Szkoła, trwający blisko półtorej dekady proces nauki, wychowania, rozwoju oraz intelektualnego rozkwitania, stopniowo ujawnia potencjał i siłę naszych talentów. Poznajemy własne możliwości w życiowym rozdaniu i uczymy się porównywać je z potencjałami rówieśników. Wówczas nasze podejście do równości zaczyna ulegać niuansowaniu.
Nikt nie chce być „gorszy”, mieć mniej, zadowalać się kiepścizną. Od dziecka ważna jest dla nas równość zrodzona z obawy, że należymy do tych o słabszych kartach. Szkoła, trwający blisko półtorej dekady proces nauki, wychowania, rozwoju oraz intelektualnego rozkwitania, stopniowo ujawnia potencjał i siłę naszych talentów. Poznajemy własne możliwości w życiowym rozdaniu i uczymy się porównywać je z potencjałami rówieśników. Wówczas nasze podejście do równości zaczyna ulegać niuansowaniu. Posiadacze mocnych kart przestają być heroldami pełnej równości i żądają prawa do doskonalenia, do wykorzystania swoich przewag. Posiadacze kart średnich się mobilizują i wkładają zdwojony wysiłek, aby pracą, mozołem i ambicją nadrabiać deficyty i zyskiwać zdolność do grania powyżej swojej ligi. Posiadacze kart słabych szukają wsparcia, ewentualnie pewnych nisz, gdzie mogą optymalizować swój potencjał, a w dobrze funkcjonującym społeczeństwie otrzymują pomoc zrodzoną z międzyludzkiej solidarności.
Szkoła, wraz z innymi usługami publicznymi, winna w liberalnym społeczeństwie być narzędziem maksymalizowania równości w postaci tworzenia szans. Wraz z przemianami wrażliwości społecznej ostatnich kilkunastu lat pytanie o wystarczalność idei równości szans w kontekście rozwoju dzieci i młodzieży nabiera nowej aktualności. Ciekawym znakiem rewolucji w spojrzeniu na tę kwestię była czerwcowa interwencja Rzeczniczki Praw Dziecka, która oprotestowała wieloletnią tradycję jednej z małomiasteczkowych lodziarni, aby w dniu zakończenia roku szkolnego obdarowywać uczniów legitymujących się świadectwem z wyróżnieniem darmową porcją lodów. W burzy, która następnie przetoczyła się przez media społecznościowe, podjęto wiele wątków, w tym zwłaszcza negowano średnią ocen jako realistyczne kryterium oceny wiedzy czy postaw uczniów wobec nauki. Jednak od strony filozoficznej wezwanie RPD było ciekawe, gdyż sugerowało, że wyróżnienie przez lodziarnię – będące jednak zwykłą funkcją wyróżnienia przez szkołę świadectwem – stanowi krzywdę dla niewyróżnionych. W tym sensie rzeczniczka wyraźnie odrzuciła filozofię równości szans jako celu szkoły i zaproponowała ideę równości wyników. Nieco w stylu wręczania wszystkim uczestnikom zawodów sportowych medali, obojętnie czy zajmą pierwsze, drugie czy czternaste miejsce.
W dobie koncentracji na psychicznym dobrostanie, ochronie przed stresem i subiektywnym poczuciem zagrożenia, na tworzeniu „bezpiecznych przestrzeni” (safe spaces) postulat wzmocnienia równości wyników wydaje się logiczny. Taka równość eliminuje wszelki motyw konkurencji, pozbawia oceny realnego znaczenia i usuwa presję z pola widzenia. Równość szans jest pod tym względem wręcz ramą najbardziej niekorzystną. Jeśli jest ona realna i dobrze funkcjonuje (jej faktyczne osiągnięcie oczywiście stanowi kolosalne wyzwanie dla każdego systemu i w niewielu miejscach rzeczywiście udaje się ją w pełni osiągnąć, przez co często mówimy jednak raczej o pewnym niedoścignionym ideale), to napędza konkurencję, czyni z ocen probierz ultymatywną i trudno podważalną, a presja towarzyszy tym zjawiskom nieuchronnie, jest chyba takiej równości immanentna. Równość szans pozbawia uczestników systemu swoistego alibi, którego dostarcza jej brak przy nieuniknionej w liberalnym społeczeństwie przecież nierówności warunków i naturalnej dla ludzi nierówności potencjałów/talentów. Gdy szanse z tych powodów nie są równe, można nimi tłumaczyć porażki bez ograniczeń. Im bardziej jednak szanse udaje się wyrównać, tym bardziej zastosowanie tych wyjaśnień trąci fałszem.

