i kategoriach czy licznych uczonych studiach. Ideę lewicowej wolności zwięźle ujął trzeciorzędny socjalista, może przez to w sposób bliższy powszechnemu jej zrozumieniu, Victor Considerant. W 1847 r. napisał: „Wolność będzie słowem pozbawionym sensu dopóty, dopóki lud nie zdobędzie dobrobytu. Cóż to jest wolność biedaka, proletariusza, człowieka bez kultury intelektualnej i majątku, człowieka w potrzebie, człowieka zmuszonego wynajmować co dzień jakiemuś panu swe ręce, swoją pracę, swe umiejętności, zmuszonego odnawiać co dzień kontrakt sprzedaży swej osoby, to znaczy kontrakt swego niewolnictwa? Dajcie biedakowi wszystkie polityczne wolności świata, dajcie mu prawo głosowania, czynne i bierne prawo wyborcze – nie będzie ani na moment bardziej wolny niż bez nich, będzie nadal zmuszony zabiegać o względy jakiegoś pana, aby zdobyć swój chleb powszedni. Co mu po wolności politycznej, skoro odmawiacie mu wolności socjalnej?”

To podejście gryzło się z republikańską i liberalną wersją wolności. Ta pierwsza co prawda uznawała, że wszyscy muszą być włączeni w politykę, jednak głosząc potrzebę odpowiedniego przygotowania i nastawienia w sprawach publicznych obawiało się demokratyzacji, udziału osób bez odpowiedniej ogłady, schlebiającym raczej swoim pragnieniom niż myśleniu w kategoriach dobra wspólnego, bardziej podążających za „magicznymi” frazami i obrazami, niż wolnymi słowami, wyobraźnią polityczną i „zmysłem rzeczywistości” (Berlin), wielością pożerającą jakość. Z kolei liberałowie, nie dostrzegający nic zdrożnego w wolności od polityki, niechętnie nastawieni byli do wizji socjalistów ze względu na możliwość utraty wolności w wyniku decyzji większości, osób mających sprzeczne interesy niż mniej liczna grupa posiadaczy własności czy środków produkcji.

W wizjach socjalistycznych niewiele warta jest wolność republikańska. Lewicowcy skupiają się przede wszystkim na sprawach ekonomicznych i kulturowych, mających siłę odmienić sferę polityczną. Polityczność i polityka to jedynie narzędzia na drodze do hegemonii socjalistycznej, o której pisali Laclau i Mouffe. Gdy się ją osiągnie, co się z tymi wymiarami życia stanie? Albo będą potrzebne do utrzymywania hegemonicznej pozycji i agonistycznej walki z jej wrogami, albo staną się zbędne. W tym drugim scenariuszu skończyłoby się błogim rozpłynięciem obywateli w swoich sprawach, skupieniu na dobrobycie, wypoczynku, a nawet czasie na leniuchowania i nicnierobienie. Zostawieniu spraw politycznych ekspertom, które to podejście tak krytykuje Mouffe. Przy dyskusjach o skróceniu tygodnia pracy czy gwarantowanym dochodzie podstawowym nie wybija się argument, jeśli w ogóle się pojawia, że zdobytą w ten sposób wolność będzie można poświęcić na sprawy polityczne, jakby były one trzeciorzędne, inaczej niż w republikanizmie.

Różnicę między lewicowym a republikańskim podejściem do wolności można zobaczyć również na przykładzie udziału w dobrowolnych stowarzyszeniach i aktywności społeczno-politycznej obywateli. Dla lewicy, jeśli wiąże się to z pracą, powinna być ona wynagradzana. To pozwalałoby również włączać w działania społeczne gorzej sytuowanych, którzy nie musieliby już rezygnować z nich na rzecz zajęć zarobkowych. Dla republikanów samo bezinteresowne zaangażowanie jest wartością, działaniem szlachetnym, cnotliwym i godnym obywatela (choć może wynikać to z jego elitarnego rodowodu). Lewica w takim podejściu dostrzega samowyzysk. Nie jest dla niej rozwiązaniem ewentualne rezygnowanie z wynagrodzenia lepiej sytuowanych. Psułoby to bowiem „rynek” obywatelski, zachęcało do angażowania zwłaszcza przez te biedniejsze organizacje tych, którzy nie oczekują pieniędzy i którzy mogą sobie na to pozwolić. Taka arbitralna selektywność i możliwość ingerencji mogłaby razić nawet Pettita. Świat lewicowy to świat pracy, odpoczynku od niej i coraz częściej podnoszona kwestia czasu wolnego na nicnierobienie. To jednak prowadzić może do tego, że sfera publiczna zostanie całkowicie zdominowana przez profesjonalistów, a równość obywateli podkopana. 

Wizja hegemonicznego świata socjalistycznego, socjalistycznego społeczeństwa i dążenie do niego ujawnia również problem znany z liberalizmu. Skoro można pomyśleć stan wolności – liberalnej czy lewicowej – skoro wierzy się, że można go osiągnąć (lub się go osiągnęło, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe), to potrzebny jest podmiot mogący do tego doprowadzić oraz będący jego gwarantem. Dlatego można było upatrywać go w monarsze, takiemu czy innemu kształtowi parlamentu, tej czy innej partii, dyktaturze czy awangardzie. Może to zwłaszcza razić w przypadku lewicy, silniej podkreślającej równość, choć nakierowanie na słabszych, wykluczonych, zmarginalizowanych, nie potrafiących lub nie mogących mówić we własnym imieniu w zasadzie wymaga aktywistów i liderów społecznych ich reprezentujących, broniących ich praw. Kłopotem dla wrażliwości lewicowej staje się sytuacja, w której przedstawiciele grupy uciskanej uciskają inną z pozycji dominującej lub przynależą do kultury hegemonicznej, ale nielewicowej. Ten problem zrodził koncepcję fałszywej świadomości – we wczesnym etapie była ona związana z robotnikami nieprzynależnymi lub niepopierającymi ruchu robotniczego, dziś podobne trudności można odnaleźć w stosunku do działaczy związków zawodowych i pracowników, którzy ze względów religijnych czy tradycji są przeciwko prawom kobiet czy osób nieheteronormatywnych.

W lewicowym i liberalnym podejściu wolność, inaczej niż w republikanizmie, nie jest związana nierozerwalnie z metodą jej ustanowienia i utrzymania. To zawsze rodzi wewnętrzne spory. Republikanizm natomiast skupia się przede wszystkim na formie, w niej upatruje gwarancji wolności. Jest zatem bardziej niż pozostałe podejścia autoreferencyjny – tylko republikańską refleksją można myśleć o sobie. 

Bardziej anarchistycznie usposobieni lewicowcy postulowali, by pozostawić ludzi samoorganizacji, przybierającej formy falansterów czy kooperatyw. Pomysłu niesprzecznego z libertarianizmem, który jednak, wychodząc od innej wizji człowieka, bardziej konserwatywnej wrażliwości, nie pokładał w nich takiej nadziei. Być może również ona stanowiła najwyższe studium organizacji społeczeństwa u Marksa, w którym „nikt nie ma wyłącznego kręgu działania, lecz może się wykształcić w jakiejkolwiek dowolnej gałęzi działalności, [w której] społeczeństwo reguluje ogólną produkcję i przez to właśnie umożliwia mi robienie dziś tego, a jutro owego, pozwala mi rano polować, po południu łowić ryby, wieczorem paść bydło, po jedzeniu krytykować, słowem, robić to, na co mam akurat ochotę, nie robiąc przy tym wcale ze mnie myśliwego, rybaka, pasterza czy krytyka”. 

Lewica podkreśla, że własność nie jest wystarczająca do zapewnienia utrzymania życia, zwłaszcza godnego, o które chodziło myślicielom liberalnym. Posiadany majątek, inaczej niż w XVII-wiecznych środowiskach, w którym powstawały fundamenty liberalizmu, nie musi być źródłem jego pomnażania czy choćby pozwalać na utrzymanie siebie i najbliższych. Nawet sprzedaż czy też inwestycja w jedyną własność, jaką każdy posiada, czyli swój czas i pracę, jaką można dzięki niemu wykonać, nie zawsze przynosi wystarczające zyski. To stoi u podstaw lewicowej perspektywy o zewnętrznych wobec jego woli uwarunkowaniach wolności człowieka. Uzupełnia ją republikańskie podejście Pettita, mówiącego o konieczności przeciwdziałaniu asymetrycznemu zawieraniu umów – umów świętych dla liberałów, choć niekiedy niezwracających wystarczającej uwagi na kontekst ich zawierania oraz dokładnych zapisów. Nawet niektórzy, co mniej wnikliwi, uznają za zgodne z duchem wolności zrzeczenie się kontraktem przyrodzonej człowiekowi i niezbywalnej w ich oczach wolności. To bowiem mogłoby być podstawą nieważności kontraktu, co prowadziłoby z kolei do trudnych debat o to, co jeszcze mieści się w granicach wolności, a co już nie oraz które umowy mogą być wypowiadane, choćby w postaci nieposłuszeństwa obywatelskiego. W ten sposób zachwiana zostałaby liberalna świętość umów, a ich bardziej dyskusyjny i kontekstowy charakter zbliżałby takie podejście do tradycji republikańskiej.

Socjalistyczni myśliciele postulowali albo uspołecznienie własności pozwalającej każdemu i każdej z niej korzystać, utrzymywać się dzięki niej, albo powierzenie państwu roli zarządczej nad nią. W pierwszym przypadku – od diggersów po Kuronia i Modzelewskiego z Listu do partii – można wysunąć ten sam zarzut, który sama lewica stosuje wobec liberałów, czyli co w przypadku niepowodzenia danego przedsięwzięcia? Liberałowie, zwłaszcza o bardziej konserwatywnym usposobieniu, dodają, że tak musi się skończyć wielorządztwo nad własnością, w szczególności osób nie posiadających odpowiednich ku temu kompetencji. W przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia w uspołecznionym świecie wszyscy z nim związani zostają na lodzie, muszą szukać nowej pracy, z tym że już nie tylko z perspektywy pracownika, ale również współwłaściciela, który miałby, zapewne za zgodą dotychczasowych, dołączyć do nich. Taka decyzja musiałaby być poprzedzona i podyktowana zapewne kalkulacją ekonomiczną, bowiem dołączenie nowych osób mogłoby zmieniać położenie dotychczasowych właścicieli nawet do tego stopnia, że nie byliby w stanie się utrzymać. W ten sposób samo uspołecznienie nie znosi kluczowych dla lewicy problemów gospodarowania. Zmienia jedynie dynamikę niekoniecznie sprzyjającej bardziej wolności, jeśli uznać za jej warunek dobrobyt czy bezpieczeństwo ekonomiczne.

Na wypadek niestabilności gospodarczej, wypływającej z ducha anarchistycznego uspołecznienia i samorządności przedsiębiorstw, przekładającej się na sytuację społeczno-polityczną (hegemonię socjalistyczną?) lewica, podobnie jak Keynes, uważa, że rolę ma do odegrania państwo. W historii postulowała nawet nie tylko interwencjonizm państwowy, jak brytyjski liberał, ale wręcz państwowe zarządzanie gospodarką, nie tylko gałęziami strategicznymi, tych, w których mechanizmy rynkowe mogą nie wystarczyć do zaspokojenia potrzeb klientów czy odbiorców oraz w sytuacjach stanów wyjątkowych, zagrażających rzeczywiście bezpieczeństwu państwa i obywateli, w tym prowadzących do poważnych perturbacji społeczno-politycznych. Model upaństwowienia gospodarki odszedł już w zapomnienie, zwiększona rola państwa stała się natomiast (bardziej niż oczekiwaliby tego niektórzy liberałowie) wynikającym z republikańskiego konsensusu elementem wolności.

Dla lewicy, poza jej odłamem anarchistycznym, ważne jest państwo jako podmiot niwelujący nierówności ograniczające wolność jednostek czy obywateli. Ponieważ tak ważna w lewicowym podejściu jest walka z nierównościami, państwa są jednocześnie jednym ze źródeł nierówności już globalnych czy wewnątrz innych państw. Dlatego myśl lewicowa często przyjmowała perspektywę internacjonalistyczną. Skutecznie zapobiegać nierównościom mogło tylko państwo światowe, imperium wolności. Ono jedynie mogło być gwarantem wolności ludzi na całym świecie. To tendencja silniejsza niż nawet w uniwersalizującym liberalizmie. W nim bowiem zawsze można się pocieszać wolnością własną i na niej się skupiać, co zapewniała wolność od polityki. Po drugie, liberalizm w swej historii nie zawsze odżegnywał się od kolonializmu, a więc zdominowania tych narodów, ludów czy kultur uznawanych za nierówne, gorsze czy słabsze. Nawet jeśli, jak w przypadku Milla, widziano w tym podnoszenie ich do dorosłości i zrównywanie poziomu cywilizacyjnego. Czy lewicowe podejście, zmierzające do wyzwolenia ludzi na całym świecie nie ma podobnego charakteru? Republikańskie podejście Tocqueville’a do kolonializmu też było naznaczone pewną dwuznacznością, jeśli chodzi o nieuchronną dekolonizację niosącą wolność.

Wolność konserwatywna

W tym miejscu płynnie można przejść do wolności konserwatywnej. Wywodzi się ona od Edmunda Burke’a. Jako angielski polityk zajmował się sprawami kolonii indyjskich, w tym był oskarżycielem Warrena Hestingsa za niegodziwości popełnione przez niego w Bengalu i kolonii amerykańskich, z którymi chciał pojednania w duchu szerokiej samorządności, choć nie niepodległości od imperium brytyjskiego. Przeszedł jednak do historii jako krytyk rewolucji francuskiej i ojciec konserwatyzmu. Na ogół ten nie jest kojarzony z wolnością i są ku temu powody. Często bowiem wykorzystywany był jako oręż przeciwko niej, wręcz mylony z tradycjonalizmem. A jednak ma on coś nam o niej do powiedzenia.

Konserwatyzm przypomina, że nie istnieje coś takiego jak uniwersalna, a więc abstrakcyjna wolność. Dlatego nie widzi możliwości ustanowienia państwa uniwersalnego. Sprzeciwia się takim dążeniom z tego samego powodu, dla którego sprzeciwia wszelkim próbom stanowienia praw i zasad w oparciu o rozum spekulatywny i teoretyczny oraz racjonalistycznym ideom nieznajdującym miejsca w tradycji danego społeczeństwa, jego niekoniecznie zapisanej konstytucji. Jak podkreślał Michael Oakeshott, brytyjski teoretyk konserwatyzmu, próba budowania społeczeństwa i polityki w oparciu o racjonalizm nie tylko nie ma szans się powieść, ale również jest obarczona przemocą, koniecznością narzucenia, podporządkowania i zdominowania jednych przez drugich, pragnień obywateli pragnieniom wizjonerów, jak w przypadku Babilończyków i Nimroda. Konserwatyzm przypomina, że różne prawa mogą być zgodne z wolnością, nie ma jednego ich uniwersalnego zestawu, dlatego też trzeba zostawić wolność ich tworzenia poszczególnym wspólnotom.

W wolności mieści się wybieranie tego, co znane i swojskie nad to, co nieznane i niepewne, sprawdzonego nad eksperymentalnym, rzeczywistego nad możliwym, wygodnego i wystarczającego nad doskonałym. A to rdzeń postawy konserwatywnej, opisanej przez Oakeshotta. Dla niej ważne jest również życie we wspólnotach – tych dobrowolnych, ale i tych, w których żyjemy ze względu na los – do których przynależność potwierdzamy każdego dnia, choćby krytykując, dopóki ich nie opuścimy. Bo konserwatyści nie są przeciwko zmianom, także w kierunku poszerzania zakresu wolności i jej umacniania. Uważają, że należy robić to jednak powoli i stopniowo, a nie porywczo i całościowo, do czego skłonność miała i ma lewica. Tu jednak natrafia się na konflikt między dominacją nad konserwatywnie usposobionymi obywatelami potrzebującymi więcej czasu na zmianę, a dominacją nad tymi, których wolność jest okrojona rzeczywiście i dla których najlepiej byłoby znieść ograniczenia od razu. Ponadto dla konserwatystów zmiana musi być poprzedzona odpowiednim namysłem i dyskusją, co zbliża ich do podejścia republikańskiego. Burke’a łączyło z nią również przeświadczenie, że wolność nie jest tylko przyjemnością, jak czasami do niej podchodzą liberałowie widzący w niej źródło dobrobytu i rozrywki, ale rodzajem godności i przywilejem. Wiązał dobrą politykę z kierowaniem się wolnością, jak republikanie.

Konserwatyzm wolnościowy miał szczególnie dobre warunki do powstania i rozwijania się tradycji anglosaskiej, w której obecne były silnie zakorzenione elementy wolnościowe. Je właśnie wydobywał Burke, czyniąc z umiłowania wolności esencję angielskiej konstytucji. Uznawał bowiem, że każda wspólnota polityczna ma jakąś szczególnie ważną dla siebie wartość, powracającą kwestię, podług której ocenia sytuację i wydarzenia oraz będącą źródłem dążenia do szczęścia jej członków.

Jak zauważył Marcin Król, to przynależność do wspólnoty powoduje, że chcemy walczyć o wolność innych czy jej bronić, nawet w sytuacjach, gdy nas bezpośrednio dana sprawa nie dotyczy – nie wpływa bezpośrednio na nasze finanse, nie jest związana z naszym kolorem skóry, orientacją seksualną, położeniem społecznym, wyznawaną religią czy wartościami. Nie postrzegając siebie jako część większej wspólnoty – wspólnoty wspólnot – nie mamy powodu, by w takie sprawy się angażować, troszczyć się nie tylko o swój wąsko rozumiany interes, do czego skłania niekiedy liberalizm postrzegający ludzi jako niezależne jednostki. Wyłączając się ze wspólnoty mamy ograniczony wpływ na jej zmianę. Nieprzypadkowo w latach 70. XX w. z liberalizmem Rawlsa walczyli z pozycji wspólnotowych komunitarianie. Byli wśród nich konserwatyści jak MacIntyre, republikańscy liberałowie jak Sandel oraz lewicowcy jak Walzer. To w końcu wspólnoty, do których przynależymy dobrowolnie, których członkami jesteśmy zrządzeniem losu, mniej lub bardziej ograniczające wolność człowieka, są organizacjami pośredniczącymi, mogącymi bronić jednostki przed utratą wolności lub nawet zniewoleniem, jak przedstawiał to republikanizm. To za sprawą ich zdolności organizacyjnych, a także chęci ich członków do bronienia swojej wolności, wyrażanej w konkretny, a nie abstrakcyjny sposób, objawiającej się w takim, a nie innym stylu życia.

Dobrze, gdy wspólnota szanuje wolność swoich członków, choć nie zawsze przecież tak jest. Kłopotliwe są tu zwłaszcza wspólnoty religijne, których jednak wartości dla licznych konserwatystów, w tym Burke’a są fundamentem dla społeczeństw, źródłem moralności oraz wolności. Z perspektywy republikańskiej (choć religia jest w niej postrzegana jako społecznie użyteczna), liberalnej oraz lewicowej (choć Winstenlay powołuje się na nią, chyba jednak wyłącznie jako zabieg retoryczny) niedopuszczalne jest jednak, by narzucać religijne normy osobom nienależącym do danej wspólnoty. O ile liberałowie przeciwstawiają się takiej ingerencji w życie człowieka, a lewicowcy chętniej widzieliby dominację własnych norm, to republikanie poszukują w takich sytuacjach możliwości znalezienia uzasadnienia z innych pozycji moralnych.

Tradycje wolnościowe i arbitralność

Konserwatyzm od dawna nie ma monopolu na tradycję. Nawet nurty, z którymi walczył na początku stworzyły własne, bogate tradycje. Dzisiejsza rzeczywistość jest nimi przesiąknięta. W różnych obszarach, w różnych miejscach, przy różnych okazjach sięgamy do nich, powołujemy się na nie, niekoniecznie świadomi ich genealogii.

Kilka dekad temu Leszek Kołakowski próbował stworzyć katechizm, jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą. Próbował wydobyć wartościowe zasady z każdego z tych nurtów i stworzyć z nich pewien kodeks zasad, którymi warto się kierować w życiu społecznym. Uważał, że nie są one sprzeczne. Zaprezentowane tu podejście jest zupełnie inne. Można wręcz uznać je za antykatechizm. Z wielkich tradycji: liberalnej, republikańskiej, lewicowej i konserwatywnej – również wewnętrznie podzielonych – nie sposób wydobyć czegoś niesprzecznego. Na drodze do tego stoją często pomijane i przemilczane założenia, które tu starałem się wydobyć.

Skoro nie jest możliwe stworzenie spójnego zestawu zasad ani likwidacja poszczególnych sposobów myślenia, co pozostaje? Wygląda na to, że myślenie na sposób republikański, myślenie bez poręczy, by użyć tytułowego określenia z książki Hannah Arendt. Kierowanie się nim przy roztrząsaniu spraw społecznych, publicznych, politycznych. Podejmowanie decyzji w oparciu o nie, a nie jedynie o chwytliwe hasła czy zabawne memy. Z tym jest jednak pewien kłopot. Wiąże się to bowiem z arbitralnością przy wykonywaniu wyborów w sprawach publicznych. Dlatego są one zawsze polityczne, nie ma decyzji dotyczących wspólnoty mających inny charakter. W różnych obszarach, w różnych przypadkach odpowiadają nieco inne sposoby myślenia, jak pokazywał w Sferach sprawiedliwości Walzer. W każdym przypadku muszą one jednak dbać o wolność jednostki, przestrzeń dla millowskiego experiments in living, nienaruszających jednak wolności innych. Z tego powodu polityka, już pokazywał Burke i Oakeshott, dość kiepsko znosi eksperymenty, zwłaszcza niewypływające z doświadczeń wspólnoty, umocowane jedynie na racjonalistycznych i dogmatycznych ideach. Dzisiaj jednak bogactwo pozytywnych doświadczeń wolności jest tak duże, że na ich tle to konserwatyzm trąci abstrakcyjnym racjonalizmem.

