WATCH DOCS. Prawa Człowieka w Filmie to największy w Polsce i jeden z najbardziej cenionych festiwali dokumentalnych poświęconych prawom człowieka. Od 2001 roku łączy kino najwyższej klasy ze społecznym zaangażowaniem: Co roku festiwal przyciąga ponad 100 000 widzek i widzów – w Warszawie, online i w objazdowym cyklu po całej Polsce. Tegoroczna, jubileuszowa, 25. edycja dobiega końca. Co z niej wynika? Na czym koncentrowały się wybory programerów? O tym rozmawiam z Konradem Wirkowskim, Dyrektorem Programowym 25. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego WATCH DOCS
Alicja Myśliwiec-Konieczna: Panie Konradzie, jak zmieniło się pana zdaniem podejście widzów do filmów zaangażowanych społecznie? Jak zmienia się publiczność Festiwalu Watch Dogs?
Konrad Wirkowski: Po pierwsze dokument bardzo się rozwinął przez te wszystkie lata. Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy pierwszym właściwie festiwalem dokumentów w Warszawie – miał specyficzną publiczność. Byli ludzie głównie zaangażowani, zainteresowani tematem, aktywiści. Teraz sytuacja się zmieniła. Film dokumentalny trafił „na salony”. Powstaje ich dużo więcej. Pokazują je i wielkie stacje, i platformy streamingowe. Jest obecny też w dystrybucji kinowej. To kolejna ważna zmiana. Dawniej sprawy związane z prawami człowieka, w ogóle z zaangażowaniem społeczno-politycznym wydawały się dosyć odległe. Teraz okazuje się, że to wszystko jest blisko nas. Mamy w kraju uchodźców, za granicą jest wojna. Inaczej patrzymy na świat, inaczej na film dokumentalny i inaczej na kwestie praw człowieka. To są sprawy nas wszystkich, które dzieją się tu i teraz.
Słowo kryzys – polityczny, migracyjny, klimatyczny – odmieniamy przez wszystkie przypadki. W jaki sposób film dokumentalny odpowiada z jednej strony na dezinformację, a z drugiej na polaryzację, która jest częścią naszego wspólnego doświadczenia?
Od lat pracuję z dokumentem i zawsze byłem zdania, że film dokumentalny ma wagę bezpośredniego świadectwa. Pokazuje ludzi, którzy rzeczywiście przeżywają konkretne sytuacje, są w nich, zmagają się z jakimiś problemami i to, że ich widzimy na ekranie, pozwala nam poczuć, że są, walczą, coś robią, mają jakieś problemy. To fakty. To się dzieje. W dzisiejszych czasach trochę już trudno jest odróżnić prawdę od fejku. Rzeczywiście to nawet nie tyle za sprawą AI, co po prostu za sprawą tego, że to jest wygodne narzędzie, którym wiele środowisk posługuje się niezwykle wprawnie – reżimy, korporacje… To pomaga utrzymać władzę i zarobić pieniądze. Wydaje mi się, że takie festiwale jak nasz opierają się na zaufaniu, zaufaniu widza do nas, bo nasi odbiorcy wiedzą, że my bardzo starannie dobieramy filmy i nasze sito, jeśli chodzi o podejście do wszelkich spraw związanych z dezinformacją, z polityką, z konfliktami jest dużo gęstsze niż w przypadku innych festiwali. Udaje się nam zachować czyste konto. Nasz festiwal jest takim miejscem, gdzie można się spodziewać, że to wszystko, co widzimy, pozbawione jest dezinformacji. Oczywiście mówimy o niej, staramy się pokazywać to zjawisko i ludzi, którzy je demaskują – dziennikarzy śledczych. To jest jeden z takich też głównych tematów tegorocznego festiwalu. Ale rzeczywiście myślę, że Watch Dogs to jest taka marka, do której można mieć zaufanie, jeśli chodzi o kwestie właśnie społeczno-polityczne.

Słuchając tego, co pan mówi, pomyślałam, że w tym momencie, kiedy częściej niż o prawdzie mówi się o postprawdzie i kiedy powstają zawody zajmujące się m.in. fact-checkingiem, to bardzo ważne jest to, że możemy sięgać do takiego repertuaru i znajdować takie miejsca, brać udział w wydarzeniach, do których mamy zaufanie. Festiwal też wsłuchuje się w potrzeby, obserwuje to, co dzieje się na rynku. W tym roku po raz drugi w repertuarze znalazł się Konkurs Polski. Gdzie kieruje się nasza uwaga?
