Czy historia naprawdę kołem się toczy? Czy w roku 2026 skazani jesteśmy na powtarzanie błędów, które nasi dziadkowie i pradziadkowie widzieli w roku 1926? Czy rzeczywiście nie nauczyliśmy się niczego, a maski z twarzami Piłsudskiego i Dmowskiego czekają na wieszakach w gmachach przy ulicy Wiejskiej, na Krakowskim Przedmieściu oraz Alejach Ujazdowskich? Współczesność zdaje się zaskakiwać nas niemalże tak, jak kolejne kartki podręczników historii, opowiadające o latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Czy mamy się czego bać?
Cyrkularność historii
Starożytni Grecy postrzegali historię nieco inaczej niż my. Nie była dla nich podręcznikową relacją czy tym bardziej nauką opartą na uporządkowanej narracji wokół faktów, zdarzeń, ludzi i związków przyczynowo-skutkowych. Historia była dla nich niczym opowieść o ludziach, choć oczywiście nie da się mówić o ludziach, pomijając fakty i faktografię. Historia opowiadana przez starożytnych Greków nie mówiła wyłącznie, co i gdzie się wydarzyło oraz z jakiego powodu, ale w dużo większym stopniu opowiadała o tym, kim byliśmy i kim jesteśmy, gdy stawaliśmy bądź stajemy wobec określonych zdarzeń i sytuacji. Starożytni Grecy postrzegali więc historię znacznie bardziej humanistycznie niż dziś postrzegamy ją my, choć – trzeba tutaj oddać honor – są środowiska i szkoły badaczy historii, które do takiego bardziej holistycznego uprawiania historii niewątpliwie zachęcają.
Co ważne, od starożytno-greckiego postrzegania historii odróżnia nas także to, że spoglądamy na historię w perspektywie liniowej, dopatrując się w niej tego, co określamy mianem postępu. Staramy się dostrzec w historii jakiś celowy – czy wręcz celowościowy – bieg, który prowadzi nas do osiągnięcia pewnego namacalnego rezultatu. Ów rezultat jest dla nas synonimem lepszego świata. Grecy pod tym względem byli dużo bardziej pesymistyczni od nas. Dominowało wśród nich myślenie cykliczne, a czas postrzegany był raczej jako kręcące się koło. Choć ludzie i okoliczności zmieniały się, to jednak typy charakterów, zachowań i sytuacji ciągle się powtarzały. Dzieje społeczności, społeczeństw i państw toczyły się na planie tych samych przystanków: od narodzin, poprzez wzrost, aż do potęgi – od potęgi, poprzez pychę i zgnuśnienie, aż do upadku. Los czy też fortuna prędzej czy później dopadną wszystkich, a znajomość historii mogła co najwyżej stanowić przestrogę przed nadmierną pewnością siebie.
Historia dla starożytnych Greków była więc w większym stopniu narracją o moralności i człowieku. Skupiała się na działaniach ludzi, pokazując, że są one powtarzalne, choć ludzie ci występują pod innymi nazwiskami i różnią się twarzami. Narracja historyczna była zatem w większym stopniu skupiona na ukazaniu pola odpowiedzialności moralnej każdego podmiotu działającego. Podkreślano rangę skutków decyzji podejmowanych przez jednostki oraz dylematów moralnych i sytuacji granicznych, wobec których stawały. Każdy z nas przecież rozumie dylemat Antygony, potrafi stanąć wobec decyzji Kreona oraz z niedowierzaniem przygląda się wyborom Edypa. Choć – co typowe dla starożytnych Greków – historia w tej narracji nieustannie miesza się z mitem i eposem, to jednak przede wszystkim zderza nas z problemami, dylematami i decyzjami ludzi, nie zaś z suchymi i wypranymi z emocji faktami. Mniej zatem Greków interesowała odpowiedź na pytanie: „Kto wygrał bitwę?”, a bardziej: „Dlaczego dowódca postąpił tak, a nie inaczej i jakie były skutki jego decyzji?”. Nie chodziło więc Grekom o historię faktów, ale raczej o fundamenty tożsamości i próbę racjonalnego o nich mówienia.
