Ukraina jest jedna – tak brzmi oficjalna państwowa narracja i jest to narracja do pewnego stopnia prawdziwa. Wojna nie tylko zjednoczyła Ukrainę, ale również ją wzmocniła, i to do tego stopnia, że kraj ten stał się jedną z ważniejszych potęg militarnych regionu. Ale czy wszystkie problemy ze spójnością Ukrainy zostały zażegnane?
Jurij Andruchowycz, ukraiński pisarz z Iwano-Frankiwska, który dawniej kojarzył się bardziej z zachodnioukraińskością, a dziś – z ukraińskością rozumianą ogólnie, twierdzi, że czasy podziału Ukrainy na wschód i zachód przeszły do historii, a wszystkie narracje dotyczące takiego podziału są już tylko i wyłącznie wodą na młyn kremlowskiej propagandy. Podobnie myśli wielu zachodnioukraińskich intelektualistów – dziś nawet za przywoływanie klasycznych tekstów Mykoły Riabczuka o „dwóch Ukrainach”, czyli jej części wschodniej, którą reprezentuje Donieck, i zachodniej, którą reprezentuje Lwów – można dostać reprymendę i zostać wyzwanym od pożytecznych idiotów Putina. Inna sprawa, że już sam Riabczuk pisał, że być może Lwów i Donieck nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, ale pomiędzy nimi jest gigantyczny obszar, z Kijowem na czele, który łączy i spaja oba terytoria.

To wszystko prawda, ważne jednak, żeby dostrzegać niuanse, które mogą doprowadzić w przyszłości do powtórnych podziałów. Choćby dlatego, że rozgrywa je już teraz Rosja.
Pod skórą narodowej jedności nadal kryje się bowiem konflikt: pohabsburski i popolski zachód Ukrainy w oczach nie tylko jej wschodu, ale i centrum, nadal ma mieć tendencję do pouczania części wschodniej i traktowania jej z wyższością jako „posowieckiego” terytorium, na którym dopiero po Majdanie udało się wykrzesać idee ukraińskości. Wschód natomiast – na którym skupiła się rosyjska inwazja, i na terenie którego niszczone są miasta i osady – bardzo źle znosi tego typu uwagi, zwracając tradycyjnie uwagę, że Lwów – „mały Wiedeń”, dawna stolica austriackiej Galicji – bawi się i przesiaduje w kawiarniach, podczas gdy miasta wschodu przyjmują na siebie cały ciężar ataku. Zachód Ukrainy kontrargumentuje, że na wojnie ginie mniej więcej podobna liczba Ukraińców ze wschodu i z zachodu. Wschód uważa natomiast, że to jednak oni częściej zmuszeni są opuszczać swoje domy i uciekać na zachód, gdzie padają ofiarą krzywdzących stereotypów, niespecjalnie różnych od tych, którymi są obarczani na emigracji – na przykład w Polsce.

Ukraińskie nation building jest aktualnie w pełnym galopie: buduje się ukraińską tożsamość nie tylko na bazie spuścizny Rusi Kijowskiej, Halickiej czy Kozaczyzny, ale też zachodnioukraińskiego nacjonalizmu spod znaku Szuchewycza i Bandery, o co, notabene, ma do Ukraińców pretensje nie tylko wschodnia Ukraina, gdzie postacie te – podobnie jak wszędzie indziej w ZSRR – nigdy nie były popularne, ale i Polska. Trzeba jednak pamiętać, że baza tożsamości wielu mieszkańców Ukrainy nadal kryje się, a w najlepszym wypadku ledwie wychodzi ponad podbudowę radziecką. Sprawia to, że wielu Ukraińców nie tylko słucha podobnej muzyki, co Rosjanie (choć od czasu, gdy rosyjskich utworów nie puszcza się w ukraińskim radiu, zjawisko to odnosi się już głownie do starych utworów, z czasów ZSRR i nieco późniejszych) i ogląda podobne filmy i seriale, ale nadal podlega podobnym wzorcom kulturowym. Można to prześledzić porównując, na przykład, ukraińską diasporę w Polsce z rosyjską diasporą w – powiedzmy – Tbilisi. Nawet cmentarze wojenne urządzane są w podobnym guście w Rosji i w Ukrainie: są to rzędy ziemnych kopczyków z flagami narodowymi oraz flagami i emblematami oddziałów, w których pochowani służyli.

Ba, Ołeksij Arestowycz, były doradca prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego (który zaczął mówić po ukraińsku na poważnie dopiero po pełnoskalowej rosyjskiej inwazji) twierdził, że Ukraina jest czymś w rodzaju „lepszej wersji” Rosji (podobnym narodem, dlatego nie powinna rezygnować z nazwy „Ruś” w nazwie i pozostawać „Rusią – Ukrainą”) i że z powodzeniem mogłaby, podobnie jak Moskwa, domagać się bycia dziedzicem ZSRR. I że dlatego właśnie Putin tak Ukrainy nienawidzi – uważa ją za coś w rodzaju „rosyjskiego Tajwanu” – miejsca, w którym historia tego samego kraju poszła inaczej, i które pokazuje alternatywny sposób funkcjonowania – prozachodni, bardziej liberalny, demokratyczny, choć skorumpowany.

Dlatego trudno powiedzieć, czy po tym, jak nastanie pokój, Ukraina zawsze już będzie do Rosji nastawiona negatywnie. Przykład Gruzji i umiejętne usadzenie przez Rosję na czele państwa Bidziny Iwaniszwilego, cichego realizatora interesów Moskwy – zaraz po wojnie, podczas której Moskwa o mało nie zdobyła Tbilisi – pokazuje, że wszystko jest możliwe. Pokazuje to również przykład Ihora Kołomojskiego, ukraińskiego oligarchy z Dniepra, który najpierw wzmacniał ukraińską tożsamość, finansując własne oddziały, które nie pozwoliły na rozprzestrzenienie się prorosyjskiego (i wspieranego przez Rosję) buntu na obwód dniepropietrowski, a następnie – z pragmatycznych powodów – zmienił front i zaczął flirtować z rosyjską wizją rzeczywistości.
Owszem, Ukraina dziś jest silna i antyrosyjska. Ale Rosja, nawet po skończonej wojnie, będzie starać się przeciągnąć ją na swoją stronę. Warto o tym pamiętać.

red. Katarzyna Bieńkiewicz