Od zawsze było jasne, że jednym ze zwiastunów upadku liberalnej demokracji będzie bezkarne rozkradanie państwa przez polityków. Owszem, liderzy populistycznych i ekstremalnych ruchów, którzy w różnych krajach Zachodu właśnie obecnie liberalną demokrację dobijają, często mówią o wartościach, doniosłych celach, emancypacji wzgardzonych, bezpieczeństwie przed naszpikowanym zagrożeniami światem, wspólnocie, misji czy swoim oddaniu narodowi, wierze, historii i pamięci przodków. Są nawet tacy, których te rzeczy autentycznie napędzają. Często to oni są zresztą najbardziej niebezpieczni w tej ferajnie. Jednak przeciętny aktywista, adherent czy klakier ruchu populistycznego myśli głównie o pieniądzach. Rachuje, ile mu skapnie w toku obalania elit, wywracania stolika lub suszenia bagna głębokiego państwa. Chodzi o nachapanie się i późniejszą bezkarność.
Politycy Fideszu i PiS mogą wiele mówić o wspólnych korzeniach ideowych, ale już na pierwszy rzut oka okazują się one tak wspólne, że aż prowadzą obie grupy na przeciwległe strony barykady w kluczowych dla przyszłości regionu dysputach. Jedni to wierni wielkoruskiego kościoła, skłonni nieustannie trzymać w łapkach kadzidło przed ołtarzem Wowy Putina i oddać swój i nasz kraj pod jego utkane z wieczności rosyjskiego ducha panowanie. Drudzy, pomimo całego wstrętu do Zachodu, pozostają pomni lekcji historii i wiedzą, że Rosja to śmierć pod postacią państwa i narodu. W tej sytuacji trudno uznać, że łączy ich coś więcej niż taktyczny sojusz, zorientowany na podskakiwanie Brukseli czy… złodziejską solidarność.
Reżim Orbana to nie oligarchia, nie dyktatura, nawet nie autorytaryzm, a zwyczajna kleptokracja. Odłożony na razie na półkę pisowski projekt państwa także konserwatywne wartości stosował głównie w roli ozdobnika, koncentrując się na przejęciu przez partię kontroli nad wszelkimi agendami i instytucjami państwa, na zlaniu się państwa i partii w jedno. Po co to robić, jeśli nie w celu dowolnego dysponowania majątkiem, przywłaszczania go sobie, dystrybuowania do kolegów i klakierów oraz pozostawania wolnym od wszelakich konsekwencji prawnych?
Udzielenie azylu przez Orbana „dystrybutorom” milionów z Funduszu Sprawiedliwości, panom Ziobrze i Romanowskiemu, nie jest zrodzone z sympatii dla ideowych pobratymców, nie wyrosło na podglebiu Burke’a, Hegla, ani nawet Carla Schmitta. Patronem tego sojuszu są raczej bracia Daltonowie. Węgierski złodziej, który pozostaje u władzy, kryje polskich złodziejaszków, którzy władzę stracili i musieli zwiewać (czy na Węgrzech rośnie może pieprz?), bo liczy na to, że jak za jego wielomilionowe defraudacje przed oblicze sądu będzie go chciała postawić przyszła węgierska władza spod znaku partii TISZA, to może w Polsce większość w Sejmie odbije prawica i wtedy to polscy delikwenci uchronią swego węgierskiego „bratanka”?
„Polska emigracja” to kiedyś brzmiało dumnie. Z kraju na obczyznę uchodzić musieli choćby Chopin i Mickiewicz. Niestety, jedynym słuchowiskiem, jakie potrafi skomponować Zbigniew Ziobro jest podsłuchowisko. Zaś Marcin Romanowski wieszczyć potrafi tylko kary dożywocia dla ludzi z przeciwnej strony politycznego sporu, gdyby PiS wrócił do władzy. To zapewne dalekowzroczne i trafne. Pod rządami złodziei więzienia są w końcu dla ludzi uczciwych.