Mówimy, że ktoś zrobił coś od A do Z, od początku do końca, zachowując przy tym właściwy danemu działaniu porządek. A nawet jeśli pominął jakiś efekt, to droga od zamierzenia prowadziła wprost ku końcowi, który wieńczy dzieło. Piękna figura, swego rodzaju kolejność działania, sugerująca, że świat da się uporządkować, że istnieje jakaś linia prosta, którą można przejść bez potknięć, bez zawahań, bez tych wszystkich drobnych katastrof codzienności. Figura tyle piękna, co… zwodnicza. Kiedy indziej powiemy o kimś, że jest Alfą i Omegą, a gdy powtarzamy to na serio, bez cienia wszechobecnej przecież ironii czy okruszków złośliwości, to na myśli mamy prawdziwe znawstwo tematu. Jakby ktoś potrafił objąć całość – nie tylko początek i koniec, ale także to, co pomiędzy: szumy, półtony, niedopowiedzenia. Bo być prawdziwie Alfą i Omegą to nie tylko znać alfabet, ale także (przede wszystkim) rozumieć jego logikę. Tak początki i końce alfabetów wyznaczają swego rodzaju porządek, specyficzne ramy myślenia, w których poruszamy się w naszej codzienności, w których tworzymy i łowimy słowa. Tu alfabet jest czymś więcej niż zbiorem/systemem znaków. Oznacza mapę, którą kultura rozkłada przed nami, mówiąc: „tędy możesz iść, tu zaczynaj, tu kończ, a pomiędzy jest przestrzeń, którą wypełnisz sobą”. Jest strukturą otwartą na twórczość, na każde ze słów, jakie jesteśmy w stanie wymyślić czy między sobą – na każdy ze znanych sposobów – wymienić.
Alfabet to nie tylko narzędzie. To matryca, kształtująca sposób, w jaki widzimy świat. W kulturach, które zaczynają pismo od prawej strony, logika patrzenia jest inna niż w tych, które zaczynają je od lewej. W kulturach, które zapisują pionowo, czas płynie inaczej niż w tych, które zapisują słowa poziomo. Alfabet jest niczym kulturowy kompas, każdorazowo wskazujący nam kierunek, nawet wówczas, gdy nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. To nitka, która raz za razem rozwija przed nami kolejne historie, czasem prowadząc w głąb labiryntu, kierując nas ku wyjściu, a jeszcze kiedy indziej wprowadzając nas w misternie utkaną sieć słów, ich nieustanną grę, będącą wszak osnową naszej codzienności. Alfabet jest tu pierwszym porządkiem, jaki poznajemy. Pierwszą strukturą, którą narzuca nam świat. Pierwszym dowodem na to, że chaos da się ujarzmić, choćby na kartce papieru.
Litery jawią się jako szanse. Przynoszą nam słowa i znaczenia. Jedna w tę czy tamtą, mały błąd potrafi wszystko zmienić. Jedno przestawienie, brak ogonka, literówka i… sens zaczyna się chwiać, jakby język chciał nam przypomnieć, że nic nie jest dane raz na zawsze. Tu litery nie są neutralne: niosą konsekwencje. Przechodząc w język, niosą słowa. A z drugiej strony – jak chciał Ludwig Wittgenstein – to „granice mojego języka są granicami mojego świata”…
Zatem może to wcale nie alfabet jest tu najważniejszy. Ani jego początek, ani koniec, nawet nie jego ornamenty. Najważniejsze są słowa, którym za jego pośrednictwem dajemy życie. Słowa, które wybieramy. Słowa, które pomijamy. Słowa, które wypowiadamy za szybko albo za wolno. Słowa, które ranią, leczą, budują, niszczą. Tych kilka ważnych słów to nie jest kwestia alfabetu, ale odwagi.
Kilka ważnych słów – na wczoraj, na dziś, na jutro, na… zawsze. Powiedzianych lub napisanych za szybko, zbyt pochopnie, głupio, a kiedy indziej za mało albo po niewczasie. Słów, które nie chcą spłynąć na kartkę, przed którymi zbyt długo bronią się palce na klawiaturze, słów, przez które tracimy. Czasem słów, które bywają jak cienka nitka, której nie chcemy przeciąć, albo o którą dbamy, by nie została zerwana. Ale też inaczej: słów, przez które zyskujemy lub odzyskujemy kogoś lub coś. Powiadała Hannah Arendt, że „mówienie jest czynnością niebezpieczną” (pisanie trochę też). Bo słowa są jak delikatne konstrukcje, potrafiące unieść ciężar emocji, ale równie łatwo mogą się złamać pod naciskiem chwili. Czasem jedno słowo potrafi otworzyć drzwi, które od dawna były zamknięte, innym razem potrafi zatrzasnąć je z hukiem. Wszystko zależy od momentu, od tonu, od tego, czy mieliśmy odwagę powiedzieć je wtedy, kiedy trzeba, a nie wtedy, kiedy jest już za późno. Tu słowo jest mostem, jaki przerzucamy nad przepaścią… Jest także – i wtedy bywa prościej – sposobem opisania tego, co zastane, co ważne, łatwe lub bardzo trudne, świąteczne lub codzienne.
Gorzej, że źle (choć może rzecz lepiej: perfidnie) użyte słowo potrafi stać się (ba, regularnie staje się) narzędziem siania nienawiści, budowania podziałów, politycznym orężem traktowanym jako narzędzie polaryzacji. A przecież do tego również przyzwyczaiła nas codzienność, w której tych kilka ważnych słów (sami oceńcie: patriotyzm, solidarność, odpowiedzialność…) to już nie „słowo za słowo”, ale „słowo przeciwko słowu”. Komunikacja zmieniająca się w kakofonię, z której trudno wyłonić sens, pozbawione szacunku przekrzykiwanie/pokrzykiwania. Pytanie, czy chcemy w tym tkwić? Czy nasz alfabet codzienności to tylko prywatna sprawa, czy może coś więcej, szansa na komunikację pomimo całego tego zgiełku.