Mędrzec z Chelsea, gdyż tak nazywano onegdaj Thomasa Carlyle’a, miał niewątpliwie wielki potencjał intelektualny oraz wiele do powiedzenia o naturze człowieka, władzy i polityki. Z dzisiejszego punktu widzenia robi jednak jeszcze potężniejsze wrażenie jako prognosta niż jako myśliciel. Tak się bowiem złożyło, że mnogość jego przekonań, odczuć i poglądów okazała się ziarnem, z którego po kilkudziesięciu latach miał wyrosnąć „plon” co prawda intelektualnie niższych lotów, ale jakże bardziej głośny i wpływowy w dziejach świata – praca, której polski tytuł brzmiałby „Moja walka”. Jego głęboka niechęć wobec demokracji była kością niezgody i bodaj jedyną przyczyną, dla której nie był w stanie udzielić pełnego poparcia Konfederacji stanów Południa podczas amerykańskiej wojny secesyjnej. Francuską rewolucję oceniał druzgocąco, ale z niuansami, jako że wielką jego sympatię budziło przecież prowadzenie polityki z użyciem gilotyny. Francuzów jeszcze bardziej prowokował przypisując ich krajowi winę za wybuch wojny francusko-pruskiej 1870 r. i celebrując przejęcie Alzacji i Lotaryngii przez naród, w którym widział „królową kontynentu”, ze względu na ów niemiecki Drang ku dyscyplinie, hierarchii, cnocie, szlachectwie, duchowości, surowości i kostycznej religijności. Pomimo tej frankofobii jego idee cieszyły się niezmienną popularnością na francuskiej skrajnej prawicy, pośród takich jak de Maistre, Maurras czy Renan, którzy – niczym przekaźnik – dowieźli te „dobra” ku czasom reżimu z Vichy, oddając mu je do użytku jako fundament ideologiczny. „Plon” doktrynalny myśli Carlyle’a, niczym pożoga, ogarnął więc nie tylko totalitarne Włochy i Niemcy, lecz także okupowaną Francję.
Nordyckie legendy i XIX-wieczny germański romantyzm z jego destrukcyjną i irracjonalną filozofią świata są regularnie wskazywane pośród inspiracji dla faszystowsko-nazistowskich ruchów totalitarnych XX w. W toku ideologicznego przepoczwarzania się i rafinowania tych luźnych inspiracji w morderczy plan zbrodni, Carlyle jawi się jako kluczowe stadium pośrednie. Klasyfikowany w liberalnej na wskroś Anglii tamtych lat jako zupełne kuriozum i izolowany do sfery czysto literackiej, stał się on swoistą hybrydą różnych wątków metafizycznych i kulturowych, silnie doprawionych resentymentem wobec odrzucających go rodaków, co niewątpliwie nadawało jego pracom impet złości i frustracji (odpowiednik podobnych odczuć, które później miały trapić niedocenionego austriackiego artystę-malarza). Choć zaprzysiągł swojemu krajowi pomstę i stał się absolutnym germanofilem, to jednak Anglia w nim tkwiła, a jego dzieło ujawniło się jako przemieszanie kultury angielskiej z niemiecką, a purytanizmu z romantyzmem. Tłumacz i wielbiciel Goethego, naśladowca Herdera i Fichtego, reinterpretator Kanta – Carlyle przeniósł epistemologiczny zwrot niemieckiego idealizmu na anglosaski grunt. Wiara kalwińska, w której wzrastał i której chciał początkowo służyć w roli pastora, może mogłaby skanalizować zrodzone na tym styku demony. Niestety Carlyle utracił osobistą wiarę w osobowego Boga, pozostawiając sobie wyłącznie wiarę w personifikowalne Zło. A za jego naczelną manifestację uznał współczesny mu świat liberalnej Anglii i jej naśladowców.