W tej złożoności świata politycznego i jego pogmatwaniu nie dziwi więc, że często ludzie poszukują czegoś, czego mogliby się kurczowo chwycić niczym poręczy. Często są to „magiczne” hasła, czasem mniej lub bardziej rozbudowane gotowe koncepcje powstałe w ramach omawianych tradycji. W konfrontacji z rzeczywistością te wyimaginowane poręcze nie są niczym stabilizującym. Niekiedy prowadzą do większej dezorientacji czy turbulencji, choć przecież obiecują rozwiązanie problemu wolności ludzi, pokoju i dobrobytu. Jeśli tylko jedna by została przyjęta przez wszystkich, doprowadziłoby to niechybnie do szczęśliwego świata wolnych ludzi. Niesieni tymi nadziejami możemy nie dostrzec lub nie rozpoznać zaszytych w nich niewspółmierności i sprzecznych założeń. Sprzyja temu podzielane przez wielu przeświadczenie, że jest tylko jedna droga i jedno rozwiązanie wolności. Nie myśli się, że różne tradycje mogą odnosić się do różnych wymiarów wolności, których jednak nie ma możliwości ostatecznie pogodzić. To starałem się tu pokazać, licząc, że to rzadko poruszane zagadnienie może stanowić element edukacji wolności, swoistej paidei wolności (tak jak grecka paideia, ważna dla polityczności starożytnych Greków, zastąpiona następnie przez paideię chrześcijańską, co pokazał Werner Jaeger).

John Plamenatz zauważył kiedyś, że demokracja liberalna w dużym stopniu opiera się na utylitaryzmie. Czemu jednak służą przyjemności, dążenie do szczęścia czy unikanie przykrości? Przede wszystkim zachowaniu życia, które w przeciwnym razie – bez choćby przyjemnych i szczęśliwych chwil, nadziei na nie – byłoby trudne do zniesienia. Wolność natomiast służy do rozwoju życia, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym, choć bywa ona cięższa, bardziej wymagająca i nie zawsze przynosząca korzyści.

The winter of our discontent :)

Niektórzy czytelnicy mogą pamiętać rolę niezależnej kultury za Żelazną Kurtyną; nie mam tu na myśli kościelnych recytacji poezji czy odśpiewywania w prywatnych mieszkaniach „zakazanych piosenek”. Na myśli mam kontekst, w którym największe dzieła literatury światowej nabierały podwójnego, konspiratorskiego znaczenia: w trzeciej części Dziadów Nowosilcow naturalnie był historycznym, jak i współczesnym odzwierciedleniem rosyjskiego/radzieckiego „namiestnikowstwa” w Polsce. 

Wszystko zależy od kontekstu, przynajmniej na Harvardzie. Zachęcanie do linczowania czarnych na Południu tylko wtedy jest wykroczeniem, kiedy słowa stają się czynami. Potrzeba dyndających z platanów „strange fruits”, cytując Billie Holiday, żeby uznać słowa zastraszenia i obwiniania Diaspory za akcje innego państwa za podjudzanie hord wielbicieli Jihadu i adwokatów prawa szariatu na terenie Europy do „stawania się czynem”. Ergo, trzeba wtargnąć do kolejnej synagogi i wystrzelać ludzi. Najpierw w Izraelu wybić ostatniego Żyda. A potem zabrać się za Diasporę. W czasach, w których uznaję Tel Aviv za bezpieczniejszy niż Londyn, świat, jak w Elsinorze, chyba „wypadł z orbit”. 

Antysemicka mordercza agresja po 7 października nie jest przecież niczym nowym. Przy skupieniu mediów na cierpieniu mieszkańców, kto dzisiaj nawet pamięta niedawne wystrzelanie kongregacji w synagodze w Pittsburgu albo wzięcie za zakładników modlących się w Coleyville w Teksasie? Kto pamięta pozabijane dzieci w żydowskich szkołach w Tuluzie i Monauban? Strzelaninę w synagodze w Halle w Yom Kippur,? Atak na zwiedzających Muzeum Żydowskie w Brukseli? Atak na synagogę w Götteborgu? Koktajle Mołotowa, które poleciały na synagogę w Izmirze? Strzelanie do modlących się w Pesach w synagodze w Poway w Kalifornii? Zamordowanych ludzi w koszernym sklepie w Grenville w New Jersey? Zanożowanie celebrantów Chanuki w Monsey w stanie New York? Morderstwo młodych Żydów na Prenzlauer Berg w Berlinie? Granat eksplodujący w żydowskim sklepie w Sarcelles? Mord żydowskich zakładników przy Porte de Vincennes w Paryżu? Atak na centrum kulturowe w Krudttønden w Danii? Zabójstwo członków Żydowskiego Centrum Kulturalnego w Nicei? Mord partycypantów spotkania w Żydowskim Centrum Kulturalnym w Kansas?  Kto pamięta? Proszę zwrócić uwagę, że ta lista niewspomnianych nigdzie aktów popełnionych przez militarny odszczep przedstawicieli „religii pokoju” (tę mantrę nakazują nam powtarzać brytyjskie media) to tylko plon ostatniej dekady poprzedzającej atak Hamasu na Izrael. Pominięte na tej liście zostały ataki na puste budynki, bezczeszczenie świątyń i cmentarzy, morderstwa pojedynczych osób oraz werbalne i fizyczne ataki na przemieszczających się po miastach Europy mężczyzn w kipach. Na powyższej liście brak też morderczych ekscesów na terenie Bliskiego Wschodu, Ameryki Południowej i Afryki. Pytanie pozostaje jednak to samo: Kto, w kontekście 7 października słyszał o kontynuacji tych  antysemickich ataków przez zradykalizowanych „nowych Europejczyków” długo przed wybuchem wojny w październiku 2023 roku? Ja nie: ani w anglo-, ani francuskojęzycznej zachodniej prasie. Ironicznie, brak o tym mowy tak Ha’aretzu, jak i w Jerusalem Post. 

Niektórzy czytelnicy mogą pamiętać rolę niezależnej kultury za Żelazną Kurtyną; nie mam tu na myśli kościelnych recytacji poezji czy odśpiewywania w prywatnych mieszkaniach „zakazanych piosenek”. Na myśli mam kontekst, w którym największe dzieła literatury światowej nabierały podwójnego, konspiratorskiego znaczenia: w trzeciej części Dziadów Nowosilcow naturalnie był historycznym, jak i współczesnym odzwierciedleniem rosyjskiego/radzieckiego „namiestnikowstwa” w Polsce. Ilekroć Hamlet, w wielu interpretacjach, wypowiadał słowa „Denmark is a prison”, Dania stawała się Polską, a Klaudiusz sowieckim uzurpatorem i mordercą prawowitego władcy. Fortynbras jawił się jak zachodni wyzwoliciel, który upora się z restauracją państwa polskiego poznaczonego zarówno mordami opozycji (Hamlet), niewinnych ofiar reżimu (Ofelia, Horacy) jak i samych zbrodniarzy (Klaudiusz oraz, świadomie lub nie, Gertruda). Antygona, nie mogąca pochować zwłok Polinejkesa, stawała się matką, żoną, siostrą pomordowanych przez reżim sowiecki „zaginionych” opozycjonistów. Elektra w wersji Giraudoux, Arturo Ui Brechta, Król Ubu Jarry’ego czy Szkarłatna Wyspa Bułhakowa bywały zdejmowane z afisza gdyż budziły „skojarzenia niekorzystne dla aktualnych realiów”. Zbrodnie uzurpatorów, takich jak Makbet czy Ryszard III stawały się zbrodniami władzy, a upadek tych postaci prorokował niewyobrażalny wtedy kres komunizmu. Otwierający Ryszarda III  „the winter of our discontent” był tak naprawdę analogią Polski żyjącej pod butem reżimu. „Słońcu Yorku” nigdy nie udało się tej zimy zamienić na „promieniste lato” reżimu.

Unikalną właśnie relację kontekstu i aluzyjności zaobserwowałem niedawno poprzez doświadczenia teatralne w Tel Awiwie. Co ciekawsze, odkryłem tę relację w formie retrospektywnej: przedstawienia te były w repertuarze teatrów długo przed październikiem zeszłego roku. Nie zostały one „przystosowane” do nastroju kraju: powszechnego sensu żałoby, samotności i niezrozumienia na arenie międzynarodowej, ani też wycieńczenia cierpliwości społeczeństwa miotającym się rządem Netanyahu, kryptycznością hamasowskich „informacji” (lub jej całkowitego braku) o losie tych, którzy uwięzieni są jeszcze w podgazańskich tunelach oraz codziennego dodawania imion kolejnych chłopców rezerwistów postrzelonych na terytorium Gazy do listy ofiar wojennych. Może niedefiniowalne misterium teatralne jest w stanie przekierować umysły i emocje publiczności na rejony ich podświadomości? I właśnie nowy, tragiczniejszy kontekst doświadczenia teatralnego nadaje tak samemu tekstowi, jak i jego inscenizacji nowe, tragiczne znaczenie. Nawet gdy dana sztuka nominalnie zajmuje się czymś innym niż teraźniejsze wydarzenia, nie zauważyłem w Izraelu, by kontekst świata na zewnątrz audytorium wbijany był w kotlarski sposób w mózg widza postrzeganego w reduktywnie jako nieumiejętnego skojarzenia istniejących postaci z, pożal się Boże, chromymi, sutannowymi, pisowskimi czy świętomaryjnymi „symbolami”, z przypiętymi do policzka mikroportami. Tak, jak ma to miejsce w teatrze w Polsce. Czy naprawdę polscy twórcy teatralni aż tak nisko cenią zdolność skojarzeń umysłów publiczności, że muszą teatralnie głośno chrząknąć, trzy razy puścić do widza oko i upewnić się, czy na pewno zrozumiał, że ksiądz jest zły, szczerość wyraża się poprzez nagość, a prezentowanie historycznych sztuk we współczesnych kostiumach oznacza, że dana sztuka może się dziać tu i teraz, a nie wtedy i tam? Wow! Chrząknięcie, puszczone oko i klapnięcie widza po plecach z zapytaniem: „zrozumiałeś o co w tym chodzi?” No, thank you very much.

Anioły w Ameryce Tony Kushnera w Cameri Theatre w oryginalnie czystej formie nabrały właśnie kolejnej głębi znaczeniowej poprzez popaździernikowy kontekst. Znając duże fragmenty tekstu na pamięć, nagle uderzyło mnie bogactwo znaczeniowe tej sztuki, którą, wydawało się, że oglądam po raz pierwszy. Przynajmniej dzięki Claudine Gay wiem, że „wszystko zależy od kontekstu”. W sztuce Kushnera oglądanej w kontekście Izraela po 7 października uderzyło mnie przede wszystkim nieme przyzwolenie obojętnego świata na wymarcie danej mniejszości pozostawionej samej sobie z niezwalczanym wirusem. Wirusem, który dotyczy tej tylko pogardzanej mniejszości, więc po co się nim w ogóle zajmować. Chrząkam do Państwa teraz, puszczam oko i upewniam się, że zrozumieli Państwo, że niezwalczanym wirusem jest Jihad, obojętność świata to przykładowo stosunek Narodów Zjednoczonych czy Czerwonego Krzyża wobec pomordowanych 7 października w niewyobrażalnie makabryczny sposób matek, ojców i ich dzieci. Zakładam też, że rozumiecie Państwo, z czym Żydom kojarzy się palenie dzieci w piecach. Na scenie, ściekający potem i zapluty w swoich machinacjach, Roy Cohn jest jak kombinujący na wszystkie sposoby Bibi: oby tylko wiadomość o jego „chorobie” nie wydostała się na światło dzienne i nie umniejszyła jego roli w manipulowaniu rządem i społeczeństwem. Symbolicznie, w oryginalne Kushnera, relacja centralnych kochanków Priora i Louis’a jest sama w sobie wyrażeniem dylematu „kto tu dotarł pierwszy”, kto jest stąd, a kto jest „napływowy”, kto ma w sobie szlachetność autochtona, a kto zaledwie dwupokoleniową politurę imigranta udającego „prawdziwego Amerykanina”. Chrząkam i zakładam, że rozumiecie Państwo, co ten dylemat w dzisiejszym kontekście może w Izraelu znaczyć. Prior, jak wskazuje samo imię, jest z rodziny pierwszych z najpierwszych Anglików, którzy dotarli na statku Mayflower do Cape Cod w 1620 roku. Pierwszy, najpierwszy, na ziemi, która najpierw była Kolonią Plymouth, a z czasem stała się Ameryką. Ale przecież przed Kolonią Plymouth ta ziemia istniała i była zamieszkała. Pomijamy to poprzez co? Hipokryzję połączoną z autoiluzją? Z ignorancją? Z mitomanią? I to właśnie Prior jest zarażony AIDS, a jego śmierć jest zapowiedzią rzekomych 700 000 zmarłych w samych tylko Stanach Zjednoczonych nosicieli tego wirusa. Ale kto przejmował się wtedy (czy nawet teraz) śmiercią ofiar AIDS? Mamy tu klasyczne obwinianie ofiary:  „Sami się o to prosili”, „Było nie sypiać na lewo i na prawo”, „Bóg ich nareszcie pokarał”. Jak gdyby poligamia, rozseksualizowanie i poczucie nieograniczonej wolności obyczajowej było domeną konkretnej mniejszości seksualnej, a nie częścią ludzkiej natury, bez wglądu na to czy praktykowanej czy też niepraktykowanej. Louis z kolei jest wnukiem emigrantów przybyłych z Europy Wschodniej po serii carskich pogromów. Dziadkowie mówią ze słowiańsko-yiddischowskim akcentem, słuchają się miejscowego rabina i starają się wypełniać tyle mycw, czyli dobrych uczynków z 613 przykazań Tory, ile się da. Louis jest stuprocentowym Amerykaninem, ateistą i adwersarzem rodzinnego balastu shtetlowej przeszłości, który zmusza do podtrzymywania elementów aszkenazyjskiego stylu życia we współczesnej Ameryce. Louis nie jest niby „obcym”, emigrantem, przyjezdnym. Jest i nie jest. Religia, szkoła etyczna i niekwestionowany respekt wobec prawa, w których wyrósł Prior, zrodziły się przecież z czterotysięcznoletniego Judaizmu. Kto więc jest autochtonem? Do kogo należy ta ziemia? Kim są Prior i Louis wobec postaci Belize, potomka przywiezionych do Ameryki przez Brytyjczyków niewolników? Czym w tym relatywnym autochtonizmie jest mormonizm, religia uformowana przez Josepha Smitha po znalezieniu tajemniczych ksiąg w 1830 i pomieszanie chrześcijaństwa z proroczymi myślami pochodzącymi z objawionej Smithowi księgi?

W klimacie, w którym historyczna rzeczywistość Izraela musi faktograficznie tłumaczyć się sama z siebie; w państwie, które racjonalnie wskazuje ku głuchocie świata na VII-wieczne podboje Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki przez islamskich Arabów; w państwie, które sceptycznie podchodzi do islamskiego konceptu świętości Jerozolimy opartego na przedagonalnym nocnym locie Mahometa, pytanie, kto jest autochtonem a kto emigrantem rozpala emocje od skrajnej Lewicy po skrajną Prawicę. Czyja więc religia jest ekwiwalentem neofickiej, znalezionej w 1830 roku Księgi Mormona? Czy cumujący przy Plymouth Rock w 1620 roku angielski statek Mayflower pełen Purytanów jest początkiem państwowości, narzuceniem moralności religijnej pozornie odkrytemu „Nowemu Światu”? Czy też był ucieczką mniejszości przed persekucjami w Europie?   I kim są w końcu tytułowe anioły w Ameryce? 

Wizualnie, wieloznaczeniowość scenografii Erana Atzmona dodała misternej sztuce Kushnera kolejny wymiar: zstępujący z niebios anioł czasem jawił się jako chrześcijański skrzydlaty nosiciel dobrych wiadomości, a czasem jako starobiblijny Tachanowy „pierwszy refleks żaru Bożego życia”. Żaru, a więc nie śmierci. Pomieszanie ikonografii Chrześcijaństwa i Judaizmu jest przecież  kolejnym wymiarem izraelskości, szczególnie w Jerozolimie. 

Połączenie śmierci i ratowania jednego życia, jakby było całym światem i przekleństwo przynajmniej trzytysiącletniego świata pragnącego wymordować wszystkich Żydów (jak na razie bezskutecznie) wypełniają psyche wszystkich Izraleczyków. Teraz bardziej bezpośrednio niż kiedykolwiek od czasów Shoah. Tuż za Operą Izraelską znajduje się instalacja z pobliskiego Tel-Avivskiego Muzeum Sztuki: stół szabasowy na 200 miejsc, wokół zawieszone są fotografie zabitych i porwanych. Wyglądają jak rodzinne portrety radosnych i pełnych życia ludzi. Żałoba ta jest żałobą narodu. To nie chodzące w koło przed Casa Rosada w Buenos Aires samotne matki ofiar reżimu. Tutaj schodzi się każdy. I dzieli ten sam los, tak jak ten sam los, z różnymi konsekwencjami, dzielony był przez europejskich Żydów podczas Zagłady. Przy tym szabasowym stole ustawione są również krzesełka dla dzieci. A kogo w UNICEF czy w Czerwonym Krzyżu obchodzą pogwałcone dziewczynki czy noworodki uprowadzone do tuneli przez Hamas? W Izraelu nie masz poczucia, że ktokolwiek, poza Diasporą, rozumie ten ból, który tak teraz, jak i od niepamiętnych pokoleń wżera się niczym prażący kwas w żydowskie serca.

Dlatego też w Ryszardzie III w niezwykłym Gesher Theatre w Jaffie, z czym innym mogą się dziś kojarzyć podżynane dziecięce gardła synków Edwarda IV? Monologi królowych Elżbiety i Małgorzaty, wymawiane przez upadłe byłe królowe są właściwie długą listą barbarzyńsko pomordowanych przez ludzkie zło członków najbliższej rodziny. Z czym innym mogą się one teraz kojarzyć? W ustach starszych aktorek pobrzmiewają te słowa jak niedowierzanie izraelskich babć, którym udało się przeżyć Zagładę, aby wpierw stracić syna w wojnie Yom Kippur, a potem wnuka w Gazie. Kto zrozumie ich ból i ich wiarę w imperatyw istnienia silnego Izraela? Może trzeba spędzić kilka lat w ukryciu pod podłogą? Albo z ogoloną głową, w śmierdzącym kałem i śmiercią pasiaku patrzeć w krematoryjny dym, wraz z którym nikną na szarym niebie twoi najbliżsi i najukochańsi?

Skąd też dziwić się, że w wieczór walentynkowy Opera Izraelska zaprezentowała Requiem Verdiego? Kalendarzowo nadchodzi już wiosna, ale w sercach wszystkich wokół łopocze dniem i nocą niepogodzenie się z „zimą naszej niełaski”. 

Przepraszam, mamy tańczyć menueta? Dla mojego pokolenia pytam… Ale nie tylko :)

Dziwić i oburzać może natomiast to, że mentalnie tkwimy wciąż w innej epoce. Zwłaszcza, gdy dotyczy to polityki. Standardy, jakie do niej przykładamy, są z nie tego świata. Sytuacja wokół Marin obnażyła to dobitnie. 60 proc. Finów uznaje, że zachowanie ich premierki nie licuje z powagą urzędu. Aż strach pomyśleć, jak ten wynik wyglądałby, gdyby zapytać Polaków.

Po Europie lotem błyskawicy rozeszła się oburzająca informacja o tańcach premierki Finlandii. I, o zgrozo, nie był to taniec rodem z innej epoki, nie był to nawet swing, twist, rock’n’roll, jive, taniec disco, salsa, nie wspominając już o walcach, tangach czy foxtrotach. Nie było to też dyganie w rytm muzyki. Sanna Marin tańczyła całkiem współczesny taniec ludowy, który możemy dziś zobaczyć w masowych ilościach na Instagramie, TikToku, na YouTube, w serialach na Netfliksie czy w filmach. Możemy też spotkać się z nim na imprezach, zwłaszcza z udziałem osób ze średnich i z młodszych pokoleń.

Purytańskie umysły od dekad ostrzegały – jeśli się nie powstrzyma tych wszystkich przemian kulturowych, do tego dojdzie. I doszło. Możemy dziś oglądać te i podobne „gorszące” sceny, co ułatwiają kamery będące zawsze pod ręką i aplikacje do natychmiastowego dzielenia się zdjęciami i wideo.

Ale nie ma się co dziwić, ani oburzać z tego powodu. Póki jedyna krzywda, jaka się dzieje, dotyczy przemijającej moralności, to nie ma co rozdzierać szat z tego powodu. Zwłaszcza, że odsłoniłoby to publicznie nagie torsy, więc ci, którzy chcieliby to zrobić, niech się powstrzymają, w zgodzie ze swoimi purytańskimi przekonaniami. O, przepraszam, jeśli zrobiłby to mężczyzna, to zostałoby to nieodnotowane, jakby niezauważone.

Dziwić i oburzać może natomiast to, że mentalnie tkwimy wciąż w innej epoce. Zwłaszcza, gdy dotyczy to polityki. Standardy, jakie do niej przykładamy, są z nie tego świata. Sytuacja wokół Marin obnażyła to dobitnie. 60 proc. Finów uznaje, że zachowanie ich premierki nie licuje z powagą urzędu. Aż strach pomyśleć, jak ten wynik wyglądałby, gdyby zapytać Polaków. Nawet głosy starające się zneutralizować sytuację dobitnie świadczą, że jest wiele do przepracowania. Choć są one krokiem w dobrą stronę, wydają się niewystarczające, nawet jeśli, tak jak w Polsce, są wymierzone w patriarchalne złogi.

