Są spektakle, które nie pozwalają zamknąć historii w bezpiecznym czasie przeszłym. Nie dają prostego komfortu: „to było dawno”, „to już za nami”, „nas to nie dotyczy”. „Sprawa Davida Frankfurtera” Teatru Wybrzeże jest właśnie takim przedstawieniem. Nie opowiada wyłącznie o dawnym wydarzeniu z Davos. Opowiada o tym, co dzieje się z historią, gdy zostaje źle zrozumiana, źle przepracowana i po latach odegrana przez tych, którzy szukają w niej sensu dla własnego bólu.
Bo to nie jest opowieść o historii jako szkolnej lekcji. To opowieść o historii jako materiale niebezpiecznym. O pamięci, która może pomagać rozumieć, ale może też zostać przejęta przez obsesję, samotność i ideologię. O tym, że pewne idee nie znikają tylko dlatego, że wydają się stare, przebrzmiałe albo oswojone. One mogą zmienić język. Mogą udawać żart, fascynację, rekonstrukcję, niewinną zabawę w przeszłość. Ale jeśli trafią na podatny grunt, znów zaczynają działać.
Tym podatnym gruntem jest tu młodość. Nie młodość romantyczna i wygładzona, ale młodość poraniona. Niezrozumiana. Samotna. Taka, która szuka miejsca, znaczenia i kogoś, kto wreszcie powie: „Widzę cię”. Konrad i Wolfgang nie sięgają po historię jak chłodni badacze. Wchodzą w nią emocjonalnie, niemal obsesyjnie. Jakby cudza przeszłość mogła dać im własną tożsamość. Jakby odegranie dawnego zdarzenia mogło nadać sens temu, czego sami nie potrafią nazwać.
I właśnie w tym spektakl jest najbardziej niepokojący. Pokazuje, że radykalizacja nie zawsze zaczyna się od wielkich deklaracji. Czasem zaczyna się od fascynacji. Od samotności. Od potrzeby przynależności. Od bólu, który nie znajduje języka. Od niezrozumienia młodych ludzi, którzy zamiast rozmowy dostają milczenie, dystans albo kontrolę. Wtedy historia może stać się nie wiedzą, lecz schronieniem. A schronienie może szybko zamienić się w pułapkę.
Spektakl Marcina Wierzchowskiego nie idzie na łatwiznę. Nie pokazuje świata podzielonego na kryształowo czystych i absolutnie złych. Nikt nie jest tu bez skazy, ale też nikt nie zostaje sprowadzony wyłącznie do potwora. To bardzo ważne, bo zło rzadko przychodzi w teatralnym kostiumie demona. Częściej przychodzi jako urażona duma, poczucie krzywdy, obietnica prostych odpowiedzi i pragnienie przynależności.

Dlatego „Sprawa Davida Frankfurtera” tak mocno rozmawia ze współczesnością. Zwłaszcza z językiem skrajnie prawicowych partii i ruchów, które często budują swój przekaz na podobnych mechanizmach: poczuciu krzywdy, figurze wroga, micie zagrożonej wspólnoty, obietnicy odzyskania dumy i prostym podziale na „nas” oraz „ich”. Nie chodzi o leniwe porównanie, że każda dzisiejsza skrajność jest powtórką z lat trzydziestych. Historia nie wraca jeden do jednego. Ale wracają mechanizmy. Wraca język. Wraca pokusa prostych odpowiedzi.
Najgroźniejsze idee rzadko zaczynają się od krzyku. Często zaczynają się od półsłów. Od niby niewinnego żartu. Od historycznej ciekawostki. Od fascynacji mundurem, symbolem, gestem, opowieścią o upokorzeniu i odwecie. Dopiero później okazuje się, że to, co miało być tylko zabawą, rekonstrukcją albo prowokacją, zaczyna organizować wyobraźnię. A gdy do idei dołącza ból, samotność i potrzeba sensu, robi się naprawdę niebezpiecznie.
Spektakl bardzo mocno pokazuje też, że cierpienie może prowadzić w skrajne rewiry. Nie usprawiedliwia ich, ale pozwala zrozumieć, dlaczego człowiek zaczyna szukać radykalnych rozwiązań. Ból domaga się odpowiedzi. Samotność domaga się wspólnoty. Upokorzenie domaga się znaczenia. Jeśli nikt nie daje młodemu człowiekowi bezpiecznego języka dla tych doświadczeń, może pojawić się ktoś albo coś, co da język groźny. Prosty. Kuszący. Zabójczo logiczny.
Ważna jest również relacja między chłopcami. Bliska, przyjacielska, intensywna, jakby zauroczenie. Spektakl pokazuje więź dwóch osób, które są dla siebie lustrem, schronieniem i potwierdzeniem istnienia. Jest w tym fascynacja, lojalność, ale też niebezpieczne zamknięcie we wspólnym świecie. Bliskość sama w sobie nie jest tu problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy bliskość spotyka się z bólem i ideą, której młodzi ludzie nie potrafią unieść.
Dlatego to przedstawienie można czytać jako opowieść o rodzicach i dzieciach. O tym, czego dorośli nie słyszą. O tym, czego nie chcą wiedzieć. O tym, jak bardzo można nie znać własnego dziecka, choć żyje się obok niego. Rodzice próbują potem rekonstruować fakty, gesty, rozmowy, znaki. Ale rekonstrukcja po tragedii zawsze przychodzi za późno. Można odtwarzać przebieg zdarzeń, ale trudniej odtworzyć moment, w którym samotność zaczęła zamieniać się w obsesję.
Spektakl świetnie pokazuje również niemal schizofreniczne pomieszanie ról: matki, żony, dziecka, ojca. Nikt nie pozostaje tu wyłącznie sobą. Postaci wchodzą w cudze miejsca, dźwigają cudze lęki, powtarzają cudze słowa, jakby rodzina była nie tyle przestrzenią oparcia, ile systemem naczyń połączonych, przez które przepływa nieprzepracowana trauma. To sprawia, że historia przestaje być linearną opowieścią o tym, co wydarzyło się kiedyś. Staje się czymś, co dzieje się ciągle: w pamięci, w ciele, w relacjach, w milczeniu dorosłych i w zagubieniu dzieci.
I chyba dlatego „Sprawa Davida Frankfurtera” zostaje w głowie. Bo nie mówi o Frankfurterze, Gustloffie, statku, nazizmie czy jednej tragedii z 1997 roku. Mówi o tym, że historia nie znika. Krąży. Wraca. Zmienia kostiumy. Czasem staje się pamięcią, czasem traumą, czasem rodzinnym milczeniem, a czasem niebezpieczną fantazją młodych ludzi, którzy nie znaleźli dla siebie innego języka.
Teatr nie daje tu prostego wyroku. Daje ostrzeżenie. Nie każda idea umiera naprawdę. Nie każda historia zostaje zamknięta. Nie każde cierpienie milknie. Jeśli zabraknie rozmowy, zrozumienia i odpowiedzialności, przeszłość może wrócić nie jako wiedza, ale jako widmo. A widma najłatwiej przychodzą do tych, którzy są samotni.