W „Sławniku teatralnym” konsekwentnie idę tropem najprostszych słów, które trafiają najmocniej: „Matka” już tu była – i to dwa razy – więc dziś „Ojciec”, z Ateneum, i z rolą Mariana Opanii, po której czuje się, że scena potrafi powiedzieć o odchodzeniu więcej niż setki rozmów.
„Ojciec” to spektakl, po którym człowiek wychodzi z teatru trochę ciszej. Jakby mniej pewny własnych słów, mniej skłonny do szybkich ocen. Ojciec w Teatrze Ateneum jest właśnie taki: nie krzyczy, nie epatuje, nie próbuje uwieść łatwą emocją. Robi coś znacznie trudniejszego – krok po kroku pokazuje, jak normalność potrafi się odsunąć, jak świat może się rozszczelnić, aż w końcu przestaje być miejscem wspólnym, a staje się labiryntem, w którym zostaje się samemu. Ale ta samotność dotyka i bohatera, zamykającego się w swoim świecie, i córkę, której trudno zrozumieć zachodzące zmiany… a może brakuje jej na to sił?
To przedstawienie jest o mijaniu, ale nie w romantycznym sensie „czas płynie”. Raczej o mijaniu twardym, bezlitosnym: o utracie punktów odniesienia, o kruszeniu się tego, co wydawało się oczywiste. O momencie, gdy przeszłość przestaje być opowieścią, a przyszłość nie daje się już nazwać — zostaje tylko teraźniejszość poszarpana, urywana, podejrzana. „Ojciec” mówi o odchodzeniu od normalności tak, jak odchodzi się od brzegu: najpierw powoli, prawie niezauważalnie, a potem nagle orientujemy się, że grunt pod nogami zniknął.
Najbardziej wstrząsające jest tu tracenie kontaktu ze światem. Nie w sensie metafory, tylko w sensie najbardziej dosłownym: ktoś jest obok, mówi, patrzy, odpowiada — a jednak jakby go ubywało. Jakby każdy kolejny krok w rozmowie prowadził nie do porozumienia, tylko do pogłębiającej się samotności. I w tym miejscu pojawia się niewyobrażalny smutek — nie histeryczny, nie łzawy, tylko ciężki, surowy, niemal fizyczny. Smutek człowieka, który czuje, że traci rzeczywistość, ale nie ma już języka, by to opisać, ani siły, żeby się obronić.
W samym centrum tego doświadczenia jest rola Mariana Opanii — rola niezwykle dobra, ale to określenie i tak jest za płytkie wobec tego, co on tutaj robi. Opania nie „gra choroby” i nie buduje postaci na efektownych sygnałach. On prowadzi widza przez proces zanikania: raz jeszcze jest błysk humoru, impuls godności, próba utrzymania steru — a za chwilę pęknięcie, zawieszenie, niepewność, która rozlewa się na wszystko. Jego bohater potrafi być jednocześnie kruchy i dumny, zagubiony i walczący, rozbrojony i wciąż pełen potrzeby bycia traktowanym poważnie. To niezwykle mocne aktorstwo, które boli, bo jest prawdziwe: człowiek na scenie nie jest „tematem”, nie jest „przykładem”. Jest kimś, kogo można spotkać w życiu. I może dlatego tak trudno od tego uciec.
Opania pokazuje też coś jeszcze: że utrata kontaktu ze światem nie odbiera od razu człowieczeństwa. Przeciwnie – czasem wydobywa je do naga. Widać desperację, ale i czułość. Widać strach, ale i upór. Widać mechanizmy obronne, złość, czasem niemal dziecięcą prośbę o spokój, o odrobinę ładu. To jest rola, w której nie ma fałszu – jest precyzja, rytm, kontrola nad każdym pęknięciem. Pokazuje, jak trudne jest odchodzenie…
I takie odchodzenie, zwłaszcza bliskich, jest niezwykle trudne – i wcale nie dlatego, że dzieje się „nadzwyczajnie”. Właśnie przeciwnie: bywa zwyczajne, codzienne, normalne. To jest ten rodzaj bólu, który nie zawsze ma wielkie słowa i wielkie gesty, tylko ma powtarzalność: kolejne pytanie, które wraca, kolejne nieporozumienie, kolejne „już nie teraz”, kolejne „nie pamiętam”. Człowiek uczy się żegnać kogoś, kto jeszcze jest obok i to jest jedna z najtrudniejszych lekcji, bo wymaga czułości bez pewności, cierpliwości bez nagrody i miłości, która musi przyjąć bezradność.
„Ojciec” w Ateneum zostaje w głowie nie dlatego, że „opowiada ważny temat”. Zostaje, bo dotyka czegoś pierwotnego: lęku, że pewnego dnia możemy obudzić się w świecie, który będzie już tylko częściowo nasz. A wtedy najbardziej będzie bolało nie to, że czegoś nie pamiętamy, tylko że inni przestaną nas rozumieć albo my przestaniemy rozumieć ich. I że normalność nie kończy się z hukiem. Ona po prostu odpływa.