Państwo-minimum, które wcale nie ingeruje w życie społeczne i nie oferuje żadnych usług publicznych, byłoby rzeczywistością braku równości, w której warunki w sensie pochodzenia społecznego i kapitału intelektualnego rodziny oraz naturalnie wrodzone talenty decydowałyby o sukcesie lub klęsce (a w dodatku wiele naturalnych talentów zostawałoby zmarnowanych). Obie filozofie równości natomiast zakładają interwencjonizm – jest nim w gruncie rzeczy samo powołanie publicznej szkoły (a także publicznej opieki zdrowotnej z powszechnym ubezpieczeniem, transportu publicznego czy programów mieszkalnictwa socjalnego i innych usług). Jest jednak oczywistym, że równość szans i równość wyników zakładają zupełnie inne rodzaje interwencjonizmu oraz inne jego skale. Inne są filozofie sprawiedliwości za nimi stojące, inne skutki społeczne, inne ryzyka, inne zalety. Podstawowa różnica w odniesieniu do szkół wiąże się z punktem usadowienia interwencji. Podczas gdy równość szans skupia się na analizie realnych nierówności społecznych, związanych z warunkami wyjściowymi uczniów, ich indywidualnymi barierami i trudnościami, więc stara się usadowić interwencję na samym początku procesu nauczania (czemu niezwykle sprzyja obniżanie wieku szkolnego czy powszechność edukacji przedszkolnej), a w dalszym toku następuje głównie korygowanie przebiegu procesów, tak równość wyników usadawia interwencję przede wszystkim na końcu poszczególnych etapów procesu, kładąc nacisk na uszczuplenie przewag, podciągnięcie, a więc uśrednienie wyników. Nierówność warunków jest tu zapewne brana pod uwagę w toku procesu jako zjawisko utrudniające realizację strategii, ale ostatecznie jednak mało istotne w kontekście tak czy inaczej nieuchronnego uśrednienia. Owszem, stosowane jest oczywiście wsparcie, ale także niekiedy sankcjonowanie zbyt wysokich wyników.
Szkoła nie istnieje jednak w próżni, a w określonych systemach, polityczno-ekonomicznym i społecznym. Jest dość oczywiste, że oparcie się na modelu równości wyników lepiej współgra z systemem gospodarczym o znacznym zakresie redystrybucji dochodów. Uśrednianie wyników szkolnych jest w swojej logice dokładnie tym samym, czym w dorosłym życiu i funkcjonowaniu na rynku pracy jest redystrybucja poprzez gęstą sieć podatków, danin oraz świadczeń socjalnych. Wdrukowywanie od dziecka pewnej rezerwy wobec wybijania się na doskonałość znajduje logiczny ciąg dalszy w wysokich obciążeniach wobec ludzi o doskonałych wynikach finansowych. Przeciwieństwem jest oczywiście zupełny brak równości w modelu nierówności warunków, gdzie całkowicie zderegulowana gospodarka funkcjonuje podobnie do dżungli. Model równości szans natomiast stanowi ogniwo pośrednie – jest związany z redystrybucją dochodów o umiarkowanym zakresie, stworzeniem sieci wsparcia socjalnego, doskonaleniem usług publicznych i kieruje się impulsem ponownego rekonstruowania równości szans w odniesieniu do ludzi już dorosłych, którzy wpadają w trudności w życiu ekonomicznym, aby byli w stanie odzyskiwać konkurencyjność i zdolność do kapitalizowania swoich potencjałów.
W kontekście systemu społecznego pytanie o pożądany model równości jest jednak trudniejsze niż wtedy, gdy w tle jest głównie system ekonomiczny. Po pierwsze, poważne pytanie ujawnia się po uwzględnieniu moralnej misji liberalizmu. Owszem, podstawowym wyznacznikiem postępowania liberalnego jest zabezpieczanie wolności indywidualnej człowieka, ale idea ta została zrodzona na fundamencie dążenia do szerzej pojętego dobra drugiego człowieka, co przybiera postać „krucjaty” na rzecz usuwania okrucieństwa z relacji międzyludzkich. Można więc przyjąć, że zasady równości szans (o ile działa), konkurencyjności, nierówności potencjałów oraz wyników są fair w sensie idei sprawiedliwości, ale jednak – jeśli pociągają za sobą ludzkie cierpienie – ich podtrzymywanie może równocześnie stanowić ogniwo okrucieństwa i wyradzać się w sprzeczność wobec moralnej misji liberalizmu, a więc jego absolutnej podstawy. Po drugie, istnieje także idea zwykłej solidarności z drugim człowiekiem, która stawia niebagatelne pytanie, czy od pewnego punktu zasobności i własnego komfortu finansowego nie jest moralnie zasadnym zrezygnować z dalszej ekspansji na rzecz społecznej spójności i podtrzymania poczucia wspólnoty losu. Te rozważania mogą sugerować zasadność poszukiwania hybryd pomiędzy oboma modelami równości.