Mamy w tym roku co najmniej dwa świetne filmy, które są zrobione przez polskich twórców za granicą. To tam, poza Polską szukają tematów. Przykładami są „Silver” Natalii Koniarz czy „Kumotry” Emilii Śniegoskiej. Akcja jednego toczy się w Ameryce Południowej, w Boliwii, a drugiego w Rumunii. „Kumotry” co prawda opowiadają o polskiej mniejszości, ale mimo wszystko jest to jednak zagranica i problemy są inne niż u nas.
W kwestii polaryzacji społeczeństwa to zawsze wyzwanie. Żeby zrobić film, potrzebujemy bohatera i dialogu. I myślę, że najbardziej interesujące są te, w których dochodzi do jakiegoś starcia. Nie chodzi o konfrontację, ale o zmianę poglądów. No a to rzeczywiście jest dosyć trudne i w czasach, kiedy nie potrafimy ze sobą rozmawiać na poziomie – czy to politycznym, czy w ogóle społecznym – kiedy linia podziału jest bardzo tak mocno zarysowana i trudno jest mówić o jakimś porozumieniu, wyzwanie jest tym większe. Cały czas wierzę, że dokument ma moc pokazywania drugiej strony. To zawsze jest trudne, aby pokazać w obiektywny sposób rację człowieka, z którym się nie zgadzamy. Ale myślę, że to jest właśnie rola dokumentu i myślę, że trochę też to jest rola naszego festiwalu, żeby próbować jakoś rozmawiać pomimo różnic.
Bardzo cenię sobie to, o czym pan powiedział. Zwłaszcza teraz bardzo potrzebujemy dowodów, że pokazywanie różnic nie musi oznaczać pójścia na noże, tylko może doprowadzić do tego, że siadamy przy jednym stole i rozmawiamy. Kto wie, co z tych rozmów może wynikać.
Z czego, pana zdaniem, wynika to, że polscy dokumentaliści, polskie dokumentalistki szukają tematów raczej na zewnątrz? Przecież obcokrajowcy („Listy z Wilczej”, reż. Arjun Talwar) przyjeżdżają tutaj i dostrzegają w tych czasami nawet prozaicznych okolicznościach zjawiska, nad którymi warto się pochylić i poświęcić im czas.
Wydaje mi się, że często jest tak, że łatwiej nam zauważyć różnice kulturowe, tematy i problemy, które są interesujące, dlatego że mamy świeże spojrzenie. I dlatego czasem obcokrajowcy są w stanie wychwycić rzeczy w Polsce, których my nie jesteśmy w stanie zauważyć. No, tak jak wspomniane „Listy z Wilczej” – film zrobiony przez Arjuna Talwara.
Kiedy oglądamy film o jakichś dalekich krajach, o innym kontynencie, nie znamy całego kontekstu, trudno nam się do tego odnieść. W związku z czym cała sprawa, historia, fabuła, to wszystko wygląda bardziej wiarygodnie.
I myślę, że coś w tym jest też, jeśli chodzi o dokument, że trochę łatwiej nam przyswoić pewne sytuacje, które dzieją się dalej, bo nie znając całego kontekstu, wydają się nam bardziej naturalne.
Co sprawiło, że te „zielone tematy” mają osobną sekcję konkursową?
To jest jeden z ważniejszych tematów, jakie w ogóle istnieją – i w dokumencie, i w ogólnoświatowym dyskursie społecznym. Nikt już nie kwestionuje tego, że mamy do czynienia z kryzysem klimatycznym i z globalnym ociepleniem. A to jeszcze pięć lat temu nie było takie oczywiste. Już kilka lat temu postanowiliśmy, że to istotny temat, który będzie z czasem stawał się coraz bardziej istotny – już wiemy, że będą pojawiać się na przykład uchodźcy klimatyczni, że te kwestie klimatu mają bardzo wiele wspólnego z prawami człowieka na różnych płaszczyznach. Nasz konkurs zyskuje na ważności, a kwestie związane z ochroną środowiska z szeroko pojętymi związkami człowieka z naturą, bo myślę, że o tym głównie jest, głównie są te filmy, które pokazują o tym, w jaki sposób jesteśmy z tą naturą związani i próbujemy ją wykorzystać. Jak ona gdzieś tam oddaje nam pięknym za nadobne i jak to wszystko się układa, czy my jesteśmy w stanie dojść jako ludzkość po prostu jakoś do zgody ze środowiskiem naturalnym.
