Filozofia rzadko mówi o pieluchach. Rzadko mówi o kobietach godzinami segregujących ubrania z lumpeksu. Rzadko mówi o opiece nad starzejącymi się rodzicami, o protezie odpadającej na ruchomych schodach, o kupie kota na środku dywanu czy o ręcznikach, które latami przechowuje się „na wszelki wypadek”. A jednak właśnie z tych pozornie nieistotnych elementów Lewestam buduje jedną z najciekawszych opowieści o kobiecym doświadczeniu, jakie czytałam od dawna.
Najbardziej bałam się Telimeny. Nie tej z Pana Tadeusza, która kokietuje Tadeusza w Świątyni Dumania, lecz tej odkrytej przez czytelników dopiero w chwili, gdy spostrzegają róż na policzkach, zmarszczki i brak dwóch zębów. Karolina Lewestam nazywa ten moment „telimenozą” – nagłym odkryciem, że kobieta, dotąd postrzegana jako piękna i pożądana, jednak się starzeje. Co gorsza, nie chodzi o współczucie dla upływającego czasu, lecz o coś znacznie bardziej okrutnego: o pogardę wobec niego.
To właśnie z tym lękiem otwierałam Szmaty. Spodziewałam się eseju o starości kobiet, o przemijaniu i społecznej niewidzialności. Szybko okazało się jednak, że był to zaledwie pierwszy próg. Lewestam napisała książkę znacznie ambitniejszą – filozoficzną, choć uparcie zanurzoną w codzienności, cielesności i doświadczeniu, które przez wieki uznawano za zbyt zwyczajne, by mogło stać się przedmiotem filozofii.
Bo przecież filozofia rzadko mówi o pieluchach. Rzadko mówi o kobietach godzinami segregujących ubrania z lumpeksu. Rzadko mówi o opiece nad starzejącymi się rodzicami, o protezie odpadającej na ruchomych schodach, o kupie kota na środku dywanu czy o ręcznikach, które latami przechowuje się „na wszelki wypadek”. A jednak właśnie z tych pozornie nieistotnych elementów Lewestam buduje jedną z najciekawszych opowieści o kobiecym doświadczeniu, jakie czytałam od dawna.
Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo Szmaty należą do tych książek, które najlepiej odkrywać powoli. Wystarczy powiedzieć, że mają formę listu matki do córki. Córki (kim jest, dowiecie się z końcówki), która sprawia, że książka ewoluuje. Staje się rozmową prowadzoną jednocześnie z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Z własnym dojrzewaniem, z córkami, ale także z każdą czytelniczką, która odnajdzie w niej fragment własnej historii.
Jednym z najpiękniejszych motywów książki jest Wielka Kupa Ubrań.
Na początku wydaje się niemal anegdotyczna. Oto ciotki spotykają się przy kawie, przynoszą zdobyte w second-handach ubrania, oglądają je, wymieniają, poprawiają, odkładają. Trudno nie uśmiechnąć się na widok tych scen. Każdy chyba zna podobny rytuał z własnej rodziny. Szybko jednak okazuje się, że sterta ubrań nie jest wyłącznie stertą ubrań. Jest pamięcią. Jest sposobem oswajania przemijania. Jest próbą uporządkowania świata, który z każdym rokiem staje się coraz mniej przewidywalny.
W pewnym momencie Lewestam napisze, że cała ta sterta była właściwie „nieszczelną barykadą przeciwko gniciu”. Trudno o trafniejszą metaforę. Bohaterki książki nie zatrzymują czasu. Doskonale wiedzą, że nie potrafią tego zrobić. Ale mogą jeszcze uporządkować szaliki, wyprasować marynarkę, schować sweter „na później”. W świecie, nad którym coraz mniej mają kontroli, ubrania pozostają czymś, czego wciąż można dotknąć.
I właśnie dlatego motyw szmat jest tak niezwykły. Z każdą kolejną stroną zmienia znaczenie. Najpierw są pamiątką. Później barykadą. Jeszcze później niemal magicznym amuletem chroniącym przed losem. By pod koniec książki stać się czymś zupełnie innym – kolorowym wirującym znakiem wolności, kiedy autorka wyobraża sobie wszystkie swoje matki tańczące w ubraniach, które przez lata tak pieczołowicie gromadziły. To jeden z tych literackich obrazów, które zostają pod powiekami na długo.
Najbardziej poruszyło mnie jednak coś innego. Przez pierwsze rozdziały czytałam Szmaty jak książkę o tym, jak społeczeństwo odbiera kobietom widzialność. Dziewczynki widzą w starszych kobietach boginie. Potem nagle zaczynają dostrzegać w nich wiedźmy. W pewnym wieku – podpowiada świat – nie wypada już nosić niektórych sukienek, farbować włosów, zachowywać się zbyt głośno, zbyt radośnie, zbyt młodo. Kobieta dostaje termin przydatności, a po jego przekroczeniu powinna zniknąć z pola widzenia.
Z czasem zrozumiałam jednak, że Lewestam idzie o krok dalej. Nie oskarża wyłącznie mężczyzn. Pokazuje, że kobiety również uczą się tego spojrzenia. Przejmują je. Powtarzają. Zaczynają patrzeć na siebie cudzymi oczami, odbierając sobie prawo do własnej widzialności jeszcze zanim zrobi to świat.
