Ludwig Wittgenstein pisał, że „wszystko, co da się powiedzieć, da się powiedzieć prosto (…), a o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. Z całym szacunkiem dla wybitnego Wiedeńczyka i jego pomysłu (późniejszego) na językowe szturmowanie granic naszego świata, to gdybyśmy posiedli umiejętność owej prostoty, nasze życie byłoby doprawdy bajkowe. Wychodzi na to, że powinniśmy milczeć.
W poniedziałek, 8 grudnia, w samo południe poznaliśmy Młodzieżowe Słowo Roku. Dziesiąta już edycja plebiscytu, organizowanego przez PWN, przyniosła językową żonglerkę, w której w szranki stanęło OKPA, brainrot, GOAT, tuff, fr, 67 i… jeszcze kilka innych (zainteresowani albo wiedzą, albo od razu mogą rzucić się, by sprawdzić, o cóż chodzi). Wybór był rzeczywiście spory, ale ostatecznie padło na „szponcić”. Słowo w jakimś sensie powracające do dyskursu, bo znane już wcześnie w gwarach miejskich czy w języku potocznym, gdzie oznaczało „kombinować, intrygować, powodować nieporozumienia”. Znaczenie nie tak znów odległe od tego, jakie i dziś nadaje mu młode pokolenie, gdy używa go, by określić moment, gdy ktoś „robi coś niewłaściwego, złego, szkodliwego, igra z czymś, wygłupia się, cwaniaczy”, ale też, kiedy chce wyrazić podziw, „robi coś ciekawego czy szalonego”. Sami młodzi, zapytani, tradycyjnie już pozostają podzieleni. Dla niektórych plebiscytowe słowa rzeczywiście mają znaczenie, dla innych są odległe, nieznane, gwarowe… Ale tak, słowa znaczą. Odsyłają nas do faktów, mówią o nas, o naszej codzienności, o tym, co „na teraz” wydaje się istotne.
Jednak ze słowami sprawa nie jest aż tak prosta. Ludwig Wittgenstein pisał, że „wszystko, co da się powiedzieć, da się powiedzieć prosto (…), a o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. Z całym szacunkiem dla wybitnego Wiedeńczyka i jego pomysłu (późniejszego) na językowe szturmowanie granic naszego świata, to gdybyśmy posiedli umiejętność owej prostoty, nasze życie byłoby doprawdy bajkowe. Wychodzi na to, że powinniśmy milczeć, jednak – przy obecnej językowej i komunikacyjnej zawierusze, zaawansowaniu tłumaczenia „z naszego na nasze”, próbach pojęcia/domyślenia się, co też ten czy ów mógł mieć na myśli czy wreszcie powszechności i prędkości rozprzestrzeniania się zarówno informacji, jak i dezinformacji – takie milczenie byłoby nie tyle przemożne, co w dłuższej perspektywie niemożliwe do utrzymania. Zostaje zatem językowy szturm, w którym – jak pokazuje praktyka zarówno polityczna, społeczna, jak i prywatna – raz za razem potykamy się z zawłaszczaniem słów, prywatyzacją znaczeń czy wreszcie czynieniem ze słów czy idei zakładników tej czy innej politycznej lub ideologicznej (co niekoniecznie tożsame) opcji.
Gdyby szukać polskiego politycznego słowa roku, ranking byłby bogaty, ale też jednak przewidywalny. Bo nic się nie zmienia. Wciąż odmieniamy przez przypadki słowa takie jak „demokracja”, „sprawiedliwość”, „solidarność”. Gdy przychodzi do „suwerenności”, od razu zaognia się spór, gdy jedna z opcji jej zagrożenia dopatruje się na Wschodzie, a druga szerokim gestem wskazuje na Zachód. W przypadku „patriotyzmu” jedni drugim go odmawiają (choć nie zawsze działa to w obie strony), raczej szafując słowami takimi jak „zdrada”, „hańba” czy (w przypadku delikatnym) „dyshonor”. „Odpowiedzialność” wciąż trudniej „brać na siebie” niż się jej domagać, a złowrogi cień „rozliczeń” zawisł nad nią tak, jakby w „odpowiedzialności” nie było już miejsca na nic innego. Wyborczy pakiet dorzucił do tego tygla masę kierowanych personalnie inwektyw, gdzie „kibol” czy „alfons” konfrontowany był z „bążurem” czy „waflem” (bo szczęśliwie „dupiarz” odszedł do lamusa). To wszystko słowa. Pytanie czy adekwatnie oddające naszą codzienność, czy tylko ubite jak dobra piana, która wcześniej czy później opadnie, zostawiając nam dość smutną narracyjną rzeczywistość naszego kraju.
W katalogu ważnych słów na wysokie miejsce wybiła się „odporność” społeczna (byle nie nieszczęsna, wykrzywiona kalka z pseudoangielska zwana „rezyliencja”), ale nie tylko, bo również nasza własna, indywidualna. System połączonych naczyń, w których nie tylko musimy być mądrzy, krytyczni, uważni, elastyczni, ale także musimy (sic!) ufać sobie nawzajem i nauczyć się współpracować, choćby na najniższym możliwym poziomie. Równie wysoko w rankingu AD 2025 znajdzie się słowo-słów – dezinformacja. Słowo, z którym musieliśmy się oswoić, bo tak mocno umościło się w naszej codzienności, staje się wyznacznikiem prawdy i fałszu, a przez to również jednym z mierników naszego szeroko pojmowanego bezpieczeństwa. Na tapecie pozostała wciąż „mowa nienawiści”, której osobisty katalog jest tak długi, że trudno byłoby go przytoczyć. A jednak rozwija się, z powodzeniem znajdując bolesne i szkodliwe słowa uderzające w innych/inność, ale też w nieakceptowalną czy odrzucaną podobność. Na przeciwnym biegunie – przynajmniej tradycyjnie – stał język dyplomacji czy negocjacji, jednak język Donalda Trumpa – rollercoaster znaczeń, obrażań, wzlatującego ponad sufit ego, w którym nawet hasło „Make America Great Again” staje się własną karykaturą – przesunął granice naszej politycznej wyobraźni znaczenie dalej niż mogliśmy się tego spodziewać.
Jest w końcu język pokoju i język wojny, który źródłowo tkwi niezmiennie w tym samym greckim polemos, w „wojnie, która jest matką/ojcem wszystkiego”. Z nim zdajemy się oswajać nawet zbyt mocno, bo – nawet w codzienności – wciąż o coś „walczymy”, „bijemy się”, „jesteśmy przeciw”, „dławimy”, „ograniczamy”, a nawet (w perspektywie powojennej) „rozliczamy zbrodnie”. Nauczyliśmy się żyć w sporze, „przeobrażeni, poobrażani”. Pytanie czy jeszcze umiemy inaczej. Bo wśród słów istotnych w roku 2025 ze świecą szukać tych, które na poważnie potrafią nas łączyć. Przekonania, przeświadczenia, założenia – po platońsku opierające się na pistis, a w najlepszym razie na doxie – nie przybliżają nas jednak do prawdy…
***
Słowa to coś więcej niż tylko mowa, zaś mowa jest czymś więcej niż tylko sumą wypowiadanych przez nas słów. Słowa znaczą… A jakie jest Twoje słowo roku?