„Divia” – pierwszy film dokumentalny w całości poświęcony wpływowi wojny w Ukrainie na środowisko naturalne, w którym reżyser zestawia dwa światy: harmonijną, pulsującą życiem przyrodę oraz brutalny, ogłuszający chaos działań militarnych. W jaki sposób ten film do Was przyszedł, albo może, w jaki sposób Wy go znaleźliście?
To jest rzeczywiście bardzo ciekawy film i myślę, że jeden z ciekawszych w ogóle problemów, które są poruszane w tym konkursie. „Divia” to polsko-ukraińska koprodukcja. Opowiada o zaporowskiej TAM-ie, która została wysadzona i o wielu innych sytuacjach, które miały miejsce podczas wojny.
No i wydaje się, że to jest temat taki trochę pomijany, który będzie miał przecież swoje długofalowe konsekwencje.
Nie tylko jeśli chodzi o wojnę w Ukrainie, ale generalnie konflikty i środowisko. Dlatego wydaje mi się, że jest tak ważny. W zeszłym roku – również w polskim konkursie – pokazywaliśmy koprodukcję polsko-ukraińską „Kwiaty Ukrainy”. Jego producent wrócił do nas z nowym filmem i bardzo się cieszymy, że to u nas miała miejsce jego polska premiera. To też ciekawy kierunek dla dokumentu. Bo ten film jest pozbawiony słów. Składa się tylko z obrazu i dźwięku. Uważam, że to bardzo dobrze działa. Najlepiej oczywiście oglądać go w kinie, gdzie można poczuć moc tego obrazu i dźwięku.

„Niebo nad Palestyną” to sekcja poświęcona sytuacji w Palestynie. W programie m.in.: „Na misji”, film dokumentalny o brytyjskim lekarzu operującym rannych w Gazie, „Trzy obietnice”, czyli zapis przetrwania palestyńskiej rodziny podczas drugiej intifady. „Gaza. List z przeszłości” – nostalgiczny obraz Strefy Gazy sprzed ćwierćwiecza. Jak festiwal radzi sobie z wrażliwością tego tematu?
Staramy się, żeby nasz festiwal trzymał rękę na pulsie tego, co się dzieje na świecie. Temat Gazy, Palestyny, konfliktu palestyńsko-izraelskiego – nie można wokół tego przejść obojętnie. Zdecydowaliśmy, że to musi się znaleźć w programie. Przymiarki trwały już od jakiegoś czasu, ale w tym roku byliśmy gotowi na to, że poświęcamy mu sekcję. Do tego jeszcze jeden z filmów, który jest w konkursie głównym i również tutaj w tej retrospektywie, czyli „Gaza. List z przeszłości” Kamala Aljafariego. Niezwykły, archiwalny, trochę nostalgiczny, trochę pokazujący świat, którego już nie ma.
Nagroda im. Marka Nowickiego, przyznawana przez Zarząd Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka została przyznana symbolicznie palestyńskim dokumentalist(k)om, ryzykującym wszystko, by przekazać światu obraz cierpienia swojego narodu. Chcemy zwrócić uwagę na ich rolę. Pokazują nam często sprawy, o których inaczej byśmy nie wiedzieli albo wiedzielibyśmy dużo mniej. A dzięki temu, że oni są jednak tam na miejscu i narażają swoje życie, możemy coś z tym zrobić.
W którą stronę będzie rozwijał się festiwal?
Trudno powiedzieć. Minęło już ćwierć wieku, tych festiwali było dużo. Były różne, większe, mniejsze, różnego rodzaju goście przyjeżdżali. Jesteśmy na fali wznoszącej. Wydaje mi się, że festiwal ma się dobrze i myślę, że przyszłoroczna edycja będzie jeszcze lepsza niż ta obecna. Rzeczywistość pisze swój własny scenariusz o tym temacie…
* Specjalna jubileuszowa kolekcja, zawierająca wybór najgłośniejszych tytułów ostatnich edycji, będzie również dostępna do 31 grudnia dla widzów z całej Polski na platformie PLAYER.