Na liberalizm można spoglądać z wielu stron. Różne ścieżki wiodą do odkrycia jego istoty. Postulaty tego nurtu można ukazywać na różne sposoby i formułować w ten sposób różnie ubrane w słowa cele.
Odchodząc od indywidualizmu i racjonalizmu
Popularność liberalizmu zmalała od końcówki pierwszej dekady XXI w., ponieważ najbardziej klasyczne podejścia do jego analizy i budowania liberalnych narracji nie trafiły w ducha nowej epoki kaskadowych kryzysów w krajach cywilizacji zachodniej. Liberalizm był zawsze ostoją racjonalnego i trzeźwo kalkulującego sposobu myślenia, podczas gdy inne światy politycznej refleksji wręcz napawały się emocjami, uczuciami, lękami, symbolami i ekscytacją z niemierzalnych (czasem nawet złudnych) rezultatów. Liberalizm był też azylem dla indywidualistów, często zwyczajnie nieprzepadających za obecnością innych ludzi, pragnących się może nie wyizolować, ale jakoś częściowo odgrodzić od człowieka przeciętnego i jego prozaicznych, powtarzalnych, czasem wręcz wyimaginowanych, ale nieustannie nudnych problemów. Tak oto my sami, liberałowie pierwszej chwili, ukształtowaliśmy swój wizerunek w powszechnym odbiorze jako aroganckich mędrców, napuszonych intelektualistów, tylko ze względu na pewną etykietę niewerbalizujących swojego przekonania o oczywistej wyższości, zimnych indywidualistów, egoistów chętnie używających łokci w sytuacjach społecznych, sterylnych racjonalistów kojących lęki i płacz przerażonych ludzi liczbami, tabelami i teoriami naukowymi.
Ta liberalna muzyka z Titanica grała mimo wszystko całkiem nieźle, dopóki świat Zachodu był na triumfalnych torach, czyli w szeroko ujętych „latach 90.”, których początek można zarysować w okolicach 1986 (gdy pierestrojka stała się pierwszym akordem końca walki systemów), a koniec w 2008 r. (tuż przed pierwszym z kaskady kryzysów). Większości się powodziło wtedy dobrze, bardzo dobrze lub przynajmniej przyzwoicie, więc głosy narzekania dość łatwo można było kwitować jako uporczywe czy wrodzone niektórym, bezprzedmiotowe kwękanie. Racjonalizm polityczny i zwykła matematyka były fundamentem tamtych sukcesów, a postawa indywidualistyczna – choć nawet wtedy mniejszościowa – szeroko tolerowana, uznana za uprawnioną, a nawet otoczona swoistym nimbem podziwu i pewnie także zazdrości.
To już historia. Gdy ludzie powszechnie się boją przyszłości – wojny, ubóstwa, terroryzmu, migrantów, rozpadu kulturowego kodu, zaniku wartości wspólnotowych, uzależnień, kryzysów zdrowia psychicznego, słabych perspektyw dla własnych dzieci – to osobniki tych lęków niepodzielający budzą irytację i wrogość, niczym sabotażyści wspólnych wysiłków na rzecz przezwyciężania kryzysów. Racjonalizm przedstawiający fakty w skali makro, lecz chronicznie nieznajdujący potwierdzenia na własnej ulicy czy osiedlu, zostaje scancellowany jako manipulacja i kłamstwo. Chłód indywidualizmu rodzi poczucie obcości tak dogłębne, że aż generujące znaki zapytania o wszelkie wspólne przynależności, o sens słuchania i dialogu, o współdzielenie losu, a nawet o funkcjonowanie w tej samej rzeczywistości.
