Jeśli polityczna elita narodu upatruje w szkole nie przede wszystkim ogniwa zwielokrotniania szans życiowych młodych ludzi, nie ogniwa przyszłego rozwoju gospodarczego i wzrostu poziomu zamożności społeczeństwa i państwa, nie ogniwa wzmocnienia poziomu intelektualnego ludności czy ogniwa zwiększenia potencjału bezpieczeństwa narodowego w różnych wymiarach, a zamiast tego wszystkiego uznaje szkołę za broń w przyszłych bitwach wojny politycznej, to niewiele dobrego może z tego wyniknąć.
„Polaryzacja” to słowo-klucz do zrozumienia nie tylko polskiej polityki, ale także rozległych obszarów życia społecznego. Polacy niekoniecznie są bardziej od innych narodów podzieleni wzdłuż światopoglądowych linii demarkacyjnych (w końcu nadal znaczna część z nas pozostaje wobec tych różnych światopoglądów raczej obojętna). Jednak podziałom, które w Polsce powstały na przestrzeni ostatnich 15–20 lat, towarzyszą o wiele silniejsze emocje aniżeli w większości innych krajów naszej części świata. Polityczne sympatie przekształcamy w bezwarunkowe niemal posłuszeństwo i lojalność wobec partyjnych przywódców. Ich starcie z konkurentami o władzę i wpływy traktujemy niczym jakąś „świętą wojnę”, w której dyshonorem byłoby oddanie choćby małego kawałka przestrzeni, w której każdy kompromis pachnie kapitulacją, w której przeciwnik musi za wszelką cenę zostać zagoniony do narożnika. Przyjmując takie podejście, angażujemy się emocjonalnie, jakby to o nasze własne interesy i przywileje realnie chodziło, chociaż przecież rzadko kiedy są one realnie na szali…
Godnym pożałowania skutkiem tych realiów jest objęcie agresywnym konfliktem politycznym wszystkich istotnych sfer życia polityczno-społecznego. Ta logika już dawno przestała obejmować tylko procesy ustawodawcze czy nominacje na stanowiska państwowe. Konflikt polityczny decyduje o naszych gustach muzycznych, o oglądanych kanałach telewizyjnych, o wpieranych organizacjach charytatywnych, o wyborze stacji benzynowych i banków, o setkach innych rzeczy, na które w przeciętnym kraju liberalno-demokratycznym polityka wpływu nie ma.
Trudno się więc dziwić, że szkoła i edukacja należą do obszarów, w których konflikt ten przeżywany jest w stadium pełnego rozognienia. Polscy politycy zasadniczo doszli do wspólnego wniosku, że szkoła może być skutecznym narzędziem ideologicznego formowania przyszłych dorosłych obywateli i wyborców, a zatem od skuteczności wysiłków na rzecz odpowiedniego modelowania podstaw programowych przez władzę wykonawczą może zależeć pomyślność wyborcza różnych partii w kolejnych dekadach. Jeśli polityczna elita narodu upatruje w szkole nie przede wszystkim ogniwa zwielokrotniania szans życiowych młodych ludzi, nie ogniwa przyszłego rozwoju gospodarczego i wzrostu poziomu zamożności społeczeństwa i państwa, nie ogniwa wzmocnienia poziomu intelektualnego ludności czy ogniwa zwiększenia potencjału bezpieczeństwa narodowego w różnych wymiarach, a zamiast tego wszystkiego uznaje szkołę za broń w przyszłych bitwach wojny politycznej, to niewiele dobrego może z tego wyniknąć.