Źródła dzisiejszej wrażliwości politycznej

Znaczna część współczesnej ludności europejskiej wychowywała się w latach 50., 60., 70. czy 80. Imprezy i zabawy, popularne dancingi czy prywatki, wyglądały wtedy całkiem inaczej. Moralność była inna, odmienne zachowania były akceptowalne bądź nie, co innego było traktowane jako odważne zachowanie.

Co ważniejsze, w tym okresie w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych kształtowały się standardy współczesnej demokratycznej polityki. I trzeba przyznać, że ugrzęzły one w powojennych cudownych trzydziestu latach. Wystarczy obejrzeć reklamy z tamtego okresu, by zobaczyć, jak była postrzegana rola kobiet, do tego nawet ich prawa były równie mocno ograniczone. Prawo było surowe także w stosunku do osób nieheteronormatywnych. W USA czarni nie mieli prawa głosu. Religia była silnie obecna w życiu ludzi, społeczeństw, a nawet w polityce. Dziś trudno wyobrazić sobie postać duchownego na czele ruchu społecznego, a Martin Luther King nim przecież był. Często to, co nazywamy średniowieczem, w gruncie rzeczy jest rzeczywistością państw Zachodu niewiele sprzed połowy wieku!

Co prawda, późne lata 60. i 70. przyniosły zaczyn rewolucji kulturalnej, wynikającej z wkraczania w dorosłość pokolenia powojennego boomu demograficznego, który stanął w obliczu wielkich przemian społeczno-gospodarczych. Sam karnawał rewolucyjny trwał jednak dość krótko. Uruchomił natomiast procesy, zwłaszcza związane z liberalizacją i emancypacją w wielu obszarach, choć początkowo nawet w Nowej Lewicy niechętnie odnoszono się do przywódczej roli kobiet w ruchu. W zasadzie dopiero na przełomie XX i XXI w. w Europie i USA upowszechniły się zmiany rozpoczęte dekady wcześniej. A przecież wciąż są one podważane przez część społeczeństwa i jej przedstawicieli, a w niektórych miejscach nawet na Zachodzie wciąż trzeba o nie walczyć – USA w sprawie aborcji są tego przykładem.

Z pokoleń wychowywanych w ostatnich dekadach XX w. pochodzi większość współczesnych polityków. Co więcej, ci, którzy zaczynali swoją karierę jako zbuntowani studenci, z czasem dołączyli do establishmentu i jego wymagań, nawet jeśli na początku manifestacyjnie chodzili jeszcze w trampkach. To właśnie oni przez lata kształtowali i nadal kształtują nasze wyobrażenia o polityce. Wyobrażenia o tym, co w niej uchodzi, a co nie, jak powinni zachowywać się poseł czy posłanka, minister czy ministra, premier czy premierka.

Rzecz jasna, nie jest to wyłącznie sprawka polityków. Nie są oni znów takimi demiurgami. W demokratycznych społeczeństwach są oni wybierani, w pewnym stopniu, na podobieństwo wyborców, i odzwierciadlają w jakieś mierze ich wrażliwość społeczno-polityczną. A przynajmniej na ogół wpisują się w ich wyobrażenia o przekonaniach konserwatywnych, nowoczesnych czy postępowych, choć trzeba przyznać, że dziś często ta nowoczesność czy postępowość jest już w stylu retro, a konserwatyzm nader łatwo przybiera postać tradycjonalizmu. W tę grę grają także politycy, którzy kierują się często swoimi wyobrażeniami o tym, czego oczekują od nich ich wyborcy, czasami opierając się na badaniach społecznych. I tak kręcimy się w kółko, nieznacznie odchylając się raz w jedną, raz w drugą stronę.

Poza prywatnym i publicznym

Pojawienie się Sanny Marin przyniosło pewne poruszenie. Polityczka nie wpisuje się w dotychczasowe standardy, a na pewno nie wszystkie. Chce pozostać dzieckiem swoich czasów, a nie być prowadzona przez zastane normy społeczne przypisywane politykom, zwłaszcza tym zajmującym eksponowane stanowiska. Nie poddaje się łatwemu dyscyplinowaniu. I, jak zapowiada, zamierza robić to dalej.

Pochodzi ona z innego pokolenia niż jej koledzy i koleżanki po fachu. Najmłodsza premier dzisiejszej Europy stanowi być może forpocztę nowej polityki. W końcu zmiana społeczna nie polega na powielaniu zachowań pokolenia dziadków i babć, matek i ojców, z tą różnicą, że obecnie udostępniane są w mediach społecznościowych. A tak nadal postępuje nawet część jej rówieśników.

Życie młodych polityków, tych obecnych i przyszłych jest i będzie bardziej nastawione, wystawione i narażone na widok publiczny. Chcąc być jak inne osoby publiczne z młodszych i średnich pokoleń, chcąc zdobywać grono odbiorców, budować i utrzymywać ich lojalność, będą zacierać granice między życiem prywatnym a publicznym, tak jak zatarła się granica między światem fizycznym a wirtualnym, zwłaszcza w młodszych pokoleniach.

Zresztą Sanna Marin zaciera te światy, na Insta, jak rasowi influencerzy, dzieląc się zdjęciami czy filmikami m.in. z muzycznych festiwali, treningów czy ze swojego czasu wolnego, obok tych związanych z pełnioną funkcją. Z pewnością wie, a przynajmniej może się spodziewać, że będą one szeroko komentowane.

W przypadku wycieku filmików z imprezy sprawa nieco się komplikuje, ponieważ sama zainteresowana nie miała wpływu na ich opublikowanie. Na pierwszych materiałach doskonale wiedziała, że jest kręcona, nawet jeśli ufając, że to tylko „na użytek prywatny” w grupie znajomych. W przypadku drugiego wideo, mogła nie wiedzieć. Obie sytuacje są jednak stałym elementem kondycji współczesnego człowieka. Są jak żywioł, w obliczu którego czuje się pewną bezradność – nagranym można być w każdym momencie, zarówno przez osobę bliską, jak i tobie niechętną, a gdy takie nagranie trafi do sieci, niezależnie czy za twoją zgodą, czy bez niej, czy w sposób legalny, czy nielegalny, może już nie zginąć i żyć własnym życiem, nawet jeżeli krótkim i burzliwym.

(Zdjęcie całujących się kobiet z piersiami zasłoniętymi jedynie tabliczką z napisem „Finland” pomijam, ponieważ nie wiąże się bezpośrednio z zachowaniem Marin).

Wojowniczy liberalizm

Obrona Marin polegająca więc na nieco sztucznym już oddzieleniu sfery prywatnej od sfery publicznej, z powyższych powodów nie wytrzymuje próby czasu. W przypadku osób publicznych zawsze było to zresztą kłopotliwe, a pełniących funkcje publicznie szczególnie.

Już samo roztrząsanie tej sprawy, nawet starając się argumentować za jej nieistotnością publiczną, pokazuje, że wykracza ona poza ramy prywatności. Przypomina ona zresztą argument o niezaglądaniu do czyjejś sypialni – może kiedyś było to przełomowe, ale dziś przecież kwestia dotyczy możliwości swobodnego zachowania dla osób o nieheteronormatywnej orientacji seksualnej na równi z osobami o orientacji heteroseksualnej w przestrzeni publicznej, a nie za zamkniętymi drzwiami. Obecnie więc pod płaszczykiem tak rozumianej tolerancji przemycana jest bardzo konserwatywna treść. Nic więc dziwnego, że przywoływać ten argument może nawet Jarosław Kaczyński. To samo dotyczy aktualnej sprawy premierki Finlandii.

Chcąc bronić Marin, należy więc uznać jej zachowanie za właściwe i nie udawać, że zasłania się oczy i zaklinać rzeczywistość twierdząc, że nas oraz innych nie powinno to obchodzić i że nas to nie dotyczy.

Sądząc po zainteresowaniu sprawą, obchodzi ona ludzi, a co ważniejsze, nas dotyczy. Po pierwsze, ponieważ wiąże się z kulturą, w której żyjemy i na którą albo będziemy oddziaływać, albo zostawimy to innym, co pomniejszy pole naszej wolności, dając jej ujście co najwyżej za zamkniętymi drzwiami. Po drugie, zostawiając pole wyłącznie krytykom, umożliwiamy im powiększanie swojej kulturowej dominacji. W takich przypadkach liberalizm musi albo być wojowniczy, albo nie będzie go wcale.

Nawet jeśli może uchodzić to za paradoksalne lub przewrotne, gdy nam samym niezbyt podoba się jakaś postawa, dobrze postępować jednak w duchu przekształconego do dzisiejszych potrzeb aforyzmu: nie zgadzam się z twoim działaniem, ale będę bronić reprezentował postawę, w światle której będziesz mógł mieć wybór, czy chcesz dalej tak czynić. Taki liberalizm jest jednak trudniejszy, wykracza bowiem poza wąsko rozumiany indywidualizm, o który oskarża się „libków”, a nawet zmusza do wychodzenia poza własne przekonania w bardziej wymagający sposób niż rzucenie magicznego hasła „nic nam do tego”.

Upajający taniec

Wreszcie ostatnia sprawa związana z „aferą” baletów Marin. Czy upublicznione filmy miały być kompromatami, jak z rosyjska określa się materiały mające szkodzić osobie, której dotyczą? Aby coś było kompromitujące, musi być nieakceptowane w oczach innych. I tu wracamy do opisywanej mentalności i podstawowego pytania – dlaczego zachowanie premierki widoczne na nagraniach miałoby być w dzisiejszym czasie nie do zaakceptowania? Czy było w nim coś rzeczywiście gorszącego czy niestosownego? A może w jej zachowaniu była odwaga, której niektórym brakuje, a która może być również opacznie odbierana?

Za swój psi obowiązek opozycyjni politycy uważają za każdym razem, gdy tylko nadarzy się okazja, uderzać w rządzących. I w tym przypadku fińska opozycja zwęszyła okazję i postanowiła poddać w wątpliwość, czy Marin zachowując się w ten sposób, nie była pod wpływem narkotyków. Zrobiony test na ich obecność wyszedł negatywnie, co tylko potwierdza, że jeśli chce się uderzyć czy oskarżyć, trzeba mieć wystarczająco silne ku temu podstawy, by ostatecznie nie wyjść na mąciwodę.

Z przyjętej przeze mnie perspektywy ważne jest natomiast to, że zachowania podobne do Marin rzekomo są następstwami substancji odurzających. Bo przecież człowiekowi trzeźwo myślącemu nie przyszło by to do głowy, ba, uznałby, że nie wypada tak postępować. Co prawda fińska polityczka przyznała się, że spożywała alkohol, ale trzeba podkreślić, że tańczenie w taki sposób, nawet osób publicznych, nie należy traktować jako jakiejś osobliwości, dodatkowo wywołanej narkotykami czy nawet alkoholem. Wystarczy poprzeglądać media społecznościowe, poszukać na YouTube, udać się na kurs tańca lub odpalić tutorial w Internecie, chyba że kogoś dopada niezdrowe odurzenie skrywane za świętym oburzeniem. Takie formy taneczne to nieodzowny element dzisiejszej kultury, czy to się komuś podoba czy nie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, a tym bardziej niestosownego.

Wolta naszych czasów

Sprawy nie da się więc zbijać wyłącznie zwykłymi bon motami typu, że chciałoby się widzieć premiera własnego kraju tak się bawiącego, czy nawet zrzucając „aferę” na mężczyzn, a zwłaszcza dziadersów mających problem z kobietami, choć ta perspektywa nie jest może aż tak odległa od tej przedstawionej w tym tekście.

To nie pierwszy raz w historii, gdy taniec oskarżany o nieprzyzwoitość staje się kwestią polityczną. Tak było z woltą w przypadku Królowej Angielskiej Elżbiety I. W wieku XVI krystalizowały się i rywalizowały ze sobą wszystkie dobrze znane nam dzisiaj odłamy chrześcijaństwa. Nic więc dziwnego, że w tamtym czasie taniec w ogóle z moralnego punktu widzenia był niepożądany, choć, co może dziwić, przez jezuitów był uważany za ważny element wychowania, dzięki czemu powstał zresztą podręcznik tańców dworskich Orchésographie (1588).

Za szczególnie niemoralny taniec uchodziła w nim jednak wolta, mająca rozbudzać zmysły i pożądanie. Para podczas tańca miała wykonywać figury, w których chwytała się za intymne miejsca. Ten taniec miała szczególnie upodobać sobie „królowa dziewica” Elżbieta I. Powstała legenda, do dziś powielana w popkulturowych obrazach, że tańczyła go ze swoim faworytem, Robertem Dudleyem. Nic tego nie potwierdza, ale plotka rozpowszechniła się i utrzymała za sprawą anonimowego obrazu przedstawiającego królową i hrabiego Leicester w tanecznym uniesieniu. Przedstawienie protestanckiej władczyni w „lubieżnym” tańcu i powielanie takiej plotki było na rękę zwłaszcza Kościołowi.

Dziś mamy do czynienia z farsą. Czy w XXI w. nawet osoby publiczne mogą pozwolić sobie co najwyżej na tańce salonowe, takie jak walc, a w ogóle najlepiej na tańce dworskie pokroju menueta, najlepiej jeszcze w strojach z epoki? I tylko podczas oficjalnych bankietów czy bali? Społeczeństwom demokratycznym bliższe powinny być jednak tańce ludowe, choćby takie, jaki zaprezentowała Sanna Marin. A już na pewno nie powinny one oburzać. W ostateczności pokazują one lepiej nerw naszej kultury, lepiej oddają ducha czasu, w którym nowa wrażliwość społeczno-polityczna ściera się z artefaktami przeszłości, które są wciąż zaskakująco silne.

Epilog

Paradoksalnie, najsilniejsze wsparcie dla Sanny Marin w duchu tego tekstu pojawiło się od przedstawicielki starszego pokolenia, Hillary Clinton. Wrzuciła na swoje media społecznościowe zdjęcie, na którym tańczy na imprezie podczas swojej wizyty jako Sekretarz Stanu (trudno mi tu znaleźć odpowiedni feminatyw) w Kartaginie. Ostatecznie jednak należy ona do nie tak licznej grupy kobiet, która pełniła wysokie stanowiska państwowe (przedstawicielek średniego i młodszego pokolenia jest jak na lekarstwo), a do tego amerykańska polityczka raczej nie będzie już ubiegała się o funkcje publiczne. https://www.instagram.com/p/Chz3LT-uW09/


Fundacja Liberte! zaprasza na Igrzyska Wolności w Łodzi, 14–16.10.2022. Partnerem strategicznym wydarzenia jest Miasto Łódź oraz Łódzkie Centrum Wydarzeń. Więcej informacji na: www.igrzyskawolnosci.pl

ALFABET ARTYSTY ATEISTY – Litera W :)

Wartości

Właściwie każdy deklaruje publicznie, że broni wartości. Warto więc zawsze sprawdzać jakie wartości ma na myśli, jakie na języku, a jakie w uczynkach. Bo dopiero te ostatnie świadczą o ich prawdziwej obronie. Słowo wartość kojarzymy ze słowem cena. Wartości pomyślane, czy wypowiedziane ceny nie mają żadnej. Dopiero te widoczne w uczynkach można wycenić i potwierdzić, że faktycznie są wartościami. Każdy człowiek ma w zasadzie inną, swoistą tylko dla niego „drabinę” wartości. Ale te główne są dość powszechne: Bóg, Honor, Ojczyzna, Miłość, Wierność, Uczciwość, Opiekuńczość, Piękno itd.itp. Panuje powszechne wśród chrześcijan przekonanie, że najważniejsze wartości ujęte są w dekalogu. Ale mało kto ten dekalog uważnie i w całości czyta, a jeszcze mniej go respektuje. Niby wszyscy się zgadzają z piątym przykazaniem, ale jego szczegółowe interpretacje wywołują niekończące się dyskusje i nawet uliczne protesty. A co dopiero inne przykazania, jak na przykład siódme, którego nawet kapłani stojący na jego straży nie są w stanie przestrzegać. Prezydent USA, szefowa UE i prezydenci poszczególnych jej państw prawie w każdym przemówieniu twierdzą, że ich najważniejszym zadaniem jest obrona wartości, które stanowią fundament cywilizacji zachodniej. Ale na wschodzie jest podobnie. Od Chin przez Rosję, kraje Arabskie, Węgry, czy naszą Ojczyznę słyszymy codziennie o wartościach ważnych dla całych narodów, których obrońcami są ich przywódcy. Śledzę zawsze z pasją, jak ich słowa mają się do rzeczywistości, którą kreują w swoim otoczeniu. Z taką samą pasją, z jaką pilnuję, żeby wartości, które sam wyznaję, zgadzały się z moją codzienną praktyką. Nie jest to łatwe wbrew pozorom, bo życie narzuca czasami dramatyczne wybory, przy których na chwilę, wyjątkowo przymykamy wewnętrzne oko na kodeks praw, jakie wyznajemy. Jedną z wartości, które są dla mnie najważniejsze jest szacunek i opieka nad słabszymi od siebie kobietami. Może dlatego, że wychowany byłem przez  wspaniałą matkę. Stąd też szczególny szacunek, jakim otaczam starsze kobiety, nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z ich poglądami, czy zachowaniem wobec mnie. Kult matki nie jest jakimś moim osobistym dziwactwem. Wydaje mi się on dość powszechny w moim kraju, gdzie Matkę Boską czci się niezmiennie od dwóch tysięcy lat. Większość utożsamia ją z anielską dziewicą w błękitnym płaszczu, piękną i młodą. Ale niektórzy wiedzą, że jeśli dożyła śmierci Jezusa, to miała prawie sześćdziesiąt lat, czyli była na owe czasy staruszką. Niełatwe życie i wiek musiały wycisnąć na niej swoje piętno i z pewnością z wielkim trudem znosiła wszystkie dolegliwości związane z wiekiem. Taką zapamiętałem moją matkę, schorowaną i bezradną w ostatnim okresie życia. Tak widzę każdą napotkaną starszą panią, o której myślę ze wzruszeniem i szacunkiem. Ostatnio moja uwaga skupia się na słynnej Babci Kasi, której nasz mściwy dyktator obrażony jej protestami poprzysiągł widocznie bolesną zemstę, bo jego siepacze traktują ją notorycznie z niepojętym okrucieństwem. A przecież dyktator deklaruje wielki szacunek wobec kobiet, mając zapewne na myśli ich zalety w kuchni. Jego otoczenie prześciga się w wychwalaniu kobiet, jako narzędzi pomnażania boskiego pierwiastka życia. Nie przeszkadza im to w próbach urządzenia kobietom piekła na ziemi przez zmuszanie ich do rodzenia uszkodzonych płodów, czy ulegania bijącym je mężom, co ma zapewnić odrzucenie Konwencji Stambulskiej. Te, które protestują na ulicach są bite teleskopowymi pałkami przez zwyrodnialców w mundurach, a Babcia Kasia mimo wieku i kruchych kości jest traktowana przez nich jak bandzior, czy chuligan. To o obronę jakich wartości chodzi w tych i wielu innych uczynkach? Bo nie rozumiem.

Wiara

Poznajemy świat empirycznie. Za pomocą zmysłów orientujemy się, co nas rzeczywiście otacza. Wiadomo, że zmysły nie są doskonałe i często nas zwodzą, ale przy pomocy rozumu i logiki jednak to one pozwalają mieć pewność, że byt jest taki a nie inny i rządzą nim prawa, na których możemy polegać. Jednak wciąż nie znamy odpowiedzi na wiele pytań. Nawet jeśli przekonaliśmy się, że wszystko zaczęło się od Wielkiego Wybuchu i potem stopniowo ewoluowało, to wciąż nie wiemy skąd się wziął ten wybuch i potworna energia, która go musiała spowodować. Na wiele takich pytań odpowiada bez wysiłku wiara, a więc uznanie czegoś za istniejące w rzeczywistości bez sprawdzenia empirycznego. Wygodne i piękne, ale bardzo niebezpieczne. Zdarzało się, że młodociany miłośnik Batmana uwierzył, że też może latać, więc skakał z okna i ginął. Inny uwierzył, że łój mistyczki, czy wywar z ropuchy i szczurzego łajna jest świetnym lekarstwem na jego dolegliwości, więc wypijał i ginął. Jeszcze inny uwierzył, że został obdarowany mocą przechodzenia przez płomienie bez szkody dla siebie, więc przechodził i ginął. Sekty samobójców wierzyły, że wraz z ich obłąkanym przywódcą wstąpią po śmierci do lepszego świata, więc ulegali jego perswazji i nie tylko sami ginęli, ale zabijali swoje dzieci. W pewnej religii fanatyczni wyznawcy wierzą, że wysadzając się i mordując ludzi wokół, dostąpią rozkoszy rajskich, polegających na nieograniczonej wreszcie kopulacji ze ślicznotkami, których ilość zagwarantuje im ich Bóg. Nie widzieli go nigdy na oczy i to nie on obiecał im ten szczęśliwy finał, tylko pośrednicy, którzy zapewnili sobie wiarę w ich słowa. Otóż ci pośrednicy właśnie stanowią to wielkie niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą wiara w coś nie podlegającego weryfikacji. Są różni. Czasem szlachetni i pełni dobrych intencji, a czasem podli, żądni bogactw i władzy nad wiernymi. Nie ma jak odróżnić jednych od drugich, skoro nic w ich działalności nie może być sprawdzone zmysłami, czy rozumem. Wręcz odwrotnie – tępią zmysły i rozum w każdej swojej wypowiedzi jako zagrożenie prawdziwej wiary. I tak wykopana przepaść pomiędzy wiedzą i wiarą stała się warunkiem istnienia każdej religii, czyli praktykowania wiary w życiu codziennym. Pośrednicy zadbali o to, żeby żadne fakty, żadne osiągnięcia nauki nie zasypały tej przepaści. Tysiące lat doświadczeń religijnych na wszystkich kontynentach utrwaliły rozdział wiary i doświadczenia empiryczno-rozumowego. Gdyby pośrednicy Boga poprzestali na tym rozdziale! Ale ich celem musi być odpowiedź na ekspansję nauki w ludzkim świecie. Jeżeli Darwin zapoczątkował wyjaśnienia co do powstania życia i gatunków, to należało go ośmieszyć, że pochodzenie człowieka od małpy jest niegodne dla potomków Adama, którego przecież Bóg osobiście ulepił z gliny a z jego żebra uczynił kobietę. Kopernika i jego następców należało wytępić, bo Ziemia musiał pozostać centrum Wszechświata, skoro to tu nastąpiło wcielenie Stwórcy w prostego cieślę, którym z pewnością był Jezus, jeśli w ponad trzydziestoletnim życiu opiekował się owdowiałą po śmierci Józefa matką. A ona, by na wieki zachować miłość i wiarę wyznawców w nadprzyrodzone swoje możliwości pozostała na zawsze dziewicą i nie umarła tylko zasnęła i jej ciało zostało zabrane do nieba wbrew naukowym prawom grawitacji i wiedzy każdego ucznia w szkole, że niebo to tylko wąski pas świetlistej atmosfery, a wyżej jest tylko czarna, nieskończona  otchłań o temperaturze minus dwustu stopni. Wielu mądrych ludzi posiadających ogromną wiedzę naukową modli się do Boga, którego nigdy nie doświadczyli empirycznie, ale ich wiara utrzymuje ich w przekonaniu, że istnieje metafizyka, że jakaś wielka moc tkwi w „innym wymiarze” i tam przebywa Duch, który stworzył świat, czyli wielki wybuch i może nawet jest przepełniony miłością do swego stworzenia, więc i do człowieka, więc i do mędrca, który go za to wielbi wbrew prawom fizyki i chemii. Jednak pośrednicy nie pozwalają na takie samotne modły. Ogniem i mieczem oraz tysiącem innych narzędzi zmuszają do uczestnictwa w życiu religijnym i posłuszeństwa wobec ich nakazów. Wojny religijne wcale nie kończą się wraz z rozwojem nauki i postępem cywilizacyjnym. Narody wciąż ulegają bożym pośrednikom i mordują się nawzajem. Religia, która kiedyś pomogła człowiekowi wyjść z bytu zwierzęcego i przezwyciężyć prawa dżungli wydaje się dzisiaj jedną z najgorszych plag, jakie nękają ludzkość i hamują jej możliwości rozwoju i lepszego życia bez idiotycznych lęków. W mojej Ojczyźnie staje się to szczególnie bolesne stawiając nas w jednym szeregu z krajami muzułmańskimi czy dyktaturami wykorzystującymi religię do utrzymania władzy.