W tych realiach warto w końcu dostrzec, że do liberalizmu wiedzie kilka różnych dróg, a droga racjonalizmu i chłodnego indywidualizmu – choć może i najbardziej klasyczna – jest dzisiaj nieadekwatna i szkodzi, zamiast pomagać liberalnym celom i zadaniom. Nasze audytoria stale się uszczuplają, gdy chcemy głosić liberalne prawidła z pozycji uniwersyteckiego profesora, niosącego kaganek światła pomiędzy ignoranckie masy. Chętnych na indywidualistyczny styl życia jest coraz mniej, gdy jego koszt i ryzyko jasno wskazują, że razem jest raźniej, łatwiej i także bezpieczniej. Może potrafimy więc inaczej „opowiedzieć” liberalizm? Warto spróbować, gdyż – to jedno pozostaje bez zmian, obojętnie jakiego mamy ducha epoki – liberalizm jest nadal ostoją pragnienia dobra dla drugiego człowieka, po to został stworzony i po to istnieje. Podejdźmy więc do liberalizmu nie jak do lekcji ekonomii czy socjologii, ale jak do misji moralnej w czystym tego słowa znaczeniu.
Co jest u wrót liberalizmu?
Liberalizm można przedstawić jako silnie emocjonalną, poruszającą serca i sumienie opowieść, która osadzona jest nie w prawach i przywilejach wydestylowanej jednostki, a w samym centrum relacji międzyludzkich. Liberalizm woła o równą i bezkolizyjną wolność każdego człowieka, ale wypływa ze społecznych więzi. Co z nimi zrobi, jest każdorazową decyzją wolnego człowieka, który może chcieć je poluzować. Jednak na poziomie podstawowym jest liberalizm ideą nad wyraz wspólnototwórczą, przynoszącą perspektywę komunii ludzi wolnych, połączonych długim zestawem silnych i pozytywnych emocji.
Media społecznościowe być może na zawsze już pogrzebały perspektywy skuteczności racjonalistycznej i faktograficznej komunikacji w życiu politycznym. To dodatkowy impuls, aby sięgnąć po środki emocjonalne. Liberalizm zrodził się z burzy emocji, sprzeciwu i niezgody na realia życia ludzi i tym pozostaje po dziś. Przede wszystkim jest liberalizm aktem sprzeciwu wobec przemocy i okrucieństwa. Wszelkie kanoniczne postulaty wolności, równości wobec prawa, sprawiedliwości i tolerancji zrodziły się z przerażenia i oburzenia bezmiarem krzywdy, jaką człowiek przez praktycznie całe swoje dzieje był w stanie wyrządzać innemu człowiekowi. Idee ochrony praw mniejszości ujawniły się w toku obserwacji, iż ofiarą prześladowań i zbrodni zazwyczaj padali słabsi, a katami byli silniejsi. Stąd wyszła naturalność potrzeby, aby stawać po stronie bitych, nie bijących. Aby chronić mniejszość przed omnipotencją, a wszystkich zwyczajnych obywateli przed potęgą aparatu państwowej władzy.
Klasyczni myśliciele liberalizmu u jego zarania, w XVII, XVIII i XIX stuleciu, jak jeden mąż byli przedstawicielami uprzywilejowanych warstw czy grup społecznych w swoich krajach. Zabierali głos, więc nie niesieni egoizmem i pragnieniem zapewnienia sobie samym dalszych praw i swobód. Nie mieli takiej potrzeby i mogli z powodzeniem zostawić ówczesne relacje społeczne bez zmian. Jednak ku piórom wiodła ich niezgoda na krzywdę i zły los innych niż oni sami ludzi: innowierców, ubogich, niewolników, politycznych mniejszości, obcokrajowców czy oczywiście kobiet. Egoizm nie stoi i nigdy nie stał u wrót liberalizmu! Jest tam nieobecny, nie widać go w żadnej z pierwszych jego ksiąg. Zamiast niego, u wrót liberalizmu jest humanizm, człowieczeństwo, sympatia dla drugiego człowieka, empatia, troska, szczodrość, wyrozumiałość, litość, miłość bliźniego, odrzucenie przemocy, przymusu, niesprawiedliwego karania i wszelkiego okrucieństwa. To one kazały każdemu kolejnemu pokoleniu liberałów stawać prosto i żądać sprawiedliwości, rzucać wyzwanie władzy politycznej i utartym interesom dominujących warstw społecznych. Od walki z inkwizycyjnymi torturami i niewolnictwem po małżeństwo dla wszystkich, na przestrzeni już blisko czterech stuleci.