Niestety przekonanie o zasadności i skuteczności krzewienia poglądów i postaw ideowych bliskich partii rządzącej przez szkołę wielokrotnie okazuje się motorem podejmowanych przez kolejne ekipy rządzące zmian w szkołach. Abstrahując już od aspektu etycznego (czyli pytania, na ile dopuszczalne jest, aby publiczna szkoła, finansowana z pieniędzy wszystkich podatników o różnych poglądach, krzewiła postawy polityczne w wielu przypadkach niezgodne z postawami rodziców nauczanych dzieci), takie podejście generuje przecież chaos, tytułowy kociokwik. W demokracji rządy zmieniają się co 4, 8 lub 12 lat (w Polsce na razie maksymalnie co 8 lat), co oznacza, że życzenia nowych rządów co do kształtu edukacji muszą zaburzyć dwunastoletni tok nauczania uczennicy lub ucznia, od klasy I szkoły podstawowej po maturę.
W efekcie w Polsce wprowadzano gimnazja i likwidowano czteroletnie licea, aby potem wrócić do uprzedniego schematu. Co chwilę słyszy się o zmianach w zasadach, modelu i zakresie materiału obowiązującym na egzaminach kończących etapy edukacji. Nieustanne zmiany w podstawach programowych utrudniają nawet zakup podręczników i kompendiów, ponieważ różne roczniki – ucząc się wprawdzie tych samych przedmiotów – przerabiają na nich odmienny materiał i część obecnych na rynku książek się dla nich całkowicie nie nadaje. Oczywiście klasycznym przykładem politycznych manipulacji w szkole była likwidacja WOS-u na rzecz HiT-u, a następnie usunięcie owego HiT-u na rzecz Edukacji Obywatelskiej. W zależności od poglądów politycznych można (i należy) oczywiście jedną z tych decyzji oceniać negatywnie, a drugą pozytywnie, ale niewątpliwie obie nie służą stabilności procesu nauczania. Rodzi się przy okazji oczywiście pytanie, w co przeistoczy się Edukacja Obywatelska, gdy w 2027 r. władzę w Warszawie weźmie prawica nawet bardziej skrajna niż w latach 2015–23?
W przestrzeni szkoły i edukacji wydźwięk politycznego konfliktu w polskim wydaniu nie jest do końca symetryczny, co mogą sugerować perypetie z WOS-em. Polska prawica chciałaby młode Polki i młodych Polaków sformatować na ludzi konserwatywnych i wyznających określony typ patriotyzmu instynktownego, który prowadzi do wchodzenia w konfrontację przy okazji każdej najmniejszej krytyki pod adresem polskości, polskiej historii czy państwa. To silna wspólnotowość połączona z częściowym odwróceniem się od świata zewnętrznego, jasnym i niepodważalnym podziałem na swoich i obcych (z kategorią „bardzo obcych”, czyli ludzi o innym niż biały kolorze skóry i innym niż chrześcijańskie wyznaniu), oraz dumą bezkrytyczną z narodu i jego spuścizny – bohaterstwa oraz męczeństwa. Z drugiej strony centrum, lewica i centroprawica chcą młodych ludzi kształtować na akceptujących pluralizm w różnych wymiarach. To nie tylko idee tolerancji, otwartości i międzynarodowej lub europejskiej perspektywy. To także akceptacja dla obecności prawicy z jej modelem patriotyzmu wśród nas. Asymetryczność jest tutaj czytelna, bo polska prawica jest dzisiaj na tyle skrajna, że słabo skrywa swoje marzenie o tym, aby nie musieć żyć obok ludzi nie tylko innych ras, religii i narodowości niż polskie, ale także obok Polaków o innych niż prawicowe poglądach. Zatem inkluzywność spotyka się tutaj z pragnieniem wykluczenia.