Historia w XXI wieku
Kiedy zatem przyglądamy się historii z perspektywy XXI wieku, jesteśmy niewątpliwie skażeni nowoczesnym myśleniem o niej jako o jednej z nauk. Choć zdajemy sobie sprawę z różnic między naukami przyrodniczymi a humanistycznymi, to jednak wciąż tkwi w naszych głowach skłonność do „unaukowionego akademizowania”. Popadamy w chorobliwą fetyszyzację porządkowania i kategoryzowania tego, co tylko nam wpadnie do naszego narracyjno-historycznego uniwersum. Staramy się niejednokrotnie nadawać znaczenie czemuś, co może niekoniecznie takie znaczenie miało i nakładać porządkujące kajdany historycznemu chaosowi. Nie ma w tym procesie nic złego i niewłaściwego, jednak każdorazowo należy mieć świadomość, że w taki sposób budowana narracja historyczna niekoniecznie zbliża nas do prawdy o dawnych czasach i żyjących w nich ludziach, a staje się raczej jedną z wielu możliwych jej interpretacji.
Choć zatem my, ludzie współczesności, lubimy często przypominać, że historia jest nauczycielką życia, to jednak niekoniecznie równie chętnie staramy się z niej pobierać nauki. Historia XX wieku jest niestety namacalnym dowodem na to, jak bardzo postęp technologiczny i naukowy odstają niejednokrotnie od tego, co moglibyśmy określić mianem postępu moralnego czy – szerzej – cywilizacyjnego. I bynajmniej nie chodzi o to, by – wzorem Jeana-Jacquesa Rousseau – pomstować na postęp jako wcielone zło i z sentymentem wspominać głupiego, acz szlachetnego dzikusa. Dostrzegliśmy jednak w dziejach XX wieku chyba ową nieprzystawalność rozwoju naukowo-technicznego i moralno-humanistycznego. Okazało się bowiem, że to, co miało i chyba powinno ludziom i społeczeństwom ułatwiać życie, stało się narzędziem bezwzględnej dehumanizacji i zezwierzęcenia. Nazistowska machina terroru – tak przecież po Weberowsku racjonalna – stała się namacalnym symbolem tego, jak postęp może stać się instrumentem wojny, ludobójstwa i nienawiści.
Czy zatem w XXI wieku potrafimy spojrzeć na historię bardziej horyzontalnie i czy nauczyliśmy się od niej uczyć? Czy częściej zaglądamy w przeszłość niczym do okna naszej duszy? Czy udaje nam się w ludziach z zamierzchłych czasów zobaczyć ludzi takich, jak my, którzy nie tylko wygrywali bitwy, zdobywali władzę, wynajdowali i wdrażali innowacje, ale zwyczajnie popełniali błędy i w przypływie emocji obierali niewłaściwą ścieżkę? Niestety nic na to nie wskazuje, aby człowiek XXI wieku stał się w swoim podejściu do historii bardziej podobny do starożytnego Greka. Wciąż nie chcemy spoglądać na historię jako moralne dzieje człowieka, którego słabości i zalety – niezależnie od czasów, w jakich żyje – są takie same. Dobro i zło, słuszność i niesłuszność, prawda i fałsz, kłamstwo i otwartość – wszystkie one są towarzyszkami naszego życia, sprawiając jednocześnie, że idea historii o cyrkularnej strukturze nabiera większego uzasadnienia. Różni ludzie tworzą historię, ale te same temperamenty i charaktery. Różne podejmują oni decyzje, ale wciąż niesieni są przez te same pragnienia i pożądania. Dlatego także z perspektywy XXI wieku czasami odnieść możemy wrażenie, że historia powtarza się na naszych oczach.