Trzy narzędzia liberalizmu
Ta liberalna walka jest skuteczna. Jak bardzo? Wystarczy porównać postępowanie z człowiekiem w świecie zachodnim dzisiaj a w 1670 r. Natomiast liberalizm jest niewątpliwie tym przysłowiowym „żółwiem, który wygrywa wyścig”. Narzędziami liberalizmu są reforma, dialog i poprawka. Nie jest nim rewolucja. Rewolucje są fajne. Można w ich toku wyjść na barykadę z łopoczącym sztandarem, dać świadectwo ideom, wystrzelać kilku lub kilkudziesięciu bezrozumnych siepaczy okrutnego reżimu, a następnie, już sprawując urząd w ramach nowego reżimu, posyłać dawnych oprawców do tych samych kazamatów, stając się samemu oprawcą. Co więcej, można pokonanym podyktować dowolną „konstytucję” i swoją wizję świata ustanowić w ciągu kilku dni, jeśli nie godzin. Szast-prast i gotowe. Dlaczego liberalizm w zasadzie nie idzie tą drogą? Po co walczyć o zniesienie niewolnictwa 100 lat, a o prawa osób LGBT – ponad 50 lat?
Liberalizm nie używa rewolucji, ponieważ zwalczanie okrucieństwa okrucieństwem jest hipokryzją. Co gorsza, aby nowy porządek utrzymać w realiach negowania go przez przegranych w toku rewolucji (często to około połowa społeczeństwa), trzeba przemoc stosować dalej, w zasadzie bez końca. Trzeba wyrzec się liberalnej duszy, porzucić wartości, sprzeniewierzyć się moralnej misji, trzeba się zwyczajnie skurwić. Trzeba wprowadzić litanię zakazów i nakazów. Trzeba wymusić posłuszeństwo. Trzeba narzucić i zadekretować tzw. wolność. Słowem, trzeba przestać być liberałem.
Reforma, dialog i poprawka to narzędzia mozolnej i długotrwałej pracy. Ich stosowanie jest mało inspirujące, zalatuje nudą, oznacza ciężką pracę po nocach, niesie ze sobą odstręczające widmo zgniłych kompromisów, instancję celów pośrednich, układów, groźbę rozczarowania, niedosytu, wręcz klęski mimo osiągniętych postępów. Do celu nad wyraz często dociera dopiero następne pokolenie, więc pytanie z piosenki Blur – „jaki jest sens budować Avalon, skoro nie będzie cię, gdy zostanie ukończony?” – jest boleśnie znaczące. Otóż sens leży w trwałości liberalnej reformy. Po jakobinizmie i komunizmie zostały tylko książki historyczne. W liberalizmie żyjemy. W żadnym kraju Zachodu nie przywrócono niewolnictwa, w żadnym stanie USA nie pojawiły się ponownie toalety dla „kolorowych”, żaden motel nie żąda aktu małżeństwa przy wynajęciu pokoju, nie zniesiono także nigdzie związków partnerskich. Prawo kobiet do wyboru wpisano we Francji do konstytucji głosami m.in. skrajnej prawicy i konserwatystów.
Dialog i reforma są powolne, ale dają trwałe rezultaty dzięki „sprowokowanemu konsensusowi” oraz tzw. liberalizmowi stołu kuchennego. Idea danej reformy liberalnej początkowo jest uznawana za aberrację niegodną nawet umieszczenia w agendzie debaty publicznej. Potem pojawiają się marginalne grupy głośno się jej domagające, ale będące przedmiotem drwin mainstreamu i starszego pokolenia. Potem stronnicy reformy uzyskują przyczółki w parlamencie, potem sprawa wchodzi do tzw. poważnej debaty publicznej, pojawiają się propozycje rozwiązań pośrednich czy kompromisowych. Potem poparcie dla reformy przebija 50% w społeczeństwie, a jeszcze później (zawsze jest to później, bo mamy do czynienia zwykle z tchórzami) przebija 50% poparcia wśród polityków w parlamencie. W końcu idea reformy staje się czymś oczywistym i zostaje przyjęta jako ustawa. W ostatnim etapie jest tak głęboko zakotwiczona w rzeczywistości społecznej, że ludzie nie mogą wyjść ze zdumienia, że kiedykolwiek była przedmiotom sporu. Tak to przebiega, lecz wymaga czasu.