W pewnym sensie więc orientacja prawicy na formację poprzez szkołę jest wyborem przez nią ścieżki light. Prawica nie chce na dłuższą metę żyć w jednym mieście, regionie, kraju z polskimi liberałami czy socjaldemokratami, ale miast iść drogą władz PRL w 1968 r. i wydalać z kraju niemile widzianych np. do Brukseli, usiłuje długofalowo zmniejszyć liczbę nie-prawicowych Polek i Polaków poprzez edukację. Oczywiście wysiłki tego rodzaju w największym stopniu wpływają na proces nauczania przedmiotów humanistycznych. Obok wspomnianego WOS/HiT polem ciągłych sporów jest program nauczania historii i przypisana jej liczba godzin. Szkolna historia ma milczeć o wstydliwych epizodach w polskich dziejach, a uwypuklać to, co zradza instynktownego i bezkrytycznego patriotę czy nawet nacjonalistę. Podobną rolę winien odgrywać oczywiście kanon lektur czytanych na lekcjach języka polskiego, który bodaj nieustannie jest przedmiotem dyskusji o zmianach i to zmianach szczególnie newralgicznych, zważywszy na kluczową rolę lektur na maturze i egzaminie ósmoklasisty.
W tych obszarach prawica zbudowała rzeczywiście mocną pozycję w szkole. Strona demokratyczna przed 2015 r. zmierzała raczej w kierunku zmniejszenia liczby godzin historii na rzecz przedmiotów technicznych pod przyszłe studia inżynierskie, aniżeli usiłowała w programie mocniej zaznaczyć swoje akcenty. Nauczanie historii Polski nadal następuje praktycznie w oderwaniu od dziejów Europy, a przekonanie o nieustannym męczeństwie Polski niewątpliwie instynktownie jest wynoszone z tych lekcji. Podręczniki historii są jak powieści przygodowe, w których królowie Polski są zawsze protagonistami, a obcy władcy antagonistami. Silnym fundamentem tego obrazu świata jest nadreprezentacja romantyzmu wśród lektur szkolnych. Stawiana przez prawicę teza, iż wtedy powstały najwybitniejsze dzieła polskiej literatury, to paprotka przesłaniająca fakt, iż dzieła tzw. wieszczów są doskonałym narzędziem kreowania postaw nacjonalistycznych. Mijają kolejne dekady, a XX-wieczne dzieła, z ich często krytycznym podejściem do niektórych artefaktów polskości, ciągle czekają na swój czas. Innym silnym fundamentem prawicowych bastionów w przedmiotach humanistycznych w szkole były niemałe sumy wydawane przez ministerstwo przed 2023 r. na promocję projektów w stylu konkurs na najładniejszy obrazek Jana Pawła II lub najlepszy esej o przywódczej roli Lecha Kaczyńskiego w „Solidarności”. Była to swoista odpowiedź na masę konkursów o Unii Europejskiej, organizowanych z kolei przed 2015 r.
Najbardziej spektakularnym polem walki o szkołę jest jednak oczywiście – jak zawsze i wszędzie – seks. Prawica byłaby chyba nawet skłonna dopuścić fragmenty prac Jana Grabowskiego w polskich szkołach, gdyby w zamian demokraci zgodzili się z tezą prawicy, że młody człowiek do matury nie ma czegoś takiego jak seksualność, a jak ma, to miejscem rozmowy o tym jest wyłącznie konfesjonał. Zmagania o umieszczenie w programach szkolnych wątków dotyczących dojrzewania płciowego, bezpieczeństwa przed molestowaniem czy bezpiecznego seksu toczą się od bezliku lat i jest to oczywiście wojna pozycyjna nosząca wszelkie znamiona dynamiki walk I wojny światowej na froncie zachodnim. Najwcześniejsze pokolenie uczniów w III RP, którzy jako pierwsi byli przez prawicę chronieni przed tą straszliwą wiedzą, powoli doczekuje się – i to pomimo tych kłód rzuconych im pod nogi – wnuków. W pewnym sensie funkcją sporu o edukację seksualną w szkołach jest spór o katechezę katolicką, a także o etykę, który to przedmiot nadal jest bezsensownie dołączony do katechezy w roli alternatywnej przyczepki, chociaż przecież powinien być nauczany odrębnie i to jako przedmiot obowiązkowy – jest bowiem etyka wprowadzeniem do refleksji filozoficznej nad naturą człowieka i relacji międzyludzkich, co w dobie sztucznej inteligencji może okazać się wiedzą o wiele cenniejszą od studiów inżynierskich.