Ład w kryzysie
Historia się powtarza, bo ludzie skażeni są tymi samymi słabościami! Nie chodzi jednak o to, aby kolejny raz ulegać pesymistycznemu determinizmowi, jak to już czyniło wielu filozofów, historyków i myślicieli. Demokryt, Zenon z Kition czy Baruch Spinoza – każdy w inny sposób starał się nam powiedzieć, że w świecie nic nie dzieje się bez przyczyny, także w naszej historii. Kiedy my, ludzie współczesności, zaczynamy podejmować refleksję historyczną i łączyć ją z autorefleksją poświęconą czasom, w których żyjemy, wówczas niejednokrotnie zderzamy się z przeświadczeniem, że w istocie przeszłość dzieje się w teraźniejszości, że historia właśnie się powtarza. Wielu z nas – szczególnie wśród ludzi Zachodu – towarzyszy dojmujące poczucie kryzysu czy też schyłkowości naszego świata. Choć nie żyjemy w końcówce wieku, która samą swoją symbolicznością kalendarzową musiała potęgować wrażenie nadejścia fin de siècle, to jednak niejednokrotnie przebija się do naszej świadomości, że obserwujemy pewien koniec. Koniec Zachodu? Koniec naszej cywilizacji? Koniec świata, jaki znamy?
Jednocześnie uczuciu temu towarzyszy przekonanie, że obrazki te już kiedyś oglądaliśmy. My – w podręcznikach historii, nasi dziadkowie i pradziadkowie – na własne oczy. Kiedy uzmysłowimy sobie, że właśnie wkroczyliśmy w rok 2026, wówczas niemalże automatycznie przeniesiemy się myślami do tego, co działo się dokładnie wiek temu – w 1926 r. Przecież to właśnie wtedy – choć zaledwie kilka lat po Wielkiej Wojnie – dostrzegalny był już nadchodzący kres ledwie co ustanowionego porządku wersalskiego. Doświadczenie światowej wojennej hekatomby miało wprowadzić ludzkość w erę pokoju, na straży którego stać miała ponadnarodowa, globalna organizacja – Liga Narodów. Ta jednak, skoro tylko została powołana, od razu okazała się ciałem fasadowym, nieskutecznym, groteskowym. Kolejni aktorzy międzynarodowi – Niemcy, Włochy, Związek Sowiecki – szybko zaczęli testować granice wytrzymałości nowego systemu, dążąc do jego rewizji bądź obalenia. Do wielkiego krachu doszło w roku 1939, jednakże dobrze wiemy, że ten porządek sypał się już dużo wcześniej.
Czyż nie doświadczamy swoistego déjà vu, kiedy wsłuchujemy się w deklaracje urzędników Organizacji Narodów Zjednoczonych, wygłaszane w kontekście kolejnych konfliktów zbrojnych naszych czasów? Ludobójstwo w Strefie Gazy i bezwzględność Putina wobec Ukrainy bulwersują nie tylko Europejczyków, gdy tymczasem bezwzględne naruszanie zasad porządku międzynarodowego wciąż pozostaje bezkarne. Tragedia dzieci ukraińskich i palestyńskich pozostaje de facto ignorowana przez nasz rzekomo „cywilizowany” Zachód. Tymczasem instytucje, które miały tego porządku strzec, blokowane są na poziomie politycznym, bo przecież… interesy, sojusze międzynarodowe, ropa i gaz czy też wojna z terroryzmem. Ostatnie wydarzenia w Wenezueli pokazują zaś dobitnie, że logika siły wypiera logikę zasad – niezależnie od tego, czy jej użycie było czy też nie uzasadnione i czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia z „mniejszym złem”.
Powrót siły
Poszukiwanie analogii między rokiem 1926 i 2026 nie ma nas skazywać na deterministyczny uwiąd starczy. Raczej ma nam przypominać, że zarówno w 1926 r., jak i w 2026 r., historię tworzą ludzie. Tacy sami, choć występujący pod innymi nazwiskami! W jednym i drugim przypadku podobne symptomy pozwalają nam zdefiniować epokę przejściową, w której znaleźli się ludzie – zarówno w roku 1926, jak i w 2026. Wtedy dwudziestolecie międzywojenne okazało się być buforem między XIX a XX wiekiem – między wiekiem starych imperiów a wiekiem totalitaryzmów, między wielocentrycznym światem królów i kolonii a bipolarnym wyścigiem zbrojeń. Również w roku 2026 komentatorzy i myśliciele coraz bardziej są świadomi, że – podobnie jak w 1926 r. – żyjemy w czasach przejściowych. Świat postzimnowojenny już się skończył, Ameryka przestała być światowym hegemonem i sama rozpoczęła proces wycofywania się z Europy, Rosja nie przestaje marzyć o dawnej potędze, a Chiny – taktyką salami – „podskubują” Zachód i zajmują kolejne sfery porzucone przez dawne mocarstwa europejskie. Jaki będzie nowy porządek, tego nie wiemy. Jaka będzie wizja naszej przyszłości, zobaczymy za jakiś czas.