„Sprowokowany konsensus” to mozolny proces obniżania barier sprzeciwu wobec reformy. Jego źródłem jest dialog. Stopniowo, coraz większą grupę zapamiętałych uprzednio przeciwników reformy udaje się przekonać, że może i świat się nieco zmieni, ale nie będzie to koniec ich świata. Daje się im poczucie, że nie będą stroną przegraną jakiejś ważnej debaty światopoglądowej, bo dzięki pewnym kompromisom ich wrażliwości zostaną uwzględnione, a reforma nie nastąpi przeciwko nim, raczej będą jej współautorami. Nie wszystkich udaje się przekonać. Ale pewna część wyraża w końcu zgodę na reformę, co daje jej poparcie pewnej masy krytycznej, już nie 51% obywateli, a np. 65–70%. Inna grupa zmienia wobec reformy swoją postawę – oburzenie i szok zastępują sceptycyzm i ograniczony opór. Oczywiście ważną rolę odgrywa debata publiczna, kultura popularna, ale klucz leży u podstaw społeczeństwa. Liberalizm dzieje się w relacjach międzyludzkich nie tylko w sensie inspiracji dla jego moralnej misji, ale także w sensie drogi do reformy. Gdy mówimy o „liberalizmie stołu kuchennego”, to mamy na myśli te setki tysięcy lub miliony rozmów w gronie rodziny i przyjaciół na temat liberalnej reformy, które pozwalają się sceptykom oswoić z jej perspektywą, gdy okazuje się, że żona, córka, brat, szwagier czy kumpel od brydża daną reformę popiera i potrafi to przekonująco uzasadnić. To tam, z dala od oka kamer, mediów czy ogólnokrajowej publicystyki, zachodzi magia liberalizmu więzi międzyludzkich, gdy o szansach reformy decydują miłość, przyjaźń, sympatia czy zaufanie zwykłego człowieka do drugiego zwykłego człowieka.
Liberalna reforma nigdy się nie skończy. Wizję ukończonej „tysiącletniej Rzeszy”, „całkowitego komunizmu” czy „zespolenia z prawami natury” potrafią mieć tylko totalitaryści, którzy brną do swoich utopii przez morze krwi i krzywdy ludzkiej. Liberalizm nie ma ostatecznego celu z dwóch powodów. Pierwszy prowadzi nas do trzeciego z liberalnych narzędzi – do poprawki. Chyba nie było dotąd żadnej liberalnej reformy, której byśmy nie spieprzyli. Gdy po wielu latach debat akt prawny wchodzi w życie, zwykle okazuje się, że jest dalece niedoskonały, wymaga dalszych prac, niekiedy nawet zradza nowe niesprawiedliwości, pomija krzywdę jakiejś grupy, przewiduje niewystarczające środki, rozmija się z dynamiką życia społecznego. W najgorszym wypadku powoduje nowe krzywdy. Lewicowa krytyka przeciwko liberalizmowi myli się, co prawda, upatrując w tym uzasadnionego powodu, aby liberalizm pogrzebać, ale ma rację, gdy zrzuca na jego barki grzechy kolonializmu. Liberalne reformy zakazujące wyzysku słabszych i ubogich w państwach-metropoliach skierowały uwagę wyzyskiwaczy ku koloniom i rozpętały, jako skutek uboczny, niesłychane wręcz feerie okrucieństwa wobec mieszkających tam ludzi. Liberalizm nie idzie jednak śladem innych tradycji światopoglądowych, które z upodobaniem zamiatają takie sprawy pod dywan albo obarczają winą za nie różne kozły ofiarne, „kułaków” czy Żydów, finansjerę czy imperialistów, imigrantów, feministki i Niemców. Liberalizm wywleka swoje własne błędy na światło dzienne, poddaje debacie i dokonuje poprawek, tak aby nie wydarzyły się nigdy więcej. A następnie naprawia krzywdy. Nie może inaczej jako idea usadowiona na empatii, litości i miłości bliźniego.
