Widzieć rzeczy, jakimi są, w ich pełnej prawdzie byłoby najprościej. Ot, jawi ci się przed oczami i… po prostu wiesz, masz pewność, co jest czym, jak to opisać, przyjąć lub odrzucić, opowiedzieć innym, zaakceptować, odrzucić, krzyknąć z zachwytu, skrzywić się z niesmakiem, słowem… jak się do tego zabrać. Takie: masz, wiesz, rozumiesz. Oczywistość i prostość widzenia są jednak luksusem, który rzadko jest nam dany. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej zniuansowana i często odmawia nam wszelkich prostych odpowiedzi, bo nawet po „jakże mi się podoba” przychodzi szereg pytań, spośród których te o konsekwencje zachwytu należą do kategorii najprostszych. Po pierwszym wrażeniu, po oczywistości, pojawiają się momenty zawahania, „małe kruczki”, dopiski „drobnym drukiem”, obowiązki, które niesie ze sobą spojrzenie, znaki zapytania, czy oto na pewno widzę dobrze, czy za moim widzeniem idzie „właściwe” rozumienie. Widzenie staje się sztuką, kluczem do zjawisk, do piękna i brzydoty, do różnych sposobów tłumaczenia sobie świata. Tych, w których jesteśmy twórcami, ale i tych, gdy stajemy wobec twórczości, kreatywności, wizji, jaką dają nam inni. Widzenie to więcej niż spojrzenie. Jest bowiem otwarciem, podążaniem za tym co przed oczami… niekoniecznie „duszy mojej”.
Patrzenie, widzenie, dostrzeganie, spostrzeganie. Patrzymy i… chcielibyśmy, by świat stawał dla nas otworem. By widzialność rzeczy pozwalała je nie tylko dostrzec, ale i zrozumieć. By światło wydobywało rzeczy z cienia, zaś noc sprowadzała na nie inną jasność, przełamującą granice tajemnicy, dające najkruchszą nawet pewność. Widzenie jest początkiem. Rozpoznanie, co jest czym, kto jest kim. Bada świat, odkrywa jego tajemnice, porządkuje oczywistości, stawia pod znakiem zapytania to, co w prosty sposób rzuca nam się w oczy. Bywa stanowczym „tak”, twardym „nie”, ale również niepewnością, czy aby na pewno – w wielu wymiarach – owo widzialne nam się podoba. Z początku bywa delikatne, ledwo zarysowane, niepewne, kiedy indziej zdecydowane i sięgające „po swoje”. To krok ku uchwyceniu i zrozumieniu (a przynajmniej ku jego próbom), a wreszcie wyprawia w krainę myśli i interpretacji, w słowa opisujące taką widzialność, w spojrzenie otwarte, ale przeciwnie, uprzedmiotawiające, biorące w posiadanie, dzielące myślenie z innymi lub skoncentrowane na czubku mojego nosa, na niezbitej pewności jednej interpretacji, niepodważalnej opinii.
W sztuce widzenia wszelka niepodważalność wydaje się jednak absurdem. To raczej wizji, jaką możemy się podzielić, propozycja uchylająca rąbka świata. Sztuka widzenia to tylko umiejętność używania zmysłów, to nie proste „rzucenie okiem”, początkujące, a później potwierdzające wybór.
To także twórczość, odcienie twórczości, przyjęcie lub odrzucenie jej efektów. To obserwowanie świata i umiejętność komunikowania go innym – niekiedy prosto, wręcz łopatologicznie, a innym razem w sposób poważnie dający do myślenia. To przedstawianie zjawisk – czasem tych jednostkowych, by osiągnąć poziom zrozumienia, a kiedy indziej upraszczanie tych wielkich, górnolotnych idei, by docierały szerzej, stawały się dla nas/dla wielu jasne i wyraźne. To różne punkty widzenia, wspaniałość odmienności interpretacji, zbliżania do siebie, a często i do prawdy o tym, jak mają się rzeczy. To – wreszcie – przepowiadanie, które samo „wchodzi w oczy”, by znaleźć dla siebie miejsce w naszej codzienności.
***
Sztuka widzenia… sztuki, kina, teatru, ludzi, zjawisk. Perspektywy artystów, twórców, nas, widzów. Ale także inna sztuka. Ten moment, gdy w nowym miejscu stajesz przy oknie i ujmuje Cię widok, gdy potrafisz zachwycić się otaczającym światem, gdy spoglądając daleko, na linię horyzontu, potrafisz wyobrazić sobie, że jest jakieś „więcej” i „dalej” i… jesteś go najzwyczajniej ciekawy.