Carlyle odrzuca pogląd, leżący u podstaw m.in. liberalizmu Locke’a, ale oczywiście także całej filozofii Oświecenia, iż świat dostępny ludzkim zmysłom stanowi rzeczywistość. Dla „mędrca z Chelsea” to tylko swoiste odzienie wierzchnie, które skrywa i maskuje wszelkie prawdy wnętrza. Zamiast podejścia racjonalistycznego, Carlyle przywodzi z idealizmu panteistyczne przekonanie o istnieniu pewnej boskiej iskry, transcedentalnej idei, która stanowi Naturę i przenika cały świat materialny. Nazywa to „naturalnym super-naturalizmem” i uznaje za przyczynek do głębokiej nienawiści wobec świata empirycznego. Nie przebiera w słowach, niczym Trump XIX-wiecznej filozofii. To nie tylko diabelny świat, ale także domena hipokryzji, kłamstw, niemocy, blagi, oszustwa, perfidii, dyletantyzmu, „filozofizmu”, „mamonizacji” i „sankiulotyzmu”; pokłosiem materialistycznej filozofii oświeceniowo-liberalnej jest świat przebiegłości uznawanej za wartość moralną, zorientowania na frukta i mamonę, świat mechanistyczny i matematyczny, w pewnym sensie maszynowy, przemysłowy i determinowany wynikiem obliczeniowych słupków, wyzuty z ducha człowieczeństwa, z wszelkiej głębi.

Wszystko to jest naturalnie sprzeczne z Prawem Natury, które w ujęciu Carlyle’a jest tożsame z Prawem Boskim. Zresztą filozof ten nie ma najmniejszej ochoty na dysputy wokół tego problemu, zbywając wszelkich badaczy metafizyki prostą i niefalsyfikowalną propozycją, iż byty skończone, jak ludzie, nie są w stanie zgłębić natury rzeczy nieskończonych i niewyrażalnych, jak Prawo Boskie. Każde inne podejście byłoby aktem naiwności i głupoty. Zatem człowiek może opierać się wyłącznie na intuicji, prąc ku dobru. A w zakresie formowania tej intuicji Carlyle widzi w sobie czempiona, gotowego zaryzykować wszystko, łącznie z własnym zbawieniem, na wypadek pomyłki. Widać tutaj wynaturzenie Kantowskiego imperatywu kategorycznego w postaci uznania go za inną nazwę dla „łaski Bożej”, z której płynie Boże usprawiedliwienie dla zastosowanych środków. Omylność ludzkiej intuicji może generować zło na poziomie środków, ale filozofia „cel uświęca środki” jest naczelną zasadą rozumowania Carlyle’a. Rozgrzeszenie dla działających w imię Prawa Boskiego jest więc ryczałtowe. Pewnym zabezpieczeniem jest także to, że Natura/Bóg obdarza potęgą prowadzenia ludzkich spraw wyłącznie ludzi prawych. Jest to elitarna grupa swoistych „herosów” swoich czasów, których naturalnym prawem jest władać resztą człowieczeństwa. Herosokracja jest zatem ładem postulowanym przez autora.
Heros nie rodzi się herosem, nie ma klasy społecznej z prawem do władzy. Heros się wykuwa stawiając czoła przeciwnościom, wychodząc zwycięsko z ciężkich prób i mąk. Heros rozbija utarte standardy i schematy religijne, ideologiczne i kulturowe, pozbawia zastany świat treści i sensu, a tworzy nowe paradygmaty poprzez totalne transformacje form społecznych, estetycznych i eschatologicznych. To proces cykliczny, Carlyle naturalnie odrzuca linearną koncepcję czasu i historii. Historia jest dla niego żywym podmiotem, tożsamym z Naturą/Bogiem, a herosi są narzędziem osiągania przez nią, raz po raz, jej przeznaczenia. Do nich filozof zalicza i mityczne figury, takie jak Odyn, a także ludzi takich jak Mahomet, Dante, Szekspir, Luter, w tym również herosów upadających na pewnym etapie swojego życia i ponoszących klęskę, jak Cromwell, Rousseau czy Napoleon. Dostrzega też pewną degenerację herosów, którzy wraz z upływem czasu stają się coraz mniej doskonali i bardziej podatni na upadki. Postępująca sekularyzacja i słabnący kult herosów jest przyczyną podupadania ludzkości, którego końcowym ogniwem są liberalizm i demokracja. Carlyle domaga się wykonania przez ludzkość wielu kroków wstecz.