Każdorazowo ludziom żyjącym w epoce przejściowej towarzyszy wzrost poczucia niepewności, który spowodowany jest przede wszystkim narastającą radykalizacją. W 1926 r. główni aktorzy międzynarodowi przygotowywali się już do decydującego starcia, w wyniku którego mógłby się ukształtować finalnie ów nowy ład. Ponieważ były to czasy, kiedy wojnę uznawano za naturalne narzędzie realizacji przez państwa celów politycznych, w tym m.in. rewizji granic, stąd kolejne kraje wchodziły na ścieżkę militaryzacji. Nowe narzędzia panowania, jak chociażby prasa i radio, które stawały się nośnikami ekspansjonistycznej i nacjonalistycznej propagandy, pozwalały rządzącym zapanować nad umysłami ludzi i budzić w nich poczucie zagrożenia. Ci międzynarodowi aktorzy, którzy na ścieżkę militaryzmu i polityki siły nie weszli, pozostawali bez realnych gwarancji bezpieczeństwa i z czasem mogli stać się ofiarą któregoś z potężniejszych sąsiadów.
W 2026 r. chyba również zdajemy sobie sprawę, że wróciliśmy do ery polityki siły i faktów dokonanych. Czasy pokoju mamy już niestety za sobą, choć nie wszyscy na Zachodzie są już gotowi, by expressis verbis to przyznać. Wielu intelektualistów liczyło po II wojnie światowej, że procesy dekolonizacji i internacjonalizacji norm prawa międzynarodowego oraz współpraca gospodarcza nauczą rządzących, że wojny zwyczajnie się nie opłacają. Okazało się jednak, że w 2026 r. właściwie w każdej części świata trwają krwawe wojny regionalne i konflikty zastępcze, a za sprawą Rosji, która zaatakowała Ukrainę, wojna znowu zagościła w Europie. Wydawało się nam, że po zakończeniu zimnej wojny Stany Zjednoczone pozostaną światowym żandarmem, który rozszerzać będzie demokrację, aby Fukuyamowski koniec historii mógł stać się faktem. Tymczasem w roku 2026 rywalizacja między mocarstwami bądź blokami państw obejmuje kolejne obszary, a obok narzędzi gospodarczych pojawia się polityczna presja na państwa graniczne i peryferyjne. W epoce polityki siły bezpieczeństwo państw i ludzi nie zależy już od prawa, ale znowu – od położenia geopolitycznego i posiadanych zasobów; nie od panującego reżimu politycznego, ale znowu – od interesów politycznych i gospodarczych.
Rozczarowanie demokracją
Hasła, które towarzyszyły Józefowi Piłsudskiemu, kiedy w maju 1926 r. przeprowadzał zamach stanu i obalał posiadającego demokratyczną legitymację prezydenta, nie świadczyły o polskiej wyjątkowości. W większym stopniu raczej wkomponowywały Polskę w antydemokratyczny krajobraz brunatniejącej Europy. Krytyka parlamentaryzmu i partii politycznych, niestabilność układów rządowych, niewydolność systemów parlamentarno-gabinetowych, niezdolność do radzenia sobie z problemami gospodarczymi i społecznymi – to tylko niektóre z haseł towarzyszących anytdemokratycznym przewrotom. Autokratyczni przywódcy – podobnie jak Piłsudski – udowadniali, że państwo nie działa. Ówcześni obserwatorzy codzienności demokracji parlamentarnej za pośrednictwem prasy i radia spoglądali na parlamentarny chaos, a także doświadczali niewydolności machiny państwowej, tym samym narracja sił antydemokratycznych okazywała się jak najbardziej wiarygodna.