Czy jednak podejście nakazujące solidarność i wspieranie wyłącznie wobec ludzi o niższych potencjałach wyczerpuje moralny aspekt tych rozważań? Pomiędzy warunkami, szansami i wynikami istnieją liczne zależności, które komplikują obraz. Bezdyskusyjna jest w zasadzie chyba tylko nierówność warunków. Wszelkie historyczne próby spłaszczenia materialnego społeczeństw i likwidacji tej nierówności nie tylko „paliły na panewce”, ale prowadziły wręcz do spektakularnych klęsk, a nawet zbrodni. Nierówność warunków jest zatem bezalternatywna i jako taka nie może podlegać ocenom moralnym. Z natury ludzie mają różne zdolności, talenty i motywacje, mają też przodków różniących się pod tym względem, wobec czego różnią się dodatkowo tzw. startem życiowym. Oczywiście tego rodzaju nierówności można podzielić na „niezawinione” i „zawinione”, co nie jest bez znaczenia w kontekście analizy pod kątem idei sprawiedliwości. Do „niezawinionych” nierówności warunków należą m.in. wspomniany start życiowy, a więc rodzinny/etniczny background, dostępność infrastruktury w miejscu pochodzenia, naturalne predyspozycje oraz przypadkowe zrządzenia losu. Do „zawinionych” trzeba natomiast zaliczyć jednak mimo wszystko deficyty indywidualnych ambicji, motywacji i gotowości do ciężkiej pracy/nauki – nawet jeśli ich niski poziom bywa wdrukowany przez środowisko w procesie socjalizacji wtórnej, to funkcjonująca nawet w średnio sprawnej logice równości szans szkoła stwarza wystarczająco długo dostępne warunki do korekty tych postaw.
„Zawinione” czy nie, równość szans istnieje po to, aby nierówności warunków niwelować (nierówność predyspozycji) lub likwidować (pozostałe). W jej modelu heurystycznym ludzie zostają uwolnieni od barier i obciążeń związanych ze startem życiowym, pochodzeniem czy przypadkiem i poprzez system motywacyjny skłonieni do przezwyciężenia mankamentów charakterologicznych. Poza naturalnymi predyspozycjami, nierówności warunków zanikają i nie mają wpływu na wyniki. Te pozostają nierówne tylko z powodu wypadkowej nierównych predyspozycji oraz nierównej ilości pracy włożonej w naukę. Drugi z tych czynników wydaje się być, także w sensie moralnym, uzasadnionym czynnikiem różnicowania wyników, stosowania nagród za wyniki wysokie i rugania za wyniki niskie. Pierwszy z nich domaga się natomiast ostrożności w sięganiu po te środki.
I pozostaje także punktem wyjściowym dla proponentów równości wyników w debacie. Z tego punktu widzenia naturalne predyspozycje można uznać za niesprawiedliwość, a niemożliwość ich wyłączenia wymaga odejścia od stosowania ocen w ogóle. Ma to pierwiastek moralnej zasadności, ale sytuację komplikuje czynnik włożonej pracy. Gdyby wystawiać te same oceny ludziom o różnych predyspozycjach oraz różnych wynikach, lecz tylko o ile włożyli równą pracę, byłoby to do rozważenia. Realia przynoszą jednak w sposób nagminny zróżnicowanie ludzi pod względem zaangażowania i wysiłku, a więc podważają możliwość równości wyników bez niesprawiedliwości polegającej na braku wyróżnienia cięższej pracy. Co gorsza – i jest to fundamentalny cios w hipotezę o moralnej przewadze równości wyników – dla swojej skuteczności zazwyczaj wymaga ona wręcz wytworzenia nierówności szans, w postaci celowego upośledzenia ludzi ciężej pracujących lub bardziej utalentowanych i/lub w postaci maskowania niepowodzeń i promowania ku niezasłużonym szczeblom wynikowym ludzi mało pracujących lub mniej utalentowanych. Takie podejście już nie tylko nie jest sprawiedliwe, ale jest także moralnie wypaczone i niczym pożar może kontaminować globalną mentalność społeczną.