Wojna

Znam ją tylko z opisów, filmów i relacji tych, co ją widzieli. Sam przeżyłem tylko stan wojenny, gdzie walk nie brakowało i nawet były ofiary śmiertelne, ale oczywiście z prawdziwymi wojnami, gdzie masowo giną ludzie i płoną miasta trudno te starcia uliczne porównać. Wojna kojarzy nam się dzisiaj z dalekimi krajami, gdzie wybucha to tu, to tam, ale nasza wieś spokojna po raz pierwszy przez tak długie lata, chociaż dalej mamy z jednej strony Ruskich, a z drugiej Niemców. To nie jest więc tak, że strach minął i żyjemy sobie spokojnie. Lęk przed zagładą wciąż jest jednym z najsilniejszych w bogatej palecie polskich lęków. Władza nie pozwala na uwiąd patriotyzmu bojowego, bo a nuż będzie potrzebny. Nie wystarczy zwykły patriotyzm nowoczesnej cywilizacji, który polega na kształceniu się, budowaniu, dbaniu o przyrodę i pamiątki historyczne. Musimy być wciąż mobilizowani perspektywą walki z jakimś najeźdźcą, nawet jeśli jeszcze nie wiadomo, kto miałby nim być. Zbroimy się, ćwiczymy jazdy czołgami, organizujemy obronę obywatelską we wsiach i miasteczkach, a przede wszystkim utrzymujemy oddziały najsilniejszej armii świata na naszym terytorium. Pewnie ma to sens, chociaż w wielu krajach został on wykreślony z listy ważnych sensów i priorytetów narodowych. Wspólnota Europejska i NATO gwarantują pokój mimo pojawiających się w różnych punktach globu szaleńców za sterami władzy. Nawet jeśli taki szaleniec pojawi się w USA, mądry system demokratyczny potrafi sobie z nim poradzić i utrzymać światowy pokój jeszcze przez jakiś czas. Po prostu wojna na wielką skalę nikomu się dzisiaj nie opłaci. Pozostają tylko lokalne bitwy tam, gdzie ludziom się wydaje, że ten, czy ów kawałek ziemi musi należeć do nich, a nie do sąsiada. Jedyny rodzaj wojen, który nie tylko nie wygasa, ale nasila się coraz bardziej to wojny religijne. Co tam kawałek ziemi! Chodzi o to, że to mój Bóg ma rządzić ludźmi, a nie jakiś inny Bóg ze swoimi księgami, prawami i nakazami co jeść, jak się ubierać i przede wszystkim jak, z kim i kiedy można kopulować, bo w tej sprawie żadnej odmienności człowiek pobożny znieść nie może. W mojej Ojczyźnie wojna religijna trwa od dawna, ale ostatnio daje się we znaki w stopniu doprawdy nieznośnym. Nie ma już tradycyjnych podziałów politycznych mniej lub bardziej umiarkowanych na prawicę i lewicę. Jest podział na wierzących i niewierzących. Tych ostatnich jest garstka i można by ich się pozbyć łatwo, gdyby nie podziały wśród wierzących. Tam dopiero wojują. Jeśli ktoś uważa, że Bóg chce tego, czy tamtego, to nie może się pogodzić, że pod dachem świątyni może obok niego stać ktoś, kto rozumie tego Boga inaczej. Dlatego wojny religijne przybierały najokrutniejsze kiedyś formy właśnie wśród wyznawców tej samej wiary. Tak jak szyici walczą z sunnitami, tak katolicy zmagają się z protestantami, czy prawosławnymi tylko dlatego, że na przykład nie mogą zrozumieć, jak można nie uznawać papieża. Ciekawe, że ostatnio pojawiają się sekty w samym kościele katolickim, które papieża nazywają „lewakiem” i nie uznają jego poglądów i wezwań do tolerancji, miłosierdzia i skromnego życia. A przede wszystkim ta frakcja uważa, że apel papieski o bezwzględne ściganie pedofilii godzi w dobre imię kościoła i naraża biednych księży, którzy, na przykład, ulegli, jak powiada Tadeusz Rydzyk „ pokusie” molestowania swoich ministrantów, czy innych słodkich dzieciaczków, na męczeństwo medialne i ściganie przez sądy po to tylko, by wyłudzić od kościoła jakieś odszkodowania. Draństwo takiej „herezji” polega na tym, że męczennikami tak naprawdę nie są grubasy w sutannach, tylko małe dzieci, których cierpieniom wciąż nie ma końca. Cierpią też kobiety zmuszone prze fanatyków do rodzenia ułomnych noworodków, które umierają na ich oczach. Na szczęście są w Kościele ludzie prawi i mądrzy, jak ksiądz Alfred Wierzbicki, który wzywa polski Episkopat do opamiętania wołając „ Jest to wielka hańba Kościoła katolickiego w Polsce, wielka hańba hierarchów. Niewątpliwie potrzebna jest sprawiedliwość w stosunku do tych, którzy to takiego skandalu dopuścili.” Jeśli o takie sprawy toczy się wojna religijna, to jest to też moja wojna. Tu i teraz.

Wódz

Nie wymyślono lepszego ustroju od demokracji. Jednak korzystając z jej dobrodziejstw większość ludzi pragnie wybrać właściwego wodza. Nie mają z tym problemu Anglicy i Holendrzy, bo mają monarchię i dzięki temu wódz nie jest im potrzebny, więc demokracja rozwija się tam wzorowo. Natomiast u nas, na wschodzie bezradność ludu pozbawionego wodza, czyli ojca narodu, doprowadza do pochopnych wyborów kogoś, kto potem okazuje się wydmuszką polityczną i nie nadaje się nie tylko na wodza, ale nawet na szeregowego członka partii. Kryteria wyboru bywają zdumiewające – od przekonania, że „on taki sympatyczny” aż po „Bóg nam go zesłał”. Sztaby wyborcze mielą w kółko takie hasła i przez powtarzanie kodują w słabych głowach pożądany odruch przy urnach. Czy to jeszcze demokracja, jeśli medialnymi manipulacjami można doprowadzić do tego, że wodzem zostaje pyszałkowaty gangster, albo cyrkowy błazen, albo agent bezpieki, czy wreszcie jakiś pospolity głupek? Mądrale gorzko stwierdzają wtedy, że skoro naród jest tak ciemny, to widocznie zasługują na takiego wodza. Ale może potrzeba wspaniałego przywódcy nie wynika tylko z ciemnoty. Może to naturalny odruch stada, w którym ludzie chcą poświęcić się pracy, rodzinie i przyjemnościom, a władzę i troskę o naród pozostawiają silnemu „ojcu” za którym każdy podświadomie tęskni. To cudowne, że demokracja umożliwia wybranie go większością głosów. Ważne, żeby umieć ją mądrze wykorzystać. Jak bardzo pomaga w tym pojawienie się raz na jakiś czas kogoś naprawdę wybitnego! Takie święto zdarzyło się w Rosji. Mają swojego bohatera, za którym murem staną tysiące. Może zapłaci za to życiem, ale może obudzi naród zniewolony po raz kolejny i otumaniony kłamstwami. Jeśli mu się uda, to po wygranej demokracji w Ameryce, Rosja ma szansę na rozpoczęcie żmudnego procesu pozbywania się imperialnego fundamentalizmu, który zatruwa ruskie dusze jak Czernobyl. Putin zatrzymał rozpad radzieckiego mocarstwa na zgubę wielu narodów w nim zniewolonych. Ból po utracie poczucia własnej potęgi kazał Rosjanom tolerować policyjnego dyktatora. Ale kiedy pojawił się Nawalny, cała fasada niby demokratycznej władzy zaczęła się kruszyć. Jeśli nie zdążą go zabić, ten niezwykły „kozak polityczny” ma szansę w nowych wyborach pokonać „dziadka z bunkra” i posprzątać po nim. Oczywiście, że nie ma gwarancji na to, czy jako wódz wytrwa wiernie przy swoich ideałach. Władza na Kremlu to straszliwe mamidło. Uległ mu w końcu ostatni wielki przywódca Rosji jakim był Jelcyn i zakopał się w partyjnym betonie. Póki co warto wierzyć, że Nawalnemu się uda. To wielka nadzieja nie tylko dla Rosji, ale i dla całego świata. W mojej Ojczyźnie demonstrację w jego obronie na razie urządził mój kolega rosyjski reżyser, ale popieram go całym sercem nie tylko ja. Wielu moich rodaków też tęskni za prawdziwym ojcem narodu, którego moglibyśmy demokratycznie wybrać. Mieliśmy kiedyś trzech takich bardzo wybitnych. Jeden utknął w watykańskim labiryncie i własnej świętości, drugi okazał się zbyt prostolinijnym umysłem jak na obelgi hordy, którą spuścił ze smyczy jego główny wróg. Trzeci wciąż jeszcze budzi nasze nadzieje, ale bieda w tym, że utracił własną i nie mamy pewności, czy będzie znów chciał nam „ojcować”. Może poczuł się już dziadkiem i parę puszcza tylko w gwizdek. 

Wstyd

To pierwsza emocja, jakiej doznali biblijni rodzice. Zjedli owoc z drzewa poznania dobra i zła. Ukryli się przed Stwórcą, bo nagle uświadomili sobie, że są nadzy i ogarnął ich wstyd. Nauka jaka płynie z pradawnej księgi jest taka, że obnażanie płci jest wstydliwe, bo kryje ona jakieś tajemnice nieczystości i zła. Od tamtych czasów pierwszych mądrości semickich pasterzy upłynęły wieki, a my wciąż tkwimy w zaklętym kręgu wstydów związanych z różnicą pomiędzy narządami żeńskimi i męskimi, bo odkrycie tych różnic wywołało wstrząs w dzieciństwie i nie opuszcza większości z nas do śmierci. A przecież ten wstyd jest nienaturalny, narzucony przez kulturę i hodowany przez moralistów jako skuteczne narzędzie manipulowania ludźmi. Osobnicy, którym udało się go przezwyciężyć, są prześladowani i traktowani brutalnie, jakby ten wstyd biblijny był jakimś dobrem społecznym, gwarantującym porządek i stabilność wzajemnych zachowań. Myślę, że jakby nie optować za pełną wolnością i nie zżymać się na obłudne potępianie nagości, która przecież sama w sobie jest piękna i nieszkodliwa, to jednak wstyd, jako kategoria nienaturalna i budowana przez tysiąclecia rozwoju cywilizacji, jest niewątpliwie fundamentem porządku społecznego i regulatorem wzajemnych zachowań, czasem skuteczniejszym od nadzoru policyjnego. Przez wieki powstała długa lista niegodziwości, których popełnianie wywołuje wstyd, a jego stresujące działanie skutecznie odstrasza od złych czynów. Często wstydzimy się sami przed sobą, że kusi nas przekroczenie granicy dozwolonych myśli, słów, czy działań, ale te indywidualne pęta są zwykle słabiutkie i jakoś sobie z nimi radzimy. Jednak kiedy stajemy na środku oświetlonego placu z naszą podłością i wstydem, ból jest dojmujący i większość z nas podejmuje rozpaczliwe kroki, by sprawę zatuszować, albo coś naprawić, kajać się i obiecywać, że nigdy więcej. Tak to zwykle się dzieje. Ostatnio jednak w mojej Ojczyźnie wstyd przestał działać zgodnie z tradycją i normami społecznymi. Oto jesteśmy świadkami, że wynaleziono antidotum na wstyd, jakim stała się, wymyślona przez genialnego stratega nacjonalistycznej demagogii, racja stanu oparta na nienawiści. Nienawiść do wolnych ludzi, do wykształconych elit, do odważnych bojowników głoszenia prawdy, do kobiet nie uznających patriarchatu, do obcych rasowo i kulturowo, do posługujących się innymi językami i modlących się inaczej – to wszystko padło na żyzną glebę polskiego kołtuństwa, nieuctwa i prowincjonalnych kompleksów. Okazało się, że chętnych do przyjęcia tej strategii są miliony. Skumulowana energia tej strategii spowodowała, że najgorsze kłamstwa, propozycje i rozkazy wygłaszane są i przyjmowane bez żadnego wstydu. Gdyby tylko tak było, może nie warto by się martwić. Jednak mnie w popłoch wprawiło odkrycie, że wspomniana strategia nie tylko wyeliminowała ludzki, cywilizowany wstyd, ale spowodowała, że nikczemność, która powinna zawstydzać, stała się powodem do dumy. Słucham w osłupieniu kolejnych wystąpień, z których emanuje buta i samozadowolenie, że jest się uczestnikiem niegodziwych czynów i że to będzie nagrodzone i zapłacone, a ten, co powinien się wstydzić, okryje się chwałą dla dobra Ojczyzny. W takim razie nie tylko katowanie psa, bicie żony, złodziejstwo, oszustwa i malwersacje, ale nawet maltretowanie dzieci jest chwalebne. Wracając do niewinnego wstydu biblijnego z powodu nagości, to jest tak, jakby Adam po zjedzeniu jabłka zamienił się w rozwydrzonego ekshibicjonistę i wyszedł do Stwórcy pyszniąc się swoim fallusem.

Wyobraźnia

Pandemia nauczyła nas różnych rzeczy. Uświadomiła, między innymi, jak wielu z nas jest pozbawionych wyobraźni. A przecież ta umiejętność została w człowieku wykształcona nie dla przyjemności, chociaż dostarcza jej w dużych ilościach, ale głównie dla naszego bezpieczeństwa. Potrafimy zobaczyć i usłyszeć coś, czego w danym momencie nie ma w rzeczywistości. Te obrazy i dźwięki mają nas ostrzegać, że coś czego nie ma, może w każdej chwili zaistnieć realnie i nas zabić, lub poważnie uszkodzić. Nasza pamięć nasycona rzeczywistymi zjawiskami, oglądanymi w prawdziwym otoczeniu, lub na ekranach od wielkich kin do malutkich smartfonów, przetwarza te informacje i pozwala nam umieścić swoją osobę w okolicznościach, które jeszcze nie nastąpiły, ale mogą nastąpić i sprowadzić na nas wymierne nieszczęście. Teoretycznie, pamiętając widok szpitala covidowego i umierających tam ludzi, powinniśmy wyobrazić sobie, że możemy tam trafić jutro. Możemy zobaczyć okiem wyobraźni siebie samego na tym szpitalnym łóżku umierającego pod respiratorem. Wystraszeni tą perspektywą natychmiast powinniśmy zrezygnować z udawania, że nas to nie dotyczy, że możemy nie przestrzegać zakazów, że jesteśmy wolnymi ludźmi i nikt nie może nakazać nam noszenia maseczek, czy przymuszania nas do szczepień. Ta rezygnacja i podporządkowanie się nieprzyjemnym rygorom pozwoli zmniejszyć ryzyko zakażenia i tym samym zmniejszyć wielkie prawdopodobieństwo uduszenia się pod niesprawnym respiratorem, czy w karetce krążącej po Polsce w poszukiwaniu wolnego miejsca w szpitalu. Jednak odruchy samoobrony w mojej Ojczyźnie mają wątłą tradycję. Partia Leppera, która niby przybrała tę szlachetną nazwę, nie miała jednak z nią wiele wspólnego i zakończyła żywot symboliczną samobójczą śmiercią. Ewidentnie zadziałał tu brak wyobraźni nie tylko członków partii, ale wielu innych, którzy w porę nie powstrzymali prostych ludzi przed szkodliwą dla nich aktywnością. O wiele gorsze skutki przynosi brak wyobraźni ludzi decydujących o życiu tysięcy innych w historiach licznych polskich wojen. Od króla Olbrachta, przez Samosierrę, Powstanie Styczniowe, Lenino po Powstanie Warszawskie uwiąd wyobraźni przywódców kosztował mój Naród tyle niepotrzebnie wylanej krwi, że serce ściska się boleśnie, kiedy nad tym się zastanawiamy. Może niezależnie od geopolitycznego przekleństwa tej ziemi, istnieje jakiś patogen brawury spowodowany brakiem genu odpowiedzialnego w mózgu za zdolność przewidywania i zobaczenia „wewnętrznym okiem” skutków, które z wielkim prawdopodobieństwem mogą wystąpić, kiedy nieubłagana rzeczywistość nadejdzie w takim kształcie, jaki moglibyśmy sobie przecież wyobrazić, gdybyśmy mieli taką umiejętność. A podobno jesteśmy narodem poetów. Tak, wielu genialnych wieszczów ostrzegało, uprzedzało, groziło – ale kto ich tak naprawdę czytał? Kto czyta ich dzisiaj? Kto kultywuje swoją wyobraźnię i dba o bezpieczeństwo najbliższych? Kto zastanawiał się, jakie konsekwencje ma taki, czy inny jego wybór przy urnach, kiedy decydowaliśmy o swoich losach na wiele lat? Kto próbował sobie wyobrazić, jakie konsekwencje będą miały, na przykład decyzje niszczące polską władzę sądowniczą, czy ustawodawczą i pozostawienie pełnej władzy w rękach jednej bezkarnej grupy ludzi, którzy nawet gdyby byli kryształami bez skazy, to ta bezkarność i brak nadzoru nad nimi zdemoralizuje ich tak, że będą krzywdzić słabszych, wycinać lasy i grabić Ojczyznę w biały dzień? Wielu z nas zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, że w Europie XXI wieku udało się tak omamić większość Narodu, że pozwolił sobie wmówić wiele spraw, jak kiedyś zapewnienia o wyższości komunizmu nad kapitalizmem. A przecież jednym z powodów jest atrofia wyobraźni, wtedy spowodowana cierpieniami wojennymi, a teraz komercjalizacją i popkulturą, która w sojuszu z faryzejską religią odebrała ludziom samodzielność myślenia. Szkoda, bo wyobraźnia to piękna umiejętność. Daje nam nie tylko szansę na bezpieczniejszą egzystencję, ale też na tworzenie różnorodnej sztuki uwznioślającej nasze krótkie prymitywne bytowanie na Ziemi, która wkrótce zginie wraz z nami, jeśli nie wyobrazimy sobie dostatecznie wyraźnie, jakie konsekwencje grożą jej z powodu naszych bezmyślnych zniszczeń.

Autor zdjęcia: max fuchs

Fundacja Liberte! zaprasza na Igrzyska Wolności w Łodzi, 14 – 16.10.2022. Partnerem strategicznym wydarzenia jest Miasto Łódź oraz Łódzkie Centrum Wydarzeń. Więcej informacji już wkrótce na: www.igrzyskawolnosci.pl

Kościół władzy i dominacji musi odejść :)

Wpływ Kościoła katolickiego zaważył bardzo mocno na kulturze znacznej części społeczeństwa polskiego. Dotyczy to zwłaszcza ludzi mniej wykształconych i pochodzących z małych miejscowości. To oni ukształtowani zostali w głównej mierze przez księży katechetów i swoich proboszczy, pełniących rolę miejscowych autorytetów. Tradycyjna hierarchia wartości, na której czele przez wieki znajdował się Kościół ze swoimi wskazaniami, mogła się więc utrwalić i skutecznie bronić przed innymi wpływami kulturowymi. W przeciwieństwie do krajów zachodnioeuropejskich, w Polsce wpływ idei Oświecenia był znacznie słabszy, najpierw za sprawą zacofanego i ociężałego sarmatyzmu, a później z powodu długotrwałych zaborów i czasów komunizmu, gdzie autorytet Kościoła wzmacniała jego postawa oporu wobec władzy. Ten wyznaniowy wpływ kulturowy, choć niewątpliwie słabnie, wciąż jest zasadniczą barierą rozwoju społecznego w Polsce, opartego na zasadach humanizmu i liberalizmu.