W połowie lat dwudziestych XX w. nasilało się zmęczenie społeczeństw europejskich demokracją parlamentarną, która w Polsce jeszcze nie zdążyła na dobrą sprawę okrzepnąć. Podobnie w roku 2026 dostrzegalne jest rozczarowanie modelem demokratycznym jako obarczonym szeregiem wad i słabości. Współczesny krajobraz technologiczno-cywilizacyjny stawia liberalną demokrację przed nowymi zagrożeniami i problemami, z których najważniejszym okazuje się cyfryzacja. Social media, które w założeniu miały być narzędziem obywatelskości i źródłem upowszechnienia treści, w tym informacji, zamknęły współczesnego człowieka w informacyjnej bańce, narażając go na zalew dezinformacji i fake newsów. Jeszcze w okresie Arabskiej Wiosny wielu uważało, że social media to przede wszystkim instrument budowania wirtualnej wspólnoty, gdy tymczasem dziś okazują się głównym strażnikiem – jeśli nie przyczyną – polaryzacji. Polaryzacji, która powoli zabija już nie tylko wspólnoty polityczne, ale poszanowanie dla demokratycznych procedur. Rozprzestrzenia się przeświadczenie o nieskuteczności demokracji liberalnej, a niebagatelną rolę w tym procesie odgrywają cyberataki i zmasowana dezinformacja nieformalnych cyberwojowników państw wrogich demokracji i zachodniemu stylowi życia.
Coraz popularniejsze w świecie zachodnim środowiska populistyczne – niejednokrotnie wspierane instytucjonalnie i finansowo przez despotyczne reżimy antydemokratyczne –głośno domagają się reform instytucjonalnych w kierunku „silnego centrum decyzyjnego”. Czyż nie tak wspominamy rok 1926 i postulaty, których realizację wziął na siebie Piłsudski powracający z Sulejówka. Przywiózł on wówczas na Kasztance – oprócz autorytaryzmu – ideę sanacji, czyli zapowiedź odnowy, nie tylko instytucjonalnej, ale przede wszystkim moralnej. Podobna presja na centralizację władzy i szybkość podejmowania decyzji widoczna jest również w roku 2026, kiedy to amerykański prezydent zbiera pochwały od swoich zwolenników za każdą wątpliwą pod względem prawnym operację, która ma przede wszystkim przywracać wrażenie decyzyjności. Mechanizm skuteczności zyskuje akceptację ze strony opinii publicznej, która przedkłada go ponad procedury. A przecież to właśnie one są gwarancją esencji demokracji z całym jej katalogiem wartości i instytucji. Zapowiedź „uzdrowienia państwa” może stać się – zupełnie jak to miało miejsce w 1926 r. w Polsce – przepustką do autokracji.
Alienacja elit
W 1926 r. w Polsce wśród mas społecznych istniało przeświadczenie, że elity polityczne nie realizują interesów społeczeństwa. Idea reprezentacji była dla obywateli polskich swoistym novum, gdyż przed I wojną światową zamieszkiwali oni nieliberalne i niedemokratyczne imperia, w mniejszym lub większym stopniu autokratycznie bądź oligarchicznie zarządzane. Część politycznych elit była aktywna jeszcze przed uzyskaniem przez Polskę niepodległości, zaś elity nowe nie potrafiły umiejętnie zdefiniować swoich relacji z elektoratem, szczególnie tym zradykalizowanym. Wojsko, Kościół Katolicki i administracja państwowa wyrastały na alternatywne źródła autorytetu, jednak nie zawsze cieszące się pełnym zaufaniem społecznym. Spadek zaufania do klasy politycznej dostrzegalny jest również w roku 2026. W mediach brylują mniej lub bardziej wiarygodni eksperci-influencerzy, sprzedający użytkownikom social mediów bajki nie tylko na dobranoc. „Silni liderzy” budują ruchy populistyczne, często o nacjonalistycznym charakterze, a coraz większy wpływ na rządzenie uzyskują podmioty pozaparlamentarne, jak wielkie korporacje transnarodowe czy big-techy.
Alienacja elit nasila się pod wpływem pogłębiającej się polaryzacji, której składową jest bezkompromisowa i bezdyskusyjna, a jednocześnie totalna, delegitymizacja przeciwnika. Kończy się epoka politycznych sporów i potyczek, rozpoczyna się era totalnej delegitymizacji. Przeciwnik zamienia się w Schmittowskiego wroga egzystencjalnego, z którym nie wystarczy wygrać wyborów, ale trzeba go zmieść z powierzchni ziemi. W gąszczach tak zdefiniowanej narracji nie ma miejsca na kompromis, konsensus i współpracę, które w założeniu są solą demokracji, ale wyłącznie na konflikt, walkę i wojnę. W takim uniwersum również ugrupowania i środowiska dotychczas określane mianem umiarkowanego centrum przejmują populistyczną agendę bądź przynajmniej wybrane jej elementy. Wszyscy znaczący aktorzy sceny politycznej stają się zatem ekstremistami, choć ekstremizmy te różnią się od siebie skalą, treścią i atrakcyjnością dyskursywno-narracyjną.