Zatem, z jednej strony, polska prawica powoli dojrzewa do postulatu obowiązkowej katechezy katolickiej dla wszystkich uczniów, które to żądanie można by uzasadnić wprowadzaniem do programu – dla niepoznaki – elementów religioznawstwa. Na razie pisowski minister przed 2023 r. domagał się obowiązkowej religii lub etyki, co w związku z brakiem kadr i realnej dostępności tej drugiej w szkołach poza największymi aglomeracjami miejskimi, było faktycznie ideą obowiązkowej katechezy. Te postulaty oczywiście wrócą w 2027 r., niemal pierwszego dnia rządu Brauna/Bosaka/Bąkiewcza pod starzejącym się patronatem Kaczyńskiego. Tymczasem, z drugiej strony, demokratyczny rząd składa się częściowo z polityków, którzy religię po prostu wyprowadziliby poza szkołę, ale wobec sprzeciwu części koalicji ograniczył się do redukcji godzin katechezy o połowę. To godny odnotowania sukces od strony finansów państwa, ale niekoniecznie jakaś zmiana w ideowych zmaganiach o polską szkołę.
Podczas gdy polscy politycy myślą, jak tu wyprosić raz to zajmujące się promowaniem tolerancji organizacje pozarządowe, raz to księży ze szkół, pragmatyczne podejście do sporów o katechezę, etykę, edukację seksualną (zdrowotną) czy nawet edukację obywatelską wymagałoby oddania decyzji uczniom i ich rodzicom. Dobrowolność tych przedmiotów to oczywiście logiczne rozwiązanie pragmatyczne. Z drugiej jednak strony wiadomo, że na dobrowolne przedmioty raczej się nie chodzi, gdy czeka nauka na trzy klasówki i osiem kartkówek, a oprócz tego trzeba skleić model średniowiecznego zamku na za dwa tygodnie lub zrobić model ameby z plasteliny na pojutrze. Nawet religia, otoczona nimbem świętości i sankcją grzechu w przypadku nieuczęszczania (a dodatkowo umieszczana przez dekady w planach lekcji w środku dnia), dzisiaj doświadcza tradycyjnego losu nieobowiązkowych przedmiotów. Może w drugim kroku szukać więc społecznego konsensusu i założyć, że jeśli np. 65% rodziców uczniów w danej gminie popiera obowiązkową edukację seksualną czy etykę, to powinna ona w tej gminie obowiązywać? A jeśli ponad 65% uzna, że katecheza nie powinna być odbywana w szkole, to podobnie? A może okaże się, że rodzice znajdą racjonalne i praktyczne kompromisy, jak „religia w szkole po godzinach zajęć, dla chętnych”, bo to zwyczajnie najwygodniejsze rozwiązanie, które nie ogranicza dosłownie niczyich praw?