Esencją tego wycofania ma być wykorzenienie wszelkiego indywidualizmu. W klarownie Goethe’owskim ferworze Carlyle żąda „anihilacji siebie w sobie”. Wskazuje osobiste ambicje jako przyczynę upadku Napoleona, herosa najbliższego czasom filozofa z Chelsea. Człowiek, owszem, powinien dawać z siebie wszystko w życiu i w pracy, lecz wybór tych życiowych dróg nie może być oparty o wolną wolę czy ambicję. To winno być dopełnienie powołania (Beruf), wysłuchane i bezwzględnie wypełnione wezwanie do zadań, które człowiekowi przeznaczyła Natura/Bóg. Carlyle występuje więc jako zażarty wróg kapitalizmu, konkurencji i rynku, które uważa za ostoje „mamonizacji” oraz świata mechaniczno-matematycznego. Podążanie za zyskiem, dobrobytem osobistym i bogactwem jest odrażającą formą egoizmu oraz kultem „siebie w sobie”, wynaturzeniem protestanckiej etyki pracy, którego źródłem są siły nieczyste. Zamiast tego człowiek winien praktykować pokorę, samopoświęcenie i samorezygnację w imię celów Natury formułowanych przez herosów. Leseferyzm i utylitaryzm, idee współczesnych mu Benthama, Bastiata i Milla, uznawał Carlyle za bezbożną, mechanistyczną filozofię, której zmiecenie obiecywał sobie po ruchach rewolucyjnych 1848 r.
Carlyle’a można umieścić na prawicy, ale nie jest to już prawica arystokratyczna czy absolutystyczna czasów wcześniejszych, co ujawnia jego ambiwalentne podejście do rewolucji. To już prawica burzenia, a nie konserwowania, czego ultymatywnym wyrazem staną się dwudziestowieczne totalitaryzmy. Francuska rewolucja skończyła się katastrofą, gdyż na jej czele zabrakło herosów zdolnych okiełznać żywioły ludowe. Jednak samo jej podjęcie było zasadnym wyrazem działania Prawa Natury w obliczu deprawacji i przegnicia starego, arystokratycznego reżimu. Najwyższą teoretycznie warstwę społeczną Carlyle traktował z pogardą (wspierał m.in. działania na rzecz zniesienia ceł na zboża w Anglii, co było ciosem liberałów w interesy ziemskie). Uznał „starą arystokrację” za niezdolną do wykonywania swoich tradycyjnych zadań władczych i wypatrywał zrodzenia nowej arystokracji, arystokracji herosów, ludzi geniuszu, powierników darów Boskich. W tym gronie „pułkowników naczelnego herosa (Dux)” widział „kapitanów przemysłu”, grupę przemysłowców zdolnych postawić cele głębsze nad zysk na pierwszym miejscu, a także robotników o konserwatywnych i nacjonalistycznych poglądach, których istnienie odkryła reforma wyborcza Disraeliego. Tutaj pobrzmiewają już czytelnie dźwięki wyzwania, które pruskim junkrom rzuci kiedyś pokolenie ludzi gniewu i wiary w nowy świat, odziani w brązowe mundury „narodowi robotnicy”. Carlyle domagał się herosokracji, wierząc że będzie to system proxy dla jedynej możliwej na ziemskim padole teokracji. Jakże odmiennej od merytokracji, jako że ludzie geniuszu i talentów stający się herosami nie mieli tutaj dysponować talentami i geniuszem postrzeganymi takowo w oczach innych ludzi, ale talentem i geniuszem zdolnym się przebić na sam szczyt władzy i kontroli, także wbrew ocenie tychże innych ludzi, pomimo ich ewentualnej pogardy, mechanicznych poglądów i zdegenerowanych standardów. Takie talenty mogły pochodzić tylko od Boga i musiały być poza ludzką oceną.
Demokracja w ujęciu Carlyle’a jest skazana na klęskę, jako mechanizm, w którym władza decydowania wynika z matematycznego wyłonienia większości. Prognozował, że demokracja pchnie w końcu Anglię w otchłań anarchii. Utożsamiał ją z chorobą w postaci lgnienia ludzi do siebie samych i gromadzenia się w różnych sprawach w ludzkie roje. USA były w ujęciu filozofa z Chelsea jedynym krajem demokratycznym nieskazanym jeszcze na upadek, jako że duch sprawowania władzy był tam oparty na silnie purytańskich fundamentach, zaś system polityczny zawierał wiele antydemokratycznych „bezpieczników”, jak niebezpośrednie wybory przywódcy/prezydenta, ograniczona siła parlamentu i większa rola sądów. Carlyle tolerował parlamenty jako wyłącznie ciała doradcze, które nie powinny mieć wpływu na obsadę stanowisk władczych (egzekutywy) oraz kierunki ich działania. W tym sensie pozytywnie oceniał Niemcy, gdzie większość parlamentarna nie miała możliwości wyłaniać własnych rządów czy doprowadzać do ich dymisji. Odrzucał także wolność prasy (jako amplifikację, powielenie i upowszechnienie wśród ludzi szkodliwych aspektów dysput parlamentarnych) oraz wolność sztuki. Sztukę uznawał za odstręczający produkt ludzkiej próżności i uwielbienia „siebie w sobie” przez artystę (entartete Kunst?), zaś literaturę piękną za bezproduktywne bazgroły (palenie książek?). Piśmiennictwo miało dlań uzasadnienie tylko, gdy służyło konkretnym celom, takim jak ideologiczna i filozoficzna propaganda (co oznaczało, że swoje własne piśmiennictwo uznał za zasadne i celowe – czyżby uwielbienie „siebie w sobie”?), w przeciwnym razie rozpływało się w nicość. Carlyle prorokował i żył w nadziei rychłego kresu sztuki tworzonej przez człowieka.