I właśnie tutaj wróciła do mnie Telimena. Na początku była dla mnie symbolem wszystkiego, czego się bałam. Końca młodości. Chwili, w której ktoś zamiast człowieka zobaczy wyłącznie zmarszczki. Pod koniec książki zorientowałam się jednak, że przestałam się jej bać. Nie dlatego, że Lewestam przekonuje, iż starość jest piękna. Nie dlatego, że proponuje łatwe pocieszenia. Ale dlatego, że odbiera telimenozie jej największą broń – wstyd. Kiedy przestajemy patrzeć na starzejące się kobiety jak na porażkę młodości, zaczynamy widzieć w nich po prostu ludzi. I to jest chyba pierwszy krok do wolności. To jednak nie telimenoza stała się dla mnie najważniejszym odkryciem Szmat.
Im dalej czytałam, tym wyraźniej widziałam, że Lewestam nie opisuje wyłącznie starzenia się kobiet. Opisuje świat utkany z relacji, opieki i nieuchronności – świat, którego filozofia przez stulecia nie traktowała z należytą powagą. Dlatego obok literackich odniesień do Mickiewicza pojawiają się Demeter i Persefona, Rachel Cusk, Carol Gilligan czy Lawrence Kohlberg. Nie jako erudycyjne ozdobniki, lecz kolejne języki opisu tego samego doświadczenia.
Szczególnie mocno wybrzmiewa tu etyka troski Carol Gilligan. Tam, gdzie tradycyjna filozofia moralności szuka abstrakcyjnych zasad, Lewestam uparcie wraca do konkretu: chorego męża, starzejącej się matki, dziecka wymagającego nieustannej obecności, kota, który właśnie zwymiotował na dywan. To drobiazgi, które rzadko trafiają do podręczników filozofii, a przecież właśnie one wypełniają znaczną część ludzkiego życia.
Autorka nie idealizuje tego świata. Przeciwnie – pokazuje jego ciężar. Matki tkwią w samym środku własnego danse macabre, otoczone chorobą, starością i śmiercią najbliższych. Ich życie wyznaczają kolejne role opiekunek, kolejne pogrzeby, kolejne osoby wymagające pomocy. Paradoksalnie jednak to właśnie w tym doświadczeniu odnajdują coś, co Lewestam nazywa „wytchnieniem fatalizmu”. Nie jest ono zgodą na cierpienie ani pochwałą bierności. Jest pokornym uznaniem, że istnieją wydarzenia, których nie da się powstrzymać. Można natomiast zrobić coś innego – być obok. Pozbierać rozbite skorupy. Zapłakać. Pocieszyć. I właśnie tutaj Szmaty wykonały wobec mnie najważniejszą pracę.
Przez długi [1] czas czytałam tę książkę jako opowieść o niesprawiedliwości. O tym, jak wiele kobietom odebrano i jak łatwo odbiera się im widzialność. Dopiero pod koniec zrozumiałam, że Lewestam nie próbuje przede wszystkim wyrównać rachunków. Nie pisze książki o tym, że kobiety powinny w jakiś sposób „dorównać” mężczyznom ani że należy włączyć je do dotychczasowego kanonu wielkich tematów filozofii.
Robi coś znacznie ciekawszego.
Przywraca godność temu, co przez wieki uznawano za zbyt małe, zbyt domowe, zbyt cielesne i zbyt zwyczajne, by zasługiwało na filozoficzny namysł. Zmiana pieluch, opieka nad rodzicami, przeglądanie ubrań z lumpeksu, zmarszczki, proteza odpadająca na ruchomych schodach, kobiety siedzące przy herbacie – wszystko to okazuje się nie marginesem ludzkiego doświadczenia, lecz jego samym centrum.
Może właśnie dlatego numer „Liberté!”, którego motywem przewodnim jest piękno, wydaje się dla tej książki tak trafnym miejscem. Lewestam nie szuka piękna w młodości ani w doskonałości. Odnajduje je tam, gdzie zwykle odwracamy wzrok – w ciałach noszących ślady czasu, w relacjach, które nie są wolne od bólu, w codziennych gestach troski i w zgodzie na to, że nie wszystko można ocalić.
Kiedy zamykałam Szmaty, pomyślałam o Telimenie raz jeszcze. Zaczynałam tę lekturę z lękiem przed chwilą, w której ktoś spojrzy na mnie i zamiast człowieka zobaczy wyłącznie upływający czas. Kończyłam ją z poczuciem zaskakującej ulgi. Nie dlatego, że przestałam się bać starzenia. Raczej dlatego, że zrozumiałam, iż największym ciężarem nie są zmarszczki, lecz wstyd, który przez lata wokół nich zbudowano.
Karolina Lewestam nie obiecuje czytelniczkom, że świat przestanie być niesprawiedliwy. Pokazuje jednak, że można uwolnić się od części jego spojrzenia. Przebaczyć matkom. Przebaczyć innym kobietom. Wreszcie – przebaczyć samej sobie.
I chyba właśnie w tym tkwi największe piękno Szmat. Nie w próbie zatrzymania czasu, lecz w odwadze, by spojrzeć na niego bez lęku.
[1] „Długi” rozumiem tu literalnie, niniejszy tekst składam na styk, mocno testując cierpliwość redakcji. Wybaczcie, proszę!