Paradoksem jest to, że te obie zasady, tak zaciekle zwalczane przez współczesny polski Kościół katolicki, znajdowały się u podstaw wczesnego chrześcijaństwa, reprezentowanego przez nauczanie i sposób życia Jezusa Chrystusa. Hasła miłości bliźniego, opieki nad słabszymi, skromności i wyrozumiałości zjednywały ludzi i sprzyjały upowszechnieniu się tej religii, mino rozmaitych restrykcji i prześladowań. Hasła te są atrakcyjne i dzisiaj, bo potrzeba życia w pokoju i wspólnocie pomagających sobie ludzi jest ponadczasowa. Ta doczesna potrzeba jest niewątpliwie silniej odczuwana niż wizja zbawienia. Mimo prześladowań i ataków, chrześcijaństwo miało więc coraz więcej wyznawców w pierwszych wiekach naszej ery. Na kpiny i zarzuty, że religia ta nie ma swoich świątyń, ani podobizn bogów, ani szat i naczyń liturgicznych, Orygenes – filozof i teolog chrześcijański z III wieku n.e. – odpowiada: „Naszymi świątyniami są nasze serca, podobiznami Boga – wiara, a szatami i naczyniami liturgicznymi – nasze uczynki”.

Wszystko uległo zmianie w IV wieku n.e. Najpierw cesarz Konstantyn Wielki zrównuje chrześcijaństwo z innymi kultami, a następnie, w tym samym wieku, cesarz Teodozjusz Wielki ustanawia chrześcijaństwo religią panującą w cesarstwie rzymskim. Od tego czasu Kościół chrześcijański, mimo podziału na rozmaite odłamy, nieustannie zwiększa swoje wpływy. Powstają coraz większe i wspanialsze świątynie, coraz bogatsze rezydencje papieży, biskupów i innych dostojników kościelnych, a ornamentyka szat i naczyń liturgicznych nie ma sobie równej w innych religiach. Kościół staje się instytucją władzy, co – mimo konsekwentnego powoływania się na Ewangelię – zmienia zasadniczo jego stosunek do otoczenia. Dobroć i miłość bliźniego obowiązują już tylko w stosunku do własnych członków. Inni są przedmiotem, często brutalnego, nawracania. Z Kościoła pokoju i miłosierdzia staje się Kościołem wojny o wpływy i dominację. W Średniowieczu od XI do XIII wieku organizowane są przez papieży Kościoła katolickiego wyprawy krzyżowe przeciwko muzułmanom, poganom, a także chrześcijańskim heretykom. Udział w tych krucjatach i zabijanie niewiernych otwierać miało drogę do zbawienia. Kościół, nierozerwalnie związany z władzą świecką, staje się instytucją totalitarną, uzurpując sobie prawo do kontroli sumień i poglądów. Wyrazem tego jest powołanie w XIII wieku Świętej Inkwizycji, będącej instytucją śledczo-sądowniczą Kościoła katolickiego, która zajmuje się wyszukiwaniem, nawracaniem i karaniem wszelkich heretyków. Jak podają źródła historyczne, przez kilka wieków działalności tej instytucji kilkaset tysięcy osób zostało skazanych w tym kilkanaście tysięcy na śmierć.

Współczesny Kościół katolicki jest oczywiście daleki od tych radykalnych środków dominacji. W krajach Europy Zachodniej wynika to z kategorycznego rozdziału Kościoła od państwa w sferze realnej, choć w niektórych krajach niekoniecznie w sferze symbolicznej. Jest to skutkiem procesów sekularyzacji i umiejętności przystosowania się Kościoła w tych krajach do nowej sytuacji. W Polsce, w związku z pontyfikatem Jana Pawła II i uzależnieniem od Kościoła wielu środowisk opozycyjnych w czasach PRL-u, po roku 1989 powstało państwo półwyznaniowe, pod zawodnym hasłem przyjaznego rozdziału Kościoła od państwa. Ta przyjaźń oznaczała szczególne i wyjątkowe przywileje dla Kościoła katolickiego, gwarantowane zawarciem konkordatu. Krucjat przeciwko innowiercom i ateistom nikt nie organizuje, ale dąży się, zwłaszcza w ostatnim czasie, do intensywnej ewangelizacji wspieranej przez państwo. Premier Morawiecki zdradził kiedyś nawet ambicję ewangelizowania całej Europy. Świętą Inkwizycję zlikwidowano w XIX wieku, ale w Polsce heretykom i niewiernym wciąż grozi sankcja prawna za obrażanie uczuć religijnych, czym mogą być jakiekolwiek słowa lub zachowania, które wierzącym nie przypadną do gustu.

O ile kiedyś fundamentalistyczne i represyjne oblicze instytucjonalnego Kościoła katolickiego wynikało z pobudek imperialistycznych, o tyle obecnie wynika ono z lęku przed utratą wpływów i związanych z nimi korzyści. Ten lęk jest uzasadniony postępującą laicyzacją społeczeństwa, do której polski Kościół nie potrafi i nie chce się przystosować. Czy to oznacza, że nauczanie Chrystusa zostało już dawno zapomniane w Kościele? Oczywiście, że nie. Są i zawsze byli księża pamiętający o tych podstawowych wartościach i postępujący zgodnie z nimi. Nie wiem czy jest ich w Polsce dużo, czy mało, ale wiem, że nie oni decydują o obliczu polskiego Kościoła. Ten Kościół nie kieruje się miłością bliźniego i z całą pewnością nie jest ani skromny, ani wyrozumiały. Ten Kościół kieruje się swoim instytucjonalnym interesem, którym jest stan posiadania i wpływ na świecką władzę.

Wynikająca z tych celów agresja i nieustępliwość wykluczają koncyliacyjność i miłosierdzie. Fundamentalistyczne powoływanie się na Ewangelię świadczy o braku chęci i umiejętności interpretowania i dostosowania jej wskazań do współczesnych warunków. W Kościele instytucjonalnym nie ma miejsca na dialog, w którym nikt nie ma monopolu na prawdę. W tym Kościele są tylko nieomylni pasterze i błądzące owieczki; jest tylko jedno dobro, a wszystko, co choć trochę od niego odbiega jest złem, z którym należy walczyć. Ta bezkompromisowa dyktatura „dobra” stała się źródłem zła, jakim jest upowszechnienie w Polsce obskuranckiej kultury społecznej. Jej istotą jest z jednej strony bezkrytyczny stosunek do Kościoła i religii, a z drugiej – nienawiść do wszystkich, którzy do tego Kościoła nie należą lub nie zgadzają się z jego polityką.

Brak krytycyzmu w stosunku do Kościoła i religii jest skutkiem wieloletniej i uporczywej pracy formacyjnej, której celem zawsze było wykorzenienie jakichkolwiek wątpliwości co słuszności prawd wiary. Nie silono się przy tym na racjonalne argumenty, do których poszukiwania nakłaniał kiedyś św. Tomasz z Akwinu. Wybierano środki znacznie prostsze, a zarazem bardziej działające na emocje i wyobraźnię większości ludzi. Epatowano zatem przepychem świątyń, widowiskowością obrzędów, specyficznym językiem i modulacją głosu kapłanów. Wszystko to miało świadczyć o boskiej potędze, którą Kościół reprezentuje. Potędze, która nie może się mylić i której trzeba bezwzględnie zaufać. Opowiadano o licznych cudach, świadczących o boskiej mocy, o cudownych uzdrowieniach i cudownym spełnianiu rozmaitych marzeń, czego doznają ludzie silnej wiary. Z kolei klęski i choroby miały być boskim ostrzeżeniem i karą za grzechy, z których do najcięższych należał grzech zwątpienia w nauki Kościoła.

Na taką właśnie religijność, bezkrytyczną i powierzchowną, karmiącą się mitami i legendami, postawił kardynał Stefan Wyszyński po II wojnie światowej. Zdawał sobie bowiem sprawę, że chcąc dotrzeć i utrwalić wpływ Kościoła katolickiego w szerokich kręgach społecznych, trzeba zaniechać intelektualnych refleksji i skupić się na kształtowaniu nawyków. Takie nawyki przyswaja się w toku licznych obrzędów, adoracji świętych, pielgrzymek i zbiorowych modlitw. To, że takie zdarzenia odbiegają nieraz od przyjętych wzorców i przybierają nowe formy, co nadaje im nieco pogański charakter, nie miało większego znaczenia. Głównym celem było bowiem poszerzanie i utrwalanie wpływu Kościoła katolickiego w polskim społeczeństwie.

Ten czysto emocjonalny i zrutynizowany charakter religijności przyczynił się do rozwoju postaw irracjonalnych. W wielu środowiskach przekaz naukowy nie jest brany pod uwagę, natomiast ludzie fascynują się magią, wróżbiarstwem i rozmaitymi teoriami spiskowymi. Dlatego tak łatwo udało się upowszechnić mit o smoleńskim zamachu, chociaż komisja ekspertów przedstawiła twarde, naukowe dowody na temat przyczyny katastrofy. Z tego samego powodu tak łatwo trafiają ludziom do przekonania pogłoski o szkodliwości szczepień ochronnych czy o celowym wywołaniu pandemii przez takie czy inne ciemne moce. Wielu ludzi usilnie poszukuje śladów Boga na Ziemi, dlatego tak często udaje im się dostrzec obraz Matki Boskiej lub ukrzyżowanego Jezusa na szybie okiennej lub na pniu drzewa. Nigdzie indziej nie cieszą się takim zainteresowaniem rozmaici cudotwórcy i uzdrawiacze, jak w Polsce, gdzie często korzystają z pomieszczeń kościelnych. Nigdzie na świecie nie ma tylu egzorcystów, jak w Polsce, gdzie jest mnóstwo chętnych do pozbycia się diabła ze swojego ciała. Im  większy jest wpływ Kościoła, tym bardziej ludzie stają się podatni na magię i deprecjonowanie rozumu.

Kościół katolicki broniąc się przed sekularyzacją, ustawicznie straszy rozmaitymi zagrożeniami, które się z nią wiążą. Wciąż znajduje nowych wrogów chrześcijańskiego świata, przed którymi trzeba się bronić. Tę oblężoną chrześcijańską twierdzę atakują bowiem takie potwory, jak gender, LGBT, eutanazja, ateizm, liberalizm itp. Taki przekaz, okraszany nierzadko epitetami w rodzaju „tęczowej zarazy”, budzi u wierzących lęk i chęć obrony, co przeradza się w nienawiść do zwolenników sekularyzacji. Seansami nienawiści, a nie wyrazem wiary, są przecież pikiety protestujących przed teatrami i kinami, w których grane są obrazoburcze spektakle i filmy, czy przed szpitalami, w których dokonuje się aborcji. Seansem nienawiści, a nie obroną wartości chrześcijańskich, jest oplatanie granic Polski różańcową krucjatą, czy lżenie i bicie uczestników parady równości. Seansami nienawiści są modlitewne konwentykle urządzane przez ojca Rydzyka lub ojców Paulinów w Częstochowie. Zbiorowe modlitwy i czuwania w intencji ojczyzny jakże często są nacjonalistyczną erupcją nienawiści do Niemców, Żydów, Rosjan, muzułmanów i do całej Unii Europejskiej. Im większy jest wpływ Kościoła, tym bardziej popularne stają się postawy ksenofobiczne.

Irracjonalizm i ksenofobia to cechy kultury społecznej, której rozprzestrzenianie się zagraża narodowym interesom, czyniąc z Polski nie liczący się w świecie zaścianek. Kościół władzy w Polsce, chociaż już nie spala czarownic i heretyków na stosie, to jednak nadal szkodzi, wprowadzając do kultury społecznej toksyczne elementy. A przecież Kościół katolicki, jako organizacja pozarządowa o wielkim zasięgu społecznym, ma ogromne możliwości czynienia dobra, co wykorzystuje jedynie w niewielkim stopniu, zajmując się działalnością charytatywną. Gdyby Kościół, zamiast walczyć o władzę i wpływy, siać lęk i nienawiść, skoncentrował się na budzeniu poczucia wspólnoty i wzajemnego wsparcia ludzi w różnych środowiskach lokalnych, byłby niewątpliwie bliższy swoich chrześcijańskich korzeni. Aby tak było, obecny Kościół władzy, wyniosły i arogancki, dbający o swój ziemski majątek i skrywający przestępstwa swoich zwyrodniałych funkcjonariuszy, musiałby przeistoczyć się w Kościół służby ludziom, skromny i bezinteresowny, otwarty na ludzką krzywdę i cierpienie, a nie na społeczną dominację. Tak kiedyś Kościół rozumieli pierwsi chrześcijanie, dla których służba Bogu polegała na służbie ludziom. Warto tu przypomnieć powiedzenie księdza Zieji, współzałożyciela KOR-u, że chrześcijanina poznaje się po czynach, a nie po sakramencie chrztu i deklaracji przynależności.

Naiwnością byłoby sądzić, że Kościół katolicki w Polsce byłby zdolny do dokonania takiej zmiany. Dlatego należy dążyć do tego, aby przyszłe rządy wyzwoliły się wreszcie z wasalnego stosunku do Kościoła i niezrozumiałego lęku przed jego krytyką i niezadowoleniem. Najwyższy czas, żeby relacje między świecką władzą a Kościołem katolickim nie różniły się w niczym od relacji z innymi organizacjami pozarządowymi. Kościół nie może mieć bezpośredniego wpływu na stanowienie prawa i decyzje świeckich władz. Może on mieć, jak inne organizacje społeczne, jedynie wpływ pośredni, przez przekonywanie ludzi do swoich norm i wartości, a nie przez domaganie się prawnych zabezpieczeń ich przestrzegania. Dlatego niezbędne jest zawężenie autonomii Kościoła katolickiego wyłącznie do sfery religijnej. Oznacza to likwidację Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu i Episkopatu. Władza świecka nie musi uzgadniać swoich decyzji z Kościołem, tak jak nie musi ich uzgadniać ze Stowarzyszeniem Ateistów czy innymi związkami wyznaniowymi. Kościół katolicki musi mieć taką samą pozycję prawną, jak inne związki wyznaniowe. W związku z tym konieczne jest wypowiedzenie konkordatu z Watykanem.

Dopiero po wprowadzeniu tych zmian można będzie liczyć na to, że Kościół katolicki zacznie pełnić w społeczeństwie polskim taką samą rolę, jak w państwach zachodnich. Im szybciej to się stanie, tym będzie lepiej dla Polski.

 

 

W uścisku konserwatyzmów, czyli od konserwatyzmu Kaczyńskiego do konserwatyzmu Tuska :)

Od piętnastu lat Polska rządzona jest przez partie konserwatywne, które od werbalizowania swojej konserwatywnej tożsamości nie uciekają, które również w swoich programach i praktyce politycznej tym konserwatyzmem się kierują.

Kiedy w roku 2005 wybory parlamentarne wygrało Prawo i Sprawiedliwość, a prezydentem Polski został dotychczasowy prezydent Warszawy Lech Kaczyński, nikt nie miał świadomości, że ukształtowany wówczas układ polityczny utrzyma się kolejne piętnaście lat. Gorący spór między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską, którego pierwszą odsłonę ujrzeliśmy w kampaniach wyborczych 2005 roku, sztabowcy PiS-u zgrabnie dookreślili retorycznie jako konflikt między Polską solidarną a Polską liberalną. Już wówczas dało się dostrzec, że w istocie jest to spór między dwiema wersjami konserwatyzmu: narodowym konserwatyzmem socjalnym a konserwatyzmem liberalno-modernizacyjnym. 

Czy rządzą nami konserwatyści?

Od piętnastu lat Polska rządzona jest przez partie konserwatywne, które od werbalizowania swojej konserwatywnej tożsamości nie uciekają, które również w swoich programach i praktyce politycznej tym konserwatyzmem się kierują. Również przed 2005 r., czyli zanim jeszcze sformułował się drugi system partyjny III Rzeczypospolitej, to właśnie konserwatyści dominowali w politycznym uniwersum, choć część z nich – mam na myśli czołówkę Sojuszu Lewicy Demokratycznej – ów konserwatyzm zawzięcie skrywała, a jego ewentualne przejawy uzasadniała konserwatywnymi postawami polskiego społeczeństwa. Także pierwszy system partyjny III RP zdominowany był przez wartości i programy konserwatywne. Partia postkomunistyczna, stanowiąca centralny element tego systemu, oficjalnie deklarowała się jako ugrupowanie lewicowe i zdarzało jej się podejmować – choć z rzadka – inicjatywy typowe dla klasycznej lewicy. Zwykle jednak SLD podporządkowywał się konserwatywnemu mainstreamowi programowo-politycznemu, a także godził się na symboliczny prymat typowych dla myślenia konserwatywnego wartości.

Drugi system partyjny – tzw. duopol Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości – stanowi jakość samą w sobie. Oba ugrupowania ukształtowały się na bazie dominujących w ruchu „Solidarności” środowisk bliskich konserwatyzmowi i chrześcijańskiej demokracji, w pewnym zaś stopniu nawiązujących do ideologii liberalnej. Na poziomie tożsamościowym obie partie deklarowały swoje przywiązanie do prawicowej identyfikacji, choć z biegiem lat Platforma Obywatelska w coraz większym stopniu rozbudowywała frakcję centro-lewicową. Jednakże równolegle w partii tej dokonywał się proces ideowo-programowego zubożenia. Uzasadniano to niekiedy przekonaniem o potrzebie politycznego pragmatyzmu, wiarą w moc wyzbytej wątków aksjologicznych centrowości, a także postawą euroentuzjastyczną, stanowiącą bodajże jedyny doktrynalny element spajający wszystkie frakcję na tę partię się składające. Tymczasem na poziomie decyzyjnym Platforma Obywatelska pozostała ugrupowaniem konserwatywnym, zarówno w kwestiach społecznych, jak też gospodarczych. Swoboda przepływu personalnego między PiS-em a Platformą stanowi namacalny dowód spoistości tożsamościowo-ideologicznej obu ugrupowań.

Platforma Obywatelska w momencie jej powstania zdefiniowana została jako partia konserwatywno-liberalna. Tzw. trzej tenorzy – Andrzej Olechowski, Donald Tusk i Maciej Płażyński, czyli ojcowie założyciele PO – deklarowali się jako liberałowie gospodarczy (to deklarowano expressis verbis) i zarazem konserwatyści światopoglądowi (w tym wymiarze deklaracje oficjalne były albo niespójne, albo formułowane z pewną li tylko nieśmiałością). Konserwatyzm Platformy od początku był jednakże konserwatyzmem europejskim i nadawano mu wymiar nowoczesny. Powoływano się na europejskie tradycje liberalnej demokracji czy też takie wartości, jak idea praw człowieka z szerokim katalogiem wolności jednostki czy tolerancji na czele. Tymczasem w wymiarze pragmatycznym stroniono od kontrowersyjnych zmian o charakterze społeczno-światopoglądowym, sferę obyczajową uznając deklaratywnie za „kwestię prywatną”. Tym samym wszelkie dyskusje w ramach Platformy Obywatelskiej na temat aborcji, stosunków państwa z Kościołem katolickim, związków partnerskich czy edukacji seksualnej gaszone były w zarodku bądź finalizowano je teatralnym wzruszeniem rękoma. Najodważniejsze liberalne projekty – od pomysłu finansowania in vitro czy regulacji związanych z dostępem do tzw. tabletki „dzień po” – w samej Platformie wywoływały daleko idący sprzeciw i należy je uznać za awangardę liberalizmu obyczajowego. Podejrzewam, że niejeden ideowy liberał integralny posiada na swoim twardym dysku wykazy głosowań posłów Platformy Obywatelskiej nad projektami wprowadzającymi rejestrowane związki partnerskie, które są kwintesencją jej konserwatyzmu postaw.

Prawo i Sprawiedliwość przyjęło odmienną wersję konserwatyzmu. Można go określić mianem konserwatyzmu narodowego czy wręcz narodowo-katolickiego, któremu nadano wymiar socjalny czy solidarystyczny. Bynajmniej ten ostatni wątek nie jest rzadki w środowiskach konserwatywnych czy narodowo-katolickich, a typowa dla prawicy wiara w kapitalizm i „niewidzialną rękę rynku” w ostatnim trzydziestoleciu przestała być elementem niewzruszonym. Niezależnie od socjalno-solidarystycznych predylekcji Prawa i Sprawiedliwości w kwestiach gospodarczych, tożsamość ideowo-symboliczna tego ugrupowania zakorzeniona jest głęboko w tradycjonalizmie społecznym oraz nacjonalizmie, przejawiającym się nie tylko na poziomie symboliczno-językowym, ale również w polityce zagranicznej. Czynnikom tym nadano tak istotną rangę, że porównywanie PiS-u do przedwojennego PPS-u, jakiego dokonywali niektórzy znani i aktywni w social mediach publicyści, należy włożyć między bajki. Kontrowersyjne czy wręcz żenujące wypowiedzi niektórych działaczy Prawa i Sprawiedliwości – w tym również prezydenta Andrzeja Dudy – w sprawach osób nieheteronormatywnych wskazują również na ludowy czy też populistyczny charakter przyjętego modelu konserwatyzmu. Pewnie w odniesieniu do tych konkretnych nienawistnych wypowiedzi, których nie warto nawet w tym miejscu przytaczać, trzeba by wręcz mówić o prymitywnej czy nawet ksenofobicznej wersji tego konserwatyzmu. Pewien jego wymiar wyszedł na jaw w trakcie dyskusji wokół kryzysu uchodźczego i planowanego kilka lat temu mechanizmu relokacji uchodźców.