Ciągle jedna i ta sama reforma?
Drugą przyczyną braku ostatecznego punktu liberalnej reformy jest nasz ogólny postęp moralny. Zniesienie jednej niesprawiedliwości wobec pewnej grupy naszych współbraci i współsióstr niemal natychmiast odkrywa nowe ogniwa niesprawiedliwości wobec kolejnej grupy. Nasz zmysł moralny stale się wyostrza. Przede wszystkim jednak miarą człowieczeństwa jest nieustanne poszerzanie kręgów naszej empatii, obejmowanie coraz to większej grupy ludzi naszą sympatią i troską. Najprawdopodobniej problemy i ograniczenia wolności, przejawy nienawiści i dyskryminacji, krzywda i przemoc w życiu społecznym nigdy nie przestaną się objawiać. Nie osiągniemy więc arkadii ostatecznej szczęśliwości liberalnej. Moment ukończenia jednej reformy niechybnie będzie zawsze momentem rozpoczęcia prac nad kolejną. Znów lata dialogu. Znów w ruch pójdą te stoły kuchenne. Znów powstaną grupy inicjatywne ku oburzeniu konserwatystów. Znów cały ten proces oswajania i prowokowania konsensusu. I tak bez końca. Syzyf musiał toczyć ten sam głaz bez końca pod tę samą górę, bo mu się osuwał. Liberalne reformy są względnie trwałe, więc rzadko głazy się nam osuwają. Ale gdy docieramy na szczyt aktualnej góry, to odkrywamy, że jest on równocześnie podnóżem kolejnej, pod którą wypada wtoczyć następny głaz. Liberalizm jest bezlitosny dla swoich zwolenników. Zawsze znajdzie im robotę, nie pozwoli nawet na chwilę wytchnienia czy świętowania sukcesu. Jak świętować ze świadomością nowej niesprawiedliwości i krzywdy ludzkiej?
Zresztą, może to nawet jest tak, że liberałowie od samego początku forsują nie tyle kolejne reformy, co stale i ciągle znowu tą samą? Nie w Syzyfowym sensie zaczynania od zera. Ale w tym sensie, że jest to każdorazowo taka sama reforma, tyle że skierowana na inną niesprawiedliwość wobec innej grupy, ale w swoim trzonie to samo działanie, którego celem jest uwolnienie człowieka od krzywdy? W naszym niedoskonałym świecie bez przerwy coś gdzieś uderza w godność człowieka. Tymczasem – jak zapisali w pierwszym (czyli najważniejszym) artykule swojej ustawy zasadniczej Niemcy (a zrobili to w momencie wyjątkowo pogłębionej refleksji, bo zaledwie kilka lat po zrzuceniu z samych siebie hańby reżimu będącego źródłem największych krzywd człowieka w dziejach) – „Godność człowieka jest nienaruszalna”. Jeśli nasze refleksje o wiecznej reformie, dialogu i poprawkach są słuszne, to z tego złożonego z czterech słów zdania wypływa cały liberalizm. To zdanie dosadne, krótkie, a przede wszystkim niedające żadnej przestrzeni na sprzeciw czy nawet wątpliwości.
Samo życie
Gdy więc spojrzymy na liberalizm nie od strony doktryny czy nawet hierarchii wartości przedmiotowych, a od strony empatii, odrzucenia okrucieństwa, miłości bliźniego, godności człowieka, stołu kuchennego i relacji międzyludzkich, odkryjemy jeszcze jedną cechę wyróżniającą go spośród wszystkich tradycji światopoglądowych w polityce. To nie tylko zdolność do poprawki, to nie tylko odrzucenie drogi poprzez krzywdę, to nie tylko pogodzenie się z mozolnością w imię trwałości reform. Otóż, liberalizm – inaczej niż konkurencyjne sposoby myślenia, nawet te demokratyczne – nie jest polityczną teorią, doktryną i praktyką zaaplikowaną życiu ludzi. Jest wiedzą o życiu ludzi zaaplikowaną do politycznego działania. To i tylko to jest źródłem pomyślnych rezultatów przemiany oblicza zachodniego świata ostatnich ponad 300 lat. Ilość okrucieństwa, jakiemu udało się w tym czasie zapobiec dzięki rozwojowi liberalnej reformy i upowszechnieniu się liberalnego myślenia, przekłada się na niezliczoną liczbę istnień ludzkich uratowanych przed śmiercią, cierpieniem i zmarnowaniem. Równocześnie, tam i wtedy, gdzie liberalizm upadał i słabł, zbrodnia niechybnie natychmiast podnosiła swój łeb.