Człowiek nie powinien wyrażać siebie. To oczywiście dopuszczalne w wykonaniu wielkich herosów, gdyż dla nich pisanie traktatów czy wygłaszanie przemów jest istotnym i koniecznym preludium do polityki. Jednak poza tym przypadkiem Carlyle głosi swoistą mistyczną celebrę dla ciszy i milczenia. Nawet heros dąży tylko do jednorazowego, mocnego postawienia przed światem swojej wizji, aby następnie – bez żadnych dalszych usprawiedliwień czy objaśnień – konsekwentnie realizować swój plan. Heros idealny to „wielki, milczący człowiek”, który daje świadectwo czynem, czyn mówi za niego, działanie kreśli doktrynę, skutki piszą historię. „Laborare est orare”, to hasło mnichów chętnie przywoływał.
Dux, heros naczelny, tworzyć winien pod sobą zhierarchizowaną strukturę złożoną z ludzi geniuszu. Inni ludzie pracują zgodnie ze swoim powołaniem i poza tym milczą. Społeczeństwo organizuje ścisła dyscyplina, swoista musztra (Drill) nie w sensie wojskowym, ale głęboko ludzkim, spajającym we wspólnym pojęciu sensu. Tak oto powstaje, jak od dawna się spodziewaliśmy, „naturalny organizm” (Volk), w którym pojedyncze istnienia zostają unieważnione przez totalne poddanie ich przeznaczeniu zbiorowemu. To zarzewia idei volkizmu, protoplasty nazizmu. Musztra obejmuje oświatę pojętą jako „nauczanie efektywne” oraz politykę migracyjną, silnie wspierającą emigrację własnej ludności w celu jej ekspansji. Carlyle jest nie tylko jednoznacznym piewcą kolonializmu, ale i protoplastą rozumowania w kategoriach Lebensraum. Obraz ten dopełnia jego zupełnie nieskrywany rasizm („Nerg (…) został wskazany przez Wszechmocnego na sługę”), akceptacja niewolnictwa (jest ono rzekomo po prostu inną formą zatrudnienia – to „służba zatrudniona dożywotnio”) oraz oczywiście antysemityzm („naród okropny od jego zarania”, niezdolny do zrozumienia nowej wizji świata, zatruwający społeczeństwa, którego demokratyczny werdykt skazania na śmierć Jezusa i uwolnienia Barabasza jest dla Calyle’a ultymatywnym argumentem przeciwko demokracji).
Thomas Carlyle jest filozofem bodaj najczęściej przywoływanym w szeregu myślicieli „protonazistowskich”, a więc jako ktoś, kto otworzył ideologii Hitlera i Mussoliniego drogę do władzy. Oczywiście nie jest w pełni kompatybilny z totalitarnymi ideologiami: one były całkowicie nihilistyczne, podczas gdy Carlyle mocno opierał się na moralnych podstawach w swojej filozofii, one były modernistyczne, podczas gdy on bał się nowoczesności i domagał się śmierci postępu. Być może zwyczajnie nie spodziewał się, że barbarzyństwo może koło postępu przejąć i wykorzystać w swoich celach i dlatego osobiście stawiał na regres. Niezależnie od tego idee Carlyle’a miały niemałe znaczenie dla obudzenia fascynacji pośród wielu ludzi epoki dla czegoś, co można uznać za przeniesienie emocjonalności i uczuciowości romantyzmu do sfery społeczno-politycznej. Miało to mieć katastrofalne skutki, jako że musiało stać się ogniwem rozbratu z rozumem, umiarkowaniem, pragmatyzmem i ostrożnością. Dotąd porywczość była podziwiana tylko dla kartach dzieł literackich. Od Carlyle’a można datować podziw i poparcie dla porywczości i braku baczenia na skutki w polityce. Psychologicznie był to przełom. Jego końcowym pokłosiem okazał się obóz koncentracyjny w Auschwitz.