Polska po wojnie domowej. Dwie strony. Dwa obozy. Dwa języki. Dwie pamięci. Dwie wersje krzywdy. Dwie opowieści o ojczyźnie. Brzmi jak teatralna przesada? Być może. Ale tylko przez chwilę. Bo im dłużej trwa spektakl, tym mocniej wraca pytanie: czy my naprawdę jesteśmy aż tak daleko od tej wizji?
„Pokój” Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, napisany przez Szczepana Twardocha i wyreżyserowany wspólnie przez Roberta Talarczyka oraz Twardocha, został pokazany w Warszawie w ramach 46. Warszawskich Spotkań Teatralnych. I trudno o spektakl bardziej pasujący do czasu, w którym żyjemy.
Nie dlatego, że opowiada o przyszłości. Przeciwnie. Dlatego, że pod pozorem dystopii bardzo mocno dotyka teraźniejszości. I dlatego jak najbardziej pasuje do Sławnika teatralnego…
Polska po wojnie domowej. Dwie strony. Dwa obozy. Dwa języki. Dwie pamięci. Dwie wersje krzywdy. Dwie opowieści o ojczyźnie. Brzmi jak teatralna przesada? Być może. Ale tylko przez chwilę. Bo im dłużej trwa spektakl, tym mocniej wraca pytanie: czy my naprawdę jesteśmy aż tak daleko od tej wizji?
Przecież od lat żyjemy w kraju dwóch Polsk. Jedna ma swoich bohaterów, druga swoich. Jedna ma swoje media, druga swoje. Jedna ma swoją pamięć, druga swoją. Jedna ma swoje lęki, druga swoje upokorzenia. I każda jest przekonana, że to ona jest prawdziwsza. Bardziej moralna. Bardziej skrzywdzona. Bardziej polska.
Najgorsze nie jest to, że się różnimy. Różnice są naturalne. Demokracja bez sporu byłaby tylko dekoracją. Najgorsze jest to, że coraz częściej nie umiemy już sporu prowadzić. Nie chcemy rozmawiać. Chcemy wygrać. Unieważnić. Upokorzyć. Doprowadzić do sytuacji, w której druga strona nie ma racji, ale nie ma też prawa do własnej opowieści.
W tym sensie „Pokój” nie jest opowieścią o wojnie, która może kiedyś wybuchnąć. Jest opowieścią o pokoju, który już dawno zaczął pękać. O wspólnocie, która jeszcze istnieje na mapie, ale coraz słabiej w języku, emocjach i codziennych gestach.
Ogromną siłą tego spektaklu są aktorzy. Dominika Bednarczyk, Agnieszka Judycka-Cappuccino, Karolina Kamińska, Marta Konarska, Mateusz Janicki, Marcin Kalisz i Tadeusz Zięba tworzą świat, w którym właściwie żadnej postaci nie da się do końca polubić. Ale każdą można próbować zrozumieć. I to jest najważniejsze. Nikt nie jest tu czystym symbolem dobra albo zła. Każdy coś niesie. Biografię. Lęk. Urazę. Wstyd. Pycha miesza się z bezradnością, cynizm z bólem, agresja z doświadczeniem poniżenia. Dlatego ten spektakl nie pozwala widzowi na wygodną pozycję moralnej wyższości. Nie daje komfortu prostego wskazania: ci są winni, tamci niewinni. Pokazuje raczej, że za każdym politycznym plemieniem stoją konkretni ludzie. Poranieni. Śmieszni. Niebezpieczni. Czasem odpychający. Ale nadal ludzie.
I może właśnie tego najbardziej brakuje nam dzisiaj w debacie publicznej. Zdolności zobaczenia w przeciwniku człowieka. Nie po to, żeby się z nim zgadzać. Nie po to, żeby relatywizować zło, przemoc czy nienawiść. Ale po to, żeby zrozumieć, że jeśli przestaniemy siebie nawzajem widzieć jako ludzi, to żaden pokój nie będzie możliwy.
Bo pokój nie zaczyna się od podpisania dokumentu. Pokój zaczyna się wcześniej. Od uznania, że druga strona naprawdę istnieje. Że ma swoje lęki. Że ma swoje doświadczenia. Że jej gniew, nawet jeśli błędny, przesadzony czy niesprawiedliwy, skądś się bierze.
„Pokój” zostawia więc z pytaniem bardzo niewygodnym: co jeszcze może nas połączyć? Czy tylko zewnętrzne zagrożenie? Czy tylko Rosja? Czy tylko strach, że ktoś z zewnątrz może odebrać nam to, czego sami nie potrafimy już wspólnie nazwać? A może nawet to nie wystarczy? Może wewnętrzna nienawiść stała się już tak silna, że nawet realne zagrożenie nie potrafiłoby nas skleić?
To jest chyba najbardziej niepokojące. Nie sama wizja wojny domowej. Nie dystopia. Nie teatralna przesada. Ale podejrzenie, że wojna zaczyna się dużo wcześniej niż wtedy, gdy pada pierwszy strzał. Zaczyna się wtedy, gdy przestajemy słuchać. Gdy każde zdanie drugiej strony traktujemy jak prowokację. Gdy z rozmowy zostaje tylko pogarda.
Twardoch i Talarczyk nie dają łatwego pocieszenia. I dobrze. Bo może dzisiaj nie potrzebujemy pocieszenia. Może potrzebujemy lustra. A w tym lustrze widać kraj, który bardzo dużo mówi o Polsce, ale coraz mniej potrafi być wspólnotą. Kraj, który marzy o pokoju, ale wewnątrz prowadzi nieustanną wojnę. Kraj, w którym wszyscy chcą zwyciężyć, ale coraz mniej osób pyta, co zostanie po zwycięstwie. Bo może najważniejsze pytanie nie brzmi: kto ma rację? Może brzmi inaczej: czy po tej naszej racji zostanie jeszcze ktoś, z kim będzie można żyć?
______________
Fot. Bartek Barczyk