Tak jak w 1926 r. przedstawiciele i bojówki ekstremistycznych sił mierzyły się z sobą na ulicach, na których niejednokrotnie lała się krew, a aktywiści padali trupem, tak w 2026 r. nienawiść wypływa spod smartfonowego kciuka i zasila komentarzotablice, wśród których coraz trudniej odróżnić „dzieła rąk ludzkich” od trollohejtu wygenerowanego przez rzekomą inteligencję. Paradoksalnie trudniej ma obywatel państwa demokratycznego od mieszkańca kraju zarządzanego przez niedemokratycznego tyrana. Gdy ten drugi pozbawiony został realnego wyboru i dostępu do prawdy, ten pierwszy gubi się w czeluściach dezinformacji, manipulacji, kłamstw i półprawd, często błędnie wierząc, że wersja rzeczywistości, którą przyjął, jest tą prawdziwą, właściwą i odpowiednią. W 1926 r. – choć w wielu państwach propaganda była niezwykle silna – człowiek zdawał się w mniejszym stopniu cierpieć na obywatelskie zagubienie. Rzeczywistość ulicy z okresu dwudziestolecia międzywojennego pełna była emocji i krzyków, dziś emocje te i krzyki przeniosły się co prawda do cyfrosfery, jednak w niemniejszym stopniu pustoszą współczesne społeczeństwa.
Czy jest dla nas nadzieja?
Czy zatem istnieje dla nas, ludzi współczesnych, jakaś nadzieja, która by zadziałała niczym światło w tunelu pełnym zagubionych nomadów? Czy może po prostu jesteśmy skazani na tragedię powracającej historii, która musi się wydarzyć? Pewnie rzeczywiście wiele wskazuje na to, że zaostrzająca się sytuacja społeczno-polityczna oraz narastające konflikty w społeczeństwach Zachodu eskalują i zakończą się poważnymi kryzysami. Jak dotychczas trudno dopatrzyć się środowisk czy ośrodków, które miałyby gotowe narzędzia do radzenia sobie z najważniejszymi zagrożeniami współczesności. Może skazani będziemy – tego właściwie uczy nas historia – na doświadczenie jakiejś formy eskalacji, która dopiero otworzy bramy nowego porządku świata. Nie wydaje się, aby realnym było – zgodnie z ocenami Slavoja Žižka – skuteczne przepowiedzenie tego, jak ów nowy, przyszły porządek będzie uformowany. Do momentu jego ukształtowania się, pozostanie on dla nas niewiadomą.
Nadzieją powinna jednak być dla nas ta nauka, którą czerpiemy z refleksji historycznych i metahistorycznych starożytnych Greków: nauka o człowieku, jego zachowaniach i postawach, czynach i skłonnościach. Jeśli potraktujemy historię szerzej – tak jak traktowali ją właśnie Grecy – wówczas przynajmniej w jakimś stopniu uda nam się zrozumieć człowieka, zarówno tego z roku 1926, jak i tego z roku 2026. Zrozumienie człowieka niekoniecznie sprawi, że uda nam się uniknąć trudności, które napotykamy we współczesnym świecie, ale na pewno będziemy w stanie odnieść się do tych pułapek, które realnie bądź potencjalnie zastawiamy na siebie sami. Czy zatem paremię, jakoby historia była nauczycielką życia, powinniśmy potraktować wyłącznie jako wyświechtany frazes czy też lekko nudnawy truizm? Niekoniecznie. Wystarczy, abyśmy patrzyli na historię nie wyłącznie w perspektywie podręcznikowo-historycznej, ale raczej – antropologiczno-moralnej. Nie zanudzajmy się historią faktów, ale raczej zanurzmy się w historii człowieka.