Zdaję sobie sprawę, że postawiona teza o duopolu dwóch konserwatyzmów, na których opiera się drugi system partyjny III RP, może się niektórym wydawać kontrowersyjna. Zachęcam jednak niedowiarków, aby przeanalizować dorobek legislacyjny obu partii politycznych właśnie w kontekście idei i wartości typowych dla konserwatyzmu, a także tych, które utożsamiamy z liberalizmem czy socjaldemokracją. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż konserwatyzm przejawiać się musi niewyłącznie w wymiarze polityczno-programowym, ale również w sferze szeroko rozumianych postaw politycznych, ze szczególnym uwzględnieniem stosunku do zmiany społecznej. Ów wymiar metapolityczny skłoniłby nas wręcz do innej konkluzji – niewątpliwie obrazoburczej dla niektórych „obrońców demokracji” czy też „publicystów walczących z dyktaturą Kaczyńskiego” – a mianowicie takiej, że to Platforma Obywatelska była jednakże bardziej skłonna od Prawa i Sprawiedliwości do przyjmowania postaw zachowawczych względem ustroju, systemu politycznego czy instytucji państwa. To Prawo i Sprawiedliwość – od początku swojego istnienia – opowiadało się za radykalną przebudową instytucjonalną czy wręcz za „obaleniem ładu pookrągłostołowego”. Tak, trudno taki metapolityczny rewolucjonizm utożsamiać z ideologią konserwatywną. Pamiętać jednak trzeba, że punktem odniesienia dla polskich partii politycznych tworzących się po roku 1989 była Polska Rzeczpospolita Ludowa, autorytarny czy wręcz totalitarny reżim oraz gospodarka centralnie planowana. 

Dlaczego dwa konserwatyzmy?

Jak to zatem możliwe, że od piętnastu lat rządzą Polską wymieniające się u sterów rządów dwie partie konserwatywne? Jak to możliwe, że w uprzednich piętnastu latach nawet zadeklarowani socjaldemokraci niemalże pod rękę spacerowali z biskupami a zwlekanie z ratyfikacją konkordatu stanowiło wyżyny socjaldemokratycznej identyfikacji? Jak wytłumaczyć to, że Polacy przez trzydzieści lat demokracji głosowali za ugrupowaniami bądź jednoznacznie konserwatywnymi, bądź za takimi, które swoją lewicowość czy liberalizm chowały do plecaka nie tylko na czas kampanii wyborczej? Co musiałoby się wydarzyć, aby progresywne partie polityczne – lewicowe bądź integralnie liberalne – zdobywały znaczące poparcie społeczne właśnie ze względu na swoją lewicowo-liberalną agendę, nie zaś dzięki unikaniu tematów kontrowersyjnych i jednoznacznych deklaracji ideowych?

Oczywiście odpowiedź narzucająca się wręcz – jak już wspominano powyżej – skłania nas do powrotu do tego, co przed 1989 rokiem, a zatem do poprzedniego systemu politycznego. Polska Ludowa była krajem zinstytucjonalizowanego ateizmu państwowego, a zatem Kościół katolicki stanowił podmiot jednoznacznie uznawany za wrogi państwu i ustrojowi. Wszelkie formy krytyki Kościoła katolickiego i religijności jako takiej przez pierwsze dekady III RP przywoływały wspomnienia antykościelnych działań aparatu państwa komunistycznego. Takim sposobem Kościół katolicki – religia i religijność również – znalazł się pod swoistym parasolem ochronnym, a wszelkie przejawy „kościołosceptycyzmu” czy wręcz zdeklarowanego antyklerykalizmu porównywano do represji czasów PRL. Ochrona Kościoła katolickiego i nauczania religii w szkołach stały się jednym z fundamentów światopoglądu konserwatywnego nie tylko większości Polaków, ale przede wszystkim polskich elit politycznych, szczególnie tych nowych, pookrągłostołowych. Paradoksem jest to, iż ów parasol ochronny, jaki uzyskał w III RP Kościół katolicki, stał się niestety główną przyczyną braku transparentności działań kościoła zinstytucjonalizowanego w sprawach społecznie istotnych, jak chociażby rozwiązywanie skandali pedofilskich czy też zarządzanie i rozporządzanie nieruchomościami odzyskanymi przez Kościół katolicki bądź uzyskanymi w ramach rekompensaty. 

Konserwatyzmy mają się w Polsce nieźle także dlatego, że zdecydowaną większość obywateli pierwszych dekad III RP stanowili ludzie wychowani jednakże w komunistycznych czasach. Pomimo deklaracji komunistycznych ideologów aparat państwa, jakim była Polska Ludowa, kształcił i wychowywał w duchu swoiście pojmowanego nacjonalizmu, ksenofobii przejawiającej się w wielu różnorodnych wymiarach, zamkniętości ideologicznej i światopoglądowej. Liberalne prawo aborcyjne w czasach PRL nie szło w parze z tolerancją względem różnych stylów życia. Państwo formowało społeczeństwo zuniformizowane, bierne, uległe i zastraszone. Polska po 1989 r. stała się areną gwałtownej, ale jednak późnej – niewątpliwie spóźnionej – modernizacji. Przemiany świadomości społecznej spowalniała także monolityczność etniczna i religijna społeczeństwa polskiego, sprawiająca, że tolerancja dla odmienności – przynajmniej przez pierwsze piętnastolecie, czyli do momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej – była raczej abstrakcyjnym celem niż codzienną postawą prospołeczną. Nie dziwi zatem, że szermowanie przez narodowych konserwatystów hasłami pobudzającymi i legitymizującymi niechęć do cudzoziemców – uchodźców, Niemców czy „ruskich” – bądź osób nieheteronormatywnych niejednokrotnie okazywało i wciąż okazuje się skuteczne. Seksualizujący dzieci potwór dżender, krwiożercza ideologia elgiebetyzmu czy też zarażający nas tropikalnymi chorobami uchodźcy-islamiści stały się figurami, które wrosły w ten lokalny ludowo-populistyczny konserwatyzm, głoszony przez kreujących się na wytrwałych pielgrzymów do Jasnej Góry czy też rzekomych kontynuatorów nauczania Jana Pawła II. 

Wreszcie po półwieczu rządów lewicy – przynajmniej nominalnie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza stanowiła ucieleśnienie lewicowości (ten temat jednak w tym miejscu pozostawimy) i kontynuatorkę tradycji Polskiej Partii Komunistycznej oraz Polskiej Partii Socjalistycznej – lewicowość stała się czymś podejrzanym. Lewica kojarzyła się z PZPR i będącym jej prawnym kontynuatorem Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Lewica kojarzyła się z komunizmem, nie tylko w jego wymiarze ideologiczno-doktrynalnym, ale przede wszystkim w odniesieniu do wszelkich atrybutów totalitaryzmu komunistycznego. Dziś jeszcze wystarczy otworzyć Twittera i przejrzeć wpisy rzekomo liberalnych publicystów, z których wylewają się nieposkromione siłami rozumu konkluzje, w których socjaldemokracja czy też interwencjonizm państwowy utożsamia się z komunizmem, totalitaryzmem czy wręcz monopartyjnością. Trudno prowadzić jakiekolwiek merytoryczne dyskusje również z wieloma obrońcami państwa minimalnego, którzy zupełnie zapominają o tym etapie rozwoju państw zachodnioeuropejskich czy nawet Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej, kiedy to etatyzm i aktywność państwa w szeregu polityk publicznych stanowiły codzienność, a tym samym narzędzie wypracowywania dobrobytu społecznego. Tego typu narracja obecna jest dziś zarówno wśród konserwatystów narodowych – niezależnie od tego, że oficjalnie deklarują oni budowę polskiego modelu państwa dobrobytu (sic!) – jak również w jeszcze większym stopniu wśród tych rzekomo „fajniejszych”: nowoczesnych, europejskich, praworządnych. Paradoksalnie to ci drudzy właśnie straszyli lewicowych posłów koalicją z nacjonalistami z Konfederacji. 

Czy jesteśmy skazani na Polskę konserwatystów?

Obserwacja polskiej sceny politycznej w całej erze III RP pewnie wielu liberałów integralnych, a tym bardziej przedstawicieli lewicy kulturowej, skłaniać może do nastrojów kapitulanckich. Nie powinno nas zatem dziwić, że część lewicowych elit politycznych szuka bezpiecznej przystani w okręcie dowodzonym przez tych „fajniejszych” konserwatystów. Nie powinno nas także dziwić, że lewicowo-liberalny elektorat od lat daje się uwieść tej proeuropejskiej części polskich elit konserwatywnych. Co dziwne, elektorat ten nie oczekuje od naszych eurokonserwatystów niczego ponad to, żeby zagwarantować sobie mniejsze stężenie tych „gorszych” konserwatystów, nacjonalistycznych, eurosceptycznych i populistycznych. Nie dziwi także fakt, iż elektorat ten zdaje się być usatysfakcjonowany biegłą angielszczyzną czy francuszczyzną kandydata, a nie oczekuje od niego jasnych deklaracji w zakresie postępowych reform społecznych. Niestety ów konserwatywny duopol – wspierany notabene przez ludowo-konserwatywną partię zawiasową, jaką jest Polskie Stronnictwo Ludowe, a w ostatnich miesiącach uzupełniony przez systematycznie wzrastającą nacjonalistyczno-libertariańską Konfederację – wciąż zdaje się być mocny i jeszcze nic nie zwiastuje, że zamieni się w kruszywo. 

Nie należy mieć jednak szczególnych złudzeń co do kierunku przemian społecznych, jakie zachodzą we współczesnej Europie, a także we współczesnej Polsce. Badania opinii społecznej wskazują, że Polacy stają się coraz bardziej liberalni w kwestiach obyczajowych. Polki coraz odważniej i dobitniej domagają się liberalizacji prawa do aborcji. Mniejszości seksualne wreszcie będą miały możliwość formalizowania swoich relacji poprzez zawarcie związków partnerskich. Proces społecznej liberalizacji obyczajowej idzie w parzę z laicyzacją społeczeństwa. Myślę, że najwięcej w tym temacie mają do powiedzenia księża katoliccy, jeśli tylko instytucjonalna presja pozwoliłaby im rozmawiać o problemach współczesnego Kościoła. Wszystko wskazuje na to, że czas liberalnej rewolucji obyczajowej zbliża się nieuchronnie. Konserwatywna dominacja na polskiej scenie politycznej zdaje się być jednak zapowiedzią liberalno-lewicowej rewolucji społeczno-obyczajowej, która nastąpi nagle i niespodziewanie, która mieć będzie twarz zapaterowską i której obce będą wszelkie formy poszukiwania „trzeciej drogi”. Nie uda nam się wyrwać z dialektycznego uścisku konieczności, choć nikt rozsądny nie będzie w stanie przewidzieć, kiedy ów rewolucyjny moment nadejdzie. Można siąść w kawiarni i sącząc sojowe latte przyglądać się „byciu ku dekonstrukcji” polskiego porządku ideologiczno-partyjnego. Można też zakasać rękawy i przegrupowywać siły, będąc w ciągłej gotowości. 

Legenda o wspólnocie :)

Z prof. Zbigniewem Mikołejko rozmawia Magdalena M. Baran.

Magdalena M. Baran: Wracam ostatnio – może przewrotnie nieco, gdy patrzyć na „nowe” czasy – do lektury Tischnera, do Polska jest ojczyzną. Jest tam piękny tekst: „Kto ufa drugiemu człowiekowi, ten nie potrzebuje poddania go nieustannej kontroli, ponieważ z góry wie, co ten drugi zrobi. Kryzys zaufania oznacza zatem pękanie elementarnej więzi między ludźmi”. Kiedy patrzymy dziś na Polskę, to jesteśmy między sobą w głębokim kryzysie zaufania, a jednocześnie w kryzysie więzi. Zastanawiam się, czy po roku 1989 w tym naszym społeczeństwie/w naszej wspólnocie w ogóle nauczyliśmy się ufać i budować więzi między ludźmi. 

Zbigniew Mikołejko: Mam wrażenie, że ta więź rozpadła się bardzo dawno temu. Że w gruncie rzeczy nie udała się dopełnić tak, jak na przykład została dopełniona w logice rozwoju Rosji, gdzie właściwie, długo by o tym mówić, stała się ona więzią mistyczną zakorzenioną w ziemi, krwi, myśli.

Rosyjski myśliciel prawosławny i historyk Jurij Łoszczyc swoją książkę o Dymitrze Dońskim zaczyna od obrazu kraju – wydawałoby się – zupełnie bez znaczenia, peryferyjnego, zdruzgotanego jarzmem mongolskim, czyli Międzyrzecza Zaleskiego. To jest świat rozproszonych, mizernych księstw włodzimiersko-moskiewskiego, twerskiego, riazańskiego etc,, świat nędznych, drewnianych grodów, przepastnych lasów, rozległych bagien, świat najeżony bezgraniczną przemocą i pozbawiony niemal w istocie intelektualnych elit, także duchownych. A jednocześnie odwołuje się Łoszczyc do obrazu rzek, które tam się wiją, które mają tam swój początek: Wołgi, Oki, Donu, Dniepru, Kłaźmy, Moskwy… I mówi on dalej, że owe rzeki biegnące przez las, wijące się pośród przedziwnych drzew czy tajemniczych kamieni, biegnące chaotycznie, ale ostatecznie w jakąś wyraźną stronę, kierowały się jakąś nieodpartą siłą, jakąś nieubłagana logika, prowadząc do wyklucia się tego, co później można nazwać „ideą rosyjską”. Integrystyczną koncepcją zawłaszczającą również – najzupełniej nieprawomocnie, lecz skutecznie – tradycję i tożsamość Rusi Kijowskiej. 

Wszystko więc tam już było, w tym zalążku, w tej glebie, w tych rzekach i drzewach. „Myśl, rzeka i drzewo są do siebie podobne i jest coś dręcząco niewyrażalnego i jednocześnie radosnego w oczywistości ich podobieństwa. I nie jest rzeczą przypadku zapewne, że właśnie w języku rosyjskim mówi się o «myślącym drzewie». Nie tylko bowiem w potężnych pniach, ale także w każdym wiotkim źdźble płyną bez przerwy rzeki, i każdy liść zerwany z gałęzi podobny jest do myśli ludzkiej, a każdy korzeń obejmuje ziemię, jak Dniepr czy Don. […] Jedna, jedyna myśl naprawdę wielka może zjednoczyć i połączyć cały naród, nawet wtedy, gdy rozpacza i traci nadzieję, i błądzi we mgle. Jedna idea może trwać całe wieki, nawet gdyby wszystkie moce się jej przeciwstawiły. […] W XIV wieku osnową losów tej ziemi była sprawa dziedziczenia tronu, która toczyła się między Rusią Włodzimierską a Rusią Kijowską. Kwestia ta zdumiewała wiele osób swoją, zdawałoby się, błahością i pozorną przypadkowością. Nie bez powodu znacznie później wielu wykrzykiwało, jak gdyby stanęli wobec zagadki: «Dlaczegóż to tak się stało, że właśnie państwo moskiewskie zostało cesarstwem, i któż to wiedział, że Moskwa zasłynie jako państwo?»”.

Ważne było także – mówi dalej ten sam autor – że większości wybitnych postaci tamtego miejsca i tamtej epoki, nastawionych pesymistycznie w sprawie „zbierania ziem ruskich”, nie udało się stłumić owej „logiki”, owej „myśli twórczej” i „przysłonić bezimiennego żywiołu ludowego”, spontanicznie i intuicyjnie kierującego się takim zamysłem i znajdującego zarazem swe ucieleśnienie i symbol w książętach Moskwy. Niech to będzie swoista preambuła do tego, co chcę powiedzieć, rozważając tak postawione pytanie. 

U nas podobne rzeczy się nie dokonały, podobna konsekwentna „logika” czy też scalająca, nośna „idea” – tak czytelna w działaniach Władysława Łokietka, Kazimierza Wielkiego oraz gnieźnieńskich arcybiskupów Jakuba Świnki i Borzysława – zachwiana została już w XV stuleciu, w dynastycznej polityce pierwszych Jagiellonów. A zaczęła się rozpadać, paradoksalnie, w „Złotym Wieku” Zygmuntów, ulegając ostatecznie pomysłowi rozległego, lecz coraz bardziej – niestety – dezintegrującego się i degenerującego się imperium, które „punkt ciężkości” lokowało na wschodzie, w konfrontacji z Moskwą i nieubłaganą, trwałą – mimo czasowych załamań – „logiką” jej ekspansji. W trybach tego zgubnego, jak się miało okazać, dążenia skruszyła się koncepcja mocnej i rozumnej wspólnoty opartej na świadomej, wykształconej szlachcie średniej i, potencjalnie, zamożniejszym mieszczaństwie. Obie te warstwy społeczne poniosły klęskę już w XVI stuleciu.

To przede wszystkim czasy wspaniałości i zarazem załamywania się „demokracji szlacheckiej”, które łączą się z połowicznym sukcesem, a w istocie przegraną reformatorskiego ruchu egzekucji praw i dóbr. O co chodzi? O to, że na polskiej scenie dziejowej pojawia się taka szlachta – na jej lidera wyrasta Jan Zamoyski – która jest w znacznej mierze gotowa jest zrzec się swoich przywilejów w imię reformy wspólnoty, wzmocnienia państwa i ograniczenia materialnej oraz politycznej potęgi Kościoła. Obaj Zygmuntowie się w tym gubią, zwłaszcza Zygmunt Stary, który – wbrew interesom państwa – stawia na magnaterię. A kiedy za Zygmunta Augusta tej średniej, myślącej szlachcie udaje się przeprowadzić kilka istotnych reform, poprzestaje ona na takim połowicznym sukcesie i odchodzi od myślenia o państwie na rzecz lokalności i prywatyzacji myślenia/ Bardzo charakterystyczna, wręcz symboliczna, jest tu postawa Jana Kochanowskiego, którą można nazwać ucieczką „pod lipę”. Opuszcza on miasto i dwór królewski i zaczyna żyć głównie w przestrzeni rodzinnej i sąsiedzkiej – właśnie w cieniu tej lipy, która jest pięknym, kojącym, przyjaznym drzewem. Znamienne, że ów motyw pojawia się mocno w Zborowskim nadwornego poety Kaczyńskich, Jarosława Marka Rymkiewicza, której tytułowy bohater – warchoł i zabójca – wynoszony jest pod niebiosa jako męczennik i wzorzec „prawdziwie wolnego Polaka”.

Tak czy siak, kraj nasz przeobraża się stopniowo w obszar straszliwego sobiepaństwa magnaterii, w domenę rozdzieraną jak „postaw sukna” przez interesy oligarchów. Oni więc – w większości wywodzący się rusko-litewskiego bojarstwa, choć spolonizowani – w stronę zgubnych konfliktów na wschodzie i południowym wschodzie, wojen z Moskwą i Turcją, strasznych w konsekwencjach napięć z kozactwem i prawosławiem. Oni doprowadzili do zagłady państwa i jego instytucji, stając się jednocześnie jedyną w istocie elitą I Rzeczpospolitej. Jedyną, bo „demokracja szlachecka” stała się fikcją, bo mieszczaństwo zostało zdegradowane, bo obie „akademie”, krakowska i wileńska, zajmowały się wszystkim innym niż nauką, bo król i centralne ośrodki władzy przestały odgrywać decydującą rolę…

Charakterystyczne przy tym, dodam, że polska wyobraźnia kulturowa i mitologia polska, ciągle jeszcze, ucieka się do tych właśnie wschodnich obszarów, że tam się często zakorzenia. Nie tylko za sprawą wywodzących się stamtąd dawniejszych twórców, jak Antoni Malczewski, Mickiewicz, Słowacki, Orzeszkowa, Sienkiewicz… Pisarstwo Iwaszkiewicza, Konwickiego, Miłosza, a dziś Księgi Jakubowe Tokarczuk, filmy Jerzego Hoffmana czy Wołyń Wojciecha Smarzowskiego – wszystko to „lgnie” jakby do tamtej sfery i nią się żywi, nawet wtedy, gdy czyni to w duchu jakichś rozrachunków albo też przy próbach uniwersalistycznej perspektywy. Tak, wszystko to są skutki tamtej historycznej ucieczki w prywatność i lokalność, w „białe ściany polskiego domu”, tego z Pana Tadeusza, wpisanego ściśle w pejzaż kultury wiejskiej, agrarnej.

Rzecz w tym, że dokonanie takiego wyboru – nawet symboliczne udanie się „pod lipę” – oznacza separację. To znacznie więcej niż powiedzenie „Moja chata z kraja”, bo tak wybrana izolacja zakłada już nie tylko powiedzenie „To mnie nie interesuje”, ale życie ułudą pewnej idylli, w której – o naiwności! – nic złego spotkać nas nie może.

Obraz jest rzeczywiście izolujący i sprawia on, że pod jego polskość zaczyna się rozmieniać na drobne, zwłaszcza w swoim podstawowym wymiarze egzystencjalnym. Że zamienia się absolutnie w małą codzienną krzątaninę, która jakby „wyżera” czy też „wampiryzuje” całą resztą – szersze spojrzenia na świat, partycypację w zbiorowym życiu i kulturze. Są wprawdzie dość spazmatyczne próby przywrócenia tego, co można by nazwać „ideą polską”, myślą wspólną etc. Pojawiają się one zwłaszcza w stanach krytycznych, w chwilach absolutnego zagrożenia, ale ten trend ujawnia się raczej w literaturze, refleksji o kulturze, historiozofii czy filozofii społecznej niż w życiu prawdziwym. 

Właśnie, wszelkie powroty – zarówno do złudnej idylli, jak i do realnego świata – dzieją się u nas wówczas (ale i w czasach późniejszych) na kartach książek. Bardzo mocno zakotwiczamy się w tej literaturze, ba, zdajemy się jej trzymać zębami, pazurami… A później okazuje się, że poza nią… nie mamy nic. 