Problem w tym, że politycy nie tylko są przekonani, że wiedzą lepiej, nie tylko nie będą skłonni wypuścić szkoły z rąk (jako zbyt obiecującego narzędzia formatowania światopoglądowego młodzieży), ale także ich zaufanie wobec nauczycieli i rodziców kuleje. Co ciekawe, prawica przede wszystkim nie ufa nauczycielom, postrzega ich jako ponadprzeciętnie progresywną grupę społeczną, a w dodatku jest zrażona strajkiem nauczycieli, który uderzył w jej rządy pod koniec poprzedniej dekady. Stąd dzisiaj stoi na stanowisku ograniczania autonomii nauczyciela (np. bardzo niechętnie spogląda na możliwość, aby poloniści wybierali samodzielnie część lektur, zaś idea „autorskich programów nauczania” jeży prawicowy włos na głowie), stąd kuratorzy z nadania PiS byli – nie tylko w Małopolsce – obsadzeni w roli rycerzy krucjaty, których zadaniem było wziąć szkoły, dyrektorów i nauczycieli na krótką smycz inspekcji, raportów i kar. W tym samym czasie prawica usiłowała mobilizować rodziców (oczywiście tych o konserwatywnych przekonaniach), aby angażowali się w radach rodziców, przejmowali w nich stanowiska przewodniczących i blokowali np. samorządowe programy edukacji seksualnej. Od tego czasu, wydaje się, strona demokratyczna ma pewną nieufność wobec rodziców, co może być źródłem decyzji o zniesieniu zadań domowych, a także pojawiających się niekiedy sugestii, aby odebrać rodzicom możliwość dowolnego usprawiedliwiania nieobecności ich dzieci na lekcjach.
Podstawową zasadą, jaka powinna obowiązywać na styku szkoły i polityki, powinna być zasada, iż szkoła nie będzie wpajać dzieciom i młodzieży wartości, poglądów i przekonań niezgodnych ze światopoglądem rodziców. To oczekiwanie często podnosiła prawica, gdy uznawała, że demokratyczne rządy wprowadzają do programów coś, co może być niezgodne z etyką katolicką. Jednak to właśnie prawica, będąc u władzy, najmocniej uderzyła w tę zasadę, czego ultymatywnym przejawem była podstawa programowa i podręcznik Roszkowskiego do nauczania HiT-u (w gruncie rzeczy broszura programowa PiS, nie podręcznik). Strona demokratyczna, o ile pozostanie przy zasadzie kształtowania uczniów do życia w społeczeństwie ideowo pluralistycznym, będzie działać w zgodzie z tą zasadą. Pluralizm odzwierciedla bowiem różne poglądy i oczekiwania rodziców wobec szkoły.
Do około 2004–05 r., we wczesnym okresie istnienia III RP, w naszym kraju ukształtował się konsensus wokół polityki zagranicznej: integracja z Zachodem, NATO, UE. Byłoby niezmiernie wskazane, aby dzisiaj taki konsensus objął edukację, aby została ona wyjęta poza tę toksyczną logikę politycznej wojny totalnej, która trawi współczesną Polskę. To niedopuszczalne, aby co 4 lub co 8 lat w szkole dokonywał się przewrót. To niedopuszczalne, aby dzieci z jednego rocznika kończyły szkołę w znacznym stopniu inną niż o 5 lat młodsi koledzy. To nonsens, który zaburzy funkcjonowanie społeczeństwa. Ugoda wokół szkoły musi uznać fakt, że polskie społeczeństwo jest zróżnicowane światopoglądowo (prawica musi się z tym pogodzić), ale jednak dość konserwatywne w odniesieniu do postrzeganej i pożądanej roli szkoły (to muszą przełknąć demokraci). Być może elementem konsensusu może być zgodne z oczekiwaniami rodziców zróżnicowanie programowe szkół w różnych regionach naszego kraju lub pomiędzy gminami wielkomiejskimi a pozostałymi.
Może w końcu polityków do „odpuszczenia” szkole zachęci konstatacja o kontr-produktywności ich wysiłków? To jednak mit, że nastoletnia młodzież, w okresie szczytowego buntu przeciwko autorytetom, takim jak właśnie szkoła, może zostać przez nią skutecznie sformatowana w zakresie wyznawanych wartości i postaw. To może nie być przypadek, że w latach rządów PO-PSL do 2015 r. zaroiło się od tzw. odzieży patriotycznej, w latach 2015–19 młodzież wspierała strajk nauczycieli, a po 2020 r. Strajk Kobiet z jego czerwoną błyskawicą, natomiast teraz – w roku 2025 – masowo popiera Mentzena? Może strzelacie sobie państwo w stopę i bez sensu psujecie tę szkołę?