Stosowanie równości wyników może zwiększać swoisty komfort niskiej presji i wolności od rywalizacji w szkole, jednak w społecznym ujęciu makro może prowadzić do normalizacji i nagradzania średniego przygotowania, pogodzenia się z kiepskimi wynikami, spowolnienia postępów. Dodatkowo metoda sprowadzania do najniższego wspólnego mianownika będzie oddziaływać demotywująco, powodować wygaszanie ambicji, zamieranie przedsiębiorczości z jej gotowością do ryzyka, umacniać kulturę drwiny i pogardy dla ciężkiej pracy i dużego zaangażowania. Już teraz silnie zaawansowana erozja elit pogłębi się, gdy przynależność do jakkolwiek definiowanej elity stanie się powodem do wstydu. Owszem, wiele badań społecznych wskazuje na to, że społeczeństwa bardziej egalitarne w sensie materialnym są „szczęśliwsze” w sensie wyższych wskaźników zadowolenia z życia i poczucia bezpieczeństwa u wszystkich grup w poprzek stratyfikacji społecznej. Jednak co jest potwierdzonym naukowo wynikiem zintensyfikowanej redystrybucji socjalnej nie musi w konieczny sposób zaistnieć także w modelu generalnie rugującym nawet powstawanie wysokich przychodów i negującym wartość pracy.
W swojej Teorii sprawiedliwości John Rawls przed około półwieczem sformułował taką tezę, iż sprawiedliwym jest dążyć do tego, aby wszelkie powstające nierówności społeczne modyfikować w kierunku uzyskiwania największych korzyści przez najbardziej nieuprzywilejowane jednostki. W dyskusji o pożądanym modelu równości może to być droga do kompromisu. Ostatecznie bowiem Rawls postuluje spłaszczanie wyników poprzez działania redystrybucyjne, ale jednak nacisk kładzie na szanse generowane w tym celu przez usługi społeczne. Czyli krok w kierunku równości wyników jest pochodną bezpośrednich działań na rzecz równości szans, a nie czynnością bezpośrednią. Ponadto Rawls nie neguje powstawania, raz po raz, nowych nierówności społecznych, chce je jedynie – również raz po raz – uśmierzać i w to w sposób nacelowany na najbardziej potrzebujących. Czyli zasadza interwencję nie u punktu wyjścia, aby zapobiec nierównościom całkowicie (a przy okazji zapobiec powstawaniu np. innowacji, na których pewni ludzie zarobią duże kwoty), a w punkcie narośnięcia nierówności do poziomu trudnego do dalszego tolerowania, bo uderzającego w moralny nerw liberała usiłującego usuwać okrucieństwo z międzyludzkich relacji. Ponadto mówi o wspomaganiu tylko (lub przynajmniej głównie) najbardziej nieuprzywilejowanych, a więc ludzi, którzy w sposób autentyczny nie są w stanie znaleźć skutecznej pomocy dzięki równości szans, bo mają bardzo słabe predyspozycje naturalne lub ucierpieli wskutek szczególnie dotkliwych sytuacji losowych i nawet nadludzka praca, którą by włożyli, nie jest w stanie usunąć okrucieństwa wobec nich. Z drugiej strony Rawls nie neguje istnienia licznej grupy umiarkowanie nieuprzywilejowanej, która jest w stanie i powinna się podnieść wzmożeniem pracy własnej, które uczyni ich zdolnymi powziąć oferowane im szanse.
W efekcie wyłania się z tego obraz zdominowany przez logikę równości szans, ale z domieszką równości wyników. Rugowanie nierówności warunków to podstawa. Usługi publiczne na czele ze szkołą to główny filar. Korygowanie nierówności szans i otwieranie nowych dróg na bieżąco to drugi z filarów. A gdzieś w ostateczności, jako ornament, pojawia się to wypływające z ludzkiego serca narzędzie zapobiegania straszliwemu nieszczęściu, poczuciu ostatecznej klęski i dziedziczeniu niemocy, i stuporu. Ono będzie wypływać z impulsu na rzecz zrównywania wyników.