Ona jest surogatem życia, to także jest bardzo charakterystyczne. To szczególna często wizja wspólnoty – wizja Polski jako nieskalanej wspólnoty mistycznej. Taka, powiem bluźnierczo, która potrzebuje pewnej mistyki krwi i ziemi. Ta wspólnota się zadzierzga i krzepnie w nieodparty, mityczny systemat najpierw emigracji, mistycznie, z dala od empiryczności, od doświadczeń kraju, a pod wrażeniem traum historycznych, popowstaniowych. Jest też, owszem, i romantyzm krajowy – ale on nie płodzi tak nośnych, potężnych mitów i symboli, jest jakoś ważny, ale jednak drugorzędny, ściszony. I on też na tę wspólnotę pracuje – z racji owego ściszenia właśnie, swoistej jakby pokory czy też wpisania, najlepszym chyba przykładem jest cykl Zygmunta Kaczkowskiego Ostatni z Nieczujów, do tego bytu lokalnego i prywatnego, do sentymentów właściwych prowincjonalnemu szlacheckiemu życiu i sarmackiemu stylowi. 

Nadal myśląc o ówczesnej wspólnocie – szczególnie o jej wymiarze intelektualnym – odnosimy się do tego, co powstawało na emigracji. To naznaczyło pokolenia, wytworzone wtedy mity są nie tylko nauczane w szkołach, ale wręcz stanowią zręby myślenia o wspólnocie, a dalej o ojczyźnie. Również dziś.

Tamta wspólnota to wspólnota wiary, ale także wspólnota iluzji, wspólnota oczywiście wyrażona w słowach, a nie w tej uporczywej twardej pracy, chciałoby się powiedzieć, pozytywistycznej, ale …

Ale u nas nawet bohater pozytywistyczny jest zakażony romantyzmem… Nie ma tu tak twardego, zimnego, czasem brutalnego pozytywizmy, jak na przykład u Zoli. 

Prawda, już sam Wokulski, który jest kreślony na figurę pozytywistyczną, ma w sobie rys poprzedniej epoki. Muszę się odwołać do własnego tekstu, który napisałem kiedyś dla „Tygodnika Powszechnego” –  eseju o Lalce jako widowisku pasyjnym. Rzecz polega na tym, że właściwie Wokulski jest kolejnym mesjaszem, który ma nas wybawić.

Tym samym Wokulski staje się kolejną figurą w polskim mesjańskim korowodzie, w katalogu postaci różnych, a przecież stapiających się w jedną I tą samą, jakże groźną, narrację. Po Konradzie, Gustawie, Kordianie przychodzą ich „synowie”, „wnukowie”…

Dopiero Wyspiański próbuje się z tym rozliczyć w Wyzwoleniu, a także w Weselu, ale to ostatnie – jak mówi Piotr Augustyniak – zostało zawłaszczone przez Polski Kościół Mentalny. No… ale to wypadek. Boryka się z tym później Stanisław Brzozowski, snując swój wielki projekt związany z filozofią pracy i rozprawy chociażby z „filozofią” Sienkiewiczowskiej Rodziny Połanieckich: „Czy zastanawialiście się, co i jak czują ginące narody? Czy sądzicie, że istotnie, jak w powieści Sienkiewicza, przychodzą znaki i widma ostrzegawcze? Przeciwnie. Jasność, pogoda, słodycz rozlewają się w duszach. Już nie trzeba myśleć, nie trzeba pracować. Na widnokręgu nie ma żadnych zagadnień: wszystko jest zrozumiałe, dostępne, przejrzyste”. No i także Piłsudski, który – choć zakorzeniony przecież w romantycznej i irredentystycznej tradycji – w zbiorze swoich studiów o powstaniu styczniowym nie mówi z patosem o heroizmie, o „srebrnych ptaszętach na krwawych polach”, o bolesnej i wzniosłej Grottgerowskiej wizji 1863 roku, o rytuałach cierpienia. To jest znakomita książka, która zajmuje się – krytycznie i pragmatycznie – logistyką, organizacją, niesprawnością i chaosem powstańczych działań, które, jak twierdzi wbrew powszechnej opinii, mogłyby się okazać zwycięskie, gdyby rządził nim elementarny i odpowiedzialny praktycyzm. Skąd podobne myślenie wziął Piłsudski? Właśnie od Brzozowskiego. A przecież Marszałek był duchowym dziedzicem i czcicielem tego powstania, o czym przypomina znakomity wiersz Józefa Czechowicza Piłsudski:

śnieżne konie śnieżyca po świętym marcinie

zamieć dom tratowała a dom mocny wytrwał

dawny czas w zegarach szafach skrzyniach

litwa litwa

[…]

jezioro sine wolno szło do brzegu

usypiając fale jak dzieci

w domu dzieci bez kołysek kołysał spod śniegów

jęczący nieustannie rok 63

Zatrzymajmy się jeszcze na moment powstania styczniowego. W lasach jest najwyżej 20-30 tysięcy ludzi – gimnazjalistów, studentów, drobnych urzędników dworskich, leśniczych…

Również chłopów, którzy poszli z panami… I tu kolejny mit buduje nam Orzeszkowa w Nad Niemnem. A na tym nie koniec.

Są też chłopi zdradzający, chłopi z Wiernej Rzeki albo też z Rozdzióbią nas kruki, wrony… – ci, którzy są po stronie Rosji albo tylko po swojej własnej stronie, po stronie swego dramatycznie nędznego, dramatycznie nieświadomego i bezwzględnego żywota. Nie oni jedni zresztą: dobrowolnie przecież w armii i urzędach rosyjskich, bez przymusu, było wówczas jakieś 300-400 tysięcy ludzi… Niedawno czytałem parę rzeczy o polskich generałach i oficerach w armii rosyjskiej, którzy przeszli do armii Polski Odrodzonej i nikt ich tam nie miał za zdrajców. To było naturalne, że tam byli – bo tam robiono karierę, pieniądze, bo przecież trzeba było żyć. Dokonywało się jednak rozdarcie, dramatycznie dokonywała się konieczność rozmaitych wyborów. Ot, święty Rafał Kalinowski z rosyjskiego oficera stał się przecież powstańcem. Ot, ojciec Biruty z Syzyfowych prac jest Polakiem w rosyjskim mundurze, ciemiężącym gorliwie własnych rodaków. Ot, warszawskie bogate mieszczuchy szydzą z Wokulskiego, że w 1863 roku dołączył do tych, którzy „nawarzyli piwa”, i trafił w końcu na Sybir. Jasne więc, że nie wszyscy mogli pójść walczyć, że trzeba było – jak to się u nas nagminnie gada – „jakoś żyć”. Chodzi jednak o to, żebyśmy żyli w prawdzie historycznej, a nie w obrębie fałszywej dialektyki „zadanej” nam przez Adama Mickiewicza w Dziadach: że niby to „Naród nasz jak lawa/ z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa/ Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi/ Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”.

Doświadczamy zresztą dzisiaj mocno tej fikcji, gdy przychodzi do sprawy „żołnierzy wyklętych”: w państwowym, bezkrytycznym kulcie eksponowany jest tylko patetycznie ich heroizm, w atakach, zwłaszcza lewicowych, na ten kult – tylko zbrodniczość. A było i jedno, i drugie. Ale, by to zrozumieć, potrzebne jest spojrzenie „chłodnym okiem” – historyczna trzeźwość, nie ideologiczne zapamiętanie, nie mitologia.

Tej nam niestety brakuje. Wciąż na poważnie nie rozmawiamy o historii. Politycy się tego boją, a społeczeństwo karmi się mitem. A jednak były te „wielkie wybuchy”. Co się zatem dzieje się, co w nas jest takiego, że w kolejnych pokoleniach rozpala się co najwyżej słaby ogienek, który szybko gaśnie?

Bo nie ma żadnego wewnętrznego ognia! Bo ten ogień wewnętrzny został zasypany! Przejdźmy do rozsypki. Ten zatem ruch egzekucji praw i dóbr był ujawnił się – znowu to podkreślam – w warunkach społeczeństwa agrarnego, jakim była ówczesna Polska. I z natury swojej nie pozwolił na zbudowanie tego czegoś, co nazywamy klasą średnią. A jakieś jej zaczątki ukształtowane później, pod zaborami czy w międzywojniu – inteligencja oraz mieszczaństwo – zostały wyniszczone w rozmaitych okropnościach, zwłaszcza w II wojnie światowej. Dodajmy do tego fakt, że szkolnictwo elementarne w Polsce było bardzo powszechne do XVI wieku, ale w pewnym momencie się cofnęło, nastąpił straszliwy regres edukacji – ta szlachecka i mieszczańska stała się bardzo nędzna, tej plebejskiej i chłopskiej niemal nie było. Ponadto – pod presją katolickiej kontrreformy – klęska reformacji protestanckiej oraz zdławienie prawosławia ukształtowała z czasem, w warunkach w istocie duchowego monopolu, model wojowniczej i ksenofobicznej religijności sarmackiej, przejęty potem od szlachty przez warstwę chłopską. Bo warstwy niższe naśladują jednak w swej kulturze i obyczaju – i tak się stało z polską religijnością – warstwy wyższe, do których mają bezpośredni dostęp w swoim doświadczeniu codziennym. W tym wypadku chodziłoby zatem o szlachtę średnią i niższą. Jak zatem ukazał to Stefan Czarnowski w swoim studium o
religijności wiejskiego ludu polskiego”, barokowa, wojownicza i ksenofobiczna wiara i obrzędowość tych grup szlacheckich stała się w końcu, drogą naśladowania i przeniesienia religijnością chłopską, nacechowaną rytualizmem oraz „nacjonalizmem wyznaniowym”, czyli utożsamieniem polskości z katolicyzmem. I przeszła on następnie – właściwie nietknięta – wraz komunistyczną urbanizacją i industrializacją automatycznie do miast i wielkich środowisk przemysłowych. Jednak proces ten nie dotyczył już na ogół przejmowania wzorów Oświecenia czy jakiejś działalności publicznej.

A przy okazji: jest taki wspaniały, godny ze wszech miar polecenia, pamflet Karola Zbyszewskiego Niemcewicz od przodu i tyłu, który „suchej nitki” nie zostawia na naszych oświeceniowych reformatorach (skądinąd „suchej nitki” nie zostawia on na wszystkich ludziach epoki stanisławowskiej: zdrajach i patriotach, intelektualistach i „podgolonych łbach szlacheckich”, Żydach i Sarmatach, kobietach i mężczyznach, arystokracji i mieszczaństwie…).

Zgodzimy się tutaj, że jako naród czy wspólnota przez zabory (al nie tylko przez nie) nie odrobiliśmy lekcji Oświecenia, bo przecież u nas Oświecenia de facto nie było, nie w jego europejskiej postaci. Dostajemy to w wersji bardzo szczątkowej – gdzieś są Staszic, Kołłątaj, Czacki czy Linde. Historycznie nie dostajemy jednak szans na rozwój, na przepracowanie całej masy tematów, a zamiast tego podtrzymujemy iluzje i budujemy kolejne mity.

To połączyło się ze swoistym mentalnym zniewoleniem przez pewien systemat edukacyjny: dość topornego dydaktyzmu, kształtowania –  „oświecania” ex cathedra „młodych umysłów”. I do tej pory żyjemy w systemie edukacyjnym wypracowanym przez Komisję Edukacji Narodowej, umocnionym potem za komunizmu przez represyjny wzorzec makarenkowski (wiem, co mówię, bo w dzieciństwie czytałem rozmaite dziwaczne i niepotrzebne książki, także osławiony Poemat pedagogiczny Antona Makarenki). Wciąż więc mielimy ten sam schemat, a chociaż następują w nim jakieś tam korekty, jakieś jego niby-reformy, sposób nauczania, a w jakimś sensie i sam przekaz wiedzy jest nieodmiennie taki sam. Oświecenie przetrwało zatem jako pokłosie dość wulgarnego dydaktyzmu.

Istotniejsze jest może to, że nie przerobiliśmy lekcji rozumu, który przemienił Francję, postawił pod znakiem zapytania myślenie w Prusach, czy w specyficzny sposób dotknął Hiszpanię, bo nie dość, że Kościół jest tam mocny, to wymiar jego wpływu jest tam inny. Religijność jest inna. 

Hiszpania jest tu dosyć szczególna. Złoty Wiek hiszpański – wspaniałości jego literatury, mistyki i sztuki – jest bowiem jednocześnie wiekiem ukształtowania silnego absolutystycznego państwa w powiązaniu z wszechmocnym lokalnym Kościołem, w swojej represyjności – przykładem okrutna Inkwizycja miejscowa – bardzo niezależnym od Rzymu. Tak, Inkwizycja hiszpańska i portugalska jest to coś radykalnie innego w zestawieniu z inkwizycją rzymską – bo to kościelno-państwowa służba bezpieczeństwa i polityczno-religijna policja…. Wróćmy znowu do tego założycielskiego XVI wieku, gdy przed europejskimi krajami, zrzucającymi właśnie dominację dwóch struktur uniwersalnych, papiestwa i cesarstwa, rysowały się rozmaite wyjścia: można było pójść w stronę Kościoła narodowego, wspólnoty, jaka się pojawiła w państwach protestanckich, oraz demokracji partycypacyjnej, albo też zbudowania centralistycznej, absolutnej, katolickiej monarchii. Polska się zawahała – choć wydawała się za Zygmunta Augusta zmierzać w pierwszym kierunku. A potem, sprzeciwiając się wszelkim próbom naprawy i umocnienia państwa, oligarchia wciąż skutecznie straszyła szlachtę widmem absolutum dominium, „nieograniczonej władzy”. No i rzeczywiście pojawiła się ona – tyle, że nie w rękach królewskich, a w rękach magnackich „królewiąt”, sprawnie potrafiących wzniecać anarchię szlachecką i nią zarządzać. Nie wybraliśmy zatem żadnej skutecznej i mocnej drogi, wybraliśmy wbrew wszystkiemu – by przywołać tytuł środkowego tomu trylogii Pawła Jasienicy o Rzeczpospolitej Obojga Narodów – Calamitatis Regnum, „królestwo klęski”. No i agonię.

Na pewno byłyby skuteczne dla wspólnoty jako takiej, czyli dla ukształtowania się wspólnoty czy wyłonienia się właściwego społeczeństwa. 

Właśnie tak. Przypadek Hiszpanii pokazuje kraj, gdzie silne państwo jest wspomagane przez Kościół, natomiast u nas w tym okresie Kościół za sprawą jezuitów zorientował się dość szybko, za sprawą rokoszu Zebrzydowskiego, że bardziej niż na słabej władzy królewskiej może się oprzeć na żywiole magnackim i szlacheckim. Krótko mówiąc: na destrukcji wspólnoty i osłabieniu instytucji państwa. 

Związał się zatem z grupą wykluczającą klasy niższe, jednocześnie potwierdzając swoją wielowymiarową dominację?

W dodatku ujmując relację między klasami w kategoriach religijnych. Przecież pojęcie „chama” jest wyprowadzone ze Starego Testamentu, od imienia syna Noego. To jest bardzo charakterystyczne, że szlachta nie była w istocie antysemicka. Żyd, który przyjmował katolicyzm, dostępował zatem często nobilitacji, stawał się szlachcicem (a w przypadku osiemnastowiecznych frankistów, o czym przypominają także Księgi Jakubowe, był to wręcz proces masowy). Nawet więc Walerian Nekanda Trebka, jego donos Liber chamorum, nie notuje Żydów, którzy przeniknęli do stanu szlacheckiego, notuje natomiast miejskich plebejuszy i chłopów, którzy w sposób nieuprawiony do tego stanu przeniknęli) Zresztą to był dość silny proces, dotyczący sporej liczby ludzi.

Wracając: chodziło więc o zarówno realne, jak i o symboliczne oddzielenie się, obecne mocno także w języku. I gdzież tu wspólnota? Pojawiała się tylko radykalna dwudzielność, a jednocześnie skazanie chłopa na niewysłowione nigdy cierpienie albo też na cierpienie wysławiające się w aktach strasznej, spontanicznej przemocy. Wystarczy wspomnieć antyszlachecką i antypańszczyźnianą rzeź galicyjską 1846 roku, wymierzoną przeciw „polakom”, czyli szykującej się do powstania szlachcie. A dzieje się to pod hasłem, że Najjaśniejszy Pan, czyli cesarz austriacki, jakoby zawiesił na trzy dni dziesięć przykazań. wszystko w chwili, gdy najjaśniejszy pan, w chacie Jakuba Szeli, zawiesił na trzy dni przykazania. A w powstaniu styczniowym trzeba było stworzyć oddział „żandarmów wieszających”, którzy pacyfikowali chłopskich delatorów, współpracujących z Moskalami przy pacyfikacji. A wreszcie trzeba powiedzieć i o tym, o czym piszą profesorowie Barbara Engelking i Jan Grabowski, czyli o ściganiu i mordowanie Żydów, głównie na wsi, w tak zwanej drugiej fali pogromowej.

Do tego jeszcze wrócimy, ale na razie chcę zatrzymać się nad opowieścią o iluzji. Przez nią dojdziemy do tematu Żydów. Bo to jest tak, że żyjemy w iluzji pewnej wspólnoty, gdzie ta wspólnota jest wyobrażona jako dobra. Niejako w jej w ramach wymyślamy sobie czy też projektujemy figury – figurę wroga i figurę przyjaciela. Ci nasi wrogowie i przyjaciele są tak naprawdę iluzoryczni. Tu dochodzimy do Żyda. Gdy zapytamy „Co w Polaku jest najbardziej autentyczne” albo, gdy Polak odkrywa swoją autentyczność – swego czasu rozmyślał nad tym Charles Taylor – to kolejne pytanie i odpowiedzi pokazują, że w polskiej duszy najbardziej autentyczny okazało się wykluczenie obcego, w tym antysemityzm. 

To miało różne źródła, na przykład w rabacji galicyjskiej, o którym mówiłem, zginął tylko jeden Żyd i tylko dlatego, że był urzędnikiem dworskim. Karczma, w której Żyd sprzedawał wódkę, była ośrodkiem, gdzie chłopi zmawiali się przeciwko dworom. „Winna” narośnięciu antysemityzmu chłopskiego w Galicji staje się dopiero – jak trafnie zauważa Michał Montowski – ustawa Najjaśniejszego Pana z 1874 roku, która pozwalała Żydom kupować ziemię. Czyli, krótko mówiąc, w chłopskiej mentalności Żyd staje się konkurentem. Tu jest pierwsze źródło problemu. Do tego dochodzi oczywiście ksenofobiczność szlachecka przejęta przez chłopów. W końcu – co już mówiliśmy – przykład idzie z góry. Na dodatek figura Żyda jako obcego i winnego zostaje jeszcze podkreślona religijnie – modły za Żydów, „morderców Chrystusa”, musiały wszak zrobić swoje.

Wraca słynna, poddana korekcie już przez Jana XXIII, modlitwa z liturgii Wielkiego Piątku, zaczynająca się od słów: „Oremus et pro perfidis Judaeis”…

Właśnie. I jeszcze figura Judasza z tym wszystkim. To jest ten podkład religijny. A jednocześnie jest też nieustannie manifestująca się obcość, wynikająca z faktu, że ten kraj – z własnej zresztą głupoty – został wydany w ręce obcych, że nawiedzały go różne potworne armie, że panoszyli się i dręczyli obcy mówiący w obcym języku, nierzadko też obcy w wierze. I to budziło lęk, za którym przyszła niechęć, a w końcu i nienawiść.

To nas z kolei przenosi do czasów bardziej już współczesnych, bo… niestety tak wiele się w tym względzie nie zmieniło. Tischner – za Antonim Kępińskim zresztą – diagnozował tych zalęknionych, jako ludzi z kryjówek. Mija 30 lat naszej wolności, tymczasem ludzie, którzy mieliby stanowić wspólnotę, są przesiąknięci duchem podejrzliwości. Wracam do zaufania, od którego zaczynaliśmy. Bo przecież nie potrafimy ufać sobie nawzajem. Jesteśmy tak podejrzliwi, że wyparowuje z nas – jako ze społeczności – masa dobrych odruchów, ze zwykłą, ludzką życzliwością na czele.

Właśnie z powodu z tej dyspersji – tego rozproszenia, okopania się we wspólnotach domowych i sąsiedzkich – zadzierzgiwanie się wspólnoty polskiej, bo nie mówiliśmy, dokonuje się okazjonalnie, od przypadku do przypadku, głównie w przestrzeni żałoby.

Myślę, że to w następnym kroku. Póki co mówimy „wspólnoty domowe”, a tymczasem Polacy cierpią na oikofobię, jednocześnie nie umiejąc odnaleźć swojego miejsca.

To jest doskwierające, gdzieś tam boli, zwłaszcza młodszych. To jest tak, że wyzwalanie się z oków społecznych, czyli kolejne rewolucje moralne, mentalne, kulturowe, kierują się przeciwko temu, co jest najbardziej rzeczywistym pancerzem. I tak właśnie młodzież społeczeństw zachodnich zbuntowała się w okolicach 68’ roku. Był to bunt przeciwko systemowi edukacji, przeciw autorytetom i arbitralności kultury „starych” – i tak dalej, ze wszystkimi uzasadnieniami kulturowymi, filozoficznymi czy psychoanalitycznymi. Natomiast u nas młody człowiek buduje się najpierw przeciwko tej wspólnocie, którą – jak mu się zdaje – najlepiej zna, czyli rodzinie. Jednocześnie i paradoksalnie ją jednak uświęcając, bo został do jej reguł przyuczony jak pies Pawłowa – we wszystkich polskich badaniach, we wszystkich epokach, za komunizmu i obecnie, ona się pojawia na czele hierarchii – jako najważniejsza z wartości. 

Nawet jeśli ta rodzina naprawdę okazuje się nie istnieć i stanowi iluzję, rzeczywistość wyobrażoną, ersatz, kalkę, jaką wtłoczono nam w głowę. Kolejną. Łapiemy się jej pojęcia niczym tonący brzytwy, powtarzamy: „Mamy rodzinę”. Ale czy rzeczywiście ją mamy? Czy wciąż w tym samym kształcie?