Jeśli liberalizm jest nie tyle doktryną, co wiedzą o naszym życiu, o naszych relacjach, o człowieczeństwie, które czasem w nas drzemie i wymaga pobudki, to ma on charakter rozproszony. Tu nie ma żadnej „biblii”, żadnego „Kapitału”, żadnych wodzów i autorytetów. Jeśli ty, Czytelniku, posiadasz głęboką wiedzę o pewnym wycinku życia człowieka i dostrzegasz tam kryzysy, problemy czy niedomagania, to oznacza, że jesteś kandydatem na czołowego liberała w tej sprawie i nie musisz oglądać się na kogokolwiek, tylko wprawić w ruch te kuchenne stoły. Liberalizm jest rozporoszony między ludźmi. Przyjmuje formę – jak to sformułował Adam Gopnik – „przebłysków zdrowego rozsądku”, które niczym iskry rozbłyskają na społecznym niebie. Musimy po nie sięgać, zanim zgasną. Musimy skupiać je w większe gromady światła, które będą w stanie oświetlić ścieżkę do kolejnej, nieodzownej reformy.
Te przebłyski zdrowego rozsądku mogą objawić się wszędzie. Jeśli dzisiaj – 20 lat po zakazie Parady Równości przez prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego – jego polityczny spadkobierca i przyszły prezydent Karol Nawrocki sygnalizuje, że byłby skłonny podpisać ustawę o „osobie najbliższej”, to jest to liberalny przebłysk zdrowego rozsądku po jego stronie, którego nie wolno zignorować, tylko z wdzięcznością po niego sięgnąć. Czy taka reforma będzie półśrodkiem, czy będzie niewystarczająca, czy będzie wymagać wkrótce poprawki? Zapewne. Ale będzie też kroczkiem naprzód, i to z zapewnionym „sprowokowanym konsensusem” dzięki jej ponadpartyjności.
Historia ludzkości to morze zbrodni i okrucieństwa, w którym niczym mały archipelag wysepek wyłaniają się liberalne demokracje zachodnie od drugiej połowy XIX w. Warto o tym pamiętać, gdy raz po raz pada dzisiaj pytanie „dlaczego liberalizm jest w tak głębokim kryzysie?”. Może to pytanie warto odwrócić i zapytać „jakim cudem liberalizm w ogóle powstał i zaistniał na tym archipelagu, zważywszy na ludzką tendencję do okrucieństwa i zbrodni?”. Jak głęboki i doniosły przełom moralny był tutaj konieczny? W jakich warunkach i dzięki jakim działaniom udało się go upowszechnić i ugruntować? Czy w XXI w. może mu zadać kres jakieś nowe zdziczenie?
Pamiętajmy w każdym razie, że to kruchy ład. Pamiętajmy, że w pewnym sensie to postawa empatii jest wymagająca i trudna, zaś sięgnięcie po przemoc jest łatwe. Pamiętajmy, że jeśli pozwolimy pogrzebać liberalizm, to nie ma żadnych gwarancji, iż po okresie kryzysu odrodzi się na nowo. Może zostać wspomnieniem po zamkniętej epoce, zwłaszcza jeśli rozwój technologiczny utrwali przekonanie o ekonomicznej nieopłacalności empatii, czego pierwsze zapowiedzi przynosi obecnie synteza myślenia autorytarnego (lub tech-autorytarnego) z ostatecznie dokonującym zdrady ideałów wolności XXI-wiecznym libertarianizmem (Robert Nozick się w grobie przewraca…). Obyśmy nie obudzili się wkrótce z ręką w nocniku, czyli w świecie, gdzie drugi człowiek jest znów co najwyżej środkiem do celów ludzi możnych.