A dzieje się to jeszcze w sprzeczności z wielkim procesem kulturowym – przemiany, także w wymiarze praktycznym i codziennym, wzorców rodziny, prawda? Przecież 30% dzieci w Polsce rodzi się ze związków pozamałżeńskich. A na wielu obszarach kraju, jak gdzieś czytałem, więcej małżeństw się rozpada, niż zawiązuje. Chodzi też o to, że coraz częstsze stają się rodziny niepełne i patchworkowe. I o to, że zmienia się obraz myślenia o pokoleniowości czy obowiązkach rodzinnych. I o to w końcu, że masowa migracja, niekoniecznie tylko „za chlebem”, często też za swobodą obyczajową, destruuje rodziny. 

Rozpada się więc ten horyzont i przymus tradycji, w której wszystko nam „mówi”, że „rodzina jest najważniejsza” – bo słyszymy o tym w Kościele, bo tak nas nauczyli rodzice czy dziadkowie, bo takie mamy schematy czy atawizmy. I trzymamy się tego uparcie, nawet jak już go w istocie nie ma, tego starego fantomu. Trochę jak ten facet ze Szkarłatnej litery, którego nawiedzały duchy dawno zjedzonych potraw… Tyle, że nas nawiedzają fantomy dawno przeżytych rzeczywistości. Dla tych nich też poświęcamy nierzadko życie realne. 

A to błąd. Często poświęcamy siebie, szczęście i zakłamujemy rzeczywistość dookoła siebie, ale jak ją zakłamujemy na poziomie oikos, tego pierwszego kręgu, jeśli pójdziemy za Arystotelesem, żeby tego nie zakłamać dalej. Jak się psuje na podstawowym poziomie, to się będzie psuć dalej. 

Najpierw jest oikos, a później jest polis, prawda?

Skoro dochodzimy do polis, to również do polityków. 

No, oni są tacy, jak my wszyscy – krew z krwi, kość z kości naszej.

Są spośród nas, a jednocześnie są „nami” w tej ostrzejszej, bardziej medialnej wersji. Z jednej – mój ulubiony Cyceron – tym, co nas ma przymusić do uczestnictwa w życiu publicznym jest to, by nie być rządzonym przez ludzi podłych, ale z drugiej polityka nie powinna być zajęciem dla dyletantów. A jak my patrzymy znowu, patrzymy do tej iluzji, to jest nasza polityka nie jest domeną polityków, a politykierów. 

Tych, którzy powołali siebie do tej roli. Ja wolałbym niekiedy w rozżaleniu – nie do końca to oczywiście prawda – aby nami rządził nami ktoś podły, a rozumny, nie zaś szlachetny głupiec. W Polsce jest natomiast tak, że polityczność zależy na przykład od charakteru – żeby ten charakter był „cacy”. Polityka polska jest więc mocno spersonalizowana, skoncentrowana na osobach, na ich przymiotach i wadach – nie myśli się tu w kategoriach wspólnoty, skuteczności, racjonalności, interesu, prawda? Przecież często wybory w Polsce, dokonane przez wielkie grupy społeczne, dzieją się w poprzek rozmaitych ich interesów.

Ale obywatele tego nie zauważają.

Bo są wiedzeni przez fantom. Są wiedzeni przez, powiedziałbym to, że nigdy nie było tego czegoś, co można nazwać trwałymi strukturami instytucjonalnymi polskiej polityki. 

Można powiedzieć, że w jakimś sensie brakuje nam stałej polityki, pewnej ciągłości, a patrząc na postępujący demontaż sfery publicznej czy nawet samego ustroju państwa – bo ku temu wiodą nas „reformy” chociażby sądownictwa – trudno z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Dla przykładu: we Włoszech mieliśmy trzy wielkie partie rządzące tam długo, w lepszej albo gorszej koabitacji, przez kilkadziesiąt lat: chrześcijańsko-demokratyczną, komunistyczną i socjalistyczną. I za każdą z nich stał instytut o statusie instytutu narodowego. Można różne rzeczy mówić o polityce włoskiej, o jej meandrach, kryzysach, dramatach, o kafkowskiej biurokratyzacji, o nieprawościach i skorumpowaniu jej elit… W sumie jednak, także za sprawą podobnego intelektualnego zaplecza, wyprowadziła ona Italię ze statusu kraju ubogiego, przegranego, kraju z długim doświadczeniem faszyzmu i drastycznym rozdarciem kulturowym, ekonomicznym, społecznym miedzy Północą a Południem do statusu jednej z najważniejszych gospodarek światowych i istotnego podmiotu „gier” politycznych. Podobnie też za niemiecką CDU stoi Fundacja Adenauera, mają swoje „instytuty” amerykańscy republikanie czy demokraci… i tak dalej. A intelektualiści powiązani z tymi partiami pracowali i pracują nad programem, wizją, spójnością, ideami nośnymi – nie tylko nad PR. To dawało i daje ciągłość i stabilność polityki.

W Polsce też mieliśmy próbę stworzenia tego typu instytucji, a nawet – ostatecznie odrzucony – projekt ustawy, który pozwalałaby na ich finansowanie dzięki przeniesieniu środków z tak zwanego funduszu eksperckiego partii. 10 lat temu, gdy się poznaliśmy, sama byłam częścią tego projektu. 

Wiem, to był Instytut Obywatelski. On się nie udał, bo… No właśnie, „obywatelskim” fajnie jest być w przemówieniu, ale żeby pracować intelektualnie, trzeba dokonać gigantycznej pracy krytycznej, umysłowej. I, znów wracamy do Oświecenia, do dziedzictwa rozumu. Immanuel Kant w Co to jest Oświecenie, krytykując je, mówi przecież zarazem, że dzięki temu, że Oświecenie było, człowiek Zachodu przestał być dziecinny i stanął na własnych nogach, wszedł w etap dorosłości. Z tego punktu widzenia – i z braku przyswojonej oświeceniowej tradycji – Polska jest infantylna. Przecież sami nawet mówimy, że ci nasi politycy uprawiają gry podwórkowe, że bawią się w piaskownicy. 

Ewentualnie grają w podchody. To nadal język z naszego dzieciństwa. 

Ale jednocześnie jest to język doskonale rozumny, bo wynajduje adekwatne metafory, pokazuje, jakimi rzeczy naprawdę są.

Mam wrażenie, że nasz język – bo nam się wydaje, że mówimy metaforami – pokazuje, że król jest nagi. Ale tylko dziecko może powiedzieć, że król jest nagi. 

Tak, w związku z tym jasne, że pojawiają się tu i ówdzie, od czasu do czasu, heroiczne wysiłki w budowaniu różnych środowisk ideowych, które mogłyby wspierać, wykraczając poza doraźne „gry i zabawy”. Ale są one odrzucane przez polityków. Obecna klęska demokracji w Polsce jest zawiniona przez liberałów i lewicę, którzy w pewnym momencie najzwyczajniej oddali pole – z jednej strony ulegając Kościołowi, z drugiej strony nie budując nic przeciw populizmowi, nie tworząc żadnej paidei. No i konsekwencją oddania tego pola stał się teraz szkodliwy mariaż tych dwóch sił. Nawet jeśli postulaty tak zwanej prawicy – bo to nie jest żadna – prawica są w istocie postulatami czysto socjalnymi czy wręcz socjalistycznymi, Kościołowi przecież to nie przeszkadza! Ba, nie przeszkadza mu to nawet, że działania rządzących nami teraz populistów są rewolucyjne w swojej gwałtowności, w bezczelności. Że wywracają one i nicują nie tylko ład prawny i społeczny, ale też poprzez kłamstwo i sianie nienawiści urągają ładowi moralnemu, temu zapisanemu w dekalogu.  Że w warstwie ideologicznej jest to narodowy i ksenofobiczny katolicyzm, daleki od chrześcijańskiego uniwersalizmu oraz nauczania Kościoła powszechnego.

Na czym jednak miałaby polegać wspomniana paideia? Na przykład na uzmysłowieniu sobie, że my jako społeczeństwo w całej masie i każdy z osobna, jesteśmy bezradni wobec świata, który się oto staje. Taką paideię narodową mogłyby więc stanowić projekty budowania takiej edukacji i kultury, która musiałaby by się zająć kształtowaniem języka, którym można by było nazywać rzeczy po imieniu. 

A jakie mamy teraz – w przedziwnym pomieszaniu – dwa języki do dyspozycji? Gdy o nich myślę, zawsze przywołuję sprawę Katarzyny Waśniewskiej. Dlaczego? Bo przy tamtej zbrodni ujawniła się w całej okazałości ta dwujęzyczność, że pewnego rodzaju zasłona się rozdarła przez moment i coś nam ukazała istotnego. Katarzyna Waśniewska ukazuje mi się zatem jako medium utajonych polskich nastrojów i pisanych im obiegowych, powszechnych języków. Najpierw więc, najzupełniej intuicyjnie, Waśniewska posłużyła się kalekim językiem kościelnym, katechizmowym, dewocyjnymi obrazami Mater Dolorosa, Matki Boleściowej, która utraciła Dzieciątko. Ale jak sprawa zaczęła się odwracać, wtedy „weszła” w język tandetnej popkultury. Był więc taniec na rurze, półnagie jazdy konno, opowieści o przeżyciach erotycznych, ucieczki z kochankami itp.

Co najgorsze, społeczeństwo kupiło oba te języki, zarówno ołtarzowy, jak i tabloidowy. Ba, trzyma się ich nadal.

Więcej: to wywołało swoistą fascynację – najpierw falę współczucia, poczucia grozy, a później fascynacji. To pierwsze przemówiło do kobiet, drugie do mężczyzn. Ona „wiedziała” po prostu odruchowo, drogą zwykłej absorbcji skrytych treści polskiego życia i bez żadnego studiowania technik manipulacji,  czym zagrać, miała pewne zdolności aktorskie, odgrywała na przykład na swym osiedlu, choć nie miała matury, rolę studentki, która idzie na egzamin. I tu wracamy do iluzji i do życia, które jest snem, do dziecięcych kłamstw. Gdzieś przecież w jakimś wywiadzie matka Waśniewskiej powiedziała bodajże, że córka kłamie jak dziecko, iż napadł ją smok. 

Czy my przypadkiem tego języka nie powielamy? Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy przypadek chłopca, który schował hostię do kieszeni, bo bolał go ząb. W mediach, w sferze bądź co bądź publicznej, niemal z automatu odpaliły się dwa języki,. Z jednej strony panie krzyczące, że świętokradztwo. Najpierw „Po co szedł do komunii jak go ząb bolał”, a z drugiej strony ludzi mówiących „Nie można tego dziecka podejrzewać od razu”. Poza tym nie można zachowywać się w taki sposób.

Ale to wina mariażu, o którym wspominałem. Oddano nazbyt szerokie pole Kościołowi i w związku z tym, krótko mówiąc, zawładnął on mentalnością. No więc kiedy trzeba opisać sytuację, z religijnego punktu widzenia będącej profanacji, sięga się zaraz po potępienia i nie znajduje żadnych usprawiedliwień, sięga się po represje, także z pomocą państwa – bo wezwano przecież policję. To prowadzi oczywiście – przy jednoczesnej słabości głosów przeciwnych, trzeźwych – do fanatyzmu,

Skoro wypłynął wątek fanatyzmu, muszę zapytać czy przez to wszystko, co się u nas dzieje: mariaż władzy z Kościołem, wysyp dbających wyłącznie o własne interesy politykierów, brutalizację, a jednocześnie dramatyczne spłycenie języka, czy w końcu zalewającą nas mowę nienawiści – nie dochodzimy do momentu, gdy grożą nam trzy plagi, o których pisał Ryszard Kapuściński? Idzie to tak: „Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy: plaga nacjonalizmu, plaga rasizmu i religijnego fundamentalizmu”. I to nam w sumie pasuje, bo Kapuściński pisze również, że mają one wspólny mianownik czyli „totalną, agresywną irracjonalność”. W jakimś sensie wracamy do początku, do logiki rozwoju, której u nas nie ma…

W związku z tym brakiem tak łatwo podąża się tu za fantomami. 

Ale te fantomy są straszne, coraz bardziej przerażają!

Są straszne, ale są też w jakimś sensie łatwe. Co więcej – nieładnie mówiąc – wciąż nie zostały one „przepracowane”. Nie zostały postawione w ogniu oświeconej krytyki. Ona niekoniecznie musi być skuteczna, ale jest nieskuteczna przede wszystkim tam, gdzie jest niewykształcona, roszczeniowa klasa niższa. Chodzi o to, że znajduje ona silny opór w klasie średniej. Oczywiście, może się zdarzyć taki „wypadek przy pracy” jak w Anglii, ale jednak i tam z populistyczną ideą Brexitu nie poszło zbyt łatwo, bowiem próbowała nie dopuścić do niego dobrze zmobilizowana klasa średnia. Jednak, w odróżnieniu od Anglii, my nie mamy silnej klasy średniej. Była pewna szansa pewna na jej wytworzenie, którą przegapił Leszek Balcerowicz i pierwsze demokratyczne ekipy, nie zaczynając od uwłaszczenia części inteligencji. W związku z czym nastąpiło uwłaszczenie jedynie części dawnych partyjnych działaczy i nowych „rwaczy” o nierzadko podejrzanej konduicie – bo trzeba było dokonać przecież jakieś akumulacji kapitału pierwotnego. Nastąpił więc dziki kapitalizm aferalny, który miał i ma nadal swoje niedobre, destrukcyjne konsekwencje.

Pojawiła się grupa, której interesy nie zostały zaspokojone, która w jakimś sensie nie zrozumiała reform, albo inaczej, została pominięta. To ta grupa okazałą się później adresatem wszelkim maści populizmów. Grupa, dla której najistotniejsza stała się przynależność, a także programy polityczne odzwierciedlające resentyment z jednej, a niezaspokojenie potrzeb z drugiej strony. Czy stał/stoi za nią jakiś głęboki namysł? Nie. Kapuściński powiada, że wystarczy „złożyć deklarację, przytaknąć, podpisać akces”, nie ważne tak naprawdę, bo nie masz znaczenia jako jednostka, „nie ma ludzi, jest sprawa”. I ta sprawa – w różnych odmianach – jest u nas dominującą. 

Dlatego taką figurą koronną jest Stanisław Piotrowicz. Jego dziejowość nie ma znaczenia, jego moralność nie ma znaczenia od momentu, w którym stał się „nasz” poprzez samą tylko deklarację „naszości”. A dalej: jest oto nasza historia funeralna. To ona potrafi zbudować jakieś więzi. I buduje efemeryczną wspólnotę, która jednak rozbryzguje się, rozpada się, kiedy tylko przestaje trwać żałoba. W związku z tym trzeba było ideologicznie i rytualnie utrwalić miesięcznice w „religię smoleńska”, która by podtrzymywała, emocjonalnie ją nasycając, pewnej wspólnoty politycznej. Ta funeralność, ta żałoba były istotne, stając się lepiszczem narracji, na pewnym, znów przejściowym, etapie marszu po władzę – dziś oczywiście już zbędnym.

Ale weźmy pod uwagę, że wcześniej nic tak mocno nie wbiło klina w słabiutką już wcześniej wspólnotę… 

Dlatego tak ważny jest wiersz Do Jarosława Kaczyńskiego autorstwa Jarosława Rymkiewicza. Z jednej strony pokazuje on Polskę wspólnoty prawej i Polskę wspólnoty nieprawej, buduje rozdzielność tych wskazanych jako nie-nasi, wytrąceni ze świętego, czystego porządku „naszości”. Tych, których należy wygnać, ukarać, potępić, stygmatyzować i tak dalej. I tak się dzieje, prawda? Jest i druga figura, bardzo użyteczna, chodzi o Krystynę Pawłowicz. W tym szaleństwie była metoda – chodziło o najbardziej brutalne narzędzie stygmatyzacji przeciwników politycznych. I wyniesienie teraz do Trybunału Pawłowicz i Piotrowicza to nie jest tylko prowokacja: ma ono wymiar quasi-religijny. I wobec tych pokonanych, naznaczonych, ale jest wyborem figur nieprzypadkowych. I zarazem, za sprawą wybrania do Trybunału Konstytucyjnego – czyli w sferę nietykalności, w sferę tabu.

A z drugiej strony mamy sferę stygmatyzowania tych, którzy tych, co akcesu nie zgłaszali. 

No tak, to jasne. Oni są, wracając jeszcze na krótko, jak bliźnięta. Są w parze. Piotrowicz – Pawłowicz, Piotr i Paweł. Taka przewrotna religia, taki przewrotny los.

Nie ma przypadków.

Nie ma. Trochę jakby na wschodnią modłę… Mówiliśmy o rozpadzie wspólnoty, w związku z tym jest jakaś potrzeba wspólnoty, potrzeba auto-transcendencji. A że to jest porządek chory, fałszywy, zły, staje się nieważne. Ważne, że jest „pod ręką”, że nic nie zostało nam innego zaproponowane. A wcześniej został zaproponowany liberalizm, w którym każdy przebija się na własną rękę. Liberalizm ten jest w jakimś wymiarze okaleczony, jednak łączy się to z przejściem przez oświeconą krytykę, zyskaniem samoświadomości, prawda? I uzyskanie też specjalizacji, wydoskonalenie się w jakieś konkretnej pracy. W Polsce jesteśmy natomiast dumni z tych, co potrafią wykonywać wiele rzeczy, ze „złotych rączek”. Natomiast Immanuel Kant mówi, że kraj w których nie ma specjalizacji, dotyczy to także polityki, to jest kraj barbarzyński. 

Nasz liberalizm faktycznie jest kaleki. Pytanie tylko, czy całkowicie się nie udał, czy nie został zaproponowany w znośnej, rozumnej, przyswajalnej formie czy najzwyczajniej się nie przyjął. Co się stało?

Akcesem do liberalizmu dokonał się niestety w Polsce w tym momencie, w którym mesjanizm liberalny – bo jest i taki – zaczął ukazywać swoje niepowabne oblicze: z jednej strony ujawniając różne sytuacje skandaliczne, związane z kryzysem wywołanym przez pazernych bankierów, a z drugiej strony pokazując, że na dobro tych liberalnych zachodnich społeczeństw pracują za nędzne grosze i nieludzkich warunkach dzieci i kobiety w Wietnamie, Chinach, Kambodży… Jednocześnie liberalizm zostawił poza sobą również w tych, co – jak słusznie zauważył Jan Paweł II w encyklikach społecznych – żyją na obrzeżach świata. Dziś trzeci, a nawet czwarty świat kryje się zatem, jak pisał papież, w czynach pierwszego świata. U nas objawem tego rodzaju zapomnienia jest przypadek Radia Maryja… 

Pomyślałam, że liberalizm w jakimś sensie zapomniał o tym, iż jego twarzą miała być wolność, że granicami mojej wolności są granice wolności drugiego człowieka. Możemy spotkać zarzut wykluczenia przez liberalizm całych mas ludzi. Stąd pytanie: Kim jest ten wolny człowiek? 

On został trochę wymyślony w wielkomiejskich salonach i zajął miejsce zwykłego człowieka. Niepokoił się tym bardzo Jacek Kuroń, który w chwili upadku komunizmu powiedział: „Komunizm to był zły dom, ale człowiek nauczył się w nim mieszkać, przywykł do tego, opanował jego reguły”. I teraz wydarcie mu tego domu, powiedzenie mu od razu i bez osłonek: „Radź sobie jakoś” to był kolejny krok w złym kierunku.

De facto budujemy sobie, krok po kroku, kolejny dom zły. To jest to zagrożenie, o którym pisze w O tyranii Timothy Snyder. Powiedzmy to wprost: „jeżeli nie nauczymy się walczyć o wolność, to wszyscy zginiemy w tyranii”.

Przeczytałem kiedyś tę małą książeczkę, jadąc z mojej Warmii do domu. To proste. To taki przyzwoity liberalny odpowiednik leninowskiego Co robić?. 

Trochę tak. Liberałowie bardzo potrzebują takich swoich „Co robić”. Ale to co On mówi o tym małym fragmenciku, patrząc na nas i zły dom, który nam „się” teraz buduje. 

Ale to zaczęło się od zaniechań, które wpuściliśmy. Tu trzeba zacytować Karola Maksa, który mówi, że „ani narodowi ani kobiecie nie wybacza się tej chwili słabości, w której lada awanturnik może je uwieść”. U nas wspólnota dała przyzwolenie na tego typu rządy. Na początku było ono silniejsze, a później bardziej spazmatyczne/ Ale jakoś było. I tak przez wiele lat. I to nie zostało odpowiednio wykorzystane dla dobra tych, co dali przyzwolenie. W efekcie oni się zbuntowali.

Jednocześnie w tym buncie dali się uwieść.

Tak, zwłaszcza, że mieli na zapleczu tęsknotę za starym domem. Ten nowy dom budowany przecież i z tych materiałów, jakie zostały wyniesione z poprzedniej rzeczywistości.

Tak, nieważne, że niektóre są belki przegniłe, cegły uszkodzone, oknami wypaczone aż wieje chłód, ale jest znane, jest nasze. 

Dokładnie – w złym stanie, ale nasze i znane. Cały projekt społeczny Kuronia, jego działanie jako społecznika brało się z tej świadomości, że trzeba inaczej, bardziej otwarcie, że nie można lekceważyć ludzi oswojonych ze starym domem. Ale to był jedynie „kwiatek do kożucha”. 

Najgorsze, co zrobiliśmy, to jako wspólnota się nie zbudowaliśmy, a później pozwoliliśmy się uwieść.

A elity tej wspólnoty za to odpowiedzialne. One nadal wciąż marzą, aby wróciły słodkie lata, które były przed dojściem do władzy „dobrej zmiany”…

Ale to se ne vrati…

Tak, to se